Niepoprawny książę XXIII

57. Logan

Zajęty zwinnym klikaniem w klawiaturę laptopa siedział u siebie w pokoju, co rusz popijając jeszcze świeżo, zaparzoną kawę. Spojrzał zza okno podziwiając sobotni poranek, a po chwili wysłuchał ciężkie kroki, które właśnie wparowały przez drzwi, powrócił wzrokiem na monitor.

- Sophie nie ma?. - usłyszał przyjazny głos.

- Wolałbym, żeby była przy mnie, ale uparła się, by wczoraj spędzić wieczór z mamą i z siostrą, więc pewnie odsypia - odpowiedział.

- Ahhh… - westchnienie, jakie usłyszał oznaczały kłopoty, oderwał się od swojej czynności i spojrzał w końcu na kolegę.

- Co jest?. - zapytał.

- Powinienem chyba coś ci powiedzieć - powiedział podchodząc do okna. Zauważył, że mulat kłębił się z myślami, zamknął klapę i powstał prostując plecy.

- Hm?. - zmarszczył brwi wpatrując się w niego.

- Chodzi, o Sophie i mówię to, bo martwię się o nią - zaczął niepewnie. Wystarczyło jej imię, a poczuł niezwykłe uczucie, ale na słowo ,,Martwię się'' od razu ogarnął go niepokój. Cameron wyjrzał zza okno i zmrużył oczy, jakby chciał upewnić się, czy dobrze widzi.

- Ma gościa dzisiaj?. - zapytał zmieniając temat.

- Gościa?!. - podniósł głos i w podskokach znalazł się pod oknem. Widok, tak bardzo nim wstrząsnął, że nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Od tyłu czaił się na nią mężczyzna, gdy wyrzucała zwyczajnie śmieci. W piżamie okryta grubym szlafrokiem niczego nie spodziewała się. Mimo miał na sobie kretyńską czapkę, od razu wiedział kim jest. Żołądek mu zacisnął się w momencie, gdy gwałtownie chwycił ją. Zareagowała natychmiast dzielnie walcząc. Zwinnie wykonała coś zaskakująco niepowtarzalnego, że nawet sam nie nadążył. Wyswobodziła się, ale tylko na chwilę. Znów miał ją ku sobie, a po chwili jej głowa bezwładnie opadła na jego ramię. Posłuchał wewnętrznego głosu, który dopiero w tym momencie na niego wydarł się.

- Cholera!. - warknął, chwytając kluczyki od samochodu i ruszył do drzwi.

- Ja pier... - reakcja druha była idealnie wpasowująca się w daną sytuację, gdy wybiegli z domu. Wsiedli pędem do auta próbując, nie tracić wzroku z samochodu, który z piskiem opon odjechał przed nimi.

- Dzwoń na policje - rozkazał - Cholera!. - powtórzył uderzając w kierownice wyjeżdżając na główną ulice.

- Co mam powiedzieć?. - zapytał zmieszany.

- To, co widziałeś - odparł przyciskając pedał gazu. Strach go ogarniał, jakiego jeszcze nie doświadczył. Wiedział, żeby nie zostawiać samej, dlaczego to zrobił?. Dlaczego sądził, że będzie bezpieczna u siebie w domu?. Myśli w jego głowie kotłowały się od nadmiaru, które od razu pisały czarny scenariusz. A co, jeżeli niewystarczająco wiele razy powiedział, że ją kocha?. Przecież lubiła to i doceniała, a on, jak kretyn nie potrafił. Co jeżeli więcej jej nie zobaczy?. Ogarnął się po chwili, gdy zorientował się, że pasażer z boku właśnie skończył rozmowę przez telefon.

- A teraz mów - polecił pochłonięty tym wszystkim. Musiał myśleć trzeźwo, wtedy na pewno jej nie straci.

- Sophie, przyszła do mnie kilka dni temu prosząc, bym nauczył ją samoobrony... - zaczął - Bić się - sprecyzował bardziej.

- Sophie, bić?!. - zawołał w szoku. Roztrzęsiony nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Przyjrzał się z uwagą koledze, by upewnić się, że nie żartuje.

- Uwierz mi, tak samo zareagowałem, ale obawiała się właśnie, o Cola i nawet nie wiesz, jak teraz jej świetnie szło, aż sam byłem pełen podziwu - wyjaśnił zakłopotany.

- Czemu nie przyszła do mnie?!. - zapytał rozgoryczony.

- Martwiła się, że bedziesz wściekły i nie będziesz dał rady z nią tego robić - wyjaśnił, jednak po kierowcy zorientował się, że to wcale nie usprawiedliwiło dziewczynę. Westchnął ciężko - Widziała go, jakiś czas temu - dopowiedział podenerwowany. Nie był zły na nią, dlaczego mu nic nie powiedziała?. Nie umiał sobie wyobrazić, jak jego Sophie robi szalone treningi z jego kumplem. Potrząsnął głową odganiając czarne myśli.

- Zabiję go - wycedził przez zęby. Złość nad nim górowała, adrenalina, presja czasu nie potrafił tego ogarnąć.

- Bądź rozsądny, Logan - polecił - Skręcili!. - podpowiedział wskazując palcem na pojazd, który wykonał manewr.

Chwila ciszy trochę mu pomogła, choć dalej zadawał sobie wiele pytań. Wyjechali z miasta, mijali różne pola i łąki, akurat rozciągało się wielkie pasmo kukurydzy i wysokiej trawy.

- Mówisz, że szło jej dobrze? - zapytał. Cameron spojrzał na niego zmartwiony i kiwnął głową na odpowiedź, a zaraz ponownie popatrzyli z uwagą przed siebie. Zaczęło dziać się coś z przodu, dlatego zwolnili. Samochód zaczął szarpać się na boki. Widok, jak z koszmaru, w którym nagle brunetka przeturlała się kilka razy po ciemnym asfalcie. Z trudem, dźwignęła swoje niewielkie ciało i kulejąc pobiegła prosto w zarośla.

- Moja dziewczyna - wykrztusił pod wielkim wrażeniem. Kierowca z przodu od razu zahamował i z pistolem w ręku ruszył prosto za nią. Logan Jeffey nigdy nie był bardziej wdzięczny komukolwiek z góry, kto nakazał dla jego przyjaciela właśnie wtedy wyjrzeć przez okno. Mężczyźni zjechali na pobocze i również podbiegli w uprawę rozdzielając się.

58. Sophie.

Miała wrażenie, że już po niej. Wiedziała, że ten dzień nastanie, ale wciąż nie była gotowa. Cole Cerventes, był jej utrapieniem. Udało się jej wykorzystać jeden trik, który nauczył ją Cameron, nawet wtedy napastnik ją pochwalił szepcząc.

- Ćwiczyłaś.

Był sprytniejszy i po chwili nie wiedząc kiedy, ale straciła przytomność. Nie wiedziała na ile, ale wciąż był ten sam dzień. Najgorszy w jej życiu. Zerknęła na obraz ciągnący się za oknem, przez które zakradało się słońce. Nie znała terenu i była przekonana, że już są poza miastem.

- Dzień dobry, słońce - usłyszała. Wciąż czuła się półprzytomna i powolnym ruchem spojrzała na kierowcę. - W końcu razem - dodał, kładąc dłoń na jej nagim kolanie. Chłód powiał po jej nogach, źrenice ze strachu zwiększyły swój rozmiar.

- Cole, co ty robisz?. Zawróć! - rozkazała przerażona.

- Nie mogę, Sophie - pokręcił głową - Nie mogę żyć bez ciebie, dlatego już zawsze będziemy razem - powiedział pewny siebie.

- Ale ja z tobą nie chcę!. - zapiszczała. Zepchnęła z z obrzydzeniem jego rękę i odsunęła sie najdalej, jak mogła przytulając się do drzwi.

- Jesteś moja - powiedział już chłodniejszym tonem lekceważąc jej łzy - Byłaś i będziesz - dodał, przyśpieszając gazem. Przełknęła ślinę. Nie potrafiła myśleć, gdy jej ręce ze strachu samoistnie telepały się. Rozejrzała się po samochodzie, szukała czegokolwiek. Dostrzegła pod swoimi nogami plastikową butelkę po jakimś napoju. Bez wahania z całej siły i nienawiści, jaką do niego czuła uderzyła go w twarz. Żałowała, że to nie jest szklana, ale nawet i to pozwoliło, by choć na chwilę stracił panowanie nad pojazdem. Chwyciła raptownie za klamkę i bez chwili namysłu rzuciła się na wolność.

Jęknęła głośno na uczucie piekącego i rozciągającego się bólu po prawej nodze.

- Czujesz to znaczy, że żyjesz - wykrztusiła do siebie oszołomiona, jakby gdzieś to słyszała. Uniosła głowę ubiła sobie za cel właśnie te chaszcze, po chwili dźwignęła się do góry z trudem i najszybciej, jak potrafiła kuśtykając znalazła się w gąszczu kukurydzy. Serce jej oszalało, rozum nie podpowiadał już co dalej. Dyszała okropnie nie potrafiąc złapać równego oddechu. Schowała się w najgęstszym skupisku roślin. Starała się nie płakać. Próbowała się być cichą, szarą, polną myszką, by jej nie schwytał. Nabierała głębokiego wdechu, byle nie oddychać, by nie odnalazł jej. Wpadła w panikę, dreszcze grozy pełzały po jej plecach. Cofała się bardziej cały czas widząc sylwetkę mężczyzny.

- Sophie! - rozległ się ochrypły, jego głos, który towarzyszył w jej złych snach - Sophie, daj spokój. Pogadajmy!.

Pokręciła głową z niedowierzeniem. Od kiedy on chce gadać?. Nie może mu pokazać się, niech mu nie ufa. Była przekonana, że to będzie jej koszmar na całe życie.

- Wiem, że bywałem surowy, ale to zmieni się obiecuję!. - mówił głośno. Był coraz bliżej, ona wykonywała kroki w tył -Sophie, nie zachowuj sie jak dziecko!.

To było na tyle. To był jej marny koniec. Nie zazna szczęścia, całe życie właśnie umykało jej przed oczyma. Miała coraz mniej kryjówek, najlepszą były ramiona Logana. Czemu u niego nie została?. Była głupia. Zetknęła się z czymś co ją unieruchomiło, Miała wydobyć z siebie przeraźliwy, ale kogoś ręka idealnie uniemożliwiła.

- To ja - usłyszała ciepły szept, którego miała wrażenia, że nigdy już nie usłyszy. Wypuściła łzy goryczy i od razu wbiła się w jego objęcia.

- Już dobrze.

Ciężko było jej uwierzyć, ale to na prawdę był on, ale jak i skąd?. Ucałował ją w ucho, do którego cicho mówił Logan Jeffey Ten mężczyzna ją uratował nie tylko dzisiaj, ale w każdy możliwy sposób. Przyłożył palec na usta prosząc, o bezwzględną ciszę, na co skinęła głową i ruszyli w innym kierunku. Nie mogąc nawet sobą nacieszyć się stanęli, jak sparaliżowani, na dźwięk odblokowywanego magazynku od broni. Odwrócili się jednoczenie.

- Zawsze wchodzisz mi w drogę, Jeffey - burknął niebezpieczny mężczyzna i bez oporu wymierzył w niego lufę. To wszystko było, aż nie możliwe, tak wstrząsające.

- Sophie, schowaj się - polecił. Nim zdążyła zareagować, zaprotestować. Logan rzucił się impetem na niego. Działo się to wszystko tak szybko, że nie potrafiła nadążyć. Pierw siłowali się z nierównaną potęgą i ona chciała walczyć z Colem?. Po za ich okręg walki wypadła broń napastnika, którą bez namysłu kopnęła, gdzieś dalej.

- Logan!. - wykrzyczała wystraszona. Ich ciała runęły na ziemie. Przewalali się nawzajem, wymierzając sobie ciosy. Los sprzyjał jej ukochanemu, który górował nad nim. Wpędzony w nienawiść okładał Cerventesa pięściami. Nigdy nie widziała jego, tak wściekłego i wiedziała, że to za jej sprawą. To było, tak drastyczne, że nie potrafiła dłużej patrzeć. Twarz Cola była we krwi i i wyglądała, jak balon.

- Logan!. - powtórzyła z pewną obawą - Logan wystarczy!. Nie jesteś taki - prosiła go zbliżając się do niego. Nie dała rady odciągnąć, gdy on był w omoku.

- Logan, proszę!. - krzyknęła - Potrzebuje cię tutaj - załkała, Padło jeszcze jedno silne uderzenie i spokój. Jej głos w końcu wkradł się w jego opętany umysł. Jego ciało było spięte, oddech ciężki. Powstał i spojrzał na swoją kobietę, która trzęsła się ze strachu, jak galaretka. Wypuścił powietrze z ust, wraz z całym napięciem.

- Nic ci nie jest?. - zapytał z troską ujmując jej drobną twarz. Pokręciła głową. Myślała, że go więcej nie zobaczy, ani Liama. Uwolniła kolejne łzy nie mogąc się opanować.

- Chy… Ba nie - wyszeptała wciąż mając wrażenie, że musi mówić cicho - A tobie?. - Przyjrzała się mu uważnie, a następnie na jego ręce. Zamknęła jego dłonie w swoich widząc, że ma zadrapane kostki, Na prawdę stał przed nią. Pokręcił głową przecząco, na jej odpowiedź. Odetchnęła w końcu. Dotknęła delikatnie jego opuchniętego policzka stwierdzając, że on wyszedł z tego prawie bez żadnego zadrapania. Przygarnął ją do siebie, wciąż roztrzęsioną, było jej tak dobrze, że znów zapłakała żałośnie. Wtedy zza jego pleców wyłoniła się postać, która nie dawała za wygraną. Spięła się ponownie, co najwyraźniej wyczuł.

- Logan!. - krzyknęła z ostrzeżeniem. Z refleksem odwrócił się, gdy ten drugi, zanim cokolwiek zdążył zrobić, znów opadł bez sił na trawę. Ukazał się odważny Cameron Burton.

- Cholera, jak ja nie lubię natrętnych dupków!. - warknął podenerwowany.

- Cam - wydusiła i spojrzała na leżącego - Nie żyje?. - zapytała widząc, że jest uzbrojony. Pokręcił głową łagodnie, aby uspokoić koleżankę.

- Tylko otumaniłem - odpowiedział, na co odetchnęła z ulgą.

- Zdecydowanie zasługujesz na podwyżkę - prychnęła, zastanawiając się, skąd ma jeszcze siły na jakieś żarty. Adrenalina wyparowała momentalnie odczuła znów nieprzyjemny ból.

- Jesteś cała?. - zapytał zmartwiony mulat.

- Nie zimno?. - tym razem troską ją otoczył Jeffey. Pokręciła głową, mimo to poczuła ciepło bluzy na ramionach. Nadzwyczajnie zrobiło się jej gorąco, a po sekundzie zimno. W oddali zaśpiewały syreny radiowozów.

- Rany, Sophie, twoja noga! - zawołał w szoku przyjaciel przyglądając się jej.

- Trzeba jechać do szpitala - padły kolejne słowa jej bohatera. Każde kolejne słowo docierało, jak z oddali. Nie umiała nic odpowiedzieć. Logan Jeffey badał ją wzrokiem, a przy tym dotykał jej policzków bledszych niż zwykle. Spojrzała na swoja nogę. Obraz był rozmazany, a oddech stawał się szybszy. Popatrzyła na towarzyszy, oni również wydawali się już, jak za mgłą, z głosami przytłumionymi. Zdążyła usłyszeć bojaźliwe wołanie jej imienia przez ukochanego, a potem już nic nie widziała.

***CDN***

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania