Mistrz Szachownicy - Rozdział 17 - Musisz nauczyć się, dowodzić swoich racji.

Lekcja 17 — Musisz nauczyć się, dowodzić swoich racji.

 

Przez duże okno do pokoju przedzierały się poranne promienie słoneczne. Lejra, która przespała około pięciu godzin, nie miała najmniejszej ochoty wstawać. Przekręciła się na łóżku. Powoli przysypiała, gdy rozbudził ją hałas za ścianą. Przyczyną była zrzucona walizka.

— Ty fajtłapo! Uważaj na nią, tam są nie tylko twoje rzeczy! — Zezłościł się Azo.

— Ręka mi się omsknęła. — Stukot butów zaczął się przemieszczać. — Zresztą teraz to nieważne. Trzeba spakować jej rzeczy, a potem złożyć kondolencje mistrzowi Sagonowi.

— Masz racje. Ech... Będzie trzeba poćwiczyć skruszoną minę. Jak ja tego nie cierpię... Dobra ja wezmę walizkę i zacznę ją pakować.

— Nie obijaj się. Otwórz mi drzwi! Nawet nie wiesz, jak ciężko było ścisnąć nasze rzeczy, żeby mieć drugą walizkę wolną!

— Gdybym wiedział, gdzie znajduje się jej, nie musiałbyś wszystkiego gnieździć!

Jeden z bliźniaków pociągnął za klamkę. Oboje się wzdrygali, widząc siedzącą na łóżku dziewczynę.

— Od kiedy możecie wchodzić do mojego pokoju bez pukania?

Ezo nie mógł pojąć, w jaki sposób wróciła w nienaruszonym stanie. Sądził, że obecność drugiej osoby w podobnym wieku, jedynie pogrąży sprawę. Przyjrzał się jej, ale nie zauważył większych obrażeń na jej ciele.

— O czym w ogóle rozmawialiście, bo chyba się przesłyszałam. — Zmierzyła ich wzrokiem.

— Och, nasza kochana Lejro! Jak dobrze widzieć cię całą i zdrową! Proszę, wybaczyć nam to nagłe wtargnięcie. Nie dawałaś znaku życia po tym, jak wróciłaś i pomyśleliśmy... — Zrobił pauzę. — O najgorszym. — Na twarzy Azo zagościł smutek, jednak był on sprzeczny z tym, co czuł w głębi siebie.

— Jest dokładne, jak mój brat powiedział. Nawet modliłem się w twojej intencji.

Lejrze zrobiło się niedobrze, patrząc na nich. Widok ich fałszywych emocji, jeszcze bardziej wzmocnił w niej to uczucie.

— Właśnie! Skoro wszystko dobrze się skończyło, przynieś naszej dziedziczce śniadanie. Z pewnością musiała zgłodnieć przez ten czas. — Pogonił brata wzrokiem, który momentalnie zniknął z pola widzenia. — Jeszcze raz proszę wybaczyć nam naszą niesubordynację, to tylko i wyłącznie z powodu troski. — Schylił się nisko. — Nie będę dłużej ciebie niepokoić. Zaniosę walizki do pokoju. — Nie słysząc żadnego odzewu z drugiej strony, czym prędzej wyszedł.

Lejra wstała z łóżka i otworzyła drzwi od balkonu. Pewnym krokiem wyszła na nieco wychłodzoną posadzkę i spojrzała przed siebie. Krajobraz, a raczej wszechobecna pustka nie zmieniła się od poprzedniego razu. Jedynie kilka drzew w oddali przykuwały uwagę. Wydarzenia w nowym dla niej miejscu nie rozproszyły ją na długo. Zastanawiała się, co podczas jej nieobecności działo się w domu. Czy Zanmin zajął się sprawą pokojowo, czy też podjął bardziej drastyczne kroki. Zdawała sobie sprawę, że niezależnie od finału całej sprawy, będzie miała u niego dług wdzięczności. Skwasiła się na myśl o jego spłacie.

— Proszę wybaczyć mi ponownie moje złe maniery, ale nie odpowiadałaś na pukanie. Przyniosłem ci śniadanie — odezwał się za nią sługa.

Dziewczyna odwróciła się i ominęła blondyna. Zasiadła na krześle przy stoliku i spojrzała na to, co jej przyniósł. Zrobiło jej się niedobrze od samego patrzenia na swoje domniemane śniadanie.

— Co ty mi przyniosłeś?

— Jak to co? Twoje śniadanie. Słyszałem, że bardzo to lubisz. — Uśmiechnął się.

— Zawsze powtarzałam, że nienawidzę owoców morza. Odnieś mi to natychmiast... Nie tknę niczego, co pływało w wodzie.

Lejra chwyciła talerz pełen drogich przysmaków i wysunęła rękę na wysokość Azo, aby mógł od niej zabrać posiłek. Ku zdziwieniu blondyn nie zareagował.

— Powiedziałam, że masz to wziąć i przynieść coś innego.

— Byłem pewien, że w twoich zdaniach nie było zaprzeczenia. Chyba muszę słuchać uważniej następnym razem. — Jego mina ewidentnie wskazywała na celowe działanie. — Wybacz Lejro, ale nie mogę tego odnieść. Byłem ostatni w stołówce i po mnie zaraz zamknęli. Zostało około piętnaście minut do spotkania, więc nie chcieli, aby ktoś się spóźnił. — Udawał zatroskanego.

Dziedziczka odstawiła talerz na stolik i przyglądała mu się przez jakiś czas. Chwyciła sztućce i próbowała się przekonać do jedzenia, jednak bezskutecznie. Zachęcające aromaty również nie miały wpływu. Gdy miała wziąć pierwszy kęs, czuła jakby wszystko miało jej się zwrócić. Ostatecznie odsunęła od siebie jego zawartość.

— Co za szkoda... Nie dość, że nic nie zjesz, to tyle dobrego jedzenia się zmarnuje.

— Ne mam zamiaru tego tknąć. Skoro tak bardzo ubolewasz, zjedz to z bratem. Porcja jest zdecydowanie za duża na jedną osobę. — Podała talerz jednemu z bliźniąt, który również się wzdrygnął. — Możesz już iść. Chcę się przygotować do zebrania. Smacznego. — Ostatnie słowo powiedziała nad wyraz zadowolona.

Ezo ukłonił się nisko i wyszedł wraz z owocami morza. Nieco wkurzona Lejra, starała się przez tę krótką chwilę przygotować do spotkania. Presja czasu, a także zarzucone tempo, sprawiło, że złapała zadyszki. Spojrzała na zegar ścienny, który wskazywał zapas trzech minut. Zarzuciła na siebie pelerynę i przytrzymała ją, aby jej nie przytrzasnąć. Położyła ją na dół, gdy chciała zamknąć główne drzwi. Poczuła opór ze strony apartamentu.

— Lejro, gdzie się wybierasz bez nas? Przecież jesteśmy tu dla ciebie, musimy cię ochraniać w razie niebezpieczeństwa. — Ezo podważył nogą drzwi.

— Chcę iść sama — powiedziała stanowczo.

— Jak to? Jeśli ci się coś stanie podczas naszej nieobecności, mistrz... — Chrząknął. — Nie zniesiemy tego ogromnego ciężaru i poczucia winy.

Nastolatka po raz drugi wyraziła swoją stanowczą postawę, ale i tym razem oboje nie dopuścili do siebie takiej myśli. Mając tego dość, kopnęła w nogę bliźniaka i trzasnęła drzwiami. Przeszła zaledwie parę kroków, gdy usłyszała za sobą ponowne zatrzaśnięcie drzwi. Służba nie poddała się i dalej uparcie stała przy swoim.

— Myślisz, że dlaczego wszyscy niezależnie od własnej siły, mają służbę u boku? Żeby czuwała przy tej osobie. Można rzec, że pełni dodatkową parę oczu.

Dziewczyna rozważyła ich obecność jako stwarzanie pewnego rodzaju pozorów. Nie wiedziała, dlaczego zależało im bardzo na pozbyciu się jej.

— Spróbujcie tylko odezwać się słowem na spotkaniu — powiedziała oschle i zaczęła ponownie iść przed siebie.

— Mówiłem ci, że się złamie. W końcu to siła miłości do nas — szepnął do brata.

Na parterze było słychać głosy wielu magów, jednak nikogo nie było dookoła. Zbliżając się do sali obrad, hałas narastał, a oni sami ujrzeli tego przyczynę. Przed salą gromadziło się pełno magów, którzy czekali na jej otwarcie. Przyrastająca liczba osób sprawiała, że wszyscy nie posiadali własnej strefy komfortu, a wzrastająca temperatura sprawiała dodatkowy dyskomfort. Po około pięciu minutach tego bezczynnego stania, Ezo jak również Azo wyglądali na bardzo zmęczonych. Zaczęli się pocić, oczy zaszły mgłą, a skóra robiła się coraz bledsza. Dziewczyna patrzyła na nich kątem oka i dostrzegła dziwne zniekształcenie w jednym z bledszych miejsc na skórze. Zdziwiła się, jak na jej oczach coraz większa część ręki zaczęła zmieniać zabarwienie i lekko zmieniać kształt na bliżej nieokreślony. Zastanawiała się, czy może być to spowodowane niestrawnością po dzisiejszym śniadaniu. Zniekształcenia rozważała, jako formę obronną u magów.

— Phi... — Zareagował jeden z nich, gdy tylko zetknął się ze wzrokiem dziedziczki. Zwrócił się do brata. — Nie wiem jak ty, ale ja długo nie wytrzymam...

Drugi z bliźniąt przyznał mu rację i tym razem zwrócił się ku ich pani. Jak kultura wymagała, na początku ukłonił się nisko i z trudnością poprosił o tymczasową nieobecność z powodu ich złego samopoczucia. Piętnastolatka przystała na prośbę i z zadowoleniem oglądała, jak wpadli we własne sidła. Minęło dziesięć minut, a magów przybywało, a wraz z nimi narastała nerwowa atmosfera. Mimo tak wielu osób, oczy Lejry zetknęły się na chwilę ze wzrokiem znanej już jej osoby. Aby zapobiec jakiejkolwiek konwersacji, odwróciła się, ale było już za późno.

— Lejro! — Osoba zaczęła przemieszczać się w jej stronę. — Nie wyglądasz za dobrze, czyżbyś się czymś przejęła? — Mazender się zmartwił. — Ach, może chodzi ci o sprawę z naszą misją? Nie musisz się tym zadręczać, ja wszystko opowiem.

— Sama też mam usta. Jeśli usłyszę coś dziwnego, z pewnością wtrącę się w rozmowę.

— Okej, okej... — Machnął ręką. — Nawet nie będziesz musiała palcem kiwnąć. Już ja się o to postaram!

— Właściwie... — Zignorowała wypowiedź blondyna. — Skąd ty pochodzisz? Z pewnością nie jesteś z mojego kraju, masz inny akcent. — Ciekawiło ją, jak daleko znajdował się na mapie od niej jej pierwszy sojusznik.

— Ja? Mieszkam w Europie, a dokładniej we Francji. — W miejscu nazw własnych użył swoich francuskich odpowiedników, ponieważ w języku magów nie ma uniwersalnych nazw dla żadnego z państw. — A ty? Czy miejsce waszej rodzinnej posesji jest wciąż to samo?

— Odkąd pamiętam stoi w jednym miejscu.

— To świetnie! Mieszkamy stosunkowo niedaleko! Będę mógł cię w takim razie częściej odwiedzać! — Ucieszył się, a dziewczyna żałowała swojego pytania.

— Czemu właściwie jeszcze nie wchodzimy?

— To wszystko przez głupiego Gidola. Najwidoczniej jeszcze go nie ma, a jako organizator powinien pierwszy wejść do sali. Od dziecka miał tendencje do spóźniania się, przez co ściągał na wszystkich kłopoty. — Zniesmaczył się i nieco naburmuszał.

— Od dziecka? Nie przesadzasz? Między wami jest znaczna różnica wieku. On wygląda, jakby miał około trzydziestu lat. — Załamała się.

— Być może. — Uśmiechnął się delikatnie.

Z tłumu wyłonił się zmachany, wspomniany mężczyzna, który wielokrotnie przepraszał za swoje spóźnienie. Jego nagła obecność, przerwała konwersacje. Nakazał otworzyć drzwi, a reszta osób sprawnie weszła do środka. Gdy każdy zajął swoje miejsce, przedstawiciel rodziny żurawia rozpoczął obrady. Spojrzał na siedzenia reprezentujące rodzinę orła i sowy. Odetchnął z ulga, widząc zasiadające na nich osoby. Chrząknął i przemówił:

— Witam wszystkich w drugim dniu zjazdu magów. Wczoraj na początku zebrania poruszyliśmy ważną dla wielu z nas sprawę, odnoszącą się bezpośrednio do dwóch osób. Jak widać, szczęśliwie wrócili z powierzonej im misji. Zatem bez zbędnych słów proszę o zabranie głosu Lejry oraz Mazendera. — Mężczyzna usiadł i zamienił się w słuch.

Wywołana dwójka wstała. Dziewczyna uchyliła lekko usta, ale towarzysz ją uprzedził. Mazender zaczął całe przemówienie. Pozostali, który znajdowali się na sali, przestali spoglądać na młodą dziedziczkę i przerzucili się na mówce. Wbrew obawom była to bardzo dobra mowa. Blondyn co jakiś czas robił pauzę i spoglądał na Lejrę, jakby oczekiwał jej potwierdzenia, ewentualnie krótkiego dopowiedzenia. Po wysłuchaniu wersji obu podróżnych, blondyn wyjął kartkę, na której był spisany raport. Wypowiedział parę słów i kartka przeleciała pół sali, aby znaleźć się w rękach Gidola. Mężczyzna pokazał gestem, że oboje mogą już usiąść.

— Co to ma znaczyć?! Nie przynieśliście jego głowy?! Czy wy w ogóle wzięliście to zadanie na poważnie?! To skandal! Jestem za wydaleniem ich z kręgu magów! — odezwała się przedstawicielka sikorki.

— Proszę o ciszę! To jest moje ostatnie ostrzeżenie! Jeszcze raz zakłóci Pani przebieg spotkania, a wyciągnę z tego konsekwencje. Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy...

— Ja tego tak nie pozostawię! Żądam...

— Tego już za wiele! Na podstawie danego mi prawa, zakazuje Pani uczęszczania na to i jutrzejsze spotkanie! Decyzję postanowione przez nas wszystkich, otrzyma Pani ostatniego dnia zebrania. Co tyczy się konsekwencji z obrażania innych członków zebrania, karę ustalimy jutro na porannym zebraniu. Proszę opuścić sale.

Twarz kobiety poczerwieniała ze złości i chciała już coś skomentować, ale osoba, która siedziała obok niej, odradziła tego pomysłu. Pełna złości opuściła salę wraz z jednym kompanem. Gdy zniknęła z pola widzenia, Gidol wstał, otworzył kartkę, nabrał powietrza w płuca i donośnym głosem przeczytał jej treść. Większość z magów osłupiała, gdy poznali dość rozbudowany plan wroga. Gidol kiwnął głową aprobująco w stronę Lejry, która nie rozumiała, o co chodzi. Powód zrozumiała, gdy mężczyzna obok zaczął przemawiać.

— No tak, to było do przewidzenia... Nie ma mowy o podróbce. Dzięki tym informacjom będziemy w stanie wzmocnić i tak już słabnącą pozycję magów na świecie. Mam tylko jedno pytanie. Jaką mamy pewność, że obecna głowa rodziny sowy nie postąpi podobnie jak jego poprzednik? — Zwrócił się w stronę Mazendera. — Pański ojciec również był wzorowym magiem, a jednak jak tylko nadarzyła się okazja, zostawił stowarzyszenie magów, zasilając szeregi wroga.

Nie trzeba było długo czekać, aby nastąpił odzew ze strony pozwanego. Blondyn stanowczo wstał i stuknął dłonią w blat.

— Proszę wybaczyć mi moje zabranie głosu bez zgody, ale nie zniosę znieważania mnie i mojej rodziny. Panie Likpor, co według Pana musiałbym zrobić, aby odkupić grzechy mojego poprzednika? Czy to, co zdobyłem wraz z Lejrą, nie wystarcza? Czy potrafi Pan oceniać ludzi przez pryzmat dokonań kogoś innego? Sądziłem, że ma Pan więcej doświadczenia i potrafi Pan realnie oceniać sytuację. — Zrobił zawiedzioną minę. — Narzeka Pan na coraz słabszą pozycję magów, a jednocześnie wymyśla Pan nieistniejące spiski, które również osłabiają naszą strukturę.

Nastała cisza, atmosfera była napięta. Zarówno chłopak, jak również przedstawiciel rodziny kruka mierzyli się wzrokiem. Nastolatka nie rozumiała, dlaczego oboje nagle umilkli i jedynie bez przerwy patrzyli na siebie. Czas mijał, a wraz z nim jej samopoczucie się pogarszało. Czuła się bardzo słabo, czemu towarzyszyła trudność w zaczerpnięciu powietrza.

— Nie powinien Pan uważać? Proszę pamiętać, że na sali są osoby, które nie są w stanie wyczuć emanowanej energii. Szkodzi Pan swojej sąsiadce. — Ciszę przerwał Mazender.

Mężczyzna spojrzał na Lejre, westchnął i doskwierające uczucie zniknęło. Nastała ponownie cisza, choć atmosfera nadal była zagęszczona. Przewodniczący zebrania chciał zabrać głos, jednak wisząca w powietrzu kolejna kłótnia, zmieniła jego plany. Coś w nim pękło, zrobił poważną minę i Lejra ponownie poczuła duszności, tym razem o wiele silniejsze. Mazender również czuł się przytłoczony tak jak połowa zebranych. Chłopak ewidentnie się zdziwił, spojrzał na przewodniczącego i zrozumiał powagę sytuacji. Przedstawiciel rodziny kruka, który wykłócał się chwilę wcześniej z młodym następcą, spojrzał na cierpiącą sąsiadkę obok i położył na niej swoją rękę. Nastolatka poczuła przenikającą, ogromną ilość energii, która niwelowała wszelkie dolegliwości. Każdy, kto był w stanie się poruszać, zwrócił się w stronę Gidola.

— Czy ktoś ma jeszcze jakieś zastrzeżenia w tej kwestii? — Jego pytanie napotkało jedynie ciszę. Aura roztoczona po całej sali powoli zaniknęła. — Mam nadzieję, że to ostatni raz, gdy muszę ingerować. Jeśli ktoś zamierza jeszcze dyskutować, proponuję zrobić to na jutrzejszym, porannym spotkaniu. Dzisiejsze jest przeznaczone na podejmowanie ważnych decyzji. — Wszyscy milczeli. — Skoro wszystko sobie wytłumaczyliśmy, wróćmy do istotnych spraw. Z raportu wynika, że wróg nie zamierza zbyt długo zwlekać i chce znów przeprowadzić na nas atak, odbierając jednocześnie kolejne tereny. Ponadto całkiem możliwe, że tym razem będą chcieli wmieszać w to nic podejrzewających ludzi. Macie jakieś pomysły, co można zrobić, aby przeciwdziałać temu? Teraz macie pole do popisu. Proszę, oddaje wam głos.

Z początku panowała cisza, ale miny wszystkich sugerowały o dumaniu i szukaniu we własnych myślach, jak najlepszego rozwiązania dla wszystkich. W końcu głos zabrała rudowłosa kobieta. Zasugerowała uprzedzenie ataku, zanim druga strona zmieni plany. Zapytała, ilu magów popiera ten pomysł i rękę w górę podniosła znaczną część zebranych. Po niej zabrał głos mężczyzna z wyjątkowo dużym nosem i zaproponował kontrpropozycję, czyli wzmocnienie obrony, aby nie stracić i tak już niewielkiego terytorium magów. Oczywiście również zdobył spore grono osób, które aprobowały jego decyzję. Reszta propozycji w większości powielała te dwa stanowiska, jedynie zmieniając detale, bądź łącząc jedną z drugą. Lejra brak potencjału magicznego, odbierała za ograniczenie w wypowiadaniu się o tej sprawie. Osobiście myślała, że bycie jeden krok przed przeciwnikiem, byłoby lepszym rozwiązaniem. Ku jej rozczarowaniu ostatecznie przegłosowano defensywę. Kończąc ten jakże ważny temat, Gidol przeszedł płynnie do innych tematów.

— Kłopotem jest stale malejąca ilość magów. Oczywiście nie chodzi mi o przyrost naturalny. Coraz częściej młode pokolenie nie ma wystarczającego szkolenia, przez co pada ofiarą naszych wrogów. Dlatego apeluje do was wszystkich, żebyście nie byli tak pobłażliwi wobec swoich podopiecznych. Jest nas coraz mniej, a co za tym idzie, coraz częściej zapominamy o technikach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, które były, są i będą skuteczne na dużą ilość oponentów. Uczycie wyrafinowanych technik, charakterystycznych dla waszych rodzin, podczas gdy zapominacie o tych, które używano z dużym skutkiem wiele lat temu. W związku z tym jako tegoroczny przedstawiciel ptactwa ustalam, że od przyszłego miesiąca będziemy przydzielać regularnie misję najmłodszym z nas, aby nabrali doświadczenia, które z pewnością się przyda w najbliższym czasie. — Nikt nie podważył jego decyzji. — Kolejną ważną sprawą będzie...

W tym czasie następczyni rodziny orła z uwagą przysłuchiwała się wypowiedzi mężczyzny, dzięki czemu była w stanie zaznajomić się z panującymi problemami. Nie spodziewała się, że dni świetności krąg magów ma za sobą i nie cieszył się zbyt dużą siłą. Wyobrażała go sobie, jako silnie rozrastającą się organizację, z uporządkowanym systemem rządzenia. Gidol od czasu do czasu prosił zebranych o propozycje wyjścia z niektórych sytuacji. Lejra miała wiele praktycznych rozwiązań, ale nie poczuwała się do wyjawienia większości z nich na publicznym forum, zwłaszcza że nie była mile widziana przez wielu z uczestników.

Nadeszła pora obiadowa, a pusty żołądek Lejry zaczął się domagać posiłku jeszcze bardziej niż przez całe zebranie. Na sali można było usłyszeć burczenie jeszcze paru osób, ale Gidol nie miał najmniejszego zamiaru, przerywać posiedzenia w środku tak ważnych dyskusji. Dopiero około godziny siedemnastej umęczeni magowie, zostali wypuszczeni z sali. Wbrew pozorom z korytarza nie dochodził żaden zapach przygotowanego posiłku, co nie zniechęciło młodej dziedziczki i ruszyła w stronę jadalni. Rozmarzyła się nad daniami serwowanymi tego dnia. Niestety na miejscu zastała zamknięte drzwi i wywieszoną kartkę z treścią: ,,Wykwintny bankiet odbędzie się dziś o godzinie dziewiętnastej na zewnątrz.''. Zawiedziona, weszła na piętro i udała się w stronę swojego pokoju.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania