Niepoprawny książę I

1. Logan.

Przeklinał siebie samego, że dał namówić się do tej durnej przejażdżki. Skończył liceum z w miare dobrymi stopniami, najgorsze było to, że jutro miał rozmowę w sprawię studiów. Podobnie jak jego ojciec chciałby podążać śladami biznesu.

Drobny deszcz stukał o dach samochodu, jezdnia była coraz zwilżona. Głośna bębniąca muzyka i śmiech młodzieży w środku nie ustępował. Smród, duchota i wszystko inne niezbyt przyjemne było dla kierowcy, który jako jedyny był trzeźwy. Z tylnych siedzeń padały różne przekleństwa i żartobliwe dokuczanie.

Logan Jeffey zastanawiał się co tu właściwie robił i dlaczego zgodził się na to wszystko. Pokręcił głową mając mieszane uczucia. Zerknął w lusterko wsteczne. Pobladł widząc jak jego kumpel właśnie zwymiotował. Od razu odwrócił się do otwartego okna i dziękował właśnie, że to nie jego auto.

- Jedziemy na dupy !! - zawołał wesoło William Hetfield, jego przyjaciel od dziecka, a jednocześnie sąsiad. Ich rodziny żyły

przyjaźnie odkąd właściwie urodzili się, mieli wspólny interes jakim był wysoko prestiżowy hotel w malowniczym Burlington.

Spojrzał na swojego wiernego druha, na którego był w tym momencie wściekły.

Był wysokim, złoto loczkowym chłopakiem, za którym masa dziewczyn ganiała. Tak, jak on sam

był popularnym łamaczem serc.Dostrzegł

podkrążone oczy, a źrenice ogromnie powiększone, tęczówki wciąż o wyraźnym błękitnym kolorze. Miał wyschnięte usta, dlatego popił z butelki piwa, a zaraz odpalił papierosa.

- Nie możesz poczekać? - warknął Logan, chwytając za końcówkę fajki i natychmiast wyrzucił przez okno.

- Co do cholery ?!! - krzyknął z surowym wzrokiem. Cały on, nie lubił jak mu zabierano ulubioną zabawkę, a teraz nią była właśnie ta śmierdząca fajka.

- Zaraz wysiądziemy. Mało ci tu dymu??! - mówił cięto i stanowczo brunet, który przeczesał się właśnie po swojej czuprynie zirytowany.

- Weź wyluzuj - klepnął go w ramię zadowolony, na co kierowca, jeszcze bardziej zezłościł. Znali się na wylot, ale teraz nie widział opcji jak dogadać się z pijanym. Tym akurat trochę zmartwił się Willa rodzice zapewne dadzą popalić, a miejscowi będą plotkować. Wycieraczki równomiernie poruszały się po szybie. Pasażer zboku ponownie wyjął pudełeczko, a następnie odpalił swoją upragnioną zdobycz. Nie zdążył wpuścić pierwszy, gęsty dymek, nastąpił głośny i lodowaty głosy kierowcy. Po chwili następny papieros znikł za szybą.

- Mówiłem?!.

- Weź, Logan, do cholery! - krzyknął pasażer.

- Wystarczy, że was wiozę, wy się zlaliście w trupy, więc należy mi się chociaż w miarę normalne powietrze! - huknął, sam lubił podpalać, ale teraz było mu wystarczająco za dużo.

- To wracaj!. Ja zawiozę! - kłócił się z nim blondyn. W tle słabo dosłyszalne dwa głosy z tylnych siedzeń upominały przyjaciół, Wtedy nie zdążył zareagować, a młody chłopak szarpnął kierownicą.

- Co ty odwalasz kurwa?! - wrzasnął, kontrolując w wyjątkowy sposób drogę, na szczęście.

- Mówię dawaj to?! - znów pociągnął mocno za kierownice. Taki był Will uparty, jak czegoś chciał to po prostu sięgał po to, a jeśli spodobała się mu jakakolwiek dziewczyna od razu rzucał na nią swoją sieć, jak chciał coś zrobić nawet nie zastanawiał się.

Wpadli w poślizg tym razem nie umiał zainterweniować. Wszystko zbyt szybko działo sie, nie potrafił nadążyć.

Pisk i wrzask zadzwonił mu w uszach. Następne co zobaczył to ciemność i usłyszał kompletną ciszę.

2. Logan

Osiem lat później:

Siedział w samochodzie cały zgrzany. Pogoda była niesprzyjająca jemu. Nie znosił upałów. Zazdrościł ludziom dookoła, którzy zrelaksowani siedzieli przy klimatyzacji, kiedy jego była zepsuta. Miał wrazenie, że nie wytrzuma. Odpalił kolejnego papierosa stojąc w korku, przez te wszystkie lata nieźle uzależnił się od tego gówna. Przeczesał swoją krótką, brunatną czuprynę i zajrzał w lusterko wsteczne widział, że ludzie też niecierpliwili się. Wracał w końcu do domu, minęło osiem długich lat i w końcu był w Burlington.

Musiał przyznać mało zmieniło się w tym miasteczku. W końcu było zielone światło i był gotowy. Zmarszczył brwi podejrzanie na widok samochodu z przodu, który nie ruszał. Dostrzegł, że w środku prowadzi kobieta na co przewrócił oczami.

- Nie potrafi ruszyć czy co?! - warknął do siebie trąbiąc, jednak wciąż nie ruszała. Był już na prawdę wściekły. Wyrzucił końcówkę papierosa i wypuścił dym z ust. Spuścił nogę trochę z sprzęgła i ruszył uderzając

w tył samochodu z wyczuciem.

Jednak zamiast przynieść to pozytywne skutki, wyszło na odwrót. Ktoś włączył światła awaryjne.

- No to zacznie się - pomyślał. Drzwi otworzyły się od kierowcy. Pierwsze co dostrzegł były to szczupłe nagie i jasne nogi. Zmrużył oczy, jakby chciał zobaczyć, czy może zna tą kobietę czy nie, ale raczej nie zanosiło się na to. Przypuszczał, że to będzie utrudniona konwersacja.

Była młoda szacował wiek na dwadzieścia cztery. Najwyraźniej należała do wyższej sfery społecznej. Długie włosy jasny brąz, wpadający w lekką rudość szczególnie, gdy padał blask słońca. Ubrana była w białą, rozkloszowaną sukienkę. Zauważył na niej czarną plamę prawdopodobnie od kawy. Jej twarz była zaczerwieniona. Okulary przesunęła na głowę zaczesując przy tym swoje gęste pasma do tyłu. Błękitne niezwykłe oczy od razu rzuciły mu się w oczy, a w nich lód. Jej uroda była delikatna, jak jedwab. Wysiadł za nim jeszcze do niego doszła, a zdążył przeanalizować jej wdzięk i piękno.

- Odbiło ci do cholery! - wrzasnęła od razu swoim słodkim głosem, na co drgnął. Po raz pierwszy brakowało mu słów. Miała przyjemny głos, nawet, gdy na niego tak krzyczała. Zamurowało go totalnie, był przygotowany na poważną rozmowę, ale nie od razu na awanturę z takim miłym wrzaskiem.

- Nie mogłeś chwili poczekać, idioto!. Jadę z dzieckiem do cholery?! - krzyknęła jeszcze raz.

- Powinnaś szybciej ruszać - wykrztusił w końcu dość ponuro - A nie pić kawę - spojrzał jeszcze raz na jej pobrudzony brzuch.

- Bo co ?! - burknęła groźnie.

- Bo inni chcą też jechać!? - uniósł głos w końcu na nią nie wytrzymując, na co spięła się.

- To zamiast tak się niecierpliwić zacznij myśleć baranie ?! - krzyknęła od razu zerkając w swój w tył samochodu.

Miała wąską talię, ta sukienka idealnie na niej leżała. Sięgała do prawie połowy zgrabnych

łydek. Złote sandałki na słupku dodawały elegancji, ale też subtelności - Coś stało mi się z skrzynią biegów temu nie ruszałam!

- A może po prostu nie umiesz ruszać?! - warknął zdenerwowany. Widział jak oburzyła się. Inne samochody ich omijały, które widział kątem oka.

- Ciociu Sophie, jedziemy?! - usłyszał z auta, z którego ona wysiadła. Był to siedmioletni chłopak, blondynek, jakby widział w nim kogoś znajomego z przeszłości, ale nie... To nie możliwe. Pokręcił głową nie mogąc uwierzyć.

- Sophie? - zapytał w totalnym zaskoczeniu.

- Nie twój interes, baranie! - fuknęła agresywnie i już wracała do samochodu - Już idę Myles ! - zawołała z całkiem zmienionym tonem, jednak odwróciła się znów w jego stronę wymierzając wrogie spojrzenie i nawet ani chwili nie wahając się machnęła przed nim kubkiem, który cały czas trzymała w ręku. Pozostałości jakie zostały w nim czarnej kawy wylądowały prosto na jego koszuli. Wyczuwał, że jego twarz robiła się bordowa.

- Teraz jesteśmy kwita - powiedziała chłodno, że go to zmroziło. Odeszła szybkim krokiem do samochodu. Zaniemówił znów. Nie potrafił nic powiedzieć, czy to była Sophie Hetfield?. Jeśli tak to zmienił zdanie co do tego miasta, Burlington jednak zmieniło się.

3.

Ta dziewczyna kompletnie zmieniła się. Pamiętał ją jako czternastoletnią dziewczynkę z aparatem. Włosy miała wtedy do ramion, nie zapowiadało się, że będzie taka... Piękna?. Przepierał koszule będąc już w domu. Zerknął przez okno na dom sąsiadów. Osiem lat już nie widział tego widoku. Spojrzał na ich okna jednak nikogo w nim nie dostrzegał, najwyraźniej nikogo nie było w domu. Z kim ona była?.

- ,,Ciociu Sophie'' - przypomniał sobie. Syn pewnie Kimberly kiwnął głową za zgodę. Temu tak od razu rozpoznał w nim jego zmarłego kumpla, Willa. Kimberly i Will zawsze

byli tacy podobni do siebie, dzielił ich rok różnicy w wieku. Więc Kimberly najwidoczniej ułożyła sobie życie, a Sophie?. Inna, odmieniona od nich, co porabia?, a zresztą co tak go interesowało. Ta rodzina zniszczyła mu życie, odebrała osiem lat, wszystko na co zasługiwał będąc mlodym. Nienawiść cały czas go rozsadzała do tej rodziny. Nawet nie zdążył pożegnać się z ojcem. Machnął ręką strącając rzeczy ze stołu czując narastającą się złość.

- Logan? - usłyszał znajomy ciepły i przyjazny głos. Była to jego siostra Emily. Ciemnobrązowe włosy miała zapuszczone sięgały do łopatek, zaczesane delikatną opaską. Jej figura też zmieniła się. Była w wieku Sophie i obie wydoroślały. Dostrzegł u siostry już kobiece kształty, inne rysy twarzy. Przypominała mu jego matkę, z tym, że różniły się kolorem włosów.

- Wszystko okey? - pogłaskała go po ramieniu widząc co właśnie brat zrobił.

- Taa... - mruknął - Spotkałem dziś chyba Sophie... - wyznał.

- Sophie?. Sophie Hetfield? - dopytała zaskoczona.

- Taa... Cóż to nie jest wielkie miasteczko - wzruszył ramionami - Była taka... Jak jej rodzice, od razu wywyższona, dumna, elegancka - wymieniał.

- Daj spokój - poleciła spokojnie - Już i tak zbyt wiele wycierpieliśmy przez tą rodzinę - powiedziała siadając na krawędzi stołu.

- Kiedyś na pewno za wszystko zapłacą - mruknął siadając wyczerpany na kanapie.

- Na pewno - skinęła głową łapiąc go za rękę, na co ścisnął z wdzięcznością. Uśmiechnęła się do niego tymi roześmianymi czarnymi oczami. Byli wspierającym się rodzeństwem. Szczególnie gdy ich rodzicielka

musiała wyjeżdżać co jakiś czas w interesach Podziwiał swoją matkę była taka dzielna po śmierci swojego męża, pracowała za dwóch i nie załamała się tylko dalej brnęła do przodu. Tacy byli Jeffeyowie dzielni i silni. Jakoś wyszli na prostą po tym jak duże pieniądze musieli płacić by on mógł być bezpieczny za kratkami.

 

3.Sophie

,,Jeszcze sto dwadzieścia sekund Sophie'' - powiedziała sobie w myślach. Wiedziała, że to potrwa tylko chwilę i będzie miała spokój na całe pięć dni. Czuła się jak rzecz. Miała wrażenie, że jest słabym robotem. Była w związku już prawie dwa lata. Jej rodzina postanowiła ją wydać za słynnego Cole Carventesa, który miał dużo do zaoferowania. Zapewniali, że nic jej nie zabraknie, szkoda tylko, że nie widzieli

prawdziwego oblicza słynnego Col'a. Miał swoją firmę farmaceutyczną na Florydzie, oraz otwierał jakiś całkiem nowy biznes, o którym nie miała żadnego pojęcia, a po za tym nie interesowało ją to. Często wyjeżdżał, ale także był niecierpliwym pracoholikiem pozbytym jakichkolwiek uczuć. Nie zdążyła zaprotestować nawet, a już wepchnęli ją w jego klatkę. Przeklinała swoją matkę w tym momencie. Poczuła mocny uścisk na wysokości ramienia, to była jego ręka. Odliczała sekundy. Przyciśnięta brzuchem do łóżka zatopiła twarz w poduszkę mając nadzieję, że umrze i wtedy uratuje się z tego świata.

- Pięć, cztery - odliczała - Jeden - odetchnęła z ulgą.

Nie było mowy na dzieci. Nie z takim człowiekiem, a po za tym on sam nie chciał za co mu wdzięczna była, choć od najmłodszych lat marzyła o swoim księciu z bajki, z którym by miała gromadkę dzieci.

- Dzięki skarbie - poczuła jak musnął niedbale ją w szyje i wstał z niej. Nie potrafiła jeszcze podnieść się, czuła się upokorzona i wykorzystana. Leżąc jeszcze chwilę, pogrążona w swoich myślach. Sobota, albo niedziela najgorsze dni w tygodniu. Jemu zachciewało się na ulgę, a ona czuła się jak bezużyteczny, zawstydzony przedmiot. Podniosła się poprawiając sukienkę. Krzywdził jej psychikę, co bardziej ją bolało niż ślady na ciele, które pozostawiał przy braku

swej kontroli w sile. Nie potrafił robić czegoś z wyczuciem, to kolejna wada Cola. Wyczuwała, że wyrasta spory siniec Zapewniał, że ją kochał może i nawet zbyt przesadnie. Podarowywał prezenty, prawił komplementy, zazdrosny był niemal na każdym kroku, gdy jakiś mężczyzna patrzył na nią dłużej niż dziesięć sekund od razu zaznaczał swoje terytorium poprzez różne gesty. Kontrolował ją niesamowicie, codziennie miała od niego telefon przy siódmej wieczorem. Próbowała nie raz porozmawiać z matką jednak ta zbywała ją z wymówkami:

- ,,Niestety taka rola kobiet w związku'' - cytowała sobie ją w myślach, szkoda, że tylko nie dała jej dojść do końca z tego czego zwierzała się. Wątpiła, że ojciec posuwał się do takich czynności, po prostu Alice Hetfield była zakochana w takim Colu jakiego widziała przed sobą. Grzecznego, poukładanego, opanowanego dżentelmena.

Miała również siostrę, której nie chciała zamartwiać, a po za tym też by jej nie uwierzyła. Stwierdziłaby, że znów ma kaprysy.

Kimberly Hetfield żyła w szczęśliwym długim związku. Siedem lat w małżeństwie, wraz z synkiem, a ona była kompletnie sama w tym wielkim jak na nią domu.

- Co ci stało się w tą sukienkę ? - usłyszała. Drgnęła na jego głos. Wpatrywał się w nią oczekująco. Zapomniał najwidoczniej, że o to pytał.

- Odwoziłam Mylesa i coś auto mi nie ruszało, jakiś mężczyzna chcąc nas pośpieszyć w korku uderzył w nas, a że kawę miałam w ręce... - wzruszyła ramionami mając nadzieję, że sobie sam dokończy. Podeszła do szafy szukając czystego ubrania.

- Mężczyzna? - upewnił się czy dobrze usłyszał z lekkim chrząknięciem w głosie. Słyszała już zazdrość, na co wywróciła oczami do góry nogami. Westchnęła ciężko

- Jakiś pewnie przejezdny - uspokoiła go. Miała przesądzony los - Dobrze, że nic nie stało się, biedny Myles przestraszył się.

- Musisz go tu spraszać co weekend tego dzieciaka?- zapytał, a ona przełknęła ślinę. Szczerze uwielbiała siostrzeńca

ale był tez idealna wymówką dlaczego nie musiała spać ze swoim narzeczonym. Żałowała, że jej brat nie żył. Była pewna, że przeklął matkę i bronił by ją własną piersią. Uśmiechnęła się do zdjęcia

które stało na jednej szafce. Will wraz z nią beztrosko uśmiechali się, gdy ona była jeszcze nastolatką.

- To jest moja rodzina, Kimberly mnie poprosiła. ja uwielbiam Mylesa - odrzekła starając się być naturalna, w końcu wybierając zwykle spodnie i t-shirt - Czemu pytasz?.

- To niech znajdzie mu niańkę, nawet nie mamy czasu dla siebie - zamarudził.

-No wiesz... Ty wyjeżdżasz na prawie cały tydzień - wypomniała mu lekko rozbawiona.

- By spełniać twoje zachcianki... - wyjaśnił rozkruszony, a gdy podniosła wzrok stał tuż przed nią, a następnie pocałował w czubek głowy. Patrzył na nią surowym wzrokiem - Przynajmniej w soboty go nie bierz - dodał po na myślę opanowanym tonem, odsuwając się od dziewczyny, po której wciąż jedna myśl krążyła po głowie.

- Ale ja nawet niczego nie... - zaczęła mówić, jednak przymknął palcem jej usta.

-Mam taką pracę, a ty zrób coś z tym dzieciakiem - polecił głosem dyktatorskim. Pocałował ją w policzek z klującym zarostem i odwrócił się na pięcie - Zadzwonię gdy dojadę na miejsce - oznajmił za nim jeszcze wyszedł, zostawiając ją samą . Trzymała się za policzek, który drgał jeszcze jej od emocji.

- Chcę - wykrztusiła kończąc swoje wcześniejsze słowa.

Ten mężczyzna, którego dziś spotkała wyglądał jakby ją znał. Nie mogła go rozpoznać przez te czarne okulary, które miał na nosie. Był barczysty, wysoki, dość ładnie ubrany. Strzelała, że jest od niej starszy o kilka lat. Dokładne, surowe rysy twarzy i dodatkowy, delikatny zarost co dodawało mu na pewno seksapilu i atrakcyjności.

Oblała go kawą. Zwykle tego nie robi i nie jest taka mściwa, ale on nieźle ją wkurzył. Uderzył w nią bez powodu. Niby nie mocno, ale jej wystarczyło, żeby jej siostrzeniec przestraszył się. Dla tych których kochała była zdolna do wszystkiego. Gęstą brunatną czuprynę miał, idealną by zatapiać w nią palce. Westchnęła będąc już przebrana, spojrzała przez okno na dom, który stał po sąsiedzku miała wrażenie, że kogoś w nim widzi, jednak gdy podeszła bliżej do okna nikogo już nie było.

***CDN***

Witam na wstępie chciałam uprzedzić, że jestem całkiem świeża w tej dziedzinie, a robię to dla własnego doświadczenia i ciekawości. Jestem młodą..amatorką więc liczę na zrozumiałość jeśli pojawią się jakiekolwiek błędy, albo inne rzeczy, choć przysięgam, że starałam się. Jestem całkiem nowa tu na tej stronie i stworzyłam ,,coś''. Może komuś przypadnie do gustu, a nawet kogoś te opowiadanie chwyci za serce i kilka par oczu będą śledzić losy głównych bohaterów.

Jestem otwarta na każde mądre uwagi jeśli pojawią się pod spodem, dlatego zachęcam do komentowania. Jeżeli komuś nie spodoba się to po prostu niech nie czyta nikogo przecież nie zmuszam. Tymczasem życzę miłego dnia, oraz oczywiście czytania, a następna część już w krótce. Pozdrawiam :)

An Caroline.

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Multivariate_Ego pół roku temu
    "Przeklinał sam siebie samego" – wystarczyłoby "przeklinał siebie samego".
    "Na szczęście skończył liceum w miarę z dobrymi stopniami" – "skończył liceum z w miarę dobrymi stopniami".
    "...jezdnia była co raz zwilżona" – co raz?
    "Zaduch, woń alkoholu i dym od papierosów niezbyt przyjemne było dla kierowcy, który jedyny był trzeźwy." – Pomijając powtórzenia i złą formę "było" zamiast "były", to zdanie się czyta okropnie.
    "Pokręcił głową niedowierzająco" – "z niedowierzaniem".

    Niestety po pierwszych akapitach mam dość wymieniania kolejnych błędów. Chętnie wyszczególniłabym więcej, ale obawiam się, że spędziłabym nad tym cały dzień. Do poprawy jest wszystko: ortografia, interpunkcja, składnia. Brakuje Ci dużych liter, spacji. Ma się wrażenie, że tekst pisała osoba, która na co dzień nie posługuje się językiem polskim. Sugeruję, żebyś po napisaniu całego tekstu, przeczytała go co najmniej raz jeszcze (i to na głos).

    Dlaczego na początku dialogów nie pojawiają się duże litery? Używanie dywizów zamiast pauz i półpauz powszechnie uznawane jest za błąd. Spędź więcej czasu na dopieszczaniu tekstu od strony wizualnej i ortograficzno-interpunkcyjnej na początku. Później weź się za doskonalenie warsztatu pisarskiego, za układanie ładnych zdań. Polecam strony typu ortograf, gdyż pomagają w znajdywaniu najprostszych błędów.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania