Briljen i Viljen -- Rozdział 13

--- Astan III ---

 

Nasunąłem kaptur nieco dalej na twarz, nie chcąc zostać rozpoznanym przez przechodniów. Kroczący za mną Aziz i Belilejn również byli szczelnie owinięci materiałem i nosili długie płaszcze, pod którymi znajdował się cały śmiercionośny arsenał - sztylety, noże do rzucania, kastety, dmuchawki na zatrute strzałki. Nie wiedzieliśmy, czego spodziewać się po człowieku, który zorganizował cały ten spisek, nie wiedziałem, czy spodoba mi się jego oferta i czy przystanę na jej warunki. Było wiele czynników, które mogły potencjalnie obrócić dzisiejsze spotkanie w krwawą jatkę, zaś ja nie miałem zamiaru przychodzić na nią nieuzbrojony. Kroczący za mną wysoki vij kliknął czymś w nadgarstku - sprawdzał zapewne, czy mechanizm jego ukrytego, wysuwanego noża nadal dobrze działa. Oczy Belilejna wyglądały jak dwie plamy krwi, żyły powychodziły mu na całym ciele i rzucał co chwilę wściekłe spojrzenia na ludzi szwendających się po ulicy.

Berserker - tak nazywano elfów, którzy za pomocą ziół i specyfików wprowadzali się w trans bitewny. Widziałem nie raz osoby pod ich wpływem i był to widok spektakularny. Kompletnie wyzuci ze strachu i psychicznych ograniczeń, zażyte subtancje zwiększały ich fizyczne możliwości oraz wyostrzały zmysły. Stan berserku posiadał tylko jeden mankament - w obecnej chwili za żadne skarby nie dogadałbym się z Belilejnem. Czekał tylko na znak do ataku, jego mózg mógł przetrawić jedynie najprostsze rozkazy i informacje, bo wszystkie swoje moce przerobowe dokładał do zmysłów bojowych elfa. Narkotyzowanie swoich ochroniarzy w ten sposób było conajmniej niebezpieczne - gdybym nagle zniknął, zapewne nawet Aziz miałby problem z uspokojeniem elfa, gdyby ten wpadł w furię.

Weszliśmy w jedną z ciemnych uliczek stołecznego miasta Eure, majaczący w oddali ponad dachami budynków pałac Galaleid był coraz mniej widoczny za zasłoną białoszarej mgły unoszącej się ponad ziemią. Ruszyliśmy pomiędzy niskimi domami z drewna - musiała to być wyjątkowo podła część stolicy, bo jak dotąd rzadko widywałem budynki postawione z innego budulca, niż cegły. Tu i ówdzie leżały stosy śmieci przykryte cienkimi narzutami, chodnika nie było - z wydeptanej ziemi nie wyrastały jednak żadne rośliny, nie miały ku temu warunków. Cóż, też nie chciałbym wyrastać w takim miejscu. Odkąd weszliśmy tutaj, nie dojrzałem ani jednej, żywej duszy. Nie było to szczególnie dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że maszerowaliśmy o brzasku, więc większość mieszkańców wciąż jeszcze rozlegiwała się w łożach, a w przypadku tego miejsca - zapewne nawet za dnia nie było ono zbyt ruchliwe. Według otrzymanych przeze mnie instrukcji mieliśmy skierować się do pierwszego budynku za studnią, w którym znajdować miało się podziemne przejście. Trasa ta pozostawiała wiele pola na zastawianie pułapek, lecz nie sądziłem, aby tajemniczy człowiek chciał się mnie pozbyć - w końcu wciąż byłem mu potrzebny, aby rządzić Agnonem. Nie miałem złudzeń, chciał zrobić ze mnie marionetkę na tronie. Na razie wolałem nie uświadamiać go jednak o tym, jak wielki błąd popełnił. Byłem teraz na jego terenie, który świetnie znał i - nawet pomimo jakości moich ochroniarzy - zapewne mógłby znaleźć sposób na szybkie i ciche pozbawienie życia całej naszej trójki.

Dostrzegłem w końcu studnię, lecz tuż przy niej stał mężczyzna oparty o jej ściankę. Był łysy, jego twarz zdobił krótki, ciemny zarost, ubrany był w jasną koszulę i brązowe spodnie, wiązał jakieś węzły na sznurach, które układał obok studni w bele, jedna na drugiej. Był podstawiony - potrafiłem określić to z doświadczenia. Nie miał zniszczonych od pracy rąk, a ruchy, które robił nie były wystarczająco mechaniczne - nie mógł wykonywać tej pracy od wielu lat, nie zakręcał sznura odruchowo, lecz po każdym wykonanym węźle następowała u niego krótka, ledwie zauważalna chwila zastanowienia, podczas której oceniał efekty swojej pracy. Dokładał przynajmniej starań, aby sznur był dobrze zawiązany i nie budził podejrzeń - gdybym nie spotkał tak wielu szpiegów w moim życiu, prawdopodobnie nie zorientowałbym się. Najważniejsze pytanie brzmi - kto go podstawił? Wiedziałem, że to szpicel. Wiedziałem, że zawodowiec, lecz nie ekspert. Wiedziałem, że to nie był miły i dobry człowiek, bo takich nie zatrudniają w tym zawodzie. Nie wiedziałem jednego - czy to nasz zły człowiek, czy…?

Sztylet poszybował w kierunku jednego z dachów, gdzie krył się właściwy zabójca. Kaptur zleciał mu z twarzy w locie, ukazując gęstą, ciemną brodę, kiedy niedoszły oprawca z nożem w piersi bezwładnie opuścił swoje stanowisko, wypuszczając z rąk kuszę i ciężko zwalił się na piaszczystą ulicę. Belilejn ruszył w jego kierunku, aby odebrać swoją broń, zaś mężczyzna przy studni wyszczerzył zęby, chowając sztylet - też był już gotów do rzutu. Czyli był świadom, że znajduje się tu inny agent, ale chciał coś sprawdzić. Tylko co? Szybkość reakcji moich ochroniarzy? Ich zdolności? Świadomość otoczenia? Z uśmiechem na ustach szpieg skinął na nas głową, pokazując gestem, abyśmy poszli za nim. Czyli był to człowiek mojego “sojusznika”? A może była to tylko kolejna część genialnego planu, wieloetapowej pułapki, mającej wzbudzić we mnie fałszywe poczucie bezpieczeństwa? Cóż, w tej chwili i tak nie miałem zbyt wielkiego wyboru - ruszyłem za mężczyzną, a moi towarzysze zaraz za mną.

Podziemia były rozległe, lecz nasz przewodnik znał je jak własną kieszeń. Skręcaliśmy raz po raz w różne odnogi korytarzy. Było na tyle ciemno i labirynt był tak zawiły, że nie miałem szans zapamiętać dokładnej drogi. W końcu przemogłem się, aby wydusić z siebie słowa, uznając, że w tym miejscu raczej nie ma szans, aby ktoś nas podsłuchał.

- Pokaż znak. - oznajmiłem.

Mężczyzna odwrócił się do mnie i wykrzywił twarz w dziwnym grymasie. Po chwili sięgnął do kieszeni (Belilejn złapał w tej samej chwili za nóż) i powoli wyciągnął z niej pierścień, na którym nic nie widziałem w mroku.

- Beli, to bazyliszek? - spytałem, mając nadzieję, że elf zrozumie. Jego czerwone oczy widziały perfekcyjnie w ciemnościach.

- Tak... Tak... Tak. - powtórzył mój towarzysz trzy razy lekko ruszając głową i mówiąc takim tonem, jakby zapewniał sam siebie o tym, co widzi.

- Dobra, ruszajmy dalej - nakazałem, a nasz przewodnik schował element biżuterii i ruszył wgłąb ciemnych korytarzy.

Po kilkunastu minutach dalszego marszu doszliśmy do szerokich drzwi, przy których stało dwóch wartowników - obaj wyglądali jak zbiry, których spotyka się na szlakach. Prowadzący nas mężczyzna skinął do nich głową i otworzył drzwi, zapraszając nas do środka. Puściłem elfa przodem - nie było potrzeby, aby ryzykować, a on mógł zareagować na ewentualne zagrożenie znacznie szybciej, niż ja. Belilejn wkroczył do środka bez kłopotu, więc ruszyłem za nim. Przestępując przez próg dostrzegłem kuriozalny widok - obskurne pomieszczenie oświetlone pochodniami wystylizowane było na… gabinet. Barwny dywan na podłodze nosił ślady brudnych buciorów, na ścianach wisiały trzy obrazy przedstawiające agnoński krajobraz, zaś na samym środku, za szerokim biurkiem rozlewał się w bogatym fotelu mężczyzna, który swoją masą mógłby spokojnie obdzielić troje ludzi. Jego krótka, czarna grzywka spadała równiutko na czoło, fryzura prosta, jak u mnicha, ubrany był również w strój mieszczański, niewyróżniający się. Na jego nosie połyskiwały okulary o złocistej obramówce i małych szkiełkach, równie drobnych, co jego podejrzliwe, jakby wiecznie zmrużone oczy o przenikliwym wzroku. W dłoniach trzymał słój z żółtozielonymi owadami, które ospale wirowały zataczając kręgi i od czasu do czasu zderzając się ze sobą nawzajem, jak gdyby były zbyt zmęczone, żeby ogarnąć otoczenie wokół siebie i obrać odpowiednią trajektorię lotu.

- Witaj, książę Astanie. - powiedział delikatnym, acz stanowczym i pewnym siebie głosem. Skłonił delikatnie głowę dając wyraz szacunku, acz w geście stanowczo niepoprawnym ze względu na etykietę, bo nie tak kłania się księciu.

- Witaj, dobry człowieku, którego imienia wciąż nie poznałem. - odparłem, starając się, aby nie zabrzmieć zbyt ironicznie.

- Aurben z domu Malse, do usług. Jak zapewne się domyślasz, to ja zaprosiłem cię do Agnonu. Wybacz, że przyjmuję cię w tak podłych warunkach, lecz wciąż istnieją w tym kraju osoby, które nie uzmysłowiły sobie jeszcze wspaniałych korzyści, jakie przynieść może współpraca z Cesarstwem.

- I to oni wysłali zabójcę, którego spotkaliśmy przed wejściem, jak mniemam? - spytałem, czekając tylko, aż rozmówca wpadnie w pułapkę.

- Zgadza się - odparł, ku mojej uciesze.

- Czyli wiesz o nim? Nie zamieniłeś jeszcze słowa ze swoim szpiegiem. Wiedziałeś od początku, że zabójca tam będzie.

- Drogi książę, nie ma w tym kraju rzeczy, które uszłyby mojej uwadze - odparł Aurben z dobrotliwym uśmiechem, jakby tłumaczył coś dziecku. - Na pewno domyśliłeś się już, że mój człowiek miał za zadanie pozbyć się wrogiego agenta, gdyby sprawy zaszły za daleko.

- Ale mój towarzysz był pierwszy. Sprawdzałeś mnie.

- I wypadłeś w tym sprawdzianie zaskakująco dobrze.

Nieco zdziwił mnie obrót, jaki przyjęła ta rozmowa. Człowiek zwany Aurbenem nie krył się nawet ze swoimi intrygami, lecz otwarcie przyznawał, że ze mną pogrywał. Chciał pokazać, że rozgrywał karty z wyższej pozycji i miał wszystko pod kontrolą. Jak powienienem zareagować? Być może właśnie w tym momencie ustalał się stosunek, jaki miał panować pomiędzy nami dwoma.

- Więc wiesz już co czeka tych, którzy staną mi na drodze. - odparłem.

Aurben mlasnął ustami, wciąż ze swoją sympatyczną miną, przez którą budził niezwykłe zaufanie. Rozmawiając z nim odnosiłem takie wrażenie, jakbym prowadził właśnie konwersację ze szkolnym nauczycielem.

- I właśnie dlatego jesteś tak cennym sojusznikiem, książę. Aby władać ludem, potrzebne są pieniądz, obłuda i miecz. To pierwsze jeszcze zdobędziemy, łącząc nasze siły. Chyba wiesz, którym elementem jesteś ty?

- Z pewnością zostanę obłudnym mieczem, kiedy już twój plan dojdzie do skutku. Ty jesteś obłudą, ale i wieloma mieczami sterujesz. Albo się dopełniamy, albo gryziemy ze sobą, zależy od punktu widzenia.

Aurben wyszczerzył zęby.

- Podoba mi się twoje myślenie, książę. Mamy wiele do omówienia… i dużo czasu. Perje, przynieś no butelkę wina i krzesło dla księcia.

- Trzy krzesła. Dla mnie i moich towarzyszy - wtrąciłem. - To co to za plany?

Opasły mężczyzna uniósł słoiczek, w którym owady bezdźwięcznie tłukły się o jego przezroczyste szkło. Spojrzał na nie z nieskrywaną fascynacją, jak gdyby widział w pojemniczku nie tylko robactwo, ale i jakieś odległe, niezwykłe plany, z którymi były w jakiś sposób związane.

- Czy słyszałeś o pladze kardaklis, książę?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 3 miesiące temu
    No i dotarłam. :) Przeczytałam obydwie części za jednym zamachem, więc postanowiłam napisać jeden komentarz.
    Część z Gautem naprawdę była dobrze napisana, szczególnie ta wstawka humorystyczna z wyznaniem, że się zakochał. ;) Opisy jak zawsze trzymają wysoki poziom. Zaczynamy powoli przechodzić w sedno fabuły, czyli intrygę. W tym rozdziale wszystko pięknie łączy się z poprzednimi częściami, pozostawiając czytelnika w szoku - oho, próba użycia biologicznej broni jako zagrywka polityczna? Brzmi doprawdy wstrząsająco, szczególnie, że już zostaliśmy zaznajomieni w wymienioną tu chorobą. Idzie naprawdę dobrze i nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału. :) Za obydwie części zasłużone pięć.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania