Briljen i Viljen -- Rozdział 1

//Każdy rozdział tytułować będę imieniem bohatera oraz numerem rozdziału (tegoż bohatera, nie całości).

 

--- Gaut I ---

 

Naga stópka dziewczęcia wsunęła się na zielony trawnik niosąc ze sobą szlachetny wdzięk, grację i powab. Najpierw paluszki, jak gdyby chciała sprawdzić, czy woda nie jest wciąż za gorąca. Za nimi dopiero bielutkie i gładkie - jak gdyby nigdy wcześniej nie dotknęły ziemi - środek i pięta lądowały kolejno po sobie z delikatnością, która pozwalała sądzić, iż owa cudowna istota nie waży zupełnie nic. Ach, jak dobrze, iż dzień był bezwietrzny, bo gdyby zawiał podmuch najmniejszy z pewnością zabrałby ją ze sobą, lekką jak piórko, do krainy chmur i do aniołów, tam, gdzie jej miejsce. Bo i gdzież indziej mógł narodzić się cud taki, niż w łonie anielskim wyłożonym aksamitnym puchem, wypełnionym jedwabistą mgiełką? Ponad smukłą, acz ukształtowaną pięknie niczym spod dłuta mistrzowskiego łydką malowały się koronki białe i kremowy materiał sukni wzorzystej w liście i kwiaty o barwach nienaturalnie jasnych - jeden krok, hop, i suknia zakryła jej nogę. Cóż za szkoda, cóż za strata dla świata. Ile wierszy nie ujrzy nigdy świat na kartach papieru, ile pieśni wyrwano bardom z gardeł, ile sztuk z desek teatralnych zrzucono bezceremonialnie, brutalnie kończąc piękno chwili - tym nieszczęsnym krokiem jednym. Ale z drugiej strony - cóż to był za krok! Dziewczę podeszło do krzewu różanego i zaczęło bawić się jego liśćmi, wpatrując się w ich żyłki błękitnymi oczami. Nie, nie oczami, lecz okiem jednym i okiem drugim - cóż za grzech zbiorczo o nich mówić, skoro o jednym już można powiedzieć tak wiele! Chwyciła w dłoń - którą całowałem w myślach - łodyżkę rośliny i oderwała jedną różę, najpiękniejszą w tej chwili ze wszystkich róż świata. Uniosła ją do malutkiego noska by powąchać, rozchyliła przy tym - chyba nieumyślnie - różowe, cukierkowe usta. Ajć! Skaleczyła się o różę, fale złocistych loków wezbrały - słodki, przyjemny sztorm. Nienagły zupełnie, niegroźny, sztorm, nie-sztorm, nie ma na to słowa. Odwróciła się w tę stronę i jeszcze lepiej dojrzeć można było jej nieprawdziwą twarz. Nie mogła być prawdziwa, bowiem tylko na obrazach takie się widuje, tam, w świecie wyobraźni malarskiej, gdzie ludzie nie noszą znamion ni blizn, ich skóra nie nosi śladów użytkowania, jakby dopiero co ją na siebie włożyli.

 

- Kto tam? - spytał głos, głosik. Cienki niczym struna lutni, zawibrował i wpadł do uszu, najechał mózg i podbił umysł, rozpływały się one w tej chwili, coraz mniej gęste, coraz mniej skoncentrowane, coraz mniej... Trzask. Stanąłem na patyk. Ja? Nikogo więcej nie ma tutaj. Królewna Briljen postąpiła jeszcze krok przez ogród w tym kierunku i serce zaczęło bić tak mocno, że jego uderzenia pulsowały wysoko z klatki piersiowej przez gardło, szczękę aż po mózg - i wytrząsały stamtąd piękne dźwięki dziewczęcego głosu, zlepiały na powrót myśli i świadomość rozwichrzone. Powoli dochodziłem do siebie. Trzeba myśleć, plan ułożyć. Nie może mnie przecież tutaj zobaczyć. Co robić? Umrzeć. Trzeba umrzeć. Przynajmniej uchroni mnie to od jej wzroku palącego wstydem, rażącego słusznym gniewem boskim w swym kompletnym gniewu braku, tak, bo królewna Briljen nie potrafi się gniewać - a na brak ten się nie zasłużyło, trzeba się gniewać, trzeba, choćby na samego siebie, wszelki odpust byłby jak nóż w serce. Umrzeć czas więc, zanim jeszcze wejdzie tu za krzaki... lub uciekać. Wziąłem nogi za pas. Przez nienagannie zadbany dzięki pałacowej służbie trawnik, przez młode drzewka wiśni, przez niskie, metalowe ogrodzenie, hop - ponad oczkiem wodnym - nie doskoczyłem. Skórzany but zatonął w całości, woda chlupnęła wysoko w górę obejmując nogawkę spodni chłodnym, surowym uściskiem. Nie było czasu na to, aby się zatrzymywać - ruszyłem dalej ku murom ogrodu. Ot, to dopiero był przeciwnik. Wysoki na trzech mężów, gruby zapewne na pięciu (choć stojących ramię w ramię), zbudowany z kamiennej cegły, która nie zwykła była ustępować pod naporem pięści, kopnięć ani najgłośniej nawet wykrzykiwanych przekleństw. Rozejrzałem się - niepodal stała drabina, którą zostawił tu jakiś służący, oparta o jedno z drzewek. Szybkim krokiem ruszyłem do niej, po czym złapałem ją i przystawiłem do muru. Wchodziłem po szczeblach prędko, lecz ostrożnie - pamiętając o niedawno jeszcze wykąpanym bucie, który mógł okazać się nadzwyczaj śliski. Wszedłem na mur, wspaniale. Jak zejść? Skok z tej wysokości byłby dość bolesny, jeśli nie niebezpieczny. Trafił się fart - jak zwykle - bo chodząc po krawędzi rozciągającej się u mych stóp fortyfikacji dostrzegłem miejsce w którym jednolitą, nieugiętą defensywę ściany przerywały ubytki w cegłach. Sprawdziłem, czy są dość duże, aby zmieścił się w nich czubek buta i zaraz już pomknąłem w dół. W połowie gdzieś skończyły się wnęki, lecz było już dość nisko, aby zeskoczyć. Sssss - zakląłem po cichu pod nosem. Jednak niewystarczająco było nisko, aby lądowanie było bezbolesne. Rozejrzałem się dookoła po jednym z pałacowych dziedzińców - Słonecznym, który rozpoznałem po wyłożonym w bruku pośrodku wizerunku słońca z czarnych, błyszczących kamieni, które nadzwyczaj mocno odbijały światło. Zasłoniłem oczy ręką i powiodłem oczami po arkadach, które stanowiły zewnętrzną część murów po przeciwnej stronie dziedzińca. Przez przezrocze między kolumnami widać było przejście prowadzące do małych drzwi, przez które wchodziło się do pomieszczeń służby. Nikt nie otwierał wielkich wrót pałacowych pokrytych bogato zdobionymi grawerunkami bez specjalnej potrzeby - a już na pewno nie w tej części pałacu, która i tak nie wychodziła na miasto, lecz skierowana była w stronę rozległych lasów na wschodzie. Ruszyłem rychło w kierunku przejścia, potem przez amfiladę pomieszczeń służby modląc się, aby nikogo nie spotkać - spotkałem oczywiście. Pokojówka spojrzała na mnie wzrokiem, którego absolutnie się nie spodziewałem - nawet nie zaskoczonym, bez zdziwienia, raczej pogardliwie, niechętnie, jakby przejrzała mnie na wylot, tak - ta kobieta znała wszystkie moje grzechy i grzeszki, od razu rozpoznała co ze mnie za typ człowieka. Czym się zdradziłem? Wzrokiem rozbieganym, gestem nadpobudliwym, oddechem niespokojnym może?

 

- Zechce Sir oddać do prania? - spytała, wykrzywiając usta w grymasie, którego przy największej nawet dozie optymizmu nie mógłbym nazwać uśmiechem. Do prania? Sir? Wciąż nie przyzwyczaiłem się do tej formułki. Ba, nawet nie powinienem. Sir Tolle przyjął mnie do pomocy i pozwolił nosić swoje barwy przepasane giermkowskim węzłem, który to nosiłem również u pasa jako symbol przynależności do stanu. Służący często mylili się i giermków z barwami brali za szlachtę czy rycerstwo - a ja mile połechtany tym wywyższeniem zręcznie zapominałem o konieczności naprostowania ich błędów. Spojrzałem w dół na nogawkę spodni ciemną od wody i but ociekający, który zostawiał mokre ślady z każdym krokiem na kamiennej posadzce - ot, rozwiązała się zagadka przedziwnej miny służki. Wstyd mniejszy, więc ulga.

 

- Nie trzeba, miły to chłodek w tak ciepły dzień. - odparłem i czym prędzej pomknąłem dalej, ku pałacowym korytarzom, byle dalej od kobiety - jej miny - byle jej nie zobaczyć. Drzwi uchyliłem cichcem i ruszyłem znaną już dobrze drogą w kierunku dziedzińca Starego. Korytarze pałacu Galaleid ziały przepychem pozłacanych żyrandoli, obrazów w fikuśnych ramach przybierających zwierzęce i bestyjne kształty, kolumien malowniczo pokrytych scenami z fantazyjnych opowieści. Mijani służący i dworzanie skinali głową na przywitanie, w większości nie dając po sobie poznać żadnym, najmniejszym nawet ruchem mięśnia na twarzy, iż zauważyli w ogóle okropną kondycję noszonych przeze mnie spodni - choć każdy zerkał. Na szczęście budynek był dość opustoszały z powodu dziejącego się właśnie nieopodal wydarzenia, na które miałem szczerą nadzieję się nie spóźnić. Wyszedłem w końcu z pałacu i niemal biegiem już przemknąłem dziedziniec o murach porośniętych ciemnozielonym bluszczem. Która może być godzina? Czy król wygłosił już mowę? Turniej rozpoczęty? Co za głupota, Gaucie, nieskończony ty głupcze. Ledwo zdobyłeś giermkowską posadę i zaraz ją stracisz. Pędź, Gaucie! W głowie nie masz, miej chociaż w nogach!

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 5 miesięcy temu
    Początek zwalił mnie z nóg. W bardzo pozytywnym sensie. ;) Uwielbiam, jak takie typowo zwykłe rzeczy lub czynności opisuje się z taką dokładnością, wręcz patosem. (ale niezbyt wiele, bo jak całe opowiadania,a nie daj Matko Naturo powieść jest tak napisana, to już głowa boli!) I jest nawet tego uzasadnienie - bohater jest zakochany w królewnie. Bardzo to pasuje.
    Tekst jest napisany bardzo dobrze, czytało się szybko i gładko. Podoba mi się wyważenie dynamizmu i spokoju, który się ze sobą przeplata, by na koniec ostatecznie przyspieszyć. Komentarze będę sukcesywnie pisać po każdej przeczytanej części, mam nadzieję, że zdołam szybko nadrobić, ale naprawdę dobrze się czyta, więc to kwestia kilku dni. Ode mnie za tą część zasłużona piątka.
  • Godu 4 miesiące temu
    Bardzo miło mi to słyszeć :) Czekałem na jakiś odzew, bo jak się okazuje bez krytyki - czy to pozytywnej, czy wręcz przeciwnie - ciężko zebrać myśli i ruszyć do przodu. W wolnym czasie postaram się odwdzięczyć zaglądając do pańskich(?) publikacji ^^
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Godu Bardzo proszę! Staram się udzielać tutaj i pisać komentarze. Jak przeczytam dalsze części to też zostawię odpowiednie komentarze, jakbym zauważyła jakieś nieścisłości to w razie czego wypiszę. :)
    O, będzie mi bardzo miło, jeżeli zajrzysz. :) Aktualnie jestem w trakcie poprawiania zapisu dialogów, ale mam nadzieję, że te drobne pomyłki nie zrujnują odbioru. c: I jakby co jestem kobietą. :)
    Pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania