Niepoprawny książę III

8. Sophie

Ranem jeszcze przed pracą postanowiła znów do nich wybrać się. Była przygotowana na kolejny policzek więc nie zdziwiłaby się jakby otworzyła jej Emily, jednak tu był błąd. Brunetka nie otworzyła, za to pięcioletni chłopczyk. Słodka buźka, ciemne włosy, ciemne i znajome oczy. Zmarszczyła brwi.

- Cześć, jest może Logan?. - zapytała przyjaznym tonem.

- Logan, to znaczy tata?. - dopytał się.

- Tata?!. - pisnęła w szoku, ile jeszcze tajemnic skrywa ten mężczyzna. Przełknęła ślinę. Więc miał syna?.

- Liam, mówiłem, żebyś nie otwierał sam drzwi - zawołał tuż już przy drzwiach zaskoczony widokiem młodej kobiety.

- Przyszła do ciebie jakaś kobieta - powiedział dość cicho, Sophie uśmiechnęła się ze sposobu jakiego ten malec powiedział.

- Dzięki... Zajmę się tym okay?. - poprosił by poszedł do salonu, a sam wyszedł na werandę zamykając za sobą drzwi.

- Nie zaprosisz do środka?. Typowe - przewróciła oczami.

- Obiecałem sobie, że nikt z Hetfieldow nie przejdzie przez próg mojego domu - powiedział oschle i twardo. Serce jej biło mocniej. Nie dziwiła się takiej nienawiści. Kiedyś kolegowali się, może mniej ,ale znali się, rozmawiali, przebywali ze sobą, a teraz patrzył na nią jak na najgorszego wroga - Czego znów chcesz?.

- Nie możesz być trochę... - tak jak szybko zaczęła tak szybko skończyła ponieważ przerwał jej.

- Niech zgadnę ,,Okrzesany?''. - przejechał językiem po swoich białych zębach. Ubiór miał dość elegancki, beżowe spodnie biała koszula. Jednak jego sposób bycia tak zmienił się.

- No właśnie... Zresztą przyszłam w innym celu.

- Ciekawe w jakim, Sophie?. - zmarszczył groźnie brwi.

- Mam tobie propozycję - zaczęła nieśmiało.

- Nie dziękuję - od razu powiedział wracając do drzwi.

- Proszę, poczekaj! - zatrzymała go za ramię. Poczuła kopnięcie prądu, jak szybko go dotknęła tak szybko zabrała swoją dłoń z jego barku. Odwrócił się rozszerzając oczy - Chcę zaproponować ci pracę - powiedziała na jednym wydechu.

- Pracę?!. - zaśmiał się ironicznie.

- Kiedyś nasi ojcowie mieli wam powierzyć biznes - przypomniała - Tobie i Willowi. Jednak skończyło się tak, że ja tym zajmuję się

- Coś słyszałem - przerwał jej, na co popatrzyła się na niego. Więc był na bieżąco?. Zastanawiała się od kogo.

- Słyszałam, że szukasz pracy, więc chcę ci zaproponować - rzekła niepewnie.

- Ty?. Mi, pracę?!. - wyśmiał ją długo.

- Wraz z siostrą jestem właścicielką Great Grant Hotel, mogę zatrudniać kogo chcę - wzruszyła ramionami. Wydawał się zaskoczony i zdezorientowany jej propozycją. Podrapał się po swojej czuprynie.

- Dlaczego?. - zapytał.

- Ponieważ zasługujesz, a to co moi rodzice zrobili tobie było to podłe - przyznała - Ty powinieneś tam pracować już dawno

- Dzięki, ale nie - pokręcił głową.

- Przychodzę do ciebie z praca, z ofertą, a ty odrzucasz?!. - zawołała z lekkim oburzeniem.

- Tak!. Bo nie chce nic od ciebie ani od twojej rodziny, a twoja matka nigdy nie dopuści bym pracował w tym hotelu.

- Schowaj dumę do kieszeni i bierz póki masz!. Wiesz dobrze, że teraz masz utrudniony dostęp do pracy. Wiem, że przez moją rodzinę, ale masz. Masz też widzę syna i musisz jego jakoś utrzymać. Dobrze zastanów się - na krzyczała na niego. Ten mężczyzna wzbudza w niej takie silne emocje.

- I kim bym tam miał być?. Na co jest gotowa Sophie Hetfield?.

- Mogę nawet odstąpić swoją posadę - wzruszyła ramionami - Dyrektora - dokończyła wzdychając, na co rozszerzył oczy z zaskoczony. Pełen podziwu patrzył się na nią.

- Dyrektorem miałbym być? - zaśmiał się ponownie - Twoja matka nigdy na to nie pójdzie, dobrze wiesz - pokazał na nią palcem

- Przynajmniej dopóki nie znajdziesz nic innego, a moja matka nie musi o niczym wiedzieć - pokręciła głową - Zastanów się dobrze, bo nie zaproponuje po raz kolejny - zagroziła mu i odeszła zastanawiając się czy na pewno dobrze zrobiła.

Pojechała po tym do pracy, gdzie pokłóciła się również z siostrą mając do niej żal. Broniła się mówiąc:

- To było dla twojego dobra, zawsze miałaś za dobre serce - mówiła broniąc matkę, Kimberly.

- Mam to gdzieś!. Pozwoliłaś im, by zniszczyli niewinnego chłopaka!. - oskarżyła swoja siostrę niedowierzając.

- Nie był taki do końca niewinny, Sophie, prowadził ten samochód - przypomniała jej złośliwie.

- Brzmisz, jak matka - burknęła siedząc na obrotowym fotelu - On tu powinien siedzieć ,wiesz?. Na tym fotelu, a nie ja. Ja nawet nigdy tego nie chciałam - uderzyła w biurko z nerwów.

- Za późno. Jesteś już tak wysoko. Nie marnuj tego - poradziła.

- Nie, Kimberly... Od jutra Great Grant Hotel poprowadzi inny dyrektor - ostrzegła ją zdecydowanym głosem.

- Inny dyrektor?!. Sophie nie mów, że ty mu?. - mówiła wstrząśnięta.

- Tak zaproponowałam mu pracę, moje stanowisko - odrzekła pewna siebie.

- Czy ty wiesz co zrobiłaś?!. - krzyknęła blondynka - On może nam zagrozić!.

- Niby czym?!. Jak nie ma nic?!. - burknęła młodsza siostra

- Zobaczysz znajdzie sposób by na nas zemścić się!.

- Ma do tego powody! - krzyknęła, wstając z krzesła zdenerwowana.

- Matka będzie wściekła - pokręciła głowa.

- Dlatego jej nic nie powiesz - popatrzyła na nią surowym wzrokiem.

- Jak ja mam jej nie powiedzieć?!. Zresztą sama dowie się

- Długo teraz nie będzie w mieście. Kimberly chociaż tyle jesteśmy mu winne, może niedługo znajdzie coś innego - mówiła już spokojnie, ale wciąż zdeterminowana.

- Niech ci będzie, ale mnie do tego nie mieszaj!.

- Nigdy nie mieszałaś się w sprawy hotelu - przypomniała jej Sophie.

- Bo nigdy mnie nie interesowały - wzruszyła ramionami przyznając się.

- Zawsze udawało ci się dopinać cele - zmrużyła oczy - A rodzice z trudem, ale zgadzali ci się na wszystko.

- Nie narzekaj Sophie, masz wszystko czego ci trzeba. Inni mogli by zazdrościć - wypomniała jej.

- Rzeczywiście jest co zazdrościć - parsknęła myśląc o swoim narzeczonym opadając bezsilnie na fotel.

9. Logan

Całą noc zastanawiał się nad propozycją sąsiadki. Zawsze chciał pracować w tym hotelu, miał zawsze głowę do interesu. On by został dyrektorem, a ona?. Jakie obowiązki by przejęła?. Jak ma do tego zabrać się?. Musiał znaleźć pracę. Wczoraj właśnie do niego przyjechał Liam. Został ojcem w dość młodym wieku, ze swoją przyjaciółką w Portland. Phoebe Cullen była francuską modelką, którą poznał tuż prawie po odsiadce. Szybko nawiązali znajomość, kilka razy poszli do łóżka. Nic nigdy jej nie obiecywał, a ona często wyjeżdżała. Była zdruzgotana jak zaszła w ciążę, a on w totalnym szoku. mimo to nie zostawił jej w potrzebie. Nie byli nigdy razem, ani nie planowali. Co do ich syna jakoś zgodni byli. Nigdy nie kłócili się. Drażnił tylko fakt, że Phoebe stawiała często na pierwszym miejscu wybiegi, pokazy mody, a nie syna. Wtedy szybko wysyłała chłopca prosto w ręce Logana, nie pytając nawet czy to właściwy moment. Westchnął gdy zobaczył własne dziecko przed drzwiami. Cieszył się, ale też był zakłopotany. Nie bywał z nim tak często jak powinien, nie dlatego, że nie kochał, ale chyba dlatego bo czuł, że nie nadawał się. Miał zostać na dwa tygodnie, które będą najwyraźniej długie dla niego.

Wszedł do hotelu. Znał na pamięć, choć chyba był wykonany remont. Wszystko lśniło od bieli i srebra. Zdecydowanie nowy żyrandol jak w pałacu. Podszedł do recepcji.

- Przyszedłem do Sophie

- Do Sophie?. - zmarszczyła brwi podejrzanie recepcjonistka.

- Tak, pracuje tu inna Sophie?. - zapytał

- Niee - zaśmiała się - po prostu rzadko kto do niej przychodzi, po za siostrą, bądź matką - odrzekła serdecznie chwytając słuchawkę telefonu i wykręciła numer - Sophie do ciebie...- spojrzała pytająco na mężczyznę

- Logan Jeffey - pomógł jej, na co rozszerzyła oczy z zaskoczenia.

- Dobrze - zwróciła się do telefonu.

- Sophie na ciebie czeka. Trzecie piętro po prawej - przełknęła ślinę. No tak był dość dobrze znany. Ta kobieta myślała pewnie ,że jest seryjnym morderca.

- Nie wierz we wszystko co mówią - zmrużył oczy do niej. Uśmiechnęła się lekko.

- Nikt nie mówił, że jesteś... To znaczy pan jest taki przystojny - wyznała przegryzając dolną wargę. Mężczyzna pokręcił głową niedowierzająco z lekkim uśmiechem.

- Do zobaczenia... - spojrzał na etykietkę z imieniem - Saro - dokończył, po czym udał się do windy Jechał na trzecie piętro zastanawiając się co on wyprawia. Czemu w ogóle Sophie to robi?. Może właśnie moment zemsty nadszedł?. Chciał w ogóle mścić się?. Zapukał do drzwi i wszedł. Miała prostą, klasyczną czarną sukienkę, z głębszym dekoltem, czarne sandałki na słupku. Gdyby mógł powiedzieć, to by rzekł ,,Wow''.

- Witaj, usiądź - wskazała mu fotel tuż na przeciwko niej. Dzieliło ich biurko, a on wodził wzrokiem po niej. Włosy luźno rozpuszczone, długie fale otulały jej ramiona. Spojrzała na swój srebrny zegarek, od razu widać, że był drogi.

- Jesteś punktualny - skinęła głową.

- Do rzeczy - poprosił.

- Jak mówiłam chcę zaproponować ci swoje stanowisko.

- Chcesz, żebym zarządzał całym hotelem? - zmrużył oczy jakby to analizował.

- Tak to twoje by były obowiązki, cyferkowe sprawy, zarzadzanie zespołem i inne - wyjaśniła na szybko.

- A ty?. - zapytał - Kim byś była wtedy?. - zaciekawił się, a ona o wyjątkowej urodzie wzruszyła ramionami.

- Będąc dyrektorem będziesz miał też decyzje kogo zatrudniasz, a kogo zwalniasz - wyjaśniła - Twój wybór czy bym została księgową, czy zastępcą - myślała głośno.

- No tak, bo na pokojówkę nie nadajesz się - parsknął.

- Słucham?. - obrzuciła go lodowatym wzrokiem.

- Jeśli kazałbym być ci pokojówką?. - pochylił się do przodu, opierając się łokciami o kolana. W stylu jakiegoś filozofa gładził palcami swój idealny zarost.

- Zdajesz sobie sprawę, że wciąż jestem i bym była właścicielką tego hotelu - popatrzyła na niego poważnie. Nie dałaby rady, nie ma opcji.

- Ale ja miałbym władze nad funkcja zatrudniania?. - przechytrzył ją tym pytaniem.

- Aż tak pragniesz zemsty? - zapytała. Tyle razy został on upokorzony przez jej rodzinę, pora na nią. Nie miał tego zamiaru, ale sama oddawała mu odkryte karty - Chcesz mnie upokorzyć? - dopytała - Dobrze, mogłabym być pokojówką - zaskoczyło go te słowa. Jej postawa go zszokowała.

- Ty?. Pokojówką - zaśmiał się kręcąc przecząc głową. Oburzyła się i spiorunowała go wzrokiem. Przejechała subtelnie językiem po swoich nudowych od szminki ustach.

- Jeżeli jeden dzień podołam, będę twoim zastępcą, jeżeli nie do końca miesiąca będę pokojówką - zaproponowała zdeterminowana by pokazać jak o niej myli się.

- Po co mi w to bawić się?. - prychnął złośliwie.

- Sam to zaproponowałeś, a po za tym uważasz mnie za rozpieszczoną księżniczkę i będziesz miał okazję zemścić się - odrzekła.

- Dlaczego chcesz mi oddać swoją posadę? - zapytał tym razem szczerze.

- Już mówiłam. Ty powinieneś tu siedzieć, ja nigdy o to nie prosiłam - oparła się na krześle.

- Zachowujesz się jak twoja matka - przyjrzał się. Pamiętał dzień w którym przyszła jej rodzicielka. Zapłakana, wstrząśnięta, rozgoryczona. Wtedy obiecała, że on sam zgnije więzieniu.

- Do jutra Logan - pokierowała go wzrokiem do drzwi. Miał jutro zacząć nową pracę. Podoła temu wszystkiemu, pamięta jeszcze jak to robi się. Ona zresztą wszystko mu pokaże.

Wrócił do domu witając się od razu z synem.

- I jak?. - zawołała zdyszana jego siostra. Najwyraźniej bawili się w jakąś dziecięcą grę.

- Przyjąłem - odparł.

- Serio, chcesz to zrobić?. - przyjrzała się mu uważnie opierając o ścianę.

- Hetfieldowie choć nie wiedzą powoli dowiedzą się co to znaczy mieć Logana blisko - skinął głową pogrążony w myślach. Nie planował żadnej zemsty odkąd wrócił, nie planował żadnych układów z nimi, ale teraz sama Sophie oddaje się mu na tacy.

- Ta kobieta z dzisiaj. Mieszka tu obok?. - zapytał chłopak przy stole.

- Taa... - skinął głową starszy mężczyzna, zaskoczony tym pytaniem syna.

- Ładna - stwierdził jakby wracał myślami.

- Mówisz?. - popatrzył na niego zdumiony. Wiedział, że matka nie ma zbyt wiele czasu. Współczuł mu, a może on w końcu nim zająłby się?. Może miałby szansę?.

- Mhm. Powinieneś z nią umówić się - podał pomysł, na co jego ciotka zakaszlała krztusząc się jedzeniem, a sam Logan nie mógł uwierzyć co słyszy.

- Od kiedy taki mądry jesteś?. - zmarszczył brwi.

- Od zawsze, tylko za mało ze mną przebywałeś - mówił tak szczerze. Zabolało go to. Nie był idealnym ojcem ,ale zrobiłby wszystko by jego syn był szczęśliwy. W Portland non stop łapał co rusz nową prace. Mężczyzna westchnął. Podniósł się ociężały z krzesła i pogłaskał po małej głowie. Od teraz chciał codziennie takich wieczorów.

- Nie długo widzę cię w łóżku - zasugerował, a chłopczyk kiwnął główką wesoło popijając napój.

Leżał w swojej sypialni. Alice Hetfield z pewnością wścieknie się i dobrze. Będzie głównym dyrektorem Great Grant Hotel. Zaśmiał się krótko, jego życie powoli wraca do normalności. Sophie Okazała się dobrym sercem teraz, ale był przekonany, że te serce też jest zrobione z lodu. A gdyby tak rozkochać w sobie Sophie Hetfield, a potem zmiażdżyć jej serce?.

10. Sophie

Miała być dziś pokojówką, co za niedorzeczność. Przez nerwy zapomniała zmienić butów. Miała na sobie wyższe koturny. Dłuższe ciemniejsze wąskie spodnie biały t-shirt i czerwony żakiet. Nie chodziło o to, że nie potrafiła sprzątać, bo umiała, ale po prostu nie lubiła. Nie bez powodu zatrudniła u siebie w domu kobietę, wraz z córką by trzy razy w tygodniu dbały o jej dom. Weszła do swojego biura po raz ostatni, a zaraz i on do niej dołączył.

- Mam przygotowane papiery, umowę wszystko co niezbędne. Potrzebuje tylko twoich podpisów - powiedziała oficjalnym tonem. Zdjęła żakiet. Gorąco jej było i powiesiła na krześle. Podała teczkę od razu otwartą, a on wszystko przejrzał. Był chyba pod wrażeniem, bo uniósł brwi do góry, oraz lekko kąciki ust. Wszystko dopracowała zgodnie ze szczegółami. Wykonał parę parafek i oddał jej dokumenty.

- Co będziesz miał z tego?. - zapytała.

- Satysfakcje - odparł siedząc już na fotelu dyrektora. Szybko poczuł się jak władca. Pasował tutaj nawet musiała stwierdzić. To jego miejsce powinno być. Skinęła głową.

- Obowiązki wzywają Sophie - zasugerował jej na drzwi - Aaa… I chyba musisz założyć strój pokojówki, chyba nie chcesz mieć brudnych ubrań - powiedział rozbawiony. Wymierzyła mu wściekłe spojrzenie i szybko wyszła trzaskając drzwiami. Była w szoku jak zobaczyła jakie zadania mają tutejsze pokojówki. Zdawała sobie sprawę, że to jest ciężka praca, ale nie aż tak. Ramiona już ją bolały od ciągania worów z pościelami, plecy od ciągłego schylania zwłaszcza w krzyżu. No i nogi, była pewna, że będzie miała odciski. Jeszcze te ekspresowe tempo. Każda pokojówka miała ,,walkie talkie'' przez które mogły się komunikować. Usłyszała kobietę z recepcji.

- Pani Sophie, proszona do dyrektora - zaskoczyły ją te słowa, pozostawiła odkurzacz i ruszyła w drogę. Weszła do pokoju bez pukania.

- Coś chciałeś?. - zapytała wykończona.

- Najpierw powinnaś zapukać - zwrócił jej uwagę groźnym tonem

- Szybko poczułeś władze - chrząknęła, lecz on wciąż patrzył na nią tak stanowczo. Pokręciła głową z niedowierzaniem i wyszła. Zaraz zapukała, a potem weszła.

- Coś chciałeś?.

- Tak, Sophie - od razu zmienił nastawienie opierając tylko jednym pośladkiem o biurko - Chcę, żebyś przyniosła mi lunch o i kawę.

- Zdajesz sobie sprawę, że pokojówki tego nie robią?. - zmarszczyła brwi.

- Nie mam sekretarki, ani asystentki muszę kogoś o to poprosić - wyszczerzył zęby cwaniacko.

- Sam nie możesz ruszyć się?. - spiorunowała go wzrokiem.

- Zdaje się na ciebie - wzruszył ramionami - Jak ci idzie?. - zapytał.

- Wspaniale, właśnie kończę ostatni pokój, korytarze już za mną - pochwaliła się. Uniósł brwi do góry nie chowając podziwu. Jej ciało już drżało od zmęczenia. Nie umiała tego ukrywać, ale wciąż twardo stała przed nim.

- Super, jeszcze łazienki, recepcja i drzwi przydałoby umyć się wejściowe, przy słońcu straszne smugi widać - polecił.

- Oczywiście dyrektorze - uśmiechnęła się sarkastycznie i odeszła. Już wywyższał się. Zawsze taki był?. Po części zawsze był trochę taki wredny, ale teraz był taki, jaki był przez tą całą złość?. Westchnęła niosąc na tacce, zupę, posiłek, kompot i kawę. Kawa czekała go z niespodzianką, ponieważ specjalnie wsypała sól zamiast cukru. Uśmiechnęła się sama do siebie, była pewna, że zachowują się jak dzieci. Dziś już skończą. Najpierw zapukała, a następnie weszła, miał gościa. No tak dziś miał być gość od reklamy dobrze, że zdążyła mu wszystko przekazać. Ciekawiła się jak daje rade, ale chyba dobrze bo facet wyglądał na zadowolonego.

- Czy my nie znamy się?. - zapytał.

- Oh. Nie sądzę, proszę pana - odrzekła uprzejmie.

- Przecież to słynna Sophie Hetfield - zdradził ją Logan.

- Hetfield, pani, jest pokojową?. - zilustrował ją od głowy do stóp.

- pani Hetfield, jest bardzo wszechstronna, kto wie do czego może jeszcze nadać się - powiedział, a ją zalał rumieniec, co on miał na myśli do cholery jasnej?.

- Zastępuje dzisiaj jedną z pracownic - uśmiechnęła się nieśmiało.

- To dzisiaj rzadko spotykane - stwierdził wąsaty mężczyzna.

- Przyniosłam kawę - zmieniła temat - oraz posiłek.

- Dziękuję Sophie, jesteś niezawodna - uśmiechnął się do niej. Miał ładny uśmiech, który sprawiał, że peszyła się. Szlak!Odwróciła wzrok.

- Jeśli pozwoli, Sir - chrząknęła złośliwie. Specjalnie nad nim dygnęła i odeszła. Usłyszała jak zakrztusił się, najwidoczniej popił właśnie kawę. Uśmiechnęła się do siebie zwycięsko, oparta plecami o drzwi. Dwie z pracownic pomogły jej w łazienkach dobrze, że chociaż wśród personelu wciąż była szanowana. Zresztą tu każdego traktowała na równi, ona sama nie wywyższała się, ani nie upokarzała nikogo, dlatego może każdy chwalił tutejszą atmosferę. Myła właśnie drzwi od frontu.

- I po co to robisz?. Jesteś przecież właścicielką - usłyszała koleżankę, która właśnie zmieniła swoją zmianę.

- By mu udowodnić, że nie jestem zasraną księżniczką - odpowiedziała zdyszana.

- Za nim laski pewnie szalały kiedyś co?.

- Nadal pewnie szaleją - wzruszyła ramionami spoglądając w końcu na nią - Jeszcze ten jego uśmieszek - burknęła, po czym zauważyła, że koleżanka robi dziwne miny gdy kontynuowały rozmowę o nim.

- Drogie panie rozumiem, że temat o mnie jest interesujący, ale radziłbym wrócić do roboty - znajomy głos padł za jej plecami. Szlak!. Świetnie!. A on tu skąd wziął się?!. Zmusiła się do uśmiechu - Tak, dyrektorze - a i Sophie ktoś mi wsypał sól do kawy, przynieś mi nową! - polecił na odchodne - Pomóż mi, albo go uduszę - warknęła do recepcjonistki po cichu, która rozmarzona obserwowała jak jej szef odchodzi. Niosła mu tym razem kawę, dostosowała się do jego wskazówek i weszła do gabinetu.

- Dziękuję - popatrzył na filiżankę - Jednak potrzebuję jeszcze jednej mam gościa - wskazał na fotel przed nim. Faktycznie pierw nie zauważyła tutaj nikogo. W fotelu odwróciła się jasnowłosa kobieta o śniadej urodzie. Przełknęła ślinę, no chyba nie sprowadzał tutaj swoich dziewczyn, albo to właśnie była matka jego syna!. Machnęła ręką do niej kobieta na przywitanie.

- Pokojówka przynosi ci kawę. Kto by pomyślał, że tak ustatkujesz się - powiedziała.

- Taak, kto by pomyślał, że los odwróci się do mnie prawda, Sophie?. - zwrócił się do dziewczyny.

- Oczywiście - odparła obojętnie. Wściekła była, zmęczona i jeszcze te chodzenie w kółko. Bolały ją stopy, bolało ją wszystko. Mogłaby przecież porzucić teraz to wszystko, tą durnotę, ale nie... Nie podda się. Jeszcze tylko trochę Sophie...

- Jesteś za ładna na pokojówkę, gdybyś miała wzrost spokojnie panią wzięli by na modelkę - stwierdziła.

- Jest pani bardzo mila - skinęła głową uprzejmie.

- Mówisz Phoebe, no cóż niestety Sophie jest nikim - odrzekł do kobiety - Jest po prostu nikim - powtórzył patrząc prosto w oczy. Poczuła wilgoć po rzęsami. Myślał, że ją zrani tymi słowami. Przymknęła na chwile oczy, a po chwili były już suche.

- Będzie trzeba i tu umyć okna, Sophie - zwrócił się do niej gdy miała odejść.

- Oczywiście - odpowiedziała przez ramię i odeszła. Zraniły ją te słowa, jeszcze od nikogo nie usłyszała ich, ale czuła się właśnie tak przy Colu. Skończyła wszystkie swoje czynności. Dobiegała osiemnasta. Gdzieś wyszedł z tą kobietą usłyszała, więc mogła na spokojnie umyć okna. Otworzyła baryk w którym wiedziała, że znajdzie alkohol wzięła butelkę jej ulubionego wina i od razu popiła. Zdjęła buty od razu i opadła na niewielka sofę. Godzina osiemnasta, głupi zakład skończony, jednak coś czuła, że dalej będzie z nim użerać się.

11. Logan

Nie był zadowolony ze swojego zachowania. Był dość okrutny, chciał na każdym kroku ją upokorzyć. Tak, jak jej matka, jego. Wszedł do gabinetu i zauważył niecodzienny widok. Dochodziła dziewiętnasta, dała radę. Potwornie wyglądała. Leżała z ugiętymi nogami na plecach. W ręku trzymała już pustą butelkę alkoholu. Dziś jak do niego przyszła za pierwszym razem całkowicie roztrzepana i rozczochrana zabawnie, ale i uroczo wyglądała. Uśmiechnął się na ten widok, choć nie wiedział czemu. Kto by pomyślał, że Sophie Hetfield da radę i zdobędzie się na to wszystko. Wygrała, nie będzie już jego pokojówką. Wydawało mu się, że będzie usatysfakcjonowany i spełniony. Miał świadomość, że był podły, tak ją wykorzystując. Podszedł do niej i odgarnął włosy z policzka. Jej skóra była delikatna, po co to zrobił?. Wyjął butelkę z jej ręki i odstawił na stoliku. Westchnął zastanawiając co tu zrobić. Tylko jedno przychodziło mu do głowy. Coś czuł, że Will by zrobił to samo dla jego siostry, ale czy Will też by tak mścił się na Emily?. Był przekonany, że nie. Will miał swoje wady, ale nie był okrutny. Żałował swojego postępku. Chwycił dziewczynę pod kolanami i pod plecami, a następnie dźwigną do góry. Była bardzo lekka, nawet jeśli taka rozluźniona. Otworzyła oczy i od razu ze złością spojrzała na niego

- Zostaw mnie, ty, okrutny baranie ! - wybełkotała - Jesteś baranem, pałą, durniem i kretynem! - wyzywała go wściekle. Rozśmieszyła go w prawdzie. Nie sądził, że używa takich słów - żądam byś mnie postawił ! - walnęła go w ramie.

- Oh, zamknij się wreszcie, księżniczko - warknął niosąc ją dalej. Kołysanie w samochodzie najwidoczniej uspokoiło ją i znużyło. Nikogo nie było u Hetfieldow, więc postanowił ją zabrać do siebie. Była totalnie zalana. Zmęczenie i alkohol nie idą w parze, powinna to była wiedzieć. Będąc na parkingu, wysiadł wraz z nią i znów ją niósł.

- Nie masz prawa mnie zabierać do swojego pokoju!. - burknęła rozpoznając obce pomieszczenie.

- Dobranoc, Sophie - powiedział - Jutro porozmawiamy.

- Dlaczego nie teraz, Logan?!. - zawołała gdy posadził ją już na łóżku. Podparta rękoma spoglądała na niego z bólem.

- Bo jesteś zalana i nie zamierzam - chrząknął, idąc do drzwi.

- Twierdzisz, że tylko ty cierpisz, że ja nic nie wiem o cierpieniu? - mówiła już spokojniej drżącym głosem, popatrzył na nią gdy miał już wyjść. Była przepełniona smutkiem, wyglądała tak niewinnie - Tylko, że to ja straciłam brata na miłość boską!. Ja straciłam również ojca, Logan!. To ja… - przerwała na chwilę. Powstrzymała się od powiedzenia jeszcze czegoś - I ja nie wiem nic o cierpieniu? - załkała na koniec.

- Dobranoc - powtórzył, żałując tego co zrobił.

****

Wciąż jeszcze spała, więc wyszedł do pracy, chyba musiał. Choć miał dylemat co robić, w końcu ona była właścicielką tego hotelu, tak na prawdę to ona miała nad nim władzę. Postanowił, że dziś tylko załatwi to co musiał i wróci szybciej do domu, by z nią porozmawiać, a po za tym mogłaby wybuchnąć wojna pomiędzy Emily, a Sophie. Pewnie jeszcze spała choć dochodziła jedenasta. Wczoraj wyglądała na okropnie zmęczoną, widział odciski na jej stopach od paseczków. Dobra, przeprosi dziś ją i jakoś poprawi relacje miedzy nimi skoro mieli razem pracować. Powinien być w sumie wdzięczny jej za pracę i to dobrze płatną. Dzięki dobrej posadzie może jakoś odzyskałby szacunek w tym mieście i o to chyba dla niej chodziło, a może po prostu powinien zostawić to wszystko?. Powinien chyba poznać w końcu tu oficjalnie wszystkich. Nikogo nie znał po za tą Sarą. Nadzwyczajnym sposobem nie mógł doczekać się, aż zobaczy Sophie. Wczoraj była dla niego przezabawna w pozytywnym znaczeniu, specjalnie pewnie mu posoliła kawę, a on specjalnie już jej nie skarcił za to. Nie miłe to było doznanie musiał przyznać, od razu skrzywił się na przypomnienie tego smaku.

11. Sophie:

Obudziły ją oślepiające słońce. Jego pokój jest w samym centrum słońca. Jak on tu budził się?. Chociaż wyobrażając jego tutaj w słońcu. Pokręciła głową gwałtownie na co pożałowała tego ruchu ponieważ niemiłosiernie bolała ją głowa.

- Chyba za dużo wypiłaś - usłyszała dziecięcy głos. Od razu podniosła głowę rozszerzając oczy.

- Najwyraźniej, kolego - uśmiechnęła się lekko. Był słodkim chłopczykiem, przypominał Logana gdy był młodszy.

- Jestem Liam, a ty? .- zapytał się odważnie.

- Sophie - wydusiła. Podziwiała jego otwartość.

- Tata, zbytnio nie przyprowadza kobiet do domu, chodzicie ze sobą?. - zapytał.

- Ooo… Niee - zaprzeczyła - Twój tato tu mnie sprowadził bo... W sumie nie wiem czemu - przekrzywiła głowę w bok sama zastanawiając się.

- Bo ma za dobre serce by zostawić kogoś na pastwę losu - usłyszała kobiecy, dumny glos. Spojrzała od razu w stronę drzwi, a w nich stała jej dawna przyjaciółka.

- Nie wiem jak go przekonałaś do tej roboty, ale mam nadzieje, że wystarczająco się na tobie odegrał?. - zapytała.

- Może i nie uwierzysz, ale myślę, że jesteśmy kwita - kiwnęła głową.

- Kwita?. - pokręciła głową z aroganckim uśmiechem - Nigdy raczej nie będziemy - pokręciła głowa.

- Emily.. .Ja nic nie wiedziałam - podniosła się do pozycji siedzącej.

- Idź już - jęknęła bezsilnie mając odejść. Sophie od razu poderwała się na równe nogi.

- Emily, gdybym mogła cofnąć czas na prawdę inaczej bym to rozegrała. Nie posłuchałabym się rodziców, nie zostawiłabym cię gdy potrzebowałaś mnie najbardziej w życiu. Dzień w dzień zastanawiałam się jak trzymasz się - mówiła, a ona słuchała nie wierząc.

- Ooo, no tak i tak daleko mieszkałam prawda, by sprawdzić faktycznie, jak czuję się?. - uniosła brwi - Ciekawe!

- Na prawdę żałuję - spuściła wzrok - Nie wiedziałam nic co zrobili moi rodzice.

- Taa... Logan coś wspominał, chociaż pierw go nie popierałam, to przez chwilę poczułam, że mogłam powiedzieć ,,I dobrze jej tak'', zresztą nie ważne. Zabieraj rzeczy i idź

- Zasłużyłam na ten policzek, zasłużyłam na te słowa, ale bym chciała kiedyś odzyskać swoją przyjaciółkę - powiedziała, gdy ta wychodziła.

- Nawet jesli… To byś musiała nieźle postarać się - odrzekła przez ramie i wyszła z pokoju, na co dziewczyna uśmiechnęła się odzyskując nadzieję.

- Nabałaganiłaś chyba, Sophie?. - usłyszała za sobą i spojrzała na chłopca. Całkowicie zapomniała, że tu wciąż był.

- Właściwie nie, ale ja za to chyba będę płacić - odpowiedziała mu z lekkim uśmiechem i wyszła.

Wróciła do domu, gdzie odetchnęła w końcu. Wciąż miała wrażenie, że jest przesiąknięta zapachem Logana. Spała w jego łóżku, od razu zarumieniła się i potrzasnęła głową. Gdyby Cole wiedział, wolała nie wyobrażać sobie co wtedy. Wyniósł ją z hotelu jak rycerz księżniczkę, albo książę choć daleko mu było do księcia. Pokręciła głową by odgonić myśli o nim, zamierzała wziąć długą relaksującą kąpiel by zapomnieć o wszystkim. Gorąca woda ukajała jej obolałe ciało, masowała w wannie swoje podbicia na stopach. Oparła się wzdychając co, jak co wygrała zakład. Uśmiechnęła się na samą myśl. To będzie dziwne z nim pracować, ale jakoś może im uda się. Kiedyś bez problemu dogadywali się. Może by mogła Emily zatrudnić?. Matka będzie na nią wściekła, wiedziała, ale tym hotelem to tylko ona już zarządzała, a Alice Hetfield nic nie mogła na to poradzić. Hotel był podzielony na dwie kobiety, a nie na trzy.

12. Logan:

Gdy wrócił do domu jej już nie było, z jednej strony cieszył się, z drugiej poczuł jakiś smutek. Teraz będzie musiał do niej iść, czy może lepiej do jutra poczekać?. Przeklęci Hetfieldowie!. Obiecał dla syna lody, wiec wybrali się do miasta, potem zabrał malca do parku gdzie mogli pokarmić kaczki. Miło spędził ten czas, przy tym dzieciaku. Dzięki temu malcowi, zapominał choć na chwilę jakiejkolwiek nienawiści.. Na wieczór wraz zachodem słońca byli już przed domem.

- Zaraz wrócę - poinformował Liama i ruszył przed siebie. Wszedł na posesje i od razu rozległo się szczekanie Pirata broniącego własnej prywatności. Od razu na werandzie odszukał dziewczynę czym zdradziła się wcześniejszym wołaniem do psa, by uspokoił się. Spojrzała na niego zaskoczona i wstała okrywając swoje nagie ramiona cienka narzutką

- Logan - wykrztusiła.

- Sophie - ukłonił się delikatnie - Wczoraj... Jestem winny ci przeprosiny - przyznał. Czuł, że to było raczej na miejscu.

- Ooh… Doprawdy?. - uśmiechnęła się złośliwie i skrzyżowała ręce na na piersiach.

- Nienawiść do twojej rodziny zawsze była tak silna, że nie patrzyłem nawet czy jesteś winna czy nie. Tak pragnąłem jakoś na tobie zemścić się głownie dlatego, ponieważ też jesteś Hetfield - wyjaśnił - Wiem, że wczoraj byłem okrutnym baranem, dupkiem i pałą - wymieniał jej wczorajsze słowa, na które delikatnie uśmiechnęła sie.

- Przynajmniej umiesz przyznać się do błędu - nie ukrywała podziwu - A co do wczorajszego mojego stanu... - podrapała się po czole.

- Masz niezwykle, niewyparzony język, panienko Sophie - przyznał w końcu z uśmiechem.

- Zwykle tak nie mówię - powiedziała dyplomatycznie - Ale strasznie mnie zdenerwowałeś i zraniłeś nawet... I teraz chyba wiem jak ty i twoja siostra czuliście się... Byliście niemal, że wyklęci w tym mieście, a ja nic nie zrobiłam.

Zaskakiwała go, na prawdę współczuła im i było jej wstyd za swoją rodzinę. Może i mylił się?. Może ona była inna od nich wszystkich.

- Powinienem chyba jeszcze podziękować ci za pracę - powiedział podziwiając jej twarz, którą właśnie oblało ogniste słońce. Uśmiechnęła się uroczo, a jego zatkało.

- Należała ci się. Czy między nami w końcu jest pokój?. - wyciągnęła do niego dłoń.

- Sądzę, że tak - skinął głową zdobywając się na ten sam gest. Jej dłoń była taka mała i delikatna. Na podjazd podjechał właśnie samochód i długo nie czekał aż usłyszał męskie wolanie.

- Sophie!. - był to mężczyzna.. Wysoki, ciemny blondyn, również ciemny zarost, szalone przepełnione zazdrością zielone oczy. Był to partner ten sam, którego widział również na weselu - Od wczoraj do ciebie wydzwaniam, a ty nie odpowiadasz, co to ma być?!. - podbiegł niemalże do niej łapiąc ją za łokieć

- Przepraszam Cole, byłam zawalona pracą - wytłumaczyła szarpiąc się. Jeffey widział, że syknęła z bólu, ale w końcu udało jej uwolnić się rękę, na co pomasowała bolące miejsce. Wtedy wzrok mężczyzny poleciał prosto na Logana.

- Co tu robisz?!. - krzyknął - A może zajęta jesteś nim ?! - zwrócił się twardo ponownie do dziewczyny.

- Nie, Cole, Boże!. - odparła w szoku. Miał już odejść, jednak powstrzymał się na chwilę widząc dość nietypową sytuacje. Dziewczyna raptownie z dumnej i twardej kobiety stała się wystraszoną i zestresowaną dziewczynką.

- Wracaj do swojego pudła morderco!. - wywalczał do niego, na co Logan tylko nastroszył się jak paw.

- Raczej nie powinieneś tak unosić glos na Sophie - zwrócił mu uwagę wciąż jeszcze opanowany.

- Cole, Logan - próbowała wbić się miedzy nich - Cole, idź do środka zaraz ci wszystko wyjaśnię, a ty Logan... Idź proszę do siebie - Pierwszy mężczyzna wykonał jej polecenie, popatrzyła na niego błagalnie.

- Co się tu dzieje, Sophie?. - zapytał, starając się być wciąż naturalny.

- Nic - uśmiechnęła się lekko - Przecież żyję, jak księżniczka, Logan - westchnęła - Do jutra - odwróciła się pośpiesznie do drzwi. Był zmieszany i zdezorientowany. Czy, aby wszystko w porządku było z nią?. Jeszcze na chwilę powstrzymał się zwracając się do niej.

- A i, Sophie!. - zawołał gdy dopiero pociągnęła za klamkę, odwróciła się do niego zaskoczona - Dałaś radę wczoraj, jak na księżniczkę - powiedział. Uśmiechnęła się łagodnie do niego i kiwnęła głową, po czym schowała się do środka. Co się tam działo?. Nie wiedział, co chwile wychodził na taras, by coś zobaczyć. Byli pewnie w jej pokoju, który był po drugiej stronie. Nie podobał się mu ten typ i miał dość dziwne przeczucie. Dość agresywnie do niej podszedł, czy to wciąż nie była jego sprawa?. Zadawał sobie te pytanie popijając kolejnego drinka ponownie zerkając na okna sąsiadów.

13. Sophie

Weszła do środka ze zmrożona krwią. Wiedziała, że będzie kłótnia i nie musiała na nią długo czekać.

- Czemu nie odbierałaś telefonów?!. Czemu on do cholery tu był?!. - wrzasnął nim zdążyła przekręcić klucz w drzwiach.

- Mówiłam, że nie miałam czasu, a on zaczął pracę u nas - wyjaśniła spokojnie.

- Nie miałaś, jak zadzwonić?!. Chcesz żebym na zawał zszedł, albo sam wymyślał scenariusze! - podszedł do niej - I dlaczego ten morderca u ciebie pracuje?!. - krzyknął.

- Ponieważ powinien!. - wrzasnęła na niego - Jego ojciec też wybudował ten hotel ! - dodała z krzykiem.

- Nie bądź sentymentalna!. Gdzie byłaś tej nocy?!. - zapytał ściszając ton, ale wciąż chłodnym.

- Nigdzie, Cole - jęknęła bezsilnie, chciała odejść - przechwycił sprawnie jej rękę, przyciągając do ją do siebie. Złapał jej za tył głowy, ściskając w garść jej włosy.

- Wiesz, że jestem zazdrosny o ciebie. Czemu mi to robisz?. - przyłożył czoło do jej czoła. Chciała wyrwać się jednak co odsunęła się, ten przycisnął mocniej i pocałował łączliwie w usta.

- Cole!. - oderwała się od niego - Nie mam ochoty!. Pierw mnie oskarżasz nie wiadomo o co, robisz awanturę... - łkała czując ból, jaki on powodował.

- Przepraszam - chrząknął - Jednak nie dostosowałaś się do moich poleceń. Miałaś odbierać każdy telefon, oddzwaniać. Idź do sypialni i przygotuj się - rozkazał.

- Nie łudź się, że... - burknęła.

- idź do sypialni - popatrzył na nią władczym wzrokiem. Rozszerzyła oczy z wrażenia i przełknęła ślinę. Nie wiedziała co ją czeka, jednak wiedziała, że to nie będzie miłe.

****

Wstała dość rano, nie mogąc już spać. Przyglądała się w lustrze, a konkretnie kolejnemu obrzękowi na jej skórze, tym razem z tylu, przy karku. Wczoraj znów czuła się jak pies. Westchnęła boleśnie. Gdyby jej tylko matka wiedziała. Otarła oczy gdy do pokoju on wszedł. Widać, że czymś się martwił.

- Wiem, że wczoraj może byłem zbyt... Agresywny - przyznał.

- Zbyt?. - dopytała się niedowierzając i pokazała mu siniec. Przełknął ślinę i spuścił wzrok.

- Przepraszam... Ale to tak na mnie działasz i ten morderca - wskazał ręka na dom obok.

- Logan nie jest morderca, to był wypadek - powiedziała oschłym tonem.

- Twoja matka będzie niezadowolona z tego co zrobiłaś - zagroził jej.

- Z ciebie również za to co mi zrobiłeś - skrzyżowała ręce na piersi, rozszerzył oczy z zaskoczenia. Szantaż za szantaż. Odwróciła znów do lustra, a on pocałował ją w szyje i skierował się do wyjścia.

- Jak zobaczę go przy tobie, to nie ręczę za siebie - dodał przed odejściem, a ona wypuściła powietrze z ust opadając z braku sił na podłogę. Założyła karmelową sukienkę do połowy łydek. Siniak pojawiał się za siniakiem. Bała się, że nie będzie umiała już tego ukryć. Wyszła z domu kierując się do pracy, a nie długo po tym była już w Great Grant Hotel z czteroma kubkami kawy. Nie uniknęło jej uwadze, gdy jej sąsiad właśnie przywoływał windę. Przywitała się od razu z Sarą wręczając gorący napój.

- Kocham cię - powiedziała

- Wiem - wzruszyła ramionami i ruszyła do windy.

- Marcel!. - zawołała starszego mężczyznę, który wiózł akurat wózkiem walizki gości i jemu również wręczyła kawę.

- Jesteś aniołem!. - krzyknął od razu zanurzając nos w aromatycznej, unoszącej się parze.

- Ty też - puściła oczko, na co mężczyzna zarumienił się .

- Zostały dwie - usłyszała gdy byli już w windzie.

- Hm?. - spojrzała do niego.

- Kawy. Niesiesz dla mnie jedną?. - zapytał. Zaśmiała się krótko.

- Chciałbyś - zadrwiła wysiadając na drugim piętrze wołając imię, co go zaskoczyło - Marisol! - wręczyła starzej kobiecie kubek kawy. Pokojówka klepnęła dziewczynę w pośladek.

- Jestem twoją dłużniczką, kotku - dziewczyna zaśmiała się i wróciła do windy. Czuła jego spojrzenie na sobie, co ją troszkę zirytowało.

- No co?.

- Z wszystkimi tak tu kumplujesz się?. - zapytał.

- Tak, to jest moja rodzina właśnie - wyznała zadowolona.

- Ciekawe - przegryzł wargę dolną, dopiero dostrzegła że jego ręka wylądowała na ścianie nad jej głową. Patrzyli sobie w oczy co ją przerażało.

- A ta kawa komu?. - spytał.

- Dla mnie - odpowiedziała z uśmiechem, po czym popiła, a po chwili byli na miejscu.

Logan:

Pokręcił głową z niedowierzeniem. Nie mógł z nią flirtować, nie mógł z nią lubić się. Kiedyś mieli dobre stosunki miedzy sobą, potem jej rodzina zniszczyła wszystko. Teraz po prostu pracował z nią tak?.

Nie mógł uwierzyć, że pracuje z Sophie Hetfield, że jest jego tak na prawdę szefową. Weszła pierwsza do gabinetu, spojrzał na jej ubiór. Ładnie ubrana, dość dojrzale, ale nie bardzo. Przez chwile przejechał wzrokiem na jej pośladki, na co uderzył się w myślach w twarz, powtarzając sobie ,,To siostra twojego zmarłego kumpla''

- Zleciłam wykonanie drugiego biura, trochę to pewnie potrwa przez ten czas najwyżej będę w restauracji - poinformowała go biorąc jakieś teczki.

- Przecież tu jest zbyt wiele miejsca dla nas dwóch - odparł, sam dziwiąc się.

- Chcesz przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu ? - zapytała upewniając się czy dobrze usłyszała.

- Nie przeszkadza mi to w niczym - pokręcił głową przecząco. Umilała by jego prace pomyślał, na co potrzasnął głową ponownie.

- Okey… Spróbujmy - zgodziła się. Usiadła na fotel, a on usiadł na drugi, fotel dyrektora. Uśmiechnął się na sama myśl. Ładnie wyglądała, akurat coś zapisywała w jakiś papierach

- Chciałabym, żebyś coś zrobił - odezwała się po niedługiej ciszy.

- Co takiego?. - odpalił właśnie laptopa.

- Chciałabym, żebyś zatrudnił Emily - powiedziała nawet nie patrząc na niego.

- Emily?. Moją siostrę ? - zapytał z lekkim oburzeniem.

- Tak - uniosła wzrok na niego - Jakiś problem?. - zapytała przyglądając się mu.

- Niee… Ale dlaczego? - wykrztusił.

- Bo też powinna tu pracować - odrzekła naturalnie.

- Czemu chcesz nam tak pomóc?. - zapytał.

- Bo zasłużyliście - powtarzała się tym słowem, czy było to prawdą?.

- Jak cały świat też będzie zasługiwał, też zatrudnisz tutaj?. - zaciekawił się delikatnie drwiąc..

- Gdyby było odpowiednio dużo miejsca, pewnie tak - odrzekła z lekkim śmiechem, na co i on zaśmiał się. Powodowała u niego radość. Przełknął ślinę, opanowując się. Nie mógł zdradzać się. Wciąż musiał pamiętać, że była z tej rodziny wtedy będzie kontrolował się.

- Porozmawiam z nią - skinął głową.

- Czym właściwie zajmuje się?. - zapytała odkładając długopis.

- Emily?. Nie wiesz?. - zmarszczył czoło ze zdziwienia.

- Od wypadku z nią słowa nie zamieniłam. Gdy w liceum z niej wyśmiewali się, bo miała brata mordercę broniłam ją jak lwica, choć Emily o tym nie wie - wyznała.

- Jak lwica?/ - zapytał z lekkim rozbawieniem. Doceniał te słowa i cieszył się, że ktoś jednak tu był dla Emily, gdy jego nie było.

- Złamałam nos nijakiej Caroline Sulivan, Adam Anderson pewnie do dziś nie ma dzieci, a Rebeca Hargove wciąż ma reputacje dziwki - uśmiechnęła się dumnie.

- Rzeczywiście jak lwica - skinął głową drapiąc się po nosie - Chyba potrzebuję kawy- mruknął pod nosem, jednak najwyraźniej usłyszała, bo uniosła brwi zaskoczona do góry.

- Oczywiście, ale tym razem nie ma kogo ganiać po kawę prawda?. - parsknęła, oparła brodę o rękę przyglądając mu się.

- Tak, owszem - odparł, biorąc wdech. Przechwycił jej kubek z kawą i sam napił się, na co śledziła tylko jego wzrokiem - Ale i tak kawy same do mnie przychodzą - wzruszył ramionami.

- Nie masz za grosz w sobie dżentelmena - chrząknęła, mrużąc oczy.

- To dobrze, że to widzisz, ale wracając do tematu. Przejrzałem statystyki, całą masę dokumentów i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Bardzo dobrze to wszystko poprowadziłaś. Może i nie mam w tym wprawy, ale zapamiętałem to co mnie nauczył ojciec i powinnaś być z siebie dumna - przyznał kiwając głową.

- Przepraszam... Możesz powtórzyć - uśmiechnęła się rozbawiona, wciąż trzymając się za podbródek. Śmiała się z niego, a on tylko zirytował się. Pochwalił ją, a ona była zadowolona. Zrobił z siebie błazna, a niech to!.

- Nie - zacisnął usta wąsko zirytowany.

- Dziękuję Logan, twoje słowa również dla mnie wiele znaczą - W końcu powiedziała już łagodnie, na co rozchmurzył się - Mogę ci coś pokazać?. - zapytała, na co skinął głową.

- To jeszcze nie skończone. Mogę nie mieć żadnego pojęcia o tym, a ty znasz się może trochę na tym bardziej. Zresztą... - widział z jakim na zakłopotaniem mówił. Wyjęła większa teczkę, z szafki i wyjęła wielki, biały brystol. To był plan. .

- Czy to?. - zmrużył oczy jakby chciał temu jeszcze bardziej się przyjrzeć. Stała, nachylona za nim. Czuł jej włosy na swoich plecach. Jej delikatne perfumy załaskotały jego nos, a część końcówek włosów właśnie jego policzek, który zaczął drgać.

- Chcę postawić nowy hotel, jednak chciałam coś innego. U nas nad jeziorem, za Burlington. Chciałam coś dodać i dopiero podsunął mi pomysł, właściwie twój syn... - mówiła z ekscytacją w głosie.

- Liam?. Co ma do tego?. - oburzył się.

- Myślałam o prawdziwym aqua parku dla dzieci. Też pomyślałam o swoim siostrzeńcu w sumie, ogólnie o dzieciach - wzruszyła ramionami. Gadałam z burmistrzem do kogo ten teren należy okazuje się, że do miasta jeszcze, gadałam z wykonawcami ile by zajęła budowa - zakończyła swoją przemowę. Przeszła kawałek pokoju, gdy on przyglądał się. Nie ukrywał swoich min gdy był akurat pełen podziwu.

- Mówisz, że nie prosiłaś nigdy o ten hotel, że nie chciałaś tego robić - odezwał się w końcu - A to wygląda jakby robił jakiś zawodowiec, w ogóle brzmisz jakbyś była już prawdziwa i doświadczoną biznesmenką- mówił co widział i co czul. Miała dwadzieścia cztery lata. Była młoda, a już takie pomysły, takie ambicje.

- Wpajano mi biznes odkąd byłam dzieckiem, a gdy Will odszedł robiono ze mnie jak sam nazwałeś bezlitosną biznesmenką - Spuściła wzrok w dół, a jemu od razu smutno zrobiło się - I chyba mi tak zostało - wzruszyła ramionami - Masz racje nie prosiłam tutaj o bycie, ale nie miałam wyboru i teraz gdy zastanawiam się gdzie mogłabym być to nie umiem wybrać. Zamiast śnic o księciu z bajki na białym koniu, śnią mi się biznes plany - zaśmiała się, a za nią i on.

- To mogłoby udać się Sophie, gratuluję - pochwalił ją.

- Taak… Gdybym miała na to fundusze - opadła zrezygnowana na krzesło na przeciwko niego - Mam pewien kapitał, który zostawił mi ojciec, ale to wciąż za mało na wybudowanie hotelu. Sam wiesz, że dużo wydatków z tym wiąże się, nie licząc budowy

- Rozumiem - popatrzył jeszcze raz na pomysł narysowany na papierze - A mama?

- Uważa, że kolejny hotel tu jest zbędny - pokręciła głową przecząco - Owszem w centrum tak, ale jezioro jest po za miastem i sadzę, że ludzie którzy lubią bardziej ciszę, las i spokój wybiorą się właśnie tam - mówiła zachęcająco.

- A ty byś nawet mogła i zrobić reklamę tak o tym mówisz - zauważył z uśmiechem. Zaśmiała się słodko, a jemu to rozgrzało serce. Cholera!. Miała dobry pomysł, musiał przyznać. Nie sądził, że będzie robiła to, co jej rodzice. Świetnie sobie w tym radziła, była taka skupiona i na tym co robi. Zapisywała pewne zapiski i chowała do kolejnej teczki. Wymieniali się wzajemnie spojrzeniami co go wytrącało trochę z równowagi, albo i ją. W miedzy czasie trochę jeszcze porozmawiali. Opowiedział jej o Liamie, na co nie mogła uwierzyć, że tak jego życie potoczyło się, chociaż z przyjemnym wyrazem na twarzy go wysłuchiwała gdy opowiadał o swoim synku.

- Wydaje się na świetnego dzieciaka - powiedziała.

- Tak to prawda, tylko szkoda, ze nie ma normalnych rodziców - westchnął.

- Dlaczego tak uważasz?. - oderwała się od pracy, znowu.

- Matka modelka wyjeżdża non stop, ojciec właśnie opuścił Portland - wzruszył ramionami.

- To czemu tu go nie sprowadzisz?. - przekręcił głowę jakby to było oczywiste. Dla niej wszystko było takie proste.

- Ponieważ to nie takie proste - tłumaczył - Teraz są wakacje, a on szkole ma tam, znajomych, dziadków - wymieniał.

- Ale nie tatę, nie jednego z rodziców. Sądzę, że jest zafascynowany tobą i teraz jeszcze ciężej będzie z tobą rozstać się

- Skąd wiesz?. - popatrzył na nią zdziwiony.

- Ponieważ jesteś dość fascynującym człowiekiem Logan - stwierdziła całkiem szczerze. Miło mu się zrobiło - Powinieneś dziękować Liamowi, że go masz. Sama bym chciała mieć swoje dzieci - wzruszyła ramionami.

- A Cole?, bo Cole tak?. Dobrze pamiętam?. - zaciekawił się, a jej nieprzyjemny dreszcz po jej ciele przepłynął na wspomnienie wczorajszej nocy.

Sophie:

- Tak, Cole - potwierdziła.

-To twój narzeczony?. - zapytał. Zerknęła na zegarek mając nadzieje, ze na dzisiaj kończą pracę. Chciała już stąd uciec.

- Tak - kiwnęła głową z nerwów stukała długopisem co zauważył, więc przestała - już jesteśmy jakieś dwa lata - dodała -Szalenie durne dwa lata - pomyślała

- Zawsze jest, taki szorstki w obyciu?. - zaciekawił się.

- Szorstki w obyciu?. Cóż za słownictwo Loganie Jeffey - uśmiechnęła się zdumiona.

- Tak, jak księżniczki używają niezbyt stosownego słownictwa, tak mordercy mówią w sposób grzecznościowy - zadrwił z niej.

- Nie uważam cię za kryminalistę - pokręciła głową - I nigdy nie uważałam - zapewniła go.

- Dlaczego?. Przecież zabiłem ci brata.

- Bo sądzę i sądziłam, że to po prostu był wypadek - odrzekła naturalnie..

- Ciekawe - mruknął - A ty dzieci?... To znaczy zamierzacie?.

- Oo, Boże, nie z tym...- zamilkła widząc co mówi, a on jej bardziej przygląda się - To znaczy na razie nie - zmusiła się do uśmiechu.

- Rozumiem - skinął głową. Dalej pracowali w ciszy i w skupieniu. Już powoli kończyła wypełniać papiery. Schowała te co zostały do teczki wrzuciła do szuflady łapiąc się za barki i szyję.

- Kiedyś zapłacisz mi za wczorajszy dzień - burknęła robiąc automasaż.

- Chodź - polecił klepiąc na swój fotel

- Co ty zamierzasz?. - pisnęła zaskoczona.

- Zrobię ci masaż. Usiądź - polecił. Choć z wahaniem to jednak podeszła i usiadła. Odgarnęła swoje włosy na bok i poczuła jego dłonie jak dotykają jej skórę. Czuła ulgę, odprężenie i ciepło. Pierw obleciał ją miły dreszcz pod wpływem jego dotyku. Czuła jak jest pospinana i on chyba też. Dobry w tym był. Uśmiechnęła się, ale po chwili spoważniała by nie pokazywać jak jej to podoba się. Jednak nie na długo bo stęknęła z przyjemności po czym pożałowała mogło to dość dziwnie zabrzmieć, jednak nic nie powiedział, ani nie zareagował. Robił to jakby to była najnormalniejsza rzecz. Jak on tak potrafi trzymać równo oddech, gdy ona nie potrafiła?. Serce jej przyspieszyło obroty, miała wrażenie, że jej dłonie pociły się. Błogo jej było, jednak po chwili syknęła, wtedy właśnie wjechał właśnie dłonią chyba na jej siniiec.

- Co to jest?! .- zawołał w szoku.

- Co?. - udała głupią.

- Ten siniak?. - oderwał ręce od jej ramion. Dziwne, że od razu nie zauważył. Westchnęła zastanawiając się co mu odpowiedzieć. Brakowało jej czasu, a on domagał się odpowiedzi.

- Nic, uderzyłam się - odrzekła wstając. Był pewien, że to nie jest zwykły siniak. Na oglądał się całą masę sińców i przeczuwał, że akurat ten wygląda po części jak odcisk dłoni.

- I zrobił się taki duży siniak? - zmarszczył brwi.

- Mam małopłytkowość krwi - wyjaśniła zakładając torebkę na ramie, a on tylko spiorunował ją wzrokiem - Co oznacza, że pojawia mi się siniak nawet od najmniejszego uderzenia - dodała.

- Wiem co to jest małopłytkowość krwi Sophie, ale nie sądzę, by ten siniak powstał od uderzenia w coś - wydal swoje spostrzeżenie.

- Na prawdę to nic Logan. Jestem już zmęczona, będę szła - oznajmiła.

- Wiem, że możesz mi nie ufać bo byłem pierw podły, ale jakby coś działo się dałabyś mi znać?. - zapytał. Wyglądał na zmartwionego co ją zaskoczyło , a nawet zaimponowało. Dodawało mu to uroku. Uśmiechnęła się.

- Logan co jak co, ale oddałam ci swoje stanowisko, więc muszę jakoś ci ufać - popatrzyła na niego łagodnie. Skinęła głową i wyszła. Po chwili i tak ją zaraz dogonił. Pożegnali się jeszcze z rożnymi pracownikami, przy okazji ona przedstawiła go paru osobom z zespołu. Wydawał się na zadowolonego z personelu. Rozmawiał taki pewny siebie z każdym, nie był dla nikogo zły. Jednak nie zdejmował z siebie maski oficjalności. Przez co i może czasem sztywny, ale tak nie wypadł tak najgorzej. Zaimponował jej, nie mogła doczekać się aż wróci do domu. Widziała, że jechał za nią. mieli tą sama drogę. Przypomniało się jej pierwsze spotkanie, była na niego tak wściekła, a on potem pewnie też. Oblała go kawa. Zaśmiała się nie mogąc uwierzyć. Wjechała do siebie na podjazd i obserwowała, dopóki nie znikł drugi samochód z pola widzenia. Wysiadła wraz z Loganem Jeffeyem jeszcze raz uśmiechnął się do niej delikatnie, więc odwzajemniła ten mały gest i schowała się szybko w domu za nim poczuła się zagrożona.

***CDN***

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania