Briljen i Viljen -- Rozdział 10

--- Merillo I ---

 

W ciemnej komnacie ledwie mogłem cokolwiek dostrzec, jednak kazano nam przenieść się do podziemi wraz z pacjentami. Było nas dwoje do zajmowania się kilkunastoma osobami, więc wszystko musieliśmy robić w biegu - podałem zioła, syrop, zestawiłem wywar z paleniska, przygotowałem kadzidło do modlitwy leczniczej, znowu syrop dla kaszlącego kuchcika, posiekałem jeszcze czosnek i dodałem do mleka z miodem - na później. Gdy w końcu zyskaliśmy chwilę, stanęliśmy nad sir Ollonem, który wyglądał zdecydowanie najgorzej - jego skóra poczerniała miejscami, oczy zaszły bielmem, a z gardła rycerza wydobywał się przeciągły jęk. Asja uniosła kadzidło nad jego twarzą i zaczęła rozprowadzać dym wokoło, mamrocząc pod nosem modlitewną inkantację. Ja w tym samym momencie umieściłem dłonie nad olbrzymim ciałem chorego i zacząłem wypowiadać święte słowa, sięgając do głębin własnej duszy i czerpiąc z niej wszelką dobrą wolę, całą moją chęć pomocy pacjentom, jak podczas lekcji w Świątyni.

Affeste - skupiłem się, lecz moc donikąd mnie nie pokierowała. Choroba zdawała się nie mieć jednego źródła, lecz krążyć chaotycznie po całym ciele Ollona, pulsując to silniej, to słabiej w jego korpusie, kończynach i głowie. Nessa Veljen, Estasentur - spróbowałem, przypominając sobie lekcję o silnych chorobach zakaźnych. Delikatne światło zamigotało z moich dłoni, poczułem przepływającą przez nie energię. Efekty nie były nigdy natychmiastowe, więc pozostawało czekać i mieć nadzieję. Czułem, że to bez sensu, próbowałem już wszystkiego, lecz wiedziałem, że nie mogę się poddać. Jeżeli bym to zrobił, nigdy bym już sobie nie wybaczył. Nigdy więcej nie użyłbym cudów do leczenia, bo bogowie odebraliby mi dar, moja wola zostałaby bezpowrotnie złamana.

- Trzeba posiekać grzyby - powiedziała Asja po zakończeniu kadzenia. Chodziło jej o grzyby białozłotki, których używano do uśmierzenia bólu. Pomyślałem, że nie powinniśmy tracić na to czasu, lecz skupić się na próbach wypędzenia zarazy, jednak nie oponowałem. Nie mieliśmy czasu na dyskusję, pobiegłem do regału, ściągnąłem słoik z grzybami i po chwili szatkowałem je już przy stoliczku. Z początku myślałem, że to rezygnacja - lecz uświadomiłem sobie, że Asja wykazała się większą mądrością, niż ja. Moje egoistyczne pragnienie zwycięstwa w walce z niewidzialnym przeciwnikiem przysłoniło mi zdroworozsądkowy obraz rzeczywistości. Skoro nie mogliśmy na razie znaleźć żadnego sposobu na wyleczenie pacjentów, należało chociaż uśmierzyć ich ból. Było to najlepsze, co mogliśmy w tej chwili zrobić.

Przeciągłe skrzypnięcie dało znać o otwierających się drzwiach. W progu stanął Lumjen, jeden ze świątynnych lektorów, od którego pobieraliśmy niegdyś nauki. Był to człowiek w średnim wieku, twarz krył pod warstwą długich, prostych, czarnych włosów - podobnych do moich, jednak ja nie posiadałem tak obfitego, gęstego wąsa. Zielone szaty lektora załopotały pod wpływem przeciągu, kiedy wchodził do pomieszczenia. Jego bystre oko ogarnęło wszystko po kolei i finalnie spoczęło na Asji, która pomimo równej rangi była moją przełożoną. Cóż, skoro zwierzchnicy świątynni tak zdecydowali - na pewno mieli ku temu dobry powód.

- Czy są jakieś zmiany? - spytał Lumjen, marszcząc brwi po spostrzeżeniu sir Ollona, który był już bardziej po tamtej stronie, niż po tej.

- Żadnych, lektorze. Wszystkie objawy przybierają na sile - odparła Asja, po czym zaczęła wymieniać: - Czernienie skóry, utrata wzroku, zaburzenia pracy serca i innych organów. U niektórych chorych zaobserwowaliśmy również postępujący zanik mięśni.

- Czyli podobnie, jak u innych pacjentów. Liczba chorych jest już pokaźna, wszystko wskazuje na to, że zaraza rozprzestrzenia się z nadzwyczajną prędkością. Czy zauważyliście jakąś reakcję na cuda?

- Nie, lektorze. Choroba musi być wyjątkowo plugawego pochodzenia, nawet boska pomoc nie może nic tutaj wskórać.

- Może gdyby Święci Mężowie spróbowali? - zapytałem, wtrącając się nagle do rozmowy. - Ich modłów bogowie na pewno wysłuchają!

Lumjen zgromił mnie wzrokiem, który wprawił mnie w takie odrętwienie, jakby poraził mnie piorun kulisty. Asja otworzyła szeroko oczy, w których malowało się niedowierzanie, że te słowa wyszły właśnie z moich ust. Po krótkiej chwili ja sam zdałem sobie sprawę, że czasami powinienem dwa razy pomyśleć, zanim otworzę gębę. Szczególnie w obecności lektora.

- Czy na prawdę sądzisz, że Święci Mężowie nie dokładają w tej chwili wszelkich starań, aby pomóc wiernym Agnonu, nowicjuszu Merillo? - spytał Lumjen. Zostałem postawiony pod ścianą, moje własne słowa obróciły się przeciwko mnie. Wertowałem w myślach wszystkie przeczytane podręczniki od retoryki, aby wyjść obronną ręką z tej sytuacji, jednak wzrok lektora zdawał się drązyć dziurę w moim mózgu, utrudniając dokopanie się do jakichkolwiek wartościowych informacji zawartych w nim.

- Ja… sądzę, że Święci Mężowie ciężko pracują... dlatego pokładam w nich wszelką nadzieję i... myślami jestem z nimi. Moje uwielbienie dla nich… y… przemówiło przeze mnie pochopnie. - wydukałem, patrząc w ziemię. Lektor najwyraźniej nie chciał drążyć tematu, być może nie miał na to czasu, a może pozostały w nim resztki sympatii do mojej osoby z czasów studiów.

- Jeżeli stan sir Ollona pogorszy się do jutra, użyjcie dzwonków. Straż przybędzie, aby się nim zająć. - stwierdził czarnowłosy mężczyzna, po czym cmoknął z niezadowoleniem, jakby jeszcze nad czymś się zastanawiał.

- Zająć? - spytała Asja.

- Ciałem. Trzeba będzie dokonać spalenia, tak samo, jak w przypadku reszty pacjentów, jeżeli sytuacja nie ulegnie zmianie. Nie możemy ryzykować dalszego rozprzestrzeniania się zarazy, dlatego i wy zostaniecie przebadani, kiedy ukończycie pracę. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z kardaklis. - wyjaśnił Lumjen, a ja momentalnie poczułem, jak serce zabiło mi szybciej w piersi. Moje dłonie chciały trząść się ze wszystkich sił, błagały mnie choć o lekki ruch, lecz przeszedłem wiele lekcji, aby panować nad stresem i nerwami. Kardaklis, zwany również sercoczerniem. Ostatnim razem zaraza ta zebrała w Agnonie krwawe żniwo, z którego kraj podnosił się przez kilka lat.

Wśród ofiar plagi byli moi rodzice, brat oraz wuj. Jako pięciolatek nie mogłem zajmować się gospodarstwem, więc zostało ono zajęte przez kogoś innego, a mnie oddano pod opiekę do lokalnego klasztoru. Kiedy okazało się że mam talent, wysłali mnie do Świątyni na pobieranie nauk. Byłem tak mały, że nie powinienem mieć prawa pamiętać - jednak mam to wspomnienie. Wydaje mi się, że jest ono prawdziwe, jestem niemal pewien. Ojciec i matka, leżący pod grubą pierzyną na łóżku, ściskając się za ręce i jęcząc przeciągle, jakby nie mogli wytrzymać wszechogarniającego bólu. Ja stałem ledwie kilka metrów od nich, płacząc i nawołując o pomoc, lecz nikt nie przybył. Nie pamiętam co było dalej, nie pamiętam skąd się tam wziąłem, w mojej głowie istniał tylko ten obraz - konających w niesamowitym cierpieniu rodziców, którzy byli zbyt biedni na to, aby ktoś choćby uśmierzył ich ból. Ktoś taki, jak ja.

Spojrzałem na posiekane grzyby zalegające na stoliczku, lektor opuścił tymczasem komnatę. Asja podeszła do mnie i szarpnęła mnie za ramię, po czym stuknęła mnie palcem w czoło dość mocno.

- Co ty sobie myślałeś? Mówić takie rzeczy przy lektorze? Niczego się nie nauczyłeś przez tyle lat w akademii? - spytała, podnosząc głos. Musiała na prawdę mocno się zdenerwować, skoro odciągnęło ją to od pacjentów.

- Ja… to była taka luźna idea, sugestia… - wymamrotałem, nie do końca otrząsnąwszy się jeszcze z obrazu ponurych wspomnień.

- Idea? Czego? Chyba pogrążenia nas obojga. To, co się teraz dzieje to jest test, rozumiesz? Idealna okazja, żeby się wykazać. Ten, kto będzie pracował najciężej ma szanse awansować na pełnoprawnego kapłana. Nie zamierzam poświęcić kilku kolejnych lat na nowicjat tylko dlatego, że ty chcesz podsuwać lektorowi swoje luźne sugestie.

- Aha. Więc o to chodzi. - odparłem, kiedy już przetrawiłem jej aluzję. Przybrałem poważną minę. - Nie o chorych, nie o pomaganie ludziom? Wszystko dla ciepłej posadki w jakimś klasztorze na prowincji?

Asja skrzywiła się i rozchyliła nieco usta w bardzo brzydkim grymasie.

- Nie udawaj, że ty jesteś święty. Co, chcesz pomagać ludziom z dobroci serca, tak? Będziesz siedział tutaj i ryzykował zarażenie kardaklis, ale nie dla pieniędzy, nie dla posady, nie dla prestiżu? Święty Merillo, ześlij na mnie swoje łaski. - powiedziała, a każde słowo sączyło się z jej ust wraz z okropnym jadem.

- Cała moja rodzina umarła na kardaklis. Matka, ojciec, brat, wuj. Nikt mi wtedy nie pomógł, nie miałem do kogo się zwrocić. - odparłem, powstrzymując się ze wszystkich sił przed tym, by nią nawrzeszczeć. - Ci ludzie, którzy tutaj leżą, też mogą być czyimiś rodzicami, braćmi. Ktoś czeka na nich w domu i płacze, tak, jak ja wtedy płakałem. Dlatego teraz zamierzam pomóc tym ludziom jak tylko mogę.

- Jesteś obłudny. - stwierdziła kobieta, oddalając się ode mnie z zażenowaniem i biorąc się za przygotowanie kolejnych medykamentów. W tej chwili poczułem taką złość na nią, że miałem ochotę ją uderzyć, lecz znów przypomniałem sobie lekcje panowania nad nerwami. Uspokoiłem oddech, wyrzuciłem z siebie negatywne myśli. Wróciłem do grzybów. W zasadzie, może moja racja nie była wcale taka słuszna? Cóż jest silniejszym powodem do pomocy? Chęć zarobku czy rozmyte wspomnienie, które nie musi nawet być prawdziwe? W końcu bogowie wiedzą najlepiej, kto ma zostać ich sługą na tym świecie. Im zawierzam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 4 miesiące temu
    Czytałam ten rozdział podczas wyprawy do pracy (a zajmuje mi ona 1,5h w jedną stronę x) ) i powiem Ci, że jestem doprawdy zachwycona. Przez chwilę miałam wrażenie, że czytam inną opowieść, ale to absolutnie nie jest błąd! Dlaczego? Przedstawienie tak postaci, że ma się wrażenie, jakby atmosfera całego opowiadania przekręcała się na zupełnie inny tor jest dla mnie oznaką niesamowitej kreatywności. Poczułam się jakbym była w butach (a może raczej głowie?) bohatera który jest w tej części narratorem, a wiadomo, że co człowiek to inne spojrzenie na świat. Odcinek po prostu wyśmienity, dokłada kolejną cegiełkę do przedstawionego świata i rozszerza jego zagwozdki. Świetnym jest, kiedy nie skupia się tylko i wyłącznie na głównym wątku, a pokazuje się też inne aspekty świata, że dzieje się coś jeszcze. Czyli w tym przypadku nie tylko mówimy o królestwie, ale i o chorobach które nawiedzają kraj, jak i tragedii postronnych postaci.
    Jakby opowi pozwalało, to dałabym dwa razy piątkę za ten rozdział, by wyszło dziesięć. ;)
  • Godu 4 miesiące temu
    Wow, wystarczy tych pochlebstw, bo osiądę na laurach xD!
    Wielkie dzięki za ten komentarz. Ten rozdział był dość odważnym krokiem i nie byłem pewien, czy nie będzie zbyt oderwany i czy przedstawienie nowej postaci POV nie zrobi już zbyt dużego natłoku. Miło mi słyszeć, że wywołuje pozytywne odczucia u czytelnika, tudzież czytelniczki ^^
    A swoją drogą - ja niesamowicie marudzę, kiedy mam 0,5-1h dojazdu do pracy, więc wielki szacun :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania