Briljen i Viljen -- Rozdział 8

--- Astan II ---

 

- Więc to są moje nowe komnaty? - zapytałem samego siebie, wchodząc do obszernego pomieszczenia. Ściany zbudowane z jasnej cegły w kremowym kolorze zasłonięte były tu i ówdzie barwnymi gobelinami z inscenizacjami polowań. Pod jedną z nich stał stolik z dzbanem wina oraz dwoma srebrnymi kielichami pokrytymi fantazyjnymi grawerunkami przedstawiającymi drzewa owocowe i tańczących pośród nich faunów. Żyrandol wiszący pod sufitem, na którym kryło się kilka wygaszonych świec rozplatał się i splatał na powrót w przedziwnym tańcu tworząc wizerunek słońca o rozedgranych promieniach - niezwykłe dzieło i pokaz metalurgicznego kunsztu. Szkoda, że cały ten przepych i artyzm bijący w oczy z agnońskiego rzemiosła i architektury był równie fałszywy, co cała ich historia. Podszedłem do wielkiego łoża z baldachimem i opadłem na nie ciężko. Minęła dobra godzina od finałowej walki turnieju i dopiero teraz zaczynałem odczuwać ból rozlewający się po moich kończynach.

- Miałeś dużo szczęścia, As’tanie. - rozległ się ochrypły, syczący głos od wejścia. Nie miałem siły się nawet podnieść, więc uniosłem jedynie lekko rękę i gestem pokazałem Azizowi, aby wszedł.

- To nie szczęście a smocza zbroja zapewniła mi wygraną. Jestem niemal pewien, że gdyby ten rycerz tak mnie obtłukł w zwykłym pancerzu to nie wytrzymałbym połowy czasu, jaki walczyliśmy. - wyjaśniłem, przekręcając się na bok i wydając głośne stęknięcie, gdy piekielny ogień przetańczył przez moje biodro.

- Bez s’ens’u. Gdzie jest honor w takiej walce? - spytał vij i usiadł na jednym z krzeseł, które groźnie zatrzeszczało pod jego ciężarem.

- Nie przybyłem tu po honor, tylko po królewnę. Najpiękniejszą ze wszystkich. Sam ją widziałeś, Aziz. Mój człowiek nie kłamał. - odparłem, wspominając prześliczne oblicze Briljen, która wtedy - na tym podwyższeniu, skąpana w promieniach słońca - miała w sobie coś więcej niż wdzięk, jakąś nieziemską aurę.

- Zabierzesz ją do Gemes’angu? Zrobisz panią Es’tagonu?

- Nie wiem. Może.

- Nie wiesz? - wzburzył się Aziz. - Teraz mówisz mi, że nie wiesz? Wyruszyliśmy z tobą, bo zawsze dobrze wiedziałeś, czego chcesz i dobrze wiedziałeś, czego my chcemy. Ty jes’teś jedyny, książę. Jedyny, któremu zależy na zmianach. Nie możesz tutaj zos’tać. Musimy wrócić do Ces’ars’twa i walczyć o naszych. Nasze prawa.

- Tutaj też jest o co walczyć. Wyobrażasz sobie co byłoby, gdybyś pokazał twarz tym barbarzyńcom? - spytałem, krzywiąc się na samą myśl.

- Tutaj nie ma o co walczyć. Nie ma dla kogo. Już dawno nas’ s’tąd przepędzili, to s’tracona ziemia. W Gemes’angu dalej żyją tysiące. Dziesiątki tysięcy. Vije, viwy, elfy, drungenowie, s’kaazi, pilaryjczycy, nawet cienie pus’tyni… oni wszys’cy zas’ługują na coś więcej, niż bycie obywatelami drugiej kategorii. - oświadczył Aziz, nieco dając ponieść się emocjom, co poznałem po dzikich tanach, które wyczyniał jego rozdwojony język. Usiadłem i spojrzałem mu prosto w żółte oczyska.

- Nie trać we mnie wiary, Azizie. Nigdy nie porzuciłbym swojego ludu. Myślałem tylko nad spędzeniem tu dłuższej chwili… pół roku może, nie więcej. Jedynie na tak długo, aby ustanowić stabilny handel morski między Estagonem i Agnonem. To dziura, lecz wiesz, kto zbudował tę dziurę? Elfy. Ich dłonie wzniosły ten pałac i większość zamków tego kraju. Meble, przedmioty, po dziś dzień nienaruszone przez rdzę ani czas. Spójrz na ten żyrandol. - wskazałem palcem ponad głową Aziza a ten odwrócił się, by rzucić okiem na wspaniały obiekt. - Myślisz, że ludzie to zrobili? Nie. Takie arcydzieło mogło wyjść tylko spod ręki elfickiego rzemieślnika. Ich dawna magia chroni je przed niszczeniem. Ta zdolność została utracona po inwazji ludzi na zachód, naszych długouchych przyjaciół wypędzono z tych ziem, które nazywali Agneljeld, Matczynym Lasem. Chcę sprowadzać te towary do Gemesangu, odzyskać je i być może, jeżeli naszym zaklinaczom dopisze szczęście, odkryć jak je wytwarzano. - wyjaśniłem, po czym podniosłem się z łóżka i podszedłem do okna. Zamaszystym ruchem odsunąłem zasłony, wpuszczając światło wieczornego słońca do komnaty.

- Elfowie nie posiadaliby się ze szczęścia. Na pewno ws’parliby wtedy naszą s’prawę. Widzę, że o wszys’tkim pomyślałeś. Wybacz, że przez chwilę zwątpiłem w twoją bys’trość. - odrzekł vij przepraszającym tonem.

Wyjrzałem przez okno i zacząłem obserwować ludzi przechadzających się w dole. Park Pałacowy cieszył się wielką popularnością zarówno wśród dworzan, jak i przybyszów z innych krajów, przybyłych na turniej i pozostających na dworze króla Ichrona jeszcze do czasu ceremonii. Ludzie z zachodu wyglądali inaczej, niż ci, których widywałem od dziecka. Mieli ciemne włosy, mężczyźni byli znacznie brzydsi i bardziej owłosieni na ciele - kobiety również wydawały się mniej gładkie. Zauważyłem tylko jeden wyjątek od tej reguły - rodzinę królewską. Szczególnie Briljen, jej uroda była niewiarygodna. Widywałem już podobne kobiety, zazwyczaj ze związków ludzi z elfami, jakimś cudem dziecko zyskiwało wtedy kumulację wdzięków obu ras. Czyżby domieszka elfiej krwi znajdowała się także w żyłach dynastii panującej Agnonu? O ironio, byłaby to niezwykła farsa w kraju zbudowanym na rasistowskiej rzezi osobników ze spiczastymi uszami.

Puk, puk. Aziz spojrzał na mnie, skinąłem głową i otworzył drzwi. W progu stanął młodzieniec ubrany w prosty, karmazynowy uniform z drogich materiałów - nie był to raczej szlachcic, lecz z pewnością pracował dla kogoś wysoko postawionego. Jego jasnozłota grzywa unosiła się wysoko i stała na baczność, usztywniona za pomocą jakiejś pomady - fanaberia, na którą nie pozwolono by zwykłemu, pałacowemu słudze. Jego ubioru nie zdobiły również żadne symbole heraldyczne, pozostawały więc dwie opcje: był członkiem jakiegoś upadłego domu, którego z racji krwi wpuszczano na salony a noszenie tak podłego herbu uznał za zbytek lub pochodził z gminu i pracował dla któregoś z możnych, wypracowując sobie nadzwyczajną pozycję swoimi zasługami.

Młodzieniec rozejrzał się w lewo, w prawo, po czym wparował jak burza do komnaty i zamknął za sobą drzwi. Aziz ścisnął mocniej w dłoniach swoją halabardę i przysłonił twarz kapturem, aby niespodziewany gość nie dojrzał jego nieludzkiej facjaty. Ten nie spojrzał jednak nawet na vija, lecz uniósł zaciśniętą dłoń prezentując mym oczom srebrny pierścień z czerwonym kołem, w obrębie którego wił się wychudły, czarny bazyliszek. To był ten sam symbol, który okazał mi człowiek, przez którego przybyłem do Agnonu.

- Nie mamy wiele czasu, ciężko było dostać się tutaj niezauważonym. Mój pracodawca przekazuje dobre wieści, wszystko przebiega zgodnie z planem. - oświadczył nieznajomy, wysławiając się jak szkolony mówca. Był charyzmatyczny i przekonujący. Domyślam się, iż nie jestem pierwszą osobą, którą jego pracodawca do czegoś przekonał. Nie zgodziłbym się jednak na cały ten plan, gdybym nie widział w nim własnych, pobocznych korzyści.

- Co teraz? Po ceremonii król Ichron nadal będzie trzymał władzę. - odparłem, wciąż uważnie lustrując swojego rozmówcę od stóp do głów. - Nie będę czekał tu kilkunastu lat na objęcie tronu. Twój pracodawca dobrze o tym wie. W dodatku władca może zacząć szukać sposobu na usunięcie niechcianego następcy.

- Tak jak powiedziałem, wszystko idzie zgodnie z planem. Niedługo po ceremonii sprawa władcy zostanie załatwiona i nie będzie on sprawiał kłopotów. - odpowiedział posłaniec tak chłodnym i spokojnym tonem, jakby obwieszczał właśnie godzinę wspólnego śniadania.

- Zamordujecie króla? Wtedy cała wina spadnie na mnie. Przybysz z daleka zostaje dziedzicem i morduje króla, żeby zyskać koronę.

- Nie zamierzamy mordować króla. - odparł młodzieniec nieco oburzonym tonem, lecz jego mina zdradzała, że wzburzenia tego nie wywołała moja sugestia a raczej myśl, że załatwiliby sprawę w sposób tak banalny.

- Hm… chcę porozmawiać z twoim pracodawcą. W cztery oczy. Niech nie myśli, że może przysłać do mnie posłańca i traktować mnie jak dziecko. Poznam każdy szczegół tego planu i jego uczestników albo dobrze zastanowię się nad warunkami naszej umowy.

Blondyn przybrał kwaśniejszą minę, moje słowa stanowczo mu się nie spodobały - lub też wiedział, że nie spodobają się jego chlebodawcy.

- Przekażę te słowa… choć nie obiecuję, że…

- Nie masz obiecywać. Masz wykonać. - wszedł mu w słowo Aziz, unosząc kaptur. - Jak książę mówi, tak ma być. A teraz zabieraj s’woją dupę w troki.

Posłaniec przełknął ślinę na widok twarzy vija i umknął z komnaty. Jak widać, robiła ona wrażenie nawet na nikczemnych spiskowcach. Uśmiechnąłem się szeroko.

- Nie musiałeś wystosowywać tak oficjalnego pożegnania, Azizie. - oznajmiłem i wypuściłem powietrze nosem w geście rozbawienia.

- Zaraz wymyśliłby dziesięć wymówek i argumentów, znam takich jak on. Musisz pos’tawić ich pod ścianą, inaczej zaczną kluczyć między filarami i chować się po kątach. - wyjaśnił mój towarzysz, choć dobrze o tym wiedziałem. W zasadzie byłem mu wdzięczny za pomoc w tych dziwacznych pertraktacjach.

- Coś mi się zdaje, że to wcale nie zas’ługa zbroi, to twoje zwycięs’two. - dodał nagle vij ze zmarszczonym pyskiem. Robił taką minę zawsze, gdy głęboko się nad czymś zastanawiał.

- Co masz na myśli? - spytałem, choć domyślałem się już odpowiedzi.

- Oni wszys’tko mają zaplanowane. Chyba nie s’ądzisz, że pozos’tawiliby wynik twojej walki los’owi?

Tego się obawiałem. Aziz wypowiedział na głos moje własne myśli, które ukrywałem gdzieś głęboko w mózgu i nie pozwalałem im wypłynąć na zewnątrz. W grę wchodziła więc nie tylko zbroja, lecz i jakaś trucizna czy inna metoda osłabienia przeciwnika. Jeżeli to prawda, jak genialnym wojownikiem musiał być Sir Tolle, skoro nawet w tej sytuacji moja wygrana wcale nie była taka oczywista? Nigdy nie zależało mi szczególnie na honorze, jednak coś konsekwentnie podgryzało moje nadszarpnięte sumienie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 4 miesiące temu
    Hm, dość spokojny odcinek w porównaniu z poprzednimi, ale to dobrze, bo daje chwilę oddechu od dynamiki i pozwala zaznajomić się z bohaterami. Uwielbiam sposób, w który wykreowałeś Aziza i jego sposób mowy. Podczas czytania za każdym razem słyszałam takie charakterystyczne "s", niczym syczenie węża.
    Miałam trochę problem ze zrozumieniem, o czym jest mowa na sam koniec, ale po przeczytaniu po raz kolejny chyba rozumiem. Ma z kimś układy i ktoś pomógł mu wygrać. No ciekawe, co z tego wyniknie. :)
    Pięć.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania