Briljen i Viljen -- Rozdział 7

--- Viljen II ---

 

Powiew chłodnego, orzeźwiającego powietrza wpadł do pomieszczenia, kiedy otworzyłam szeroko okiennice. Okropna pogoda - wiatr wiał, wszystko jakieś takie nieprzyjemne. Białe ptaki raz po raz zataczały koła wokół Deszczowej Wieży gdacząc głośno, znikając i pojawiając się z powrotem za każdym razem, gdy przelatywały na tle białych jak ich upierzenie chmur. Na strzelistym dachu znajdowały się ich gniazda, z jakiegoś powodu szczególnie upodobały sobie to miejsce. Obrzydliwe stworzenia, latają tam wysoko i wypróżniają się na nasz świat kiedy zechcą, gdzie tylko popadnie. Gdzieś nisko w dole na zamkowym dziedzińcu wartownicy właśnie się zmieniali i gdy mijali się jeden powiedział coś do drugiego, ten drugi się zaśmiał.

Z czego się śmiejesz, głupi kmiocie? Czemu ci tak do śmiechu? Czemu wszyscy są tacy zadowoleni, czemu słońce świeci, czemu ptaki tak wesoło wołają i latają sobie w kółko? Czemu świat nie jest w żałobie, skoro straciłam właśnie moją koronę, tron i męża? Odeszłam od okna i stanęłam przy pudrezie, wysunęłam szufladę i wyjęłam małą skrzynkę z jasnego drewna. Otworzyłam je, spojrzałam w lustro i zaraz zaczęłam energicznie nanosić bladoróżowy proszek na swoją twarz za pomocą delikatnego puszka. Wydarzenia wczorajszego dnia pojawiały się przed moimi oczami jedno po drugim i każde wstrząsało mną do żywego, szarpało nerwy, wierciło drażliwie jak pulsujący ból zęba - nawet podobnie zaciskałam szczękę. Królewskie obwieszczenie, później ten nieszczęsny turniej, wygrana cudzoziemca i wściekłość ojca. Jakaś wewnętrzna złośliwość kazała mi wtedy uśmiechnąć się szeroko, pokazać mu, jak cieszę się z tego, że coś nie poszło po jego myśli, nasycić się krótkotrwałą, emocjonalną zemstą - ale cóż mi dał ten odwet, nawet, jeśli ojciec wpadł w furię, skoro ja sama z tej sytuacji wyjdę najbardziej przegrana?

Ostatni raz spojrzałam w lustro, po czym podniosłam się, poprawiłam suknię i włosy. Jedno tylko wciąż trzymało mnie przy zdrowych zmysłach, jedno dawało mi pewną ulgę, nadzieję - wyszeptane w moje ucho słowa czarodzieja, dzięki którym nie musiałam jeszcze wybuchnąć. Wcale nie chciałam wpadać w szał, nie miałam na to sił ani ochoty, lecz jeśli wszystkie drogi i metody już zawiodą - cóż, trzeba będzie powziąć odpowiednie kroki. Nie można stracić twarzy, reputacji, nie wolno sprawić, aby ludzie pomyśleli, że można mi coś od tak zabrać, upodlić mnie, zmieszać z błotem - i nie ujrzeć ani krztyny mojego gniewu.

Tak… czarodziej nie był więc nadzieją dla mnie. Był nią dla wszystkich tych, na których musiałabym ukierunkować całą swoją złość. Nie mieliby lekko mieszkańcy zamku Galaleid - na ich miejscu pokładałabym wielką nadzieję w wizji, że czarodziej faktycznie zainteresuje mnie tym, co chciał mi pokazać. Wyszłam na korytarz - do stukotu moich butów błyskawicznie dołączyła brutalna symfonia miarowych tupnięć składających się na wojskowy chód Ollona i Hetjena. Ich pancerze podzwaniały przy każdym kroku, ten pierwszy pokasływał od czasu do czasu. Czułam się przy nich nieco niekomfortowo, ale bezpiecznie. Po chwili marszu kaszlnięcia olbrzymiego rycerza zaczęły się nasilać i westchnęłam, odwracając się z irytacją.

- Zacny Sir Ollonie, może umknęło to twojej uwadze, lecz ojciec przydzielił cię do mojej ochrony. Jeżeli zamierzasz chodzić za mną i pluć dookoła zarazą to jesteś nie mniejszym zagrożeniem, niż żądni krwi zbóje. - oświadczyłam, patrząc na wyższego ode mnie o ponad głowę mężczyznę. Jego oczy były nieco podkrążone i wydawał się bledszy, niż zazwyczaj. Chorobę poznać można było jednak przede wszystkim po jego minie - zazwyczaj na twarzy Ollona malowała się hardość a w jego oczach ukryta była wesoła aura, którą emanował na wszystkich, gdy tylko się odezwał. Obecnie sprawiał wrażenie ponurego, zbitego psa, który najchętniej uciekłby od ludzi i ukrył się gdzieś pod stołem. Nawet jego głos pełen był drażniącej słabości i niezadowolenia, kiedy odparł:

- Jego Wysokość… khr... nie ma obecnie czasu na takie małostki. Zajęty jest ślubem królewny i ceremonią. Nie chciałem… khr…

- Nie chciałeś zawracać mu głowy? To bardzo szlachetne z twojej strony, sir Ollonie. Możesz odejść. Najlepiej zrobisz, jeśli natychmiast udasz się do pałacowego medyka. - oznajmiłam, dość wyraźnie dając mu do zrozumienia mimiką twarzy, że nieszczególnie miał jakiś wybór.

- Ale… pan ojciec królewny… - wydukał coś Ollon, więc tupnęłam butem. Był to nieco groteskowy gest, przy którym ciężko było mi zachować powagę, jednak z jakiegoś powodu zawsze osiągał zamierzony cel i nim policzyłam w myślach do trzech, brodaty wielkolud oddalał się już posłusznie w kierunku schodów.

- Jeśli wolno mi… - odezwał się nagle Hetjen i nie powiedział nic więcej, czekał na znak, który jasno pokazałby, że mu wolno. Skinęłam głową.

- Ollon posłuchał królewny pani bo nie miał wyboru, lecz mogą go za to czekać konsekwencje od miłościwego ojca panienki. - rzekł ze wzrokiem wbitym w moje buty. Ciekawe - czy po prostu uznał to za tak śmiałą tezę, że boi się wypowiedzieć mi jej słowa w twarz, czy może z lękiem wyczekuje tupnięcia, które i jego odeśle w diabły, skazując go na domniemany gniew królewski?

Tup, szz, tup, szz - rozległy się gdzieś za moimi plecami szybkie i ciche kroki. Rozpoznałam ich wytwórcę w mig - tylko jedna ze znanych mi osób chodziła w ten charakterystyczny sposób, szurając jedną nogą o posadzkę. Jeden z doradców ojca - Pelle - wyłonił się zza kolumny i zaczął zbliżać w moim kierunku. Powłóczył chorą nogą z nadzwyczajnym dynamizmem, sprawiając wrażenie, jakby niezwykle mu przeszkadzała.

- Szukam królewny po całym pałacu. - powiedział z wyrzutem a jego sępi dziób zawisnął nade mną na garbatym rusztowaniu.

- A z tego co wiem, powinieneś być na naradzie u ojca. - odparłam bez zastanowienia, aby wybadać grunt i sprawdzić w jakim humorze jest staruszek, na jak wiele można sobie pozwolić.

- Tak, zaraz się tam udam. Musiałem jednak znaleźć królewnę, aby poinformować ją o lekcji. Pan ojciec zatrudnił nauczyciela, znamienitego pisarza swoją drogą, z pewnością królewna słyszała o…

- Pisarza? - weszłam mu w słowo. - Pisarza? - spytałam ponownie, przybierając na twarzy wykrzywiony uśmiech, którego istnienie bynajmniej nie było podyktowane radością wywołaną zasłyszanymi nowościami.

- Tak, pisarza. Mistrz Entjen jest znany z…

- PISARZA! - wykrzyknęłam, powodując u Pelle’a taki szok, że o mało nie wyskoczył ze swoich butów. - I co, ojciec zapewne wyobraża sobie, że Briljen usiądzie na tronie i będzie świecić ząbkami a ja schowam się w kącie i będę skrobać opowieści na papierze o tym, jaka jestem nieszczęśliwa? Jak własna rodzina zrobiła ze mnie kompletną kretynkę?

- Absolutnie nie, źle zrozumiała panienka intencje Jego Wysokości. - zaoponował Pelle a jego ton, choć nieśmiały z początku, z każdym kolejnym słowem zaczął nabierać impetu, jakby musiał odbudować skruszoną odwagę drogą ciężkiej pracy i mentalnego wysiłku. - Jego Miłość myślał nad otwarciem Królewskiej Akademii dla młodych z dobrych domów, gdzieś w okolicach Autrelies…

- Autrelies? W górach? Czyli taki jest wasz plan, tak? Wysłać mnie na drugi koniec kraju, żebym nie mąciła? Nie spodziewałam się tego po ojcu, przyznam, ale rozumiem o co mu chodzi. Za to ty, Pelle, który znasz mnie tak dobrze, który bawiłeś mnie, gdy byłam jeszcze dzieckiem? Ty… - spojrzałam mu w oczy i dostrzegłam to, skryte głęboko w szarych ślepiach starca. Ten człowiek nie tylko wykonywał rozkazy, lecz podzielał opinię mojego ojca. On również musiał uważać mnie za zły materiał na królową. Znałam Pelle’a od kiedy tylko zdolna byłam sięgnąć pamięcią. Nosił mnie na barana, kiedy byłam mała a on miał jeszcze zdrową nogę. Później uczył mnie, z początku prostych rzeczy, kiedy powyrywałam już włosy guwernantkom i zrezygnowano z ich usług. Potem - gdy byłam dość dużą - nauczał mnie geografii, historii i manier.

Pelle był w zasadzie moim ojcem częściej, niż mój ojciec, choć zawsze dzieliła nas niewidzialna bariera pozycji. Kiedy matkę zabrała choroba to właśnie on pomagał mi przejść przez ten okres i spędzał ze mną czas, kiedy nie wzywały go obowiązki. Ten człowiek znał mnie w zasadzie najlepiej ze wszystkich mieszkańców pałacu odliczając zmarłą już matkę. Wiedział dobrze jak bardzo ją przypominałam - a mimo to uznał z jakiegoś powodu, że nie powinnam zająć jej miejsca. To był cios dużo mocniejszy, niż ten, który zadał mi ojciec. Poczułam, że straciłam w tym momencie jedynego sojusznika. Zostałam sama.

- Zrozum, panienko. Sercem jestem z tobą, lecz umysłem muszę służyć Jego Wysokości oraz królestwu…

- Wyraziłeś się dość jasno, Pelle, wszystko rozumiem. - odparłam chłodno. - Wyślij mistrza Entjena do Briljen, niech pięknie wysławia się do w a s z y c h poddanych. - syknęłam, podkreślając najważniejsze słowo. - Jeżeli będę potrzebować tutora, sama postaram się o odpowiedniego. - oświadczyłam, po czym skinęłam głową na Hetjena i ruszyłam dalej, pozostawiając Pelle’a w stanie kompletnej konfuzji. Następne kilka minut marszu minęło w dość nieprzyjaznej atmosferze - ja mięłam pod nosem przekleństwa i najgorsze epitety pod adresem wszystkich, którzy przyszli mi do głowy, przemykając śpiesznym krokiem w nerwach, zaś mój ochroniarz próbował nadążyć za mną w swojej zbroi i z minuty na minutę robił się coraz bardziej czerwony. Wyglądał, jakby sam w tej chwili miał ochotę wygarnąć kilka uwag w moją stronę, lecz nie przejmowałam się tym - miałam na głowie inne zmartwienia.

Mijani dworzanie i służba patrzyli z niemałym zdziwieniem, jak schodzę po schodach do jednego z najbrudniejszych i najrzadziej uczęszczanych miejsc w całym kompleksie budynków. W końcu dotarłam do komnat położonych w najdalszym zakamarku pałacu, znanym jako Ciemnica. Byłam tu może raz, jako dziecko - nigdy więcej, nie pamiętałam nawet jak wyglądają te podziemia. Z początku spodziewałam się pajęczyn i trupich rąk zaciśniętych na żelaznych kratach cel, pozbawionych reszty ciała, jednak korytarze Ciemnicy okazały się - ku mojemu częściowemu rozczarowaniu - zupełnie zwyczajne i wbrew nazwie, były dobrze oświetlone przez wiszące na ścianach pochodnie.

Byłam pewna, że sir Hetjen burknie coś o zapuszczaniu się w takie miejsca, lecz nie odezwał się ani słowem. Kiedy dostrzegłam zielone drzwi, zawahałam się przez krótką chwilę. Przechodząc przez próg tej komnaty miałam przekroczyć barierę dużo bardziej metaforyczną, niż by się wydawało. Odrzucić polecenia ojca, zrezygnować z czegoś i na coś się zgodzić, wziąć sprawy we własne ręce. Jeżeli ktoś wejdzie do tej komnaty nie będzie to królewna… ale z pewnością będę to ja. Zapukałam.

- Otwieraj, czarodzieju.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 4 miesiące temu
    Viljen doprawdy jest istotą, która nigdy nie odpuszcza. Nawet kiedy przegra, to się nie podda. :) Bardzo ciekawa postać, ciekawi mnie bardzo, jak się rozwinie z czasem. Ogółem ciągle podkreślam, jak niesamowicie podkreślasz postaci, ale naprawdę mówię czystą prawdę. Każdy dostał wyraźne cechy i został przedstawiony tak, że od razu wiadomo o kim mowa i co może z tego wyniknąć. To ogromny plus, ponieważ to postaci są budulcem fabuły, która może być prosta, wręcz nawet przewidywalna, ale jeżeli postaci są zakreślone tak, że niemalże wydają się żywymi osobami, to historia pociąga czytelnika. Tutaj jednak wygląda też na to, że i fabuła dobrze się trzyma - rozwija się powoli i tajemniczo, elementy są wprowadzane na spokojnie, dzięki czemu wszystko można sobie przyswoić, a dzięki dynamicznym opisom czytelnik nie czuje znużenia. Wszystko jest odpowiednio stonowane, dlatego tutaj znów daję pięć.

    Jedna moja uwaga - ja też z zapisem dialogów mam czasem problem, ale że ostatnio czytałam na ten temat, to pousuwaj kropki w przypadku wypowiedzi. Przykład:
    'Briljen, niech pięknie wysławia się do w a s z y c h poddanych. - syknęłam," jak jest forma wypowiedzi, czyli w tym przypadku "syknęłam" można uznać, to należałoby kropkę usunąć. :) Ja nadal nie jestem w tym perfekcyjna, ale w przypadku sposobu wypowiedzi zawsze się kropkę usuwa.
  • Godu 4 miesiące temu
    Dziękuję za komentarz! :D
    Bardzo miło mi słyszeć takie słowa, bo i przedstawienie postaci jest dla mnie szczególnie ważne, zawsze pisząc odnosiłem wrażenie, że moje postaci są nieco papierowe i dlatego teraz staram się samego siebie uczulać na tym punkcie.
    Co do kropek: tak, ktoś już zwrócił mi na to uwagę i sam zajrzałem do poradników zapisu dialogów, jednak zabieram się do tej korekty z odpowiednią dozą wstrzemięźliwości i - przede wszystkim - lenistwa, bo muszę poprawić to w pliku na Docs a potem edytować wszystko na opowi i wattpadzie ^^ No, ale co się odwlecze to nie uciecze.
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Godu Rozumiem. :) Mi aż tak bardzo to nie przeszkadza, mówię tylko pomocnie. <3

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania