Briljen i Viljen -- Rozdział 11

--- Viljen III ---

 

Na srebrnym łańcuchu zwisającym z szyi czarodzieja zawieszony był krystaliczny, białoszary księżyc, który iluzorycznie błyskał wielobarwnymi refleksami mimo, iż pomieszczenie skąpane było w półmroku. Spiczasty, czarny kapelusz wisiał na wieszaku wraz z długą, ciemną szatą - tym razem mogłam obejrzeć w całej okazałości czarny wodospad włosów, który otaczał brodatą facjatę o ptasim wzroku. Twarz maga wydawała się niemal drapieżna, lecz zarazem ciekawa, egzotyczna, obca. Ubrany był w tej chwili jedynie w czarne spodnie, jego tors prezentował się wszystkim obserwatorom - czyli mnie - nagi, choć niezbyt cieszył oczy, było to ciało mężczyzny starego, którego nawet przy dużej dozie optymizmu nie mogłabym nazwać atletycznym. Nie mogłam jednak mieć mu za złe tego częściowego negliżu - w komnacie było duszno i gorąco, czarne i ciemnozielone opary buchały raz po raz z kociołka ustawionego na palenisku, nad którym wisiały na sznurku trzy obrane z piór ptaki. Rozejrzałam się po komnacie, któryś raz z rzędu oglądając wszystkie rekwizyty przybysza z Lauf-Na-Fai i po raz kolejny wprawiły mnie one w takie samo osłupienie. Czaszki pokryte przedziwnymi symbolami, zasuszone, ludzkie dłonie splecione ze sobą w okręgi - sympatyczne koło przyjacielskich uścisków. Półki wypełnione były eliksirami, słoikami z tajemnicznymi substancjami i księgami, wśród których przynajmniej kilka egzemplarzy zdawało się przemieszczać za każdym razem, gdy odwróciłam od nich wzrok.

- Wszystko to przywiozłeś ze sobą? - spytałam, wpatrując się w opasłe tomiszcze z ludzką czaszką wymalowaną na okładce, które w reakcji na moje bezczelne spojrzenie wydawało się odpowiadać tym samym.

- A fif, nau flagna - odparł czarodziej w laufickim, nic nie zrozumiałam. Na szczęście dodał po chwili: - Skądże, to rupiecie. Większość skupiłem po drodze od wędrownych handlarzy bibelotami. Nie mają wartości magicznej. Zaledwie jedna dziesiąta tego, co tu widzisz jest do czegoś przydatna.

- Ta księga? - spytałam, wskazując palcem na “Eofenurum” i obrzydliwy, kościany łeb prezentujący się na nim.

- He, nie. - odparł mężczyzna i wyszczerzył zęby w szerokim, zjadliwym uśmiechu. - To, co najbardziej rzuca się w oczy jest zaklęte. Specjalnie. Po pierwsze, żeby robić wrażenie, kiedy ktoś przyjdzie po moje usługi. A są tacy, uwierz, przychodzą głównie ze sprawami, z którymi wstyd było im pójść do waszych kapłanów. Sflaczałe prącie to u was chyba jakieś tabu, prawda? He! - dodał, na koniec parskając śmiechem, choć brzmiało to raczej jak kaszlnięcie jakiegoś dużego zwierzęcia.

- W Lauf-Na-Fai żywo rozprawiacie o kondycjach członków? - spytałam zadziornie, uśmiechając się do czarownika. Jego zawadiacki i nieco ekstrawagancki charakter przypadł mi do gustu, choć momentami człowiek ten wydawał się nieco dziki, barbarzyński w swoim zachowaniu.

- Ha! Ci, którzy je mają. Ja już dawno go obciąłem na wymianę z demonem. Są dużo warte.

Wypuściłam powietrze nosem nieco energiczniej niż zwykle, lecz mój rozmówca był zupełnie poważny. Przestałam się uśmiechać.

- Żartuję - dodał po chwili - odgryzła mi go dziwka, którą inny czarodziej opętał zaklęciem. Zrobił to w zemście za podbieranie mu ziół z ogródka. Rozwiesiłem jego flaki na płocie, żeby odstraszyć złodziei, skoro tak bardzo mu zależało na tych kilku chwastach - wyjaśnił, po czym odwrócił się z powrotem do kotła i zaczął ucierać nad nim jakąś białą kostkę, która opadała do bulgoczącego wywaru niczym prószący z nieba śnieg.

- A co z drugim punktem? - zapytałam, przypominając sobie, że czarownik nie wyznał jeszcze wszystkich powodów zaklinania swojego asortymentu.

- Mmm… niby są tu w pałacu strażnicy, ale ja wolę ufać swoim, sprawdzonym sposobom. Gdyby okazało się, że ktoś ma lepkie rączki, to jego uwagę przyciągnie nie to, co trzeba. Złodziej zazwyczaj szybko uwija się przy pracy, więc zabierze tylko kilka najcenniejszych rzeczy. Tyle, że wcale takie nie będą, o czym dowie się nieco później, he. Mmmm… cudowność - stwierdził z zachwytem, pochylając się nad kotłem. Podeszłam bliżej i stanęłam obok niego, po czym złapałam kilka wdechów koszmarnie dymiącej substancji - zapach przywodził na myśl ludzki pot.

- Śmierdzi potem.

- To ja. - odpowiedział mag bez ogródek. - Ten wywar jeszcze nie ma zapachu. Wydziela za to wspaniałą magiczną aurę. No ale jej nie poczujesz.

- Mam to wypić? - spytałam, spoglądając z niepewnością na zieloną substancję, która coraz bardziej przypominała bajoro pokryte zielenią od zakwitu, w którym pływały jakieś gałązki i rośliny.

- A chcesz? Może się to źle skończyć.

- Myślałam, że przygotowujesz to dla mnie.

- A fif. Skądże. To do kąpieli, odpędza potwory. Robię sobie na zapas. W zasadzie to taka… przeciwkąpiel. Bo trzeba zmieszać to z brudem i natrzeć się nim. Silny zapach algaumii, geleferu i trikla. Taka mieszanka odpędzi każdego stwora, który poluje na ludzi.

- Więc dlatego czarodziejów z zachodu uważa się za dzikusów. Smród musi unosić się jeszcze staję za wami.

- Wiesz co się dzieje, kiedy czarodziej przejmuje się tym, co inni myślą?

- Co takiego?

- Zjada go melwera po drodze, bo nie natarł się brudem i wywarem. Albo ktoś zachodzi w nocy do jego domu i podrzyna mu gardło, bo nie zastawił sobie strażniczej czaszki w wejściu, coby kłapała szczęką na widok intruza. Mydło i barwne fatałaszki to coś, na co pozwolić mogą sobie wasi kapłani mieszkający w ceglanych pałacach. Mają inną… rangę społeczną. Nie muszą tyle wędrować, nie mają tylu wrogów. No i przede wszystkim u was nie ma tyle tego tatałajstwa, bo pięćset lat temu ktoś wziął się do roboty i wszystko usiekł. Szkoda, że przy okazji usiekł wszystkie rozumne rasy, bo uznał, że też są potworami. Za mało podobne do człowieka. Ludzie mają taką tendencję, co? Wyżynać wszystko, co niepodobne. Bo rude, bo koślawe. Bo pachnie inaczej - oznajmił mężczyzna, unosząc głos i otwierając szeroko oczy. Wyglądało na to, że temat był dla niego szczególnie drażliwy.

- To była krwawa wojna domowa. Nie ludzie ją rozpoczęli - odparłam z lekkim oburzeniem, bo mój rozmówca wypowiadał się na tematy, o których nie miał pojęcia.

- Gdzie tak napisali? W agnońskich książkach historycznych? Wiesz, co napisali w laufickich książkach o władczyni Naffe? Że wyzwoliła kraj spod wpływu fanatyków religijnych. A wiesz, co zdarzyło się na prawdę? Kazała spalić na stosie wszystkich kapłanów Valalouge, boga deszczu. Dlaczego, spytasz? Bo arcykapłan nie chciał się z nią gzić. Witaj w prawdziwym świecie, królewno, nie wszystko, co wyczytasz w księgach to prawda. A w Lauf-Na-Fai dalej pada deszcz. Często - odrzekł nieco opryskliwie mężczyzna, po czym podszedł do dużej, drewnianej skrzyni i uniósł jej wieko. Z wnętrza pojemnika wyciągnął okrągłe zawiniątko, zdjął biały materiał i moim oczom ukazała się czarna, półprzezroczysta kula, w której wirowały jakieś ledwo widoczne kształty.

- Nie mogłeś od razu tego zrobić? Czekałam tyle czasu, bo myślałam, że przygotowujesz wywar dla mnie.

- He… nie mam tu zbyt wielu towarzyszów rozmów. Miło było podyskutować, więc po co się spieszyć? - spytał, kładąc kulę na okrągłym stoliczku w rogu pomieszczenia. Przywołał mnie gestem dłoni, więc zbliżyłam się, z pewną dozą ostrożności spoglądając na dziwny obiekt.

- Przyszłaś do mnie i powiedziałaś, że nie wiesz, co zrobić. Jeżeli chcesz wiedzieć, co masz robić, musisz spojrzeć głęboko w tę kulę. Ukaże ci ona twój cel, twoje najskrytsze pragnienie… jak i drogę, którą musisz obrać. Jakoś tak to szło. Pamiętaj jednak, że osiągnięcie celu nie jest pewne. Każda stara wiedźma ci to powie, a one są najlepsze we wróżeniu i… tych takich. Ja tam nie wróżę, sobie ani nikomu, bo tylko zgłupieć od tego można. A jak się błędnie zinterpretuje taką przepowiednię, to i życie można sobie zniszczyć.

- Skończ już gadać. Co mam zrobić? - spytałam. Byłam zdecydowana, skoro już tutaj przyszłam, nie mogłam wycofać się w ostatnim momencie.

- Dotknij.

W momencie, gdy moje palce zetknęły się z kulistym obiektem, poczułam, jak przez moją dłoń przechodzi jakiś dziwny spazm i wnika w moje ciało. Z początku wywołał szok podobny do bólu, jednak po chwili uświadomiłam sobie, że nie był to ból. Jakieś nowe uczucie, zupełnie mi dotąd nieznane. Po chwili nie było już czarodzieja, komnaty ani mnie. Widziałam mrowie statków, które z porannego słońca spływały ku morzu. Później zobaczyłam cmentarz, na którym trupy wpychały do grobów żywych ludzi, którzy zapierali się rękami i nogami. W następnej scenie była jedynie ruina jedynie ruina jakiegoś domu, z którego uciekały szczury, układając się w wąską linię. Później otoczyła mnie zupełna ciemność… aż wynurzyła się z niej twarz. Piękna twarz. Wyciągnęłam w jej kierunku dłoń i spróbowałam przyciągnąć ją, lecz uświadomiłam sobie, że nie mam takiej mocy.

- Pragniesz dotyku, który nie jest ci przeznaczony. - głos czarodzieja wybudził mnie z amoku. Zachwiałam się i przytrzymałam stolika, aby zachować równowagę. Kula spadła na podłogę i potoczyła się po niej. Gdy zdrowe zmysły znów wstąpiły w progi mojej głowy, zobaczyłam, że mag trzyma mnie za łokieć, pomagając mi ustać na nogach i szybko wyrwałam się z jego uchwytu, jakoś instynktownie.

- Zaciekawiłaś mnie, królewno Viljen. - stwierdził.

- Co to było? Przyszłość? W przyszłości będą… statki ze słońca… i żywe trupy… - wymamrotałam.

- Miejmy więc nadzieję, że to nie była przyszłość - odparł, szczerząc zęby.

- Widziałam…

- Wiem, co widziałaś. I ja to widziałem. W twojej wizji.

- Czy ja… chcę…

- Na to wygląda.

- Potrzebuję…

- Mocy.

- Magu... czy ty...?

- Tak. Pomogę ci, królewno. Choć może mnie to słono kosztować, ha. Swoją drogą, nazywam się Let-e-let. Mów mi po imieniu.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 3 miesiące temu
    Mamy i kolejną postać, jak zawsze sprawnie wprowadzoną, z wyraźnie zaznaczonymi cechami, dzięki którymi zapada w pamięć. Odcinek utrzymany w nieco groteskowym klimacie wymieszanym z irytacją Viljen, z dozą tajemniczości - świetnie wyważone. Zaczynamy mieć coraz więcej cegiełek w naszej historii i coś czuję, że zaczynamy zbliżać się do sedna - czyli wartkiej akcji, na którą z niecierpliwością już zaczynam czekać. :)
    Pięć.
  • Godu 3 miesiące temu
    Bardzo dziękuję za ocenę :)
    Let-e-let faktycznie wprowadzą swoją osobowością nieco groteski, ale tak to już jest z ekscentrycznymi czarodziejami ^^ Przyznam szczerze, że świetnie się bawiłem tworząc akurat jego - zamiłowanie do tego typu bohaterów wyniosłem chyba z sesji RPG, gdzie cieszą się zawsze pozytywnym odbiorem :P
    Niestety obecnie ogarnianie nowej pracy trochę mnie pochłania, więc zarówno z czytaniem, jak i pisaniem muszę chwilowo zwolnić :(((
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Godu To prawda, "Crazy Wizard" zawsze budzi sympatię, niemalże jak Mad Scientist. :)
    Oh, no to oby szybko! Ja nową robotę ogarnęłam w jeden dzień i jak ta mrówka teraz robię. xD
  • Godu 3 miesiące temu
    Clariosis Może źle się wyraziłem - mam już nową pracę, przez ogarnianie miałem na myśli ogarnianie spraw już z nią związanych xD
    Mad Scientist - czyżbym wyczuwał Stein's;Gate ? ^^
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Godu No, domyśliłam się, o czym mówisz. :)
    Oh, jak najbardziej, ale tam to jest MADU SAJENSITO HJOŁIN KJOMA. (;

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania