Briljen i Viljen -- Rozdział 17

--- Gaut IV ---

 

Stałem przy jednej z zamkowych fontann, przechylony nad jej ścianką przyglądałem się swojemu odbiciu w tafli wody. Minęły już trzy tygodnie, więc miałem aż nazbyt wiele czasu, aby pogodzić się z krnąbrnymi myślami, które zdawały się harcować w mojej głowie z czystej złośliwości, niczym mali chłopcy, szarpały mnie raz po raz za włosy, drapały po twarzy, wyciskały łzy z oczu. Nie potrafiłem. W mojej głowie nie było miejsca dla rzeczywistości, w której nie ma Briljen u mego boku. Jej śnieżnobiałego uśmiechu, złocistych włosów i tej… aury. Nie wiedziałem, jak mógłbym to inaczej nazwać. Ta dziewczyna wydawała się roztaczać wokół siebie jakiś rodzaj pozytywnej energii, sielankowy obraz życia, spokój ducha. To był właśnie ten rodzaj osoby, przy której wszystkie twoje mroczne strony odpływały w dal i skrywały się pośród mgieł zatartych wspomnień.

A jednak - w lustrzanym odbiciu wody nie było jej. Stałem tam zupełnie sam, przyglądając się swojej twarzy w ponurym zamyśleniu. Co miałem dalej robić? Nie wiedziałem. Sir Tolle widział moje cierpienie i próbował mnie pocieszyć za każdym razem, gdy się spotkaliśmy - ale jego starania spełzały na niczym. Bolało mnie to, że stałem się ciężarem dla innych. Oto z wesołego chłopca narodził się przygnębiony mężczyzna. Nie potrafiłem już dawać niczego od siebie, jak robiłem to wcześniej. Na niczym już mi nie zależało. Przez chwilę przez głowę przeszła mi myśl o ostatecznym rozwiązaniu tej sprawy - było kilka skutecznych metod, potrzebowałbym tylko odpowiedniej chwili, emocjonalnego impulsu… ale nie. Nie zamierzałem się poddać. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Dzień był tak gorący, że nie zabrałem ze sobą żadnego pancerza. Było to niemałe faux pas z mojej strony, ale nieszczególnie przejmowałem się teraz tym, co pomyślą sobie inni. Po pozycji słońca na nieboskłonie zorientowałem się, że byłem już solidnie spóźniony. Na drodze prowadzącej do Ogrodów Świątynnych było niemal pusto, tu i ówdzie dostrzegałem tylko pojedynczych strażników - wszyscy musieli już tam być. Z oddali usłyszałem dudniący, gardłowy głos czarnoksiężnika z Lauf-Na-Fai, któremu to nieszczęśnikowi powierzono stanowisko Mistrza Ceremonii. Choć w zasadzie, cóż to za różnica dla kogoś, kto w nosie ma Agnon i jego zwyczaje? Pieniądze nie śmierdzą. Przekroczyłem wrota bez żadnego kłopotu, strażnik rozpoznał giermkowski węzeł, który miałem na sobie i po prostu mnie przepuścił. Drzewa alemelii rosły obficie po obu stronach ścieżki, prósząc jasnoróżowym pyłkiem, który unosił się na wietrze. Stąd już dostrzec mogłem tłumy zalegające na głównym placu, choć większość zasłaniały wysokie, równo przystrzyżone i zadbane żywopłoty. Gawiedź otaczała szeroki i niski pagórek, na którym znajdowało się prawdopodobnie największe drzewo, jakie istniało na całym świecie. Drzewo Kasji, zasiane przez samych bogów u zarania dziejów. Pod jego korą pulsowały żyłki wypełnione fluorescencyjnym, zielonym płynem, przez co roślina sprawiała wrażenie wyjątkowo żywotnej i… obecnej. Każda z grubych gałęzi pokrytych błękitnym listowiem zakończona była dłonią wyrzeźbioną dawno temu przez mistrza stolarskiego. Podobno podczas rytuału drzewo dosłownie budziło się do życia, aby pobłogosławić nową parę, która zasiądzie na tronach Agnonu. Widok ten na chwilę pokrzepił moje serce, zupełnie, jakbym poczuł, że bogowie są ze mną. A po chwili zobaczyłem ją. Była absolutnie olśniewająca, jej złocista suknia i jakiś dziwny, piętrowy kapelusz… wyglądała jak istota nie z tego świata. Na chwilę odwróciła twarz w bok i kiedy zobaczyłem czający się w jej oczach niepokój - moje serce pękło na tysiące drobnych kawałeczków. Briljen! Przybyłem, aby cię uratować, moja królewno!

- Zaraz się zacznie. - usłyszałem cichy szept nieopodal. Za żywopłotem ktoś ewidentnie krył się przed resztą tłumu. Przystanąłem zaskoczony.

- Co dokładnie mam zrobić? - spytał jego rozmówca. Czyli było ich dwóch.

- Przeczytaj ten zwój, ale musisz myśleć o Ichronie. Wtedy powinno zadziałać.

- Dobra… daj znak palcem, kiedy mam to zrobić.

Nie miałem czasu bawić się w podchody, ale zaniepokoiły mnie słowa ludzi skrytych za murem liści. Mimowolnie zacząłem szukać jakiejś luki pomiędzy gałęziami, aby dostrzec spiskowców. Miałem jeszcze chwilę, zanim…

- Ettrau, evaroit! Enal arrafas, vollete as! - zaczął inkantować czarnoksiężnik, unosząc długi, drewniany kostur i godząc nim prosto w drzewo, kiedy błysnął żółtym światłem. I wtedy stało się coś, w co absolutnie nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył tego na własne oczy. Roślina poruszyła się, z początku delikatnie, później śmielej i dynamiczniej, jak gdyby przeciągała się po długim okresie snu. Wszyscy zamarli na chwilę, a ogrody wypełniła kompletna cisza. Nawet lauficki czarodziej wyglądał na zaskoczonego, jakby nie wierzył, że rzeczywiście mógł osiągnąć zamierzony efekt.

- Ethranqualcar, lecallar an travige, mosteran at tarath as. - rozległy się ciche słowa zza żywopłotu, a król Ichron zakaszlał nagle i splunął krwią, o mało nie zsuwając się z wysokiego krzesła. Drzewo zamarło z powrotem, a kapłan Gnosje, najwyższy autorytet wśród Świętych Mężów wstał z miejsca.

- To kara za herezję! Bogowie zesłali na nas okrutną plagę! - zawołał Gnosje, a wśród tłumu zaczął się chaos - podniesione głosy, szepty, okrzyki, niektórzy zaczęli wstawać ze swoich miejsc. Po chwili i wśród tłumu zaczęły się pokasływania i niektórzy goście zaczęli pokładać się na zielonej trawie, charcząc krwią.

- Coś jest nie tak. Książę Astan stoi. Ktoś zawiódł? - spytał spiskowiec.

- Elfickie miks’tury i vijs’kie antidota potrafią zdziałać cuda. - oznajmił nagle trzeci głos, syczący i chrapliwy. Po chwili coś zabrzęczało za żywopłotem, ktoś stęknął głośno i wydał dźwięk, jakby splunął krwią. A potem zwalił się ciężko na ziemię.

Briljen… gdzie ona jest? Spojrzałem ku pagórkowi, właśnie w momencie, kiedy książę Astan przyciągnął do siebie królewnę i złożył na jej ustach pocałunek. Przypieczętował małżeństwo - a ja mogłem tylko stać i patrzeć, jak ich wargi złączyły się tuż pod świętym drzewem, jak obejmował ją inny mężczyzna. A potem błyskawicznie pociągnął ją za rękę i zaczął uciekać przy podzwaniających dźwiękach bogato zdobionej zbroi rozbrzmiewających co krok.

- Łapać go! Porywa królewnę! - zawołał Gnosje. - Złapać ich! Czarodzieja też! Łapać heretyków!

Strażnicy przebrnęli przez tłum, miecze mieli już wyciągnięte z pochew. Korzystając z zamieszania, zacząłem gonić księcia Astana i królewnę. Żołnierze próbowali zastąpić im drogę, ale znikąd pojawiły się trzy zakapturzone postacie, które usuwały im wszystkie przeszkody z drogi - włócznią, mieczem i lekką kuszą. Kątem oka widziałem jak królewna Viljen podbiega do laufickiego czarnoksiężnika i nagle spod ziemi buchnął kłąb czarnego dymu, w którym oboje zniknęli. Nie widziałem, co było dalej - nie miałem czasu, by się odwracać. Biegłem ile sił w nogach, korzystając z drogi utorowanej przez - jak mniemałem - żołnierzy Astana. Przebili się w końcu przez chaos, który zapanował w ogrodach świątynnych i wybiegli na drogę prowadzącą w kierunku portu - a ja za nimi. Wiedziałem już, co się święci - mieli zamiar wsiąść na statek i uciec rzeką. Użyłem skrótu, którego nie znali, przeciskając się pomiędzy dwoma niskimi budynkami, lecz pech chciał, że ktoś zawalił całe przejście drewnianymi skrzynkami. Kiedy wspiąłem się po stercie i znalazłem po drugiej stronie, wychodząc tuż przy bramie prowadzącej poza Wzgórze Pałacowe, oni byli już daleko. Widziałem, jak biegną, a wszyscy prostaczkowie w porcie przyglądali się im z rozdziawionymi gębami, jakby zobaczyli co najmniej duchy. Wsiedli na duży statek handlowy, Astan przywitał się kiwnięciem głowy z kapitanem, wszystko mieli zaplanowane - na wszelki wypadek. Momentalnie łajba odcumowała od brzegu i zaczęła się oddalać od brukowanej przystani...

Skoczyłem więc do wody i zacząłem płynąć ile sił pozostało w moich kończynach. Byłem dobrym pływakiem, odkąd pamiętałem potrafiłem sunąć przez wodę dużo szybciej, niż którykolwiek z moich rówieśników. Statek był już ładny kawałek od brzegu, kiedy dopadłem kotwicy wciąganej kabestanem przez dwóch majtków. Wywindowałem się nieco do góry i widząc, że w ten sposób zostanę zauważony, złapałem się olinowania zwisającego na boku łajby i zacząłem wspinać. Wychyliłem się lekko ponad burtę, aby sprawdzić, czy nikogo tam nie ma - byli. Zacząłem wspinać się w bok, śliskie od wody buty nie chciały stabilnie utrzymać się na sznurach, musiałem być ostrożny. Przeszedłem kawałek dalej i wyskoczyłem na pokład - zaraz usłyszałem kroki. Kryjówka… beczka. Hop. I zamknięta.

Następne częściBriljen i Viljen -- Rozdział 18

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 2 tygodnie temu
    Wreszcie nadrobiłam...
    Huh, taki nierówny ten rozdział w porównaniu do poprzednich. Mam wrażenie, że był bardzo pośpieszony - trudno było mi się zorientować, co się dzieje. Być może to zabieg celowy, gdyż wszystko opowiadane jest z perspektywy Gauta który nie wie nic o intrydze, z drugiej strony ubogość opisów i poczucie pospieszenia popsuło mi nieco odbiór. Mimo wszystko to bardzo, ale to bardzo ważna scena - ślub Briljen, atak bronią biologiczną, przełamanie w historii. Można było na spokojnie wydłużyć, a historia tylko by zyskała. Za ten rozdział stawiam czwórkę, bo napisany poprawnie, ale jakoś tak zbyt szybko... Może kolejne części już się poprawią.
    Pozdrawiam. :)
  • Godu 2 tygodnie temu
    Dziękuję za ocenę i spostrzeżenia, z pewnością wezmę je pod uwagę pisząc kolejne rozdziały. Faktycznie, akcja potoczyła się dość błyskawicznie w tym rozdziale, zapewne nieco przesadziłem z tempem - niestety zdarza mi się to, postaram się nad tym popracować :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania