Briljen i Viljen -- Rozdział 6

--- Briljen I ---

 

Z każdą chwilą coraz bardziej pragnęłam uciec z tego miejsca, wstać z krzesła i wybiec po prostu z krzykiem, nie patrzeć na ludzi, pobiec prosto do swoich komnat i schować się pod pierzyną, nie wychodzić do wieczora, albo i dłużej. Spoglądałam na złoty pierścień obiegający mój środkowy palec. Element biżuterii wystylizowany był na splecione ze sobą sznury. Dostałam go w prezencie od matki, niedługo przed tym, jak zmarła na kardaklis. W tej chwili narastała we mnie zazdrość - jej nie wybrano męża, nie w taki sposób. Nerwy wzbierały we mnie przez chwilę i byłam już gotowa pomstować w myślach zarówno na ojca, jak i zmarłą matkę, lecz w porę opamiętałam się. Nie była to jej wina, zaś ojciec musiał mieć dobry powód, wszystko robił zawsze dla dobra królestwa. Nawet śmierć matki nie odbiła się na nim tak, jak na nas - powtarzał wtedy, że musi pozostawać silny, aby chronić swoich poddanych. Na pewno nie było mu łatwo. Skoro on był w stanie się tak poświęcać, czy i ja nie powinnam dawać z siebie wszystkiego?

- Briljen, oglądaj walkę. Szlachetni rycerze walczą o twoją rękę, ignorowanie ich zmagań jest conajmniej niegrzeczne. - odezwał się pan ojciec. Jego głos miał jednocześnie karcący oraz przyjazny ton. Niewiele osób posiadało taką charyzmę. Nawet kiedy ojciec pouczał mnie lub siostrę, odnosiło się wrażenie, jakby te gorzkie słowa mówił z dobroci serca, jakby cały czas był po naszej stronie i oferował nam dobre rady. Powoli uniosłam głowę i wszystko wróciło ze zdwojoną siłą - uczucie wzroku setek oczu oglądających każdy mój ruch, oszałamiający gwar zgromadzonych na trybunach tłumów, dźwięk uderzających o siebie mieczy. Przyjrzałam się dokładniej dwóm rycerzom, którzy jeździli w kółko i od czasu do czasu przypuszczali na siebie szarżę, wymachując bronią. Więc w taki sposób zdobyte ma zostać moje serce? Nie romantycznymi listami, podchodami, serenadami pod oknem - nie, żebym marzyła akurat o takich rzeczach, ale nadal brzmiało to w moich myślach nieco lepiej, niż zostanie zdobytą przez brutalny pokaz okładania się nawzajem kawałkami żelastwa.

Spojrzałam kątem oka na Viljen - moja siostrzyczka siedziała z wyrazem wściekłości wypisanym na twarzy. Czy ona marzyła o takim małżeństwie? Nie, była raczej zła na fakt, że coś jej odebrano. Władzę? Autorytet? Bogactwa? Nazwałabym to raczej jednym, bardziej ogólnym słowem - potęga. Tego właśnie pragnęła Viljen od najmłodszych lat. Zawsze starała się ze wszystkich sił, aby pokazać się jako lepsza od innych. Chciała być najsilniejsza, najmądrzejsza i najpiękniejsza. Większość ludzi spierałoby się tutaj, zazwyczaj to mi przypisywano łatkę tej “pięknej królewny”, jednak zawsze wydawało mi się, że to ona była tą ładniejszą. Być może tak długo żyłam z jej dominującą, zaborczą osobowością pod jednym dachem, że sama uwierzyłam w jej wyższość?

Tak czy inaczej - nie potrafiłam myśleć o niej w złych kategoriach, nawet kiedy wpadała w swoje najgorsze humory. Nawet teraz, kiedy widziałam jak rzuca wszystkim swoje nikczemne spojrzenia, było mi jej żal. Być może koncept turnieju jej również wcale się nie podobał, być może pozowała tylko do swojej roli chłodnej i żądnej władzy? Ja dowiedziałam się o tym teraz, nagle - ona musiała żyć z tą świadomością już od pewnego czasu. Być może próbowała zdusić w sobie złość, przygotowywała się do tego, pogodziła z losem - tylko po to, aby teraz cały ten wysiłek poszedł na marne?

- Wygląda na to, że Sir Tolle może wygrać. - mruknął Pelle swoim wysokim, wibrującym głosem. Mógł mieć rację, bowiem jeden z rycerzy chwiał się już w siodle od gradu uderzeń, który spadł na niego w międzyczasie. Serce zabiło mi szybciej - sir Tolle? Teraz dopiero zwróciłam uwagę na herb wymalowany na jego tarczy, łososia wyskakującego ponad taflę wody. To faktycznie był on. Sir Tolle? - ponownie zapytałam samą siebie w myślach. Człowiek ten był ponad dwa razy starszy ode mnie. Czy związek piętnastolatki z mężczyzną po trzydziestce to nie przesada? Cały czas rozpatrywałam moich potencjalnych, przyszłych małżonków w kategoriach młodych, przystojnych rycerzy, których bym nie chciała - ale musiała - ale jednak jakoś przebolała. Jak mam przeboleć sir Tolle’a, jego krzaczastą brodę i bliznę biegnącą przez pół twarzy? Jakim cudem ten starzec zaszedł aż tak daleko w turnieju? Stać! Trzeba zatrzymać jakoś tę walkę, coś trzeba zrobić, nie może tak być.

- Wspaniale. Sir Tolle to świetny kandydat na małżonka dla Briljen. - stwierdził pan ojciec.

- Ale… - wyrwało mi się. Wszyscy obecni na podwyższeniu wbili we mnie spojrzenia i momentalnie moje gardło zacisnęło się kompletnie, nie pozwalając mi już wydobyć z niego ani słowa. Może to i lepiej, sama nie wiem, co chciałam powiedzieć. Chciałam krzyczeć, bić, uciekać - wszystko na raz, zupełnie jak wcześniej, jednak z niewspółmiernie większą mocą. Całym ciałem i umysłem chciałam zaprotestować, zatrzymać jakoś to szaleństwo - jakim przekleństwem była teraz ta wrodzona grzeczność, posłuszeństwo, cicha natura. Jak bardzo chciałabym teraz wrzeszczeć i pieklić się jak Viljen, wygarnąć wszystkim co myślę, przelać swój szał na słowa i czyny - nic takiego nie zaszło.

Siedziałam pokornie, skruszona, próbując odpokutować przed bogami i samą sobą, że w ogóle otworzyłam usta. Nie mogłam nic zrobić, moją jedyną nadzieją był rycerz w czerwonej zbroi, który coraz mniej stabilnie siedział na koniu. Nie wiedziałam, kto to - nie nosił żadnego herbu na tarczy, hełm zasłaniał jego twarz, nie było żadnych szczegółów, po których mogłabym go rozpoznać.

Myślałam teraz o jednym - niezależnie od tego, kto kryje się pod tymi warstwami czerwonego metalu, jest mała szansa, że będzie gorszy od oponenta. Czułam się z tym źle i miałam wrażenie, że robię coś podłego, jednak z całych sił zaczęłam kibicować w myślach temu właśnie tajemniczemu rycerzowi. W tej chwili wydawał mi się on moją ostatnią nadzieją - choć była to w zasadzie pół-nadzieja, marzenie ryzykowne, bo ten człowiek mógł okazać się nawet starszy i paskudniejszy od Verminga Tolle’a. A jednak… proszę, jeżeli jacyś bogowie słuchają w tej chwili moich słów, niech on wygra.

Miecz turniejowy Sir Tolle’a poszybował prosto w kierunku głowy oponenta, jednak ten - niespodziewanie - uchylił się przed ciosem, kładąc się do tyłu na grzbiecie końskim i zrobił coś zupełnie nieprawdopodobnego. Przejeżdżając pod ramieniem swojego przeciwnika, czerwony rycerz złapał za jego rękę i odgiął ją w dziwny sposób, zmuszając słynnego weterana do wypuszczenia broni. Na arenie zapanowała przedziwna cisza, jak gdyby wszyscy równocześnie zapowietrzyli się z zaskoczenia - i mogłoby wydawać się, że ta chwila bez hałasów powinna być błoga, kojąca, powinna dawać ulgę, jednak nic podobnego. Emocje, które udzieliły się gawiedzi wskoczyły również na mnie i zaczęły dusić mnie bezlitośnie, ściskać za gardło i serce. Uderz, teraz, szybko - myślałam sobie, widziałam już ten cios w plecy spadający z siłą gromu na sir Tolle’a, jednak rycerz w czerwonym pancerzu odjechał od niego i wskazał na leżący na piasku miecz. Powiedział coś, jednak jego słowa były zbyt ciche, bym usłyszała je z tej odległości - był już zbyt zmęczony aby głośno przemówić. Młody chłopak przeskoczył ogrodzenie areny i podbiegł do broni rycerza, którą błyskawicznie podał mu do ręki i równie szybko zaczął pędzić z powrotem na swoje miejsce. Tolle pomachał nią kilka razy i pokręcił głową.

- Coś stało się z jego ręką. Nie włada mieczem tak, jak wcześniej. - zauważył jeden z dworzan. Na podwyższeniu wywiązała się cicha dyskuja na temat fechtunku i dziwnej techniki, której użył tajemniczy zawodnik. Nie miałam ochoty ich słuchać - skupiłam teraz całą swoją uwagę na dwóch mężczyznach, którzy zatoczyli koło wokół areny i ponownie ruszyli na siebie. Pierwszy cios wylądował - i nie był to cios wyprowadzony przez słynnego rycerza z łososiem na tarczy. Czy ta kontuzja faktycznie daje taką przewagę temu drugiemu?

Chwilę później - kolejny cios… i kolejny. Szala zwycięstwa zdawała się przechylać w tym momencie na drugą stronę. Stary wojownik coraz słabiej i wolniej machał swoim orężem, podczas gdy nieznajomy zdawał się wyprowadzać ataki ze zdwojoną siłą. Trzy, cztery, pięć… i na koniec rękojeść jego miecza uderzyła prosto w hełm sir Tolle’a, tam, gdzie znajdowało się jego czoło. Rycerz zachwiał się i spadł z konia, tak bezwładnie, jakby nagle po prostu zasnął. Huki, okrzyki zadziwienia, wiwaty i wrzaski - wszystko zlało się w jedno, potężne uderzenie dźwięku. Nigdy w życiu nie doświadczyłam jeszcze takiego hałasu, przez skórę na rękach przeszło mi dziwne uczucie, jakby zjeżyły się na nich wszystkie włoski. Drastyczny gong ludzkich głosów uderzył w mojej głowie z taką siłą, że dopiero po dłuższej chwili zaczęły docierać do mnie bodźce z zewnątrz i zrozumiałam, co się właśnie stało. Na arenę wkroczył jakiś mały człowieczek - zapewne jego giermek - kiedy herold zaczął swoje przemówienie.

- Wobec wszystkich bogów, miłosiernej Enon, mężnego Steta, mądrego Ruuny, bezlitosnej Saji - i tak wymieniać zaczął i wymieniać, nie tylko bogów, ale i bohaterów, potem przechodząc do kolejnych formułek i patetycznych, nudnych i przydługich obwieszczeń. W międzyczasie dwóch parobków zwlokło z areny sir Tolle’a, który nie był w stanie nawet samemu ustać na nogach. Mimo wszystko miałam nadzieję, że nic mu się nie stało.

- … ani wolnego rycerstwa nie ma na tych listach, więc teraz nadszedł czas, aby przedstawił się… ZWYCIĘZCA TURNIEJU! - zawołał herold zwieńczając swój wywód, na którego koniec wszyscy wyczekiwali. Rycerz zdjął swój czerwony hełm i momentalnie wypłynęła spod niego grzywa białych włosów, które splecione były w długi warkocz i po uwolnieniu spłynęły swobodnie na jego plecy. Nie widziałam stąd dokładnie jego twarzy, lecz jedno było pewne - był przystojny. Bardzo przystojny. Nawet nie przystojny - był wręcz ładny. Młody, ładny i atletycznej budowy. Wypuściłam powietrze z niewysłowioną ulgą. Uffffff. Moje dłonie trzęsły się z nerwów i czułam gorąc, musiałam już być kompletnie czerwona. Mały giermek wykrzyknął:

- Ijo, oto książę Astan, władsa Estagonu, lord protektor Mag Mirigid, błogosławiony szermierz Zakonu Białoboju, elektor Sesarstwa Gemesangu!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 4 miesiące temu
    I mamy perspektywę Briljen! Podoba mi się. Na początku myślałam, że będzie to ktoś na zasadzie "ciepłej kluchy", czyli ta uległa, mocno wrażliwa córka, zupełne przeciwieństwo tej drugiej. I choć faktycznie tak jest... ma osobowość, prawdziwe obawy i świadomość tego, jaka jest. I chciałaby walczyć o swoje, ale ufa wyrokom ojca, więc jedyne, co może zrobić, to zacząć modlić się o dobrego wybranka. Długie włosy, na dodatek białe... brzmi dobrze, sama nie pogardziłabym takim młodzieńcem, a gdyby jeszcze się szarmancki i romantyczny okazał, to w ogóle. Trzymajmy kciuki więc za Briljen, chociaż mam nadzieję, że Gaut tutaj mimo wszystko jakieś trzy grosiki wrzuci, w końcu już czytaliśmy, co do królewny czuje. Oczywiście nie oczekuję, że zrobisz tutaj "hollywoodzki" trójkąt miłosny, ale poprowadzony inteligentnie konflikt uczuć niejednokrotnie czyta się bardzo dobrze, ale zobaczymy, co z tego wyniknie. :)
  • Godu 4 miesiące temu
    Bardzo dziękuję :D Obawiam się jednak, że ta historia będzie nieco bardziej zawiła i może jeszcze zaskoczyć - czy pozytywnie, czy negatywnie, tego nie wiem, jednak będę starał się trzymać założeń, które przyjąłem sobie na początku wymyślania głównego zarysu fabuły ^^ Każdą postać tworzę z myślą o jej długofalowym wpływie na wydarzenia, dlatego nawet, jeśli Briljen wydaje się obecnie ciepłą kluchą - nie znaczy to wcale, że zawsze nią będzie :PPP W jednym z kolejnych rozdziałów Gaut się w końcu odezwie, jestem ciekaw jakie wrażenia wyniesiesz z subtelnych różnic pomiędzy jego myśleniem a zachowaniem :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania