Briljen i Viljen -- Rozdział 9

=== Briljen II ===

 

Kaczki majestatycznie sunęły po wodzie, zdawały się prężyć dumnie nad lustrzaną taflą - gdyby spoglądały w dół, można by pomyśleć, że przypatrują się swojemu odbiciu, trenując jak najbardziej charyzmatyczne spojrzenia i miny - ptaki patrzyły jednak przed siebie. Brązowa samica i kremowy samiec o łebku mieniącym się odcieniami błękitu i zieleni spoglądali gdzieś przed siebie, może we wspólną przyszłość, może planowali mieszkanie w gęstych szuwarach jeziorka, liczne potomstwo i jego kariery, starość w ciepłych krajach na wschodzie? A może po prostu patrzyli przed siebie, nie zważając na nic, parli do przodu przez życie - i tak samo ja powinnam zrobić?

Wynik wczorajszego turnieju był zdecydowanie mniejszym złem, ale złem nadal. Nie chciałam poślubić księcia Astana, nawet jeżeli był ładny, wykształcony i pochodził z zacnego rodu. Nie potrafiłam znaleźć żadnego racjonalnego powodu swojej niechęci, po prostu z całych sił odrzucałam od siebie tę myśl, szukałam nadziei w najprostszych i najgłupszych rozwiązaniach, nierealnych scenariuszach, w których mój ojciec - rozszalały z jakiegoś powodu po ujrzeniu zwycięzcy - odwołałby ceremonię, zaślubiny i wszystko wróciłoby do normy, byłoby tak, jak wcześniej. Te banalne marzenie zakotwiczyło się na tyle mocno w mojej głowie, że nie umiałam nawet myśleć o życiu po ślubie, traktowałam wszystkie te zdarzenia jak zły sen, z którego w końcu przyjdzie czas się wybudzić.

Podniosłam się z głazu, na którym siedziałam i zaczęłam wyszukiwać wzrokiem płaskich kamieni odpowiedniej wielkości. Gdy znalazłam już kilka takich, które spełniały kryteria - przełożyłam jeden z nich do drugiej ręki, wzięłam szeroki zamach i… siu. Kamyk uderzył w wodę, rozpryskując ją na wszystkie strony w głośnym chlupnięciu. Nie odbił się ani razu. Kaczki popatrzyły w moją stronę nieco zaniepokojone - były dość daleko, ale mimo to nieszczególnie podobało im się bombardowanie zbiornika wodnego, który obecnie okupowały. Chęć wyżycia się była jednak we mnie silniejsza w tej chwili, niż troska o ich spokój - broń miotana poszła w ruch po raz kolejny, tym razem pocisk odbił się od powierzchni wody raz, drugi i zanurkował. To już coś, mały sukces. Próbowałam przypomnieć sobie czasy, kiedy byłam dzieckiem i Viljen uczyła mnie puszczania “kaczek” po wodzie. W myślach odtwarzałam jej ruchy, przybrałam nawet podobną minę na twarzy, przymykając jedno oko i wystawiając język przylgnięty do boku ust. Cisnęłam kolejnym kamieniem - chlup, chlap, chlup. Nie pobiłam rekordu.

Coś zaszeleściło tuż obok mnie, gałązka pękła, wysokie zarośla zatrzęsły się i po chwili z ciemnozielonej gęstwiny wytoczył się wysoki młodzieniec. Miał krótkie, ciemnobrązowe włosy, które spinał w kok z tyłu głowy na starą modłę wędrujących wojowników z opowieści. Jego zielone oczy były wstydliwe i rozbiegane, lecz biła z nich również jakaś otwartość i sympatia. Prostokątną szczękę chłopaka zdobił biegnący wzdłuż jej krawędzi pasek zarostu. Ubrany był dobrze, więc nie mógł być to sługa… i faktycznie, po chwili dostrzegłam giermkowski węzeł, za który nawchodziło mu kilka liści i gałązek po przetoczeniu się przez krzaki. Nosił barwy, które skądś kojarzyłam, lecz zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć do kogo należały. Młodzieniec podniósł się powoli i otrzepał swoje ubrania, po czym uniósł wzrok na mnie i zrobił się niewiarygodnie czerwony.

- Królewna… ja… ym… przycinałem właśnie te… drzewa… zarośla. - wymamrotał, rozbieganym wzrokiem wędrując od ziemi do samego nieba raz po raz. Patrzyłam na niego z niepewnością, wyskoczył znikąd i zachowywał się conajmniej dziwacznie.

- Hm… Bez narzędzi? - spytałam zadziwiona i po chwili otworzyłam szeroko oczy, uświadamiając sobie, że ten giermek musiał mnie podglądać.

- Nooo… ja… rękami daję radę. - wyjaśnił, po czym złapał za pobliską gałązkę i zaczął siłować się z nią, jednak okazała się zbyt tęgim przeciwnikiem. - O, ta jest mocna, dobra gałąź. Nie trzeba przycinać.

Roześmiałam się momentalnie, lecz po chwili przyszło opanowanie - lepiej nie spoufalać się z podglądaczem, prawda? Któż mógł wiedzieć, co on sobie myślał, kiedy tak spoglądał spomiędzy tych chaszczy? Bezwstydnik.

- Pani królewna… puszcza kaczki? - spytał ni stąd, ni zowąd młodzieniec.

Spojrzałam na trzymany między palcami kamyk, z początku kompletnie zaskoczona pytaniem.

- Tak jakby. Nie idzie mi zbyt dobrze. - odparłam. Choć chciałam trzymać dystans od dziwacznego nieznajomego, jego życzliwa aura niebywale mi to utrudniała. Nie wydawało mi się, aby mógł mieć jakieś złe zamiary.

- Może ja pomogę? Mistrzem nie jestem, ale... coś tam wiem o puszczaniu kaczek. Przy okazji… jestem Gaut. Gaut Ange Dejran, giermek sir Verminga Tolle’a. Do usług... waszej wysokości. - oświadczył chłopak, nieco gubiąc się w słowach i jąkając. Zauważyłam, że zrobił się czerwony na twarzy. Więc to stąd kojarzyłam te barwy - był giermkiem rycerza, który omal nie wygrał turnieju. Czy to on mógł go wysłać? - pomyślałam.

- Cóż… nie widzę przeszkód. Więc co robię źle? - spytałam, usiłując zmienić ton rozmowy na nieco swobodniejszy.

- Yy… przede wszystkim trzeba rzucać pod mniejszym kątem, bardziej na płasko. Zaraz pokażę… - stwierdził Gaut i zaczął rozglądać się po ziemi. Po chwili chwycił jakiś kamyk i ustawił się tuż obok mnie, układając się do rzutu. - O, w taki sposób. Kamień musi leżeć na palcu środkowym i trzymamy go tak… wskazującym i kciukiem… - zaczęłam naśladować jego ruchy, przyglądając się jego postawie - teraz zamach… nie za du… - i tego zdania chłopak już nie dokończył, bo robiąc szeroki wymach przyłożyłam mu niechcący prosto w szczękę. Pac!

- O na bogów, przepraszam! - zawołałam, wypuszczając kamień z ręki. Giermek w tej samej chwili delikatnie złapał mnie za dłoń.

- Nic się nie stało? - spytał z wystraszoną miną. Była to jedna z zalet bycia królewną. Od czasu do czasu przyłożysz komuś i to on natychmiastowo zacznie cię przepraszać. Czasami mnie to bawiło, czasami denerwowało - zawsze czułam jednak podskórnie, że płynie z tego jakaś wielka niesprawiedliwość.

- Nie, nie. Co z tobą? - odparłam szybko, chociaż silny ból rozpływał się jeszcze po grzbiecie mojej dłoni. Uderzyłam go na tyle mocno, że musiał to poczuć, nawet biorąc pod uwagę fakt, że byłam w porównaniu do niego raczej drobna. Dobrze, że nie wsadziłam mu tego kamienia w oko.

Gaut roześmiał się i zdjął skórzaną rękawicę, po czym zaczął masować sobie szczekę dłonią i poruszył nią - raz w lewo, raz w prawo.

- Królewna ma cios jak rycerz. Na turnieju sama by mogła swojej cnoty bronić. - zażartował, jednak mina mu zrzedła, gdy ujrzał, że dowcip nie rozbawił mnie, a wpędził raczej w ponury nastrój. Przez chwilę udało mi się już prawie zapomnieć o wszystkim - turnieju, ślubie - teraz wszystkie te podłe myśli wracały.

- Ja… nie chciałem urazić… - wymamrotał.

- To nie to. - odparłam, odchodząc nieco dalej od niego. - Chodzi raczej o to, że… nieważne z resztą. Nie frasuj się tym, nasza lekcja jeszcze się nie skończyła. - stwierdziłam, wymuszając lekki uśmiech na swoich ustach i podnosząc kolejny kamień.

- Och, oczywiście. Słyszałem, że królewna nie potrafi się gniewać. Lekcja trwa… pókim żyw! - odparł Gaut, przybierając nieco teatralny ton. Zaczął krążyć za moimi plecami, wygłaszając kolejne rady i sugestie.

- Królewna ugnie nieco łokieć… Należy stanąć nieco swobodniej. Co najważniejsze w rzucaniu kaczek, celować należy w wodę raczej, niźli w ludzi. - stwierdził z głupim uśmiechem.

- Sam mówiłeś, że nie jesteś mistrzem. - odpowiedziałam przekornie na jego docinki. - Może po prostu nie wiesz wszystkiego o tej sztuce? - dodałam.

- Królewna jest królewną, więc i tak może zmieniać zasady gry, kiedy zechce. - odparł giermek, rozkładając ręce.

- Chciałabym, żeby tak było. - odparłam, po czym cisnęłam kamień w kierunku jeziora. Raz, drugi, trzeci, piąty, ósmy… dziesięć odbić. Albo tym razem miałam nadzwyczajne szczęście, albo to zmiana techniki robiła aż taką różnicę.

- Czyż nie na tym polega władza? Na rządzeniu? - spytał Gaut. Jego pytanie wydało mi się głupiutkie, niemal dziecinne. Podniosłam kolejny pocisk.

- Na rządzeniu… może i tak. Na pewno nie na robieniu tylko tego, co się władcy żywnie podoba. A już na pewno nie w roli królowej. To mężczyzna rządzi krajem, jego żona ma tylko prezentować się i załatwiać za niego mniej ważne sprawy. Tak było z moją matką.

- Nigdzie nie jest tak napisane.

- Jesteś znawcą prawa? - spytałam zadziornie.

- Znawcą wielu rzeczy. Ograniczam się jednak do puszczania kaczek. - odparł Gaut, szczerząc zęby.

- Cóż za geniusz się marnuje. - odparłam, unosząc lekko kąciki ust. Z drugiej strony, giermek mógł mieć rację. Historia znała królowe, które rządziły wraz ze swoimi mężami, lub nawet przyćmiewały ich dokonaniami. Królowa Ejlin zbudowała Szmaragdową Przystań, królowa Vella zezwoliła kobietom dołączać do straży miejskiej - choć prawo to od dawna nic nie znaczyło, bo po śmierci Velli wszystkie kandydatki odrzucano. To były kobiety, które faktycznie rządziły, a nie dawały sobą rządzić. Legendarna władczyni Naffe z Lauf-Na-Fai jeździła w lektyce zaprzężonej w dwunastu mężczyzn, kazała się czcić i miała własny harem… no, może nieco przesadziłam. Nie muszę być od razu jak ona. Jeżeli znalazłabym jednak w sobie jakąś siłę, determinację, aby nie być tak pasywną, uległą… gdybym została prawdziwą królową, nie pacynką na tronie - może wtedy kazałabym księciu Astanowi opuścić pałac… zerwałabym ten ślub… sama wybrałabym, z kim chcę się pobrać. Ale nie mam takiej siły, nigdy nie miałam…

- O, chyba ząb mi się rusza. - głos Gauta wyrwał mnie z zamyślenia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 4 miesiące temu
    Bardzo mi się podoba, że Gaut wreszcie zagadał do Briljen. :) Widać w sumie, że to taka komediowa postać, ale jest tak sympatyczny, że nie da się go nie lubić. Podoba mi się bardzo opis tej sceny, jest z pozoru taka sielankowa, a tak wiele wnosi do charakteru księżnej. Naprawdę podoba mi się ten odcinek, niby z pozoru nic się nie dzieje, a jednak jest tak dobrze napisany, że zapada mi szczególnie w pamięć. Czas kontynuować!
    Pięć. ^^
  • Godu 4 miesiące temu
    Bardzo dziękuję za te słowa i za ocenę ^^
    Generalnie póki co rozdziały są dość spokojne i traktuję je raczej jako wprowadzenie do świata przedstawionego oraz zapoznanie z postaciami. Później na pewno akcja nabierze tempa, ale staram sję nie spieszyć :D
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Godu Ja nie narzekam, wiesz, że lubię takie prowadzenie akcji.. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania