Poprzednie częściNiepoprawny książę I  

Niepoprawny książę II

4. Logan:

Pogoda była zmienna, jak kobieta, tak uważał Logan Jeffey. Dziś musiał znaleźć pracę i miał wielkie obawy, co do tego. Mógł równie od razu pracować wraz z matką, ale chciał w końcu wrócić do domu, gdy ona przebywała w Atlancie.

Hetfieldowie zabrali mu dom i marzenia. Nawet, gdyby chciałby zemścić się raczej nie potrafił. Nie wiedziałby, jak, a po za tym szkoda na nich było jego czasu. Prawie wszędzie otrzymał odmowy, gdy tylko dochodził do tematu, gdzie przebywał przez ostatnie lata. Gdyby tylko znali prawde co wydarzyło się tamtego felernego wieczoru, może by w końcu otworzyli oczy.

- ,,Dziś wspólna kolacja. nie spóźnij się'' - przeczytał sms'a od siostry. Uśmiechnął się. Emily była bardzo dojrzała, jak na swój wiek. W dzieciństwie bardzo byli zżyci ze sobą, a gdy odebrali jej swojego braciszka bardzo to przeżyła. Zaczęła się i u niej nienawiść do sąsiadów, a pomyśleć, że kiedyś przyjaźniły się wraz z Sophie. Właśnie powrócil znów myślami do tamtej dziewczyny. Była już kobietą, w dodatku piękną. Zmrużyl oczy, by przywołać ponownie jej obraz. Jej twarz biała prawie, jak śnieg i oczy turkusowe, jak Pacyfik.. Potrząsnął głową i wysiadł z samochodu. Miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia w banku. Gdy miał wejść do środka usłyszał dobrze znany mu głos.

- Logan?!. - Drgnąl. Musiał przyznać, że w pierwszej sekundzie zdenerwował go, ale po chwili rozluźnił się odwracając. Stał przed nim Niall Fletcher, drugi ocalały z tego okrutnego wypadku. Wymierzył mu piorunujace spojrzenie, a następnie wypuścił powietrze z ust - Przypakowałeś - wydusił nie wychodząc z podziwu. Jeffey zilustrował go od głowy do stóp niebieskie, niewinne oczy, włosy troche dłuższe niż ostatnio, wciąz o ciemniejszej tonacji blondu. Trochę zmężniał mimo to ciągle miał trochę dziecięcą buźke, nawet teraz, gdy miał dwadzieścia siedem lat. Ramiona szersze, w białej koszuli i dość eleganckich spodniach. Nie wiedział, co mu powiedzieć ,,Kope lat druchu?''. Nie czuł się na tyle, a po za tym zdradził go, gdy najbardziej go potrzebował. Mężczyzna stojący przed nim, Will, on sam i jeszcze zmarły Adam Evans, który siedział na tylnych siedzeniach tamtej nocy. Nie raz próbował wyjaśnić, czemu on został uratowany, a ich przyjaciele nie. Dlaczego on sam odpokutuje winy chociaż był niewinnym osiemnastolatkiem.

- Niall - wymamrotał chłodno, zaciskając wąsko usta. Zmarszczył lekko swoje brwi.

- Logan... - zaczął mówić.

- Wydaje mi się, że nie mamy,, o czym rozmawiać, Niall - powiedział z lekką grozą. blondyn przystąpił z nogi na nogę czując pewne spięcie.

- Zawsze zastanawiałem się, co ci powiem, gdy cię spotkam - wypowiedział, gdy Jeffey miał już pójść w swoją drogę.

- Zrób mi przysługę, którą jesteś winny i nic nie mów?. - burknął zirytowany coraz bardziej spoglądając na niego.

- Wiem, że jestem winny ci przeprosiny i wiem, że to za mało - ciągnął rozmowę próbując jeszcze nawiązać z nim kontakt wzrokowy gdy on znów mu uciekał.

- Czego chcesz Niall?. - zapytał wyjmując opakowanie papierosów.

- Przeprosić... Porozmawiać... Zaprosić na mój ślub?. - odrzekł zmieszany wpatrując się w niebieską paczuszkę. Wydawał z siebie skruchę. Nigdy nie sądził, że Niall Fletcher ustatkuje się. Powodzenie u kobiet również miał, ale nigdy nic poważnego. Zastanawiał się jaką kobietę wybrał na całe życie. Dawny przyjaciel próbował z nim skontaktować się, gdy jeszcze siedział w poprawczaku. On, nie odpowiadał na telefony, przyjmował listy, ale nigdy nie odpisał i czy naprawdę ten facet dziwił się?. Czuł ogromny żal do niego.

- Zapomnij, ale szczęścia - mruknął, kolejny raz odwracając się.

- Wiedziałem, że kiedyś tu wrócisz - powiedział zaskakując go jeszcze raz.

- Taa...

- Za bardzo lubiłeś Burlington - westchnął - Możemy porozmawiać?. - zapytał ponownie z determinacją w głosie.

- Nie mam czasu teraz, szukam pracy - zaprotestował natychmiast.

- Pracy?!. - zawołał - Więc, porozmawiajmy o twojej pracy?. - zaproponował.

- Jakiej?. - zmrużył oczy.

- Porozmawiajmy - powtórzył. Wcale nie miał na to ochoty, ale miał nadzieję, że jeszcze dziś w końcu coś mu uda się. Z tego co pamiętał, Fletcherowie mieli popularną firmę ubezpieczeniową. Zapewne teraz on, sam pracuje wraz z ojcem.

Przetransportowali się do baru po drugie stronie uliczki. Siedzieli na przeciwko siebie na skórzanych kanapach. Zamówił sobie tylko colę, a sam Niall herbatę mrożoną,

- Logan wiem, że zawaliłem, próbowałem nie raz z tobą porozmawiać gdy... - zaczął odważnie.

- Siedziałem - dokończył za niego, w tym samym czasie podnosząc na niego wzrok.

- Nie mogę sobie wyobrazić co przeżyłeś...

- Nawet jednego dnia... - zaśmiał się krótko - Jednego dnia nawet byś tam nie przeżył - stwierdził, jakby zza mgłą.

- I mówi to ten kogo rodzice opłacali jego bezpieczeństwo?. - palnął, choć nie chciał najwidoczniej żałował po chwili bo jego mina wykazała szok. Przetarł swoją twarz jasnymi dłońmi ciężko wzdychając.

- Za dużo wiesz - przejechał językiem po swoich białych zębach wyczuwając niesympatyczną irytację.

- Nie udawało mi się z tobą kontaktować, to musiałem z twoją siostrą - wyjaśnił.

- Dziwisz się!?. Poparłeś tamtą rodzinę, nie pisnąłeś ani słowem, by jakos uchronic mnie przez wiezieniem. Oni zrobili ze mnie mordercę. do cholery!. Znizczyli mi zycie i ty!.... Dziwisz sie? - krzyknął nie wytrzymując napięcia, jakie w nim rosło.

- Nie!. - przekrzyczal - Nie dziwie się, Ale Logan, mialem tylko osiemnascie lat!. - Jego rozmówca szukał jakiegokolwiek usprawiedliwienia, które wiele nie dawało.

- Wystarczająco, by podejmować własne decyzje - ściszył swój ton zbulwersowany i od razu ruszył z miejsca nie widząc sensu tej przeklętej rozmowy.

- Poczekaj - zatrzymał go, na co popatrzył na niego z góry.

- Chcę dać ci pracę - kąciki ust uniosły się lekko do góry młodemu męzczyźnie, a brunet szukał jakiegokolwiek tu haczyka.

- Dlaczego?. Bo dręczą cię wyrzuty sumienia?!. - szukał przyczyny tego szlachetnego gestu dawnego kolegi.

- Też - skinął głową - A po za tym wciąż jesteś moim kumplem.

- Szkoda, że ty moim nie - wywrócił oczami obojętnie.

- Logan kazali mi rodzice, byłem tylko dzieciakiem!. - próbował go przekonać z determinacją w głosie. Niall Fretchel mial najbardziej surowych rodzicow, z trudem wypuszczali go gdzies z domu. Nie zdziwiłby sie Jeffey, gdyby ślub to ich sprawką był.

- Co to za praca?. - westchnął czując, że znajomy mu nie ustąpi

- Otworzyłem nowy lokal z ojcem, przydałby się tam ktoś...

- Niall, dobrze wiesz,że twój ojciec nie pozwoli mi tam pracować - był zdumiony z jego propozycji, ale wiedział, że na tym dobrze nie wyjdzie. Obiecał sobie, że odpracuje zaniedbaną reputację, a ludzie będą go jeszcze przepraszać.

- Mój ojciec rzadko jeździ po sieciówkach nawet, by nie zauważył - machnął ręką.

- Ale na papierach, by zauważył. Niall nie jesteśmy już osiemnastolatkami, którzy kombinują, jak się da - Odrzekł mu już stonowanym głosem. Wypuscil powietrze z ust. Był już rozluzniony, przed chwilą traktował go, jak jednego z wrogów, a teraz poczuł się, że nie jest sam - Doceniam, że chcesz pomóc, ale jakoś poradzę sobie - odmówił mu, zastanawiając się, czy to odpowiednia decyzja.

- Logan, wiesz, że bedziesz miał utrudnioną drogę...

- Tak wiem, przez Hetfieldów. Tak pewnie byłbym właścicielem Great Grant Hotel - odłożył serwetkę, którą przez chwilę bawił się.

- Nie pochwalam ich i nigdy nie pochwalilem. To co zrobili tobie...

- Nie rozmawiajmy o nich - przerwał mu poirytowany.

- Więc, została jeszcze jedna sprawa - odezwal sie po chwili - Mój ślub - podał mu koperte. Popatrzył pierw na niego, a potem na podarunek. Było to eleganckie zaproszenie w biało-kremowych barwach. Na środku grubym drukiem widniał napis Niall i Evelyn zapraszają na ślub. O dziwo widniało jego imię i nazwisko.

- Nie sądziłem, że będę kiedykolwiek zaproszony - wybełkotał zaskoczony.

- Żartujesz?. Byłeś pierwszy na liście - uniósł ręce nieco juz rozchmurzony, na co Logan po raz pierwszy od powrotu uśmiechnął się po za domem - Będziesz? - spojrzał na niego powaznie.

- Chyba też nie powinienem prawde mówiąc - odrzekł wahając się.

- Daj spokój od kiedy Logan Jeffey, robi czegoś co nie powinienem?!.

- Odkąd zabiłem dwie osoby - parsknął chłodno.

- Oboje wiemy, że to nie twoje wina - spiorunował go wzrokiem. Będąc młodym, tak bardzo obwiniał się siebie, że zamknął sie na ten okrutny świat. Nie docierały do niego słowa wsparcia ze strony matki, siostry. Czuł się samotny, ale jednocześnie nikogo nie potrzebował. Ludzie wytykali go palcami, którzy znali jego przeszłość. Był tylko zwykłym osiemnastolatkiem, który popełniał masę błędów. Nie spowodował wypadku umyślnie, a co najlepsze prawie nikt nie znał całkowitej prawdy.

- Ale, nikt tak nie uważa - uśmiechnął się sarkastycznie.

- To mój ślub mogę zapraszać kogo chcę - powiedzial dumnie, na co brunet uniósł zmarszczki na czole do góry nie ukrywając podziwu.

- Więc ten ślub... Evelyn ? - zapytał.

- Taak.. Jest... - kiwnął głową i sięgnął w umysł jakby chciał odszukać odpowiednich słów - Mało by powiedzieć, że cudowna. Sam zobaczysz, gdy ty....

- Przereklamowane - wtrącił się obojętnie machając ręką, na co tylko dawny przyjaciel uśmiechnął się podejrzanie. Po chwili dowiedział się, jak poznał swoją narzeczoną. Również jego znajom opowiedział, co wydarzyło się, gdy go nie było. Król Hetfieldów zmarł tej wiosny. To dziwne, że oboje rodziny straciły po jednym z władców. Same kobiety zostały w rezydencji sąsiadów. Ich domy nie były to jakieś eksluzywne wille, ale nalezały do jednych z najpiękniejszych stąd. Dawniej często obie rodziny spędzały ze sobą czas, świętując różne okoliczności, ale także organizowali wspólne wyjazdy. Wrócił do domu po spotkaniu. Po rozmowe z mamą czuł jeszcze gorsze zmęczenie. Odradzała, by nie szedł na to przyszłe wesele, jednak był w przekonaniu, że właśnie musi wybrać się. Pokazać wszystkim, że nie załamał się, że wciąż jest tym samym chłopakiem, którego zamknęli przez niedorzeczny wypadek. Mimo, że to dopiero początek to za dużo wrażeń, jak na jeden dzień.

Usłyszał za oknem jakieś głosy. Wyszedł na balkon i dojrzał dwie kobiety żegnające się. Była to Sophie. Jednak to ona wylała na niego kawę, zacisnął swoje wargi w wąską linie czując tamtą złość, która go paliła. Upokorzyła go na oczach innych. Była z matką.

Alice Hetfield, jak zwykle z dumnie uniesoną głową całowała w policzek córkę na pożegnanie. Widocznie. gdzieś wyjeżdżała bo właśnie, jakiś mężczyzna pakował walizkę do bagażnika. Być może, to był mąż Kimberly, drugiej jej córki, ponieważ był dość młody. Młoda kobieta jeszcze raz machnęła do odjeżdzającego samochodu, a po chwili westchnęła. Jemu udało się wraz z nią, aż zdziwił się właśnie samemu sobie. Po chwili wybiegł również pies. No nie!... Przecież to Pirat. Większy, biało-czarny długowłosy kundelek. Merdał swoim gęstym ogonem radośnie, a dziewczyna czule poczochrała go po kudlatej główce. Pirat miał czarną plamkę wokół oka i wyglądał, jakby miał przysłonięte, właśnie, jak słynny pirat, który podbija inne statki i poszukuje skarbów. Pamiętał dokładnie, jak znaleźli tego psa, a właściwie Sophie. Przybiegła po niego i Willa wstrząśnięta. Od razu pobiegli za nią. Nie dała rady sama wyjąć z jamy tego czworonoga. Nastolatki również nie ukrywali swojego zaskoczenia i zmieszania. Jak ktoś mógł postąpić tak z niewinnym zwierzęciem, w dodatku wtedy szczeniakiem. Wyjęli piszczacego psiaka, a ta dziewczyna od razu przygarnęła go do siebie z miłością. Pocałowała w jego łebek, mimo to był pobrudzony.

- Nazwiemy go Pirat?. - zapytała dziecięcym głosem, którego już nie miała.

- Wątpię, że starzy się zgodzą młoda - odpowiedział jej brat.

- Warto spróbować - wzruszyła ramionami.

Choć nie chętnie, to Hetfieldowie zgodzili się. Od wtedy dziewczyna i pies byli niemal nierozłączni. Już wtedy najwidoczniej Sophie miała w sobie urok osobisty, który przekonywał wszystkich od razu do czegoś, gdy chciała. Traktowali ją, jak księżniczkę. Była najmłodszym oczkiem w głowie rodziców. Kimberly podobnie, jak Will wkraczała w okres licealnego buntu. Ich dzieci zawsze i tak dostawali, co chcieli, był tego przekonany. Gdy tak stał pomyślał, że nawet nigdy nie był na cmentarzu. Nie chciał na nikogo trafić, ale skoro Alice wyjechała to może i byłby dobry moment. Zastanawiał się czy mieszka tam sama?. Był tu krótko, ale nie zauważył tu jeszcze Kimberly, która pewnie mieszkała wraz z mężem wyjaśnił sobie w myślach więc, Sophie przebywała sama?. Dowiedział się, że ona została głównym dyrektorem hotelu. Pokręcił głową kto, by pomyślał, że ta mała księżniczka przejmie cały biznes?. Pewnie nie w większości, bo też należało się Kimberly, ale z tego, co słyszał od kolegi została zaciętą prawniczką. Pamiętał, jak z Willem nie raz wyobrażali swoją przyszłość w luksusie, mieli być panami własnego losu. Pokrecił głową niedorzecznie, że tak to wszystko skończyło się. Schował się do środka kończąc rozmyślanie, a następnie poszedł na dół gdzie czakała na niego obiecana i długo wyczekiwana kolacja.

5. Sophie

Znów jej matka musiała wyjechać, na weekend miała wrócić ze względu na przyjecie weselne fletcherów.

- Bądź grzeczna - upomniała ją dostojnym głosem kobieta.

- Dobrze mamo - zapewniła nie mogąc się doczekać aż będzie mogła schować się w tym domu.

- Pilnuj interesów.

- Mhm - skinęła głową - Zadzwonię jak dojadę - uśmiechnęła się w końcu i przygłaskała jej ramiona, jakby chciała strzepnąć jakieś paprochy. westchnela, a Sophie poczuła się właśnie jak deska do prasowania - Kiedy ty tak wyrosłaś?. - zapytała wzruszona..

- Już dawno - odrzekła rozbawiona jej córka.

- Tak wiem... Tato byłby dumny - przytaknęła głową, a dziewczynie od razu zrobilo sie żal. Tęskniła za swoim ojcem i wierzyla, że on by zrozumiał ją na temat jej związku. By złamał tą cholerną obietnicę, przecież była jego małą księżniczką.

- Jedź ostrożnie - poprosiła, gdy już starsza kobieta ruszyła do auta.

- I przestań odchudzać się!. - zawołała już wsiadając za kierownicę.

- Jasne!. - machnęła ręką również do swojego szwagra. Zazdrościła swojej siostrze, była w szczęśliwym związku, zawsze dostawała to czego chce. Jak mówiła, że chce być z Chrisem, to tak było. Oczywiście to nie przeszkodziło, by jej matka i ojciec pierw jego całkowicie sprawdzili. Był anglikiem tak, jak jego cała rodzina. Kimberly opowiadała, jak to poleciała najpierw na jego akcent ,,Prawie, jak książę'' przypomniała sobie jej słowa. Chris Pierce był przystojnym blondynem. Wysokim, o dość imponującej posturze. Pamiętała dokładnie, jaki był zestresowany, jak pierwszy raz jej siostra przyprowadziła go do domu, by mógł poznać jej rodzinę. Od razu poradziła mu, by nie utrzymywał dłuższego kontaktu na siostrze, niż dziesięć sekund, od wtedy ze szwagrem mieli dobre relacje. Próbował się wpasować do ,,królewskiej rodziny'' czym zaimponował jej matce. Gdy jej rodzeństwo poinformowało, o ciąży strasi wpadli najpierw w szał. Chcieli, by pierw skończyła studia. Jednak młoda mama i tak skończyła znakomite studia tyle, że w późniejszym terminie.

Przywitała się ze swoim ukochanym czworonogiem, chociaż on jej tu pozostał, wróciła do swoich myśli. Obserwowała nie raz ich związek z boku, był szczery, pełen uczuć. Widziała nie raz w Chrisie, jak dokładnie obserwuje swoją żonę, uważał ją, że jest aniołem. Westchnęła myślac, że ona tak nigdy nie będzie mieć. Pokręciła głową i poczuła się obserwowana, odwróciła głowę w prawą stronę. Na balkonie u sąsiadów nikogo nie było tylko lewitująca w powietrzu biała firanka. Wraz z psem weszła do swojego domu. Był taki pusty, ona sama w nim prawie czuła się, jak w potężnym pałacu. Obkręciła się padając na kremową sofę w salonie od razu nastawiła głośno muzykę i poczuła niesamowitą wolność. Uśmiechnęła się sama do siebie i spojrzała na swojego przyjaciela.

- Jesteś gotowy?. - zapytała i włączyła pilotem utwór Whitney Huston - ,,I wanna dance with somebody''. Zaczęła od razu skakać po wielkiej kanapie, jak małe dziecko. Czworonóg dołączył do niej. Zeskakiwał i wskakiwał na zmianę wesoło. Postanowiła w końcu dziś wyluzować. Tańczyła, śpiewała i robiła na co miała ochotę. Po niezłym wysiłku padła zdyszana, a obok niej Pirat. Próbowała złapać równy oddech, a gdy już to zrobiła nie wiedziała kiedy. odpłynęła. Lubiła dni w tygodniu, była wtedy sobą. Choć dni wyglądaly troche podobnie. Wieczorami musiała tłumaczyć się z każdego szczegółu dla narzeczonego. On uśmiechał się i przyglądał się jej dokładnie. Czasami przez kamerkę kazał jej pokazać jakąś nagą część ciała, co dla niej było żałosne. Cięzko wzdychajac odsłaniała kawałek uda albo inne miejsce. Niedorzeczne.

Nazajutrz przywitała się z każdym w pracy. Podeszła do recepcji stawiając kubek z kawą, a sama popiła ze swego.

- Jesteś idealna - mruknęła zadowolona brunetka z piwnymi oczami. Była to Sara Livaine. Najlepsza recepcjonistka, do której miała zaufanie. Ona jedna wiedziała wiele rzeczy o samej Sohpie, jednak też nie, o wszystkim. Była jedyną tutaj koleżanką i w sumie jej wystarczało, choć chyba zawsze będzie odczuwała jeszcze brak dawnej przyjaciółki.

- Wiem - wzruszyła ramionami uśmiechnięta.

- Jest do ciebie pare listów i pewnie rachunków - poinformowala wręczając jej kilka kopert.

- Dzięki - przyjrzała się każdej i wybrała jedną, która najmniej mówiła o jakichkolwiek pieniądzach. Otworzyła i dostrzegła zaproszenie na ślub - Szykuje się wesele - przewróciła oczami obojętnie.

- Kogo?. - zapytała zaciekawiona druga dziewczyna.

- Nialla - powiedziała z namysłu. Kiedyś często przesiadywał u nich w domu wraz z innymi kumplami Willa. Teraz traktowali się po prostu, jak znajomi. Nie byli miliarderami, ale należeli do wyższych okręgów tego miasta, widocznie musiał chłopak i ją zaprosić.

- To super!?. Imprezka rozerwiesz się - mówiła Sara.

- Taa... Z Colem?. - popatrzyła na nią zrezygnowana.

- Ahhh… No tak - Sarah również posmutniała. Znała mniej niż większość o ich relacji, ale widziała, że koleżanka w ogóle nie jest szczęśliwa w tym związku. Wiedziała, że nie lubiła o tym rozmawiać, tylko denerwowała się wtedy więc pozostało ją tylko jakoś pocieszyć - Zawsze możesz iść ze mną - wzruszyła ramionami zadowolona.

- Nie wiesz, z jaką chęcią - rozchmurzyła się nieco. Zabrała rzeczy i odeszła - Jak by co to w biurze jestem - zawołała z windy, na co dziewczyna tylko uniosła kciuk do góry delektując się swoją kawą.

Starannie wykonywala swoje obowiązki, dość szybko nauczyła się wszystkiego. Ojciec dopilnował żeby była najlepsza w tym co robi i chyba mu udało się. Uśmiechnęła się zadowolona gdy skończyła robić podsumowanie miesiąca. Zyski były nadal zaskakujące odkąd otworzyli również drugi hotel w samym sercu Kanady. Tamten nadzorowała jej matka. Turyści kochali tutejsze piękno jeziora, oraz niezwykłe budynki. Oparła się o fotel i spojrzała znów na zaproszenie. Całe przyjęcie miało odbyć się w sobotę. Lubiła, jak chociaż w pobliżu była jej matka, wtedy nie była sama na sam z mężczyzną.

- Ooh... Więc Niall wychodzi za mąż - mruknęła czytając zaproszenie Alice Hetfield, która wróciła w piątek jeszcze przed czasem - Will również pewnie, by wychodził - popiła czystego koniaku, nawet nie krzywiąc się.

- Mamo... Nie rozdrapuj starych ran - poprosiła z troską Sophie.

- Ale taka prawda - zmieniła nogi na nogę. Obok niej siedział jej Cole Cerventus trzymając ją za kolano.

- Strata zawsze boli, ale nie zadręczaj się tak, Alice - wtrącił się Cole. Był taki pobłażliwy, gdy była jego przyszła teściowa , a gdy byli sami był istnym dyktatorem.

- Masz racje Cole. Dobrze, że trafiliscie na siebie - uśmiechnęła się. Dziewczyna westchnęła niezadowolona z tych słów. Zabrała dłoń mężczyzny ze swojej nogi i wstała.

- Późno już, położę się - rzekła pragnąc schować się w swojej kryjówce.

- śpij dobrze - mruknął Cole. Pogładził dłonią jej pośladek, na co wzdrygnęła się, a następnie spięła. Była pewna, że ten gest wcale nie był przypadkowy.

- Jasne - zmusiła się do uśmiechu - Dobranoc mamo - pocałowała rodzicielkę w policzek i odeszła w pośpiechu.

- Kwitnieje w twoich rękach - zdążyła usłyszeć gdy wchodziła po schodach.

- Miło to słyszeć, Alice - odrzekł, Sophie Hetfield szybko skryła się w swoim pokoju od razu zamykając się na klucz. Złapała się za glowę zastanawiając się dokąd ją to zaprowadzi. Wypuściła powietrze z ust tym samym wypuszczajac wszystkie nerwy.

6 .Logan

Miał fatalne ostatnie dni, dodatkowo sąsiadka codziennie organizowała nocne imprezy z psem i nie dawała mu spać. Po za tym

- Kto słucha dalej Whitney Huston? - pomyślał zirytowany. Nie chodził do niej. nie zamierzał nawet z nią się konfrontować. Policja, by nic tu nie pomogla, nawet, by nie przyjechali. Opadł zrezygnowany w końcu slysząc ciszę.

Na ceremoni specjalnie usiadł na samym końcu, by nikt go nie zauważył. Później byłoby na pewno to nie uniknione, no ale chociaż przez chwile nie chciał słyszeć wyzwisk i obelg. Wodził wzrokiem po gościach wymieniając nazwiska w swoich myślach. Zatrzymał się na znajomej sylwetce. Zsunął delikatnie okulary z nosa przyglądając się. Te łydki już znał, były dość wyrzeźbione zapewne od chodzenia w szpilkach. Zastanawiał się, czy kobiet te stopy nie bolą od takich butów, wtedy spojrzał na srebrne szpilki dziewczyny. Stała po przeciwnej stronie w środku. Wodził po waniliowej sukience do góry. Szyfonowy i zwiewny materiał dół kiecki zasłaniał jej nogi do połowy. Wąską talię uciskał materiał bardziej satynowy. o wyrazistym żółtym odcieniu. Jedno ramie nagie, drugie z szerszym pasem ramiączka. Okrywała się delikatnym szalem. Włosy podpięte do góry w niski kok, jeśli to tak nazywało się i dłuższe kolczyki. Sophie Hetfield na prawdę wyrobiła się, stwierdził. Obok niej stała jej matka, jak zwykle z głową uniesioną do chmur, a po drugiej stronie jakiś mężczyzna. Zdecydowanie jego nie znał. Gdy ceremonia skonczyła się poprowadził ją z objęciem w talii, więc domyślił się, że singielką raczej nie jest. Trwało gustowne przyjęcie. Nawet z nikim nie rozmawiał, celowo unikał innych gości. Do momentu, gdy pan młody go właśnie zawołał.

- Logan, chcę ci przedstawić Evelyn - powiedział z uśmiechem, a zaraz poprowadził do swojej kobiety, z którą pragnął spędzić resztę życia.

- Evelyn, a to Logan - przedstawił. Wyciągnęli ku sobie dłonie. Figura, jak u modelki, blond włosy, jak u anioła. Niebiańskie oczy i dziewczęca uroda.

- Noo, Niall, zdaję mi się, że wygrałeś na loterii - powiedział szelmancko. Kobieta uśmiechnęła sie promiennie w śnieżnej sukni.

- Miło mi ciebie poznać, Logan. Wiele o tobie słyszałam - powiedziała całkiem szczerze.

- Mam nadzieję, że chociaż dobre rzeczy - odrzekł uprzejmie.

- To się okaże - uśmiechneła się cwaniacko - A teraz pozwólcie, że pójdę przywitam się jeszcze z kimś - pocałowała swojego świeżo upieczonego męża i odeszła.

- Że taka laska na ciebie poleciała - mruknął nie wychodząc z podziwu patrząc jak kobieta wita sie z innymi ludźmi.

- Taaa… Masz racje - poparł go podziwiając swoją żonę ze smakiem, jakby pierwszy raz ją widział - Gdzie twoja siostra?. Sądziłem, że też przyjdzie

- Nie czuła się na siłach - wyjaśnił

- Cieszę się, że ty przyszedłeś - szturchnął go w ramie.

- Taa… Czuję się tutaj, tak obco - wyznał popijając musującego szampana wraz z kolegą.

- Daj sobie trochę czasu - pocieszył go.

- O!. Sophie!. - zawołał - Chodź przywitasz się. Pamiętasz siostrę Willa?. - zapytał.

- Ja nie sądzę, że powinienem - próbował powstrzymać kolege, zapierając się nogami czując się niezręcznie.

- Daj spokój, póki nikogo przy niej nie ma - zachęcił. Gdy było za późno byli już za jej plecami. Niall odchrząknął w dość grzeczny sposób.

- Sophie, chciałbym, żebyś kogoś zobaczyła... Pamiętasz Logana? - zaczął jako pierwszy. Gdy dziewczyna odwróciła się rozszerzyła oczy zaskoczona. Specjalnie zdjął okulary, a dziewczyna jeszcze bardziej zmieszała się.

- O w mor... - zamilkła z wrażenia - To znaczy, Logan - wykrztusiła - Hah - prychnęła zakłopotana. Z bliska była jeszcze piękniejsza, jeszcze ten wyrazisty makijaż podkreślający jej duże oczy.

- Witaj, Sophie - powiedzial bez żadnej emocji, do niej miał taki sam stosunek, jak do jej całej rodziny i obiecywał sobie w tym momencie, że to nie zmieni się.

- Właśnie wrócił do miasta - wyjaśnił dziewczynie, która skinęła głową, że rozumie. Widocznie wtedy go nie rozpoznała, była zdezorientowana najwyraźniej, ponieważ nie umiała wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa.

- Już raczej spotkaliśmy się - wybełkotała popijajac z kieliszka trunku.

- Doprawdy?. Nic nie mówiłeś - zwrócił się do kolegi, pan młody tego wytwornego przyjęcia.

- Bo...

- Bo nie było to dość miłe spotkanie prawda?. - przerwała mu parskając smakując swój napój Bogów.

- Zawsze nie dajesz dojść do słowa?. - spiorunował ją wzrokiem, na co objęła się rękoma, jakby poczuła chłód.

- Okey… Słuchajcie Evelyn mnie woła także porozmawiajcie, powspominajcie - zalecił blondyn tego wesela i odszedł.

- Jakby było co - burknął mężczyzna wywracając oczyma obojętnie.

- Dalej nieokrzesany - pokrecila głową z niedowierzeniem

- A ty, dalej niemożliwa księżniczka - chrzaknął spoglądając w jej oczy. Mógł dostrzec, nawet swoje odbicie, na co przełknął śline. Była sporo niższa od niego. Speszyła się najwidoczniej, ponieważ natychmiast odwróciła wzrok.

- Nawet mnie nie znasz - wycedziła przez zęby i miała odejść, jednak powstrzymał ją głos jej matki.

- Nie mogę uwierzyć, że odważyłeś się tu przyjść - Głos Alice mógl wszystkim zmrozić krew w żyłach, atmosfera momentalnie zrobiła się sztywna i lodowata.

- Witam, Panią Hetfield - uśmiechnął się ironicznie dygając specjalnie.

- Jeszcze masz czelność się uśmiechać, po tym wszystkim?!. - oburzyła się w gniewie.

- Po tym wszystkim - skinął głową odpowiadają oschle.

- Twój ojciec musi w grobie się przewracać ze wstydu - chrząknęła, przeciągając wzrokiem po nim całym.

- Matko!. - rozległ się piszczący głos Sophie. Próbowala odciągnąć kobiete by nie robiła zamieszania, jednak ona stała twardo w miejscu. Przy niej stanął obcy młody mężczyzna i nie uniknęło Loganowi to, jak złapał ją za nadgarstek i odciągnął na bok. Z trudem, ale wyrwała mu się wymierzając mu wrogie spojrzenie.

- Nie ma, pani, prawa wspominać o moim ojcu, kto wie czy nie zmarł przez panią i przez zmartwienia, jakie pani rodzina nam przysporzyła - powiedział cięto i groźnie. Stali naprzeciw siebie, wyczuwając te groźne błyskawice, które często dodają w filmach jako dodatek specjalny. Czuł się obserwowany. Krew w nim pulsowała.

- Przez ciebie właśnie zmarł mój syn - wywarczała, a z jej oczu kipiła złość.

- Nigdy, pani ,nie dała mi tego wyjaśnić - wycedził przez zęby. Znów zostal upokorzony przed całym miastem. Odwrócił się na pięcie i odszedł przed siebie.

- Bo wszyscy wiedzą!. - krzyknęła za nim - Do naszego miasta powrócił morderca!. Morderca ,Willa!. - krzyczała.

Słyszał krzyki jej córki, która próbowała uciszyć własną rodzicielkę. Nie zamierzał tam wracać, miał już wszystkich gdzieś. Wiedział niby, że to nie była wina jego kolegi, ale mógl wtrącić się, w końcu to jego ślub. Ciekawił się, czy jego żona wiedziała prawdę o nim. Trzy lata spędził w poprawczaku nie daleko Portland. Za dobre sprawowanie jakimś cudem został zwolniony. Warunkiem niestety było to, że musiał być zatrzymany w Portland. Ta rodzina urządzila mu z życia piekło przez ostatnie ciągnących się długo osiem lat.

7. Sophie

Nie mogla uwierzyć, że Logan tak sie zmienił, a w dodatku wylała na niego kawe. Wtedy była wstarczająco zdenerwowana nie przyglądała się mu z uwagą. Teraz miała okazję. Ciemne i niebezpieczne oczy zawsze miał, ale teraz był mężczyzną w dodatku świetnie zbudowanym poczuła, jak rumieni się od razu potrząsając głową, by odgonić te myśli. Miał ją za jakąś żałosną księżniczkę, tyle nienawiści w nim widziała nawet do niej samej. Wstydziła się za matkę, że tak wybuchła w miejscu publicznym. Współczuła Loganowi. Nie miał zbyt dobrej opini w tym miescie stracił kumpli w tym wypadku. Rodzice tłumaczyli, że po prostu wyjechał,, że jest za młoda, by zrozumieć więc, uwierzyla i to chyba było błędem

jej. Wierzyła we wszystko, co jej powiedzą. Westchnęła przekładając się na drugi bok. Drzwi zaskrzypiały. Z przymkniętymi oczami udawała, że śpi. Po chwili materac ugiął się pod kolejnym ciężarem. Po chwili męskie ręce dobierały się pod jej bluzkę niczym złodzieje.

- Sophie - szepnął Cole. Wyraźnie czuła alkohol od niego. Powiedziała sobie, że nie będzie płakać, będzie twarda. Mruknęła udając senną - Mamy chwile czasu dla siebie - powiedział całując ją po szyi. Miał kłujący zarost. Miała wrażenie, że z kolcami. Zarost Logana, wyglądał miło, choć był króciutki. Zaraz?... Czemu myślała o Loganie właśnie, gdy teraz... Poczuła mocny ścisk na udzie, na co przymknęła oczy.

- Jesteś piękna - wyszeptał - Powiedz, że mnie kochasz tak, jak ja ciebie - polecił dość rozkazującym tonem. Nie kochała go, nie lubiła, nienawidziła. Syknęła na mocniejsze ściśnięcie na udzie.

- Kocham - wykrztusiła i od razu poczuła ulgę - Jeszcze trochę, Sophie - myślała w duchu. Jutro znów będziesz sama w tym domu.

***

Promienie słoneczne ją zbudziły była sama w pokoju, na co odetchnęła ulgą. Cole według jej matki przestrzegał zasad. Widziała to, co chciała zobaczyć, zero wchodzenia do sypialni Sophie przy jej obecnosci utwierdzało, ją w przekonaniu, że tak właśnie powinien robić prawdziwy mężczyzna. Szkoda, że nie znała prawdy o swoim ,,zięciu''. Nie była dziewicą już jakiś czas i dziękowała Bogu, że on nie był pierwszy. Byłby pewnie okrutny, a pierwszy raz przecież ją tak bolał. Przetarła oczy i podniosła się z łóżka. Od razu zauważyła na swojej nagiej nodze potężnego siniaka na co przełknęła śliną. Poszła do łazienki, gdzie zrelaksowała się pod prysznicem. Miała nadzieję, że wyjechał już, albo szykuje się do wyjazdu. Oddychała równo, jak do medytacji pod bieżącą wodą. Założyła swój biały komplet bielizny, oraz okryła się cienkim szlafrokiem w pokoju jej brata. Chowała się tutaj, gdy była jej matka z jednocześnie Colem. Miała nadzieję, że pewnego dnia duch Willa, ją uratuje. Balsamowała swoje nogi, gdy właśnie dostrzegla błysk światła, jakby odbijającego się od okna. Ktoś u sąsiadów musiał właśnie otwierać drzwi na tarasie. Przełknęła ślinę, że mógł ktoś ją widzieć. Skończyła swoją czynność w ekspresowym tempie i wyszła z pokoju. Zakradła się do swojej sypialni, widząc, że nikogo nie ma, weszła już naturalnie. Wybrała dziś białe z wyższym stanem rurki, choć wiedziała, że dziś może być gorąco. Wstydziła się pokazywać w takim stanie swoje nogi. Założyła czarną bluzkę na delikatnych na ramiączkach, oraz przygotowała biały żakiecik na krześle. Wykonała lekki i szybki makijaż, przygotowała włosy wiążąc w wysoki kucyk i byla gotowa by zmierzyć się z wszystkim demonami w tym domu. Wychodząc z pokoju usłyszała już z dołu głosy oraz śmiechy jej matki. Przy okrągłym stole ze smakiem delektowali się śniadaniem.

- Dzień dobry, słońce - zawołała wesoło pani tego domu.

- Heej - mruknęła przeciągle całując rodzicielkę w policzek.

- Witam, najpiękniejszą kobietę na tej ziemi - odezwał się zadowolony Cole nie ukrywajac podziwu z jej wyglądu. Nic mu nie odpowiedziała. Zmusiła się do uśmiechu, gdy chwycił jej dłoń i ucałował. Przewróciła obojętnie oczami. Przy matce dżentelmen, a w łóżku jak jakiś zwyrodnialec.

- Dobrze czujesz się?. Wyspałaś się?. - uslyszala zatroskany glos kobiety.

- Taak. Wypiję kawe od razu rozbudzę się - zapewniła.

- Pewnie tak - uśmiechnęła się.

- Kiedy jedziecie?. - zapytała.

- Ja właściwie popołudniu - poinformowała matka - A ty Cole?. - Obie popatrzyły na niego, właśnie popijał herbatę

- Niestety, Alice. Twoją córkę będę musiał tuż po śniadaniu zostawić - odparł naturalnie. Nie wiedział, jaka ulgę właśnie poczuła. Kolejny raz żegnała się z nim tuż przed jego pojazdem.

- Będziemy w kontakcie - powiedział, jakby to zabrzmiala groźba. Podeszedł do niej i chwycił ją w talii.

- Jasne - zmusiła się do lekkiego uśmiechu. Dostrzegła kątem oka właśnie Logana Jeffeya, który chwilę obserwował ich. Natychmiast skierowała swój wzrok na swojego narzeczonego.

- Jedź ostrożnie - poprosiła, chociaż, gdyby zginął wcale za nim, by nie płakała. Była okrutna, ale tylko wobec niego.

- Moja, idealna Sophie - uśmiechnął się i pocałował ją w policzek. Ukłonił się z gracją do kobiety, która stała na werandzie, a na co słodko zachichotała. Gdy tylko samochód znikl z jej pola widzenia ruszyla przed siebie. Weszła na posesje sąsiadow. Miała wrażenie jakby przechodziła przez niedozwolona granicę. Zadzwoniła dzwonkiem do drzwi. Obawiała się trochę tej rozmowy, ale wyprostowała się i uniosła głowę. Pragnęła z nim porozmawiać, wiedziała, że musiała. Drzwi otworzyła Emily Jeffey.

- Emily - wykrztusiła zmieszana.

- Ahh. Zapomniałaś pewnie, że tu mieszkam?. - powiedziała z sarkazmem. Skrzyżowała ramiona na piersi i patrzyła groźnym wzrokiem - Czego chcesz, Sophie?. - zapytała.

- Em... Mogę prosić na chwilę twojego brata?. - zapytała nieśmiało.

- Mojego brata?. - mało co jej szczęka opadła. Zacisnęła wargi powstrzymujac emocje. Bez żadnego słowa, podeszła do dziewczyny i wymierzyła siarczysty policzek. Poczuła ból, upokorzenie i pieczenie. Przymknęła oczy i złapała się za bolące miejsce.

- Dajcie nam w końcu święty spokój - burknęła na odchodne i zamknęła przed nią drzwi. Była w szoku, nie nadążała co tu właściwie stało się?. Ona, Emily, policzek. Westchnęła czując zawstydzenie i upokorzenie. Wróciła do domu nie zamierzała dziś iść do pracy. Mogla zostać w domu. Uregulowała wszelkie rachunki, posprawdzała meile. Skontaktowała się z Sarą, by zdała relacje z dzisiejszych rezerwacji. Dochodziło popołudnie. Siedziała w kuchni i wyglądnęła przez okno w kuchni akurat przejeżdzał samochod na posesje Jeffeyów. Wysiadł z niego właśnie Logan. Przystojny zrobił się, zawsze był w sumie, tylko teraz jeszcze bardziej. Przełknęła ślinę z trudem. Wstała i ruszyła do drzwi mając nadzieję, że tym razem nie będzie musiała zmierzyć z kolejnym ciosem

7. Logan.

Wszedł do domu. Od razu zauważył siostrę na sofie w salonie. Była nieco podenerwowana. Wpatrywała się ślepo w punkt, który sobie wybrała.

- A ty, nie w pracy?. - zapytał dosiadając się do niej.

- NIee... Dzisiaj wolne - siedziała z nogą założoną na nogę i ze skrzyżowanymi ramionami.

- Co jest?. - szturchnął ją w ramię przygladając się jej. Najwidoczniej przejrzał ją. Westchnęła odgarniając swoje włosy do tylu.

- Była tutaj Sophie, z rana - odpowiedziała.

- Sophie?. Sophie Hetfield?. - dopytał się marszcząc brwi.

- Aha... - skinęła głową - Szukala cię, a ja ją spoliczkowałam - wyjaśniła ponuro.

- Spoliczkowałaś Sophie Hetfield?. - zapytał w szoku.

- Taak… Chciałam już tak dawno i nie wiesz, jaka to ulga - odrzekla z zadowoleniem

- Mimo to raczej nie... - mamrotał zaskoczony.

- Nie powinnam?. Serio?!. Bedę bronić swojego brata choćby i przed całą Sophie!. - warknęła przerywajać mu. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, nie ukrywając podziwu. Objął ją jak kiedyś, gdy była małą dziewczynką. Nie umiejąc wytrzymać powagi uniosła lekko kąciki ust do góry, łapiąc go za rękę.

- Doceniam to, ale... Nie róbmy bardziej mieszaniny - poprosil spokojny.

- Mieszaniny?!. Ta rodzina zniszczyła cię, zniszczyła naszą rodzinę i jeszcze ta dziewczyna tu przychodzi ?! - oburzyła się.

Logan westchnął przyznając rację siostrze, jednak Sophie Hetfield szukała go, tylko po co?. Czy teraz on jest winny. Czy przeprosiny były tu teraz potrzebne?. Własciwie ona w niczym nie była winna, nie powinien jej nienawidzić, w sumie, czy ją też nienawidził?. Podniósł się z kanapy.

- A ty, dokąd.? -zawołała brunetka.

- Zaraz wrócę - oznajmił zamykajac ze sobą drzwi. Minął ogrodzenie. Zaskoczony był na widok idącej dziewczyny własnie w jego kierunku. Za nią biegał radośnie Pirat, który szczeknął podbiegając do niego. Najwidoczniej psiak rozpoznał swojego bohatera, ponieważ pyskiem trącał rękę jego domagając się pieszczot. Bez wahania poczochrał po głowie. Staneli na przeciw siebie. Ładnie wyglądała, niby zwyczajnie, ale tak z wdziękiem i elegancją. Długie spodnie miała, było gorąco... Dlaczego długie?. Stop. Nie ważne, nie po to przyszedł. Dziś z rana mógł przysiąc, że przypadkiem jej obraz wpadł mu w oko, gdy była w pokoju Willa. Zastanawiał się, czy ten pokój to teraz jej. Wspominał nie raz, jak on z przyjacielem komunikował się bez słów przez te okna. Balsamowała swoje szczuple, jasne, jak śmietana ciało. Gorąco mu zrobiło się w podbrzuszu na ten widok z trudem odwrócił wzrok. Dostrzegł na prawym udzie sporego siniaka, na co zmarszczyl brwi. Usłyszał telefon wię,c zmusił się do odejścia. Mimo to nie zamierzał wnikać w te sprawy. Dobra, miał ją przed sobą, co mówić?. Odchrzaknął.

- Podobno mnie szukałaś - odezwał się.

- Tak... Logan ja chciałam przeprosić cię za zachowanie mojej matki - powiedziała na jednym wydechu. Zaskoczyła go, nawet bardzo. Uśmiechnął się arogancko.

- Córka naprawia błędy matki - pokręcił głową z niedowierzeniem

- Błędy?. Wiem, że jest wybuchowa, nie powinna była tego wszystkiego mowić, ale wciąż cierpi po utracie Willa... - próbowała tłumaczyć swoją mamę.

- Cierpi?!. Czy ty wiesz w ogóle co to cierpienie?!. - huknął na nią podchodząc bliżej, na co wzdrygnęła.

- Gdzie podziewałeś się Logan?. Przez te ostatnie lata?. - zapytała. Gdzie był?!. Nie no, niech nie mówi... Pobladła, najwyraźniej o niczym nie wiedziała.

- No nie mów, że nie wiesz?. - uspokoił się, ale tylko trochę. Na prawdę nic nie wiedziała, jak to możliwe?.

- Co powinnam wiedzieć?. - zmarszczyła brwi.

- Co ci mówili?. - nie wierzył właśnie w co słyszy i co jeszcze usłyszy.

- Że musiałeś wyjechać, że pewnie teraz jesteś na studiach, albo po studiach.

- Studiach?!. - wrzasnął w szoku - Ty i twoja rodzina wsadzilicie mnie za kratki!. Osiemnastolatka, ktory rzekomo zabił wam Willa!. O to, tam, gdzie byłem przez ostatni czas, na szczęście po trzech latach wyszedłem, ale nadal nie moglem wrócić do domu, by choć pożegnać się z ojcem!. Bo musialem jeszcze pięć lat przesiedzieć w tym zwalonym Portland! - krzyczał na nią, a ona nie potrafiła nic powiedzieć. Jej zmieszanie i zakłopotanie było całkiem szczerze. Odgarnęła kosmyk włosa za ucho, szukając odpowiedzi w zielonej trawie. Spojrzała na niego znów tymi oczami, które wyrażały współczucie, ale również smutek.

- Logan, ja na prawdę nie wiedziałam - wykrztusiła przełykajac ślinę - To znaczy ja... Sądziłam zawsze, ze byłeś po prostu tym, który spowodował wypadek, ale nie specjalnie, a moja matka po prostu nadal nie pogodziła się ze stratą syna - przystapila z nogi na noge przegryzając dolną wargę - Nawet nie moge sobie, co przezyłeś. każdy z nas wycierpiał... - mówiła z trudem

- Wycierpiał?!. Co ty wiesz o cierpieniu, księżniczko?!. Twoi rodzice robili wszystko, by spełnić twoje zachcianki, żyjesz i żyłaś tu, jak pieprzona księżniczka mająca wszystko!. Więc nie mów, że każdy wycierpiał, bo na pewno ty, nic nie wiesz o życiu, o cierpieniu i o więzieniu!. - krzyczał na nią, a ona rozszerzyła oczy. Usta rozchyliła w szoku.

- Masz rację Logan... Bo kto mógł pomyśleć, że nawet księżniczki mogą być więzniami we własnym domu - powiedziała chłodno. W jej oczach mógł dostrzec pustkę, nic więcej - Dalej jesteś baranem - burknęła i odeszła w stronę swojego ,,zamku''.

- A ty rozpieszczoną księżniczką!. - zawołał za nią zbulwersowany. Na jej ramieniu zauważył blednącego, zielonowatego siniaka. Na weselu nic nie zauwazyl, może temu, bo miala ten szal. Może miała jakiś wypadek, zresztą nie zamierzał tym zawracać sobie głowy, tą dziewczyną i tą rodziną. Teraz musiał skupić się na swoim zyciu, na pracy tym bardziej, że w krótce miał go odwiedzić ktoś wyjątkowy.

8. Sophie

Miał ją za rozpieszczoną księżniczkę. Nawet nie wiedział, ile się o niej myli. Przeżyła śmierć Willa, śmierć ojca, znosi teraz wszelkie męki i tortury. Jest całkiem sama z tym wszystkim i on myślał, że ona nie wie nic o życiu. Popiła ze szklanki alkoholowego trunku. Zwykle tego nie robila, ale teraz potrzebowala na zrelaksowanie się. Ciężko oddychała, zdenerwował ją. Słysząc kroki ze schodow od razu ruszyla w tym kierunku.

- Matko!. - zawołała.

- Sophie?. Ty pijesz?. Czemu pijesz?. Sama o tej porze?. Nie przystoi to...

- Księżniczce!?. - parsknęła złośliwie. Wszyscy mieli ją za taką?!.

- Mamo, czy to prawda, że Logan byl w wiezieniu?!. Przez nas?! - zapytała. nie zamierzała chyba okłamywać córki, ponieważ od razu spojrzała na nią tak pewna siebie.

- Tak, Logan Jeffey, był w miejscu, na które zasłużył - odrzekła zerkając się w lustrze - Jesteś już wystarczająco dorosła, więc powinnaś chyba znać prawdę.

- O mój Boże!. - pisnęła głośno - To niewiarygodne!. - złapała sie za włosy.

- Nie dramatyzuj, Sophie - upomniała chłodno.

- Nie dramatyzować?!. Ja dramatyzuję?!!. - krzyknęła - Wsadziłaś do wiezienia osiemanstolatka. Dobrze obie wiemy, że nie był w niczym winny! /

- Prowadził ten przeklęty samochód!.

- Ale to byl wypadek, matko!.

- Zamordował Willa! - przekrzyczała ją wytrącona z równowagi starsza kobieta.

- Na pewno jest na to wytłumaczenie!. - wypowiedziała groźnym tonem.

- Chciał przejąć sam majątek!. Wiedział doskonale, że oboje mogą dostać!

- Matko, daj spokój o tych pieniądzach, na prawdę wierzysz w to co mówisz?!. - burknęła niedowierzając - Wsadziłaś dzieciaka do pudła, niszcząc mu życie!.

- Ratując twoje plecy i twojej siostry - wybroniła się naburmuszona.

- Dobrze wiesz, że nie prosiłam o to wszystko!. - wrzasnęła wskazując rękoma na wszystko co ją otaczało.

- Powinnaś być wdzięczna za to co masz - wycedziła przez zęby i szybkim krokiem wyszła.

- Żałuję, że to mam!. - krzyknęła do zamkniętych drzwi już. Oddychała ciężko. Wściekła była, nie rozumiała kompletnie swoich rodziców. Jak mogli coś takiego zrobić?. Teraz rozumiała tą nienawiść, którą odczuwała od sąsiadów. Właściwie z Emily to było coś więcej, bo przestała z nią przyjaźnić się od wypadku. Rodzice zabronili i ta posłuchała. Tamta dziewczyna potrzebowała ją najbardziej niż kiedykolwiek. Ojciec odszedł ich trzy lata później, nawet wtedy jej nie wspierała, a sam Logan, jak mówił, nie pożegnał się z własnym ojcem. Rzuciła szklanką w swoje odbicie. Obiecując sobie postanowiła, że jakoś to naprawi, ale od jutra. Dzisiaj za dużo wrażeń, jak na jeden dzień.

***CDN***

Następna część idzie do was, mam nadzieję, że spodoba się.

Pozdrawiam również :)

An Caroline.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania