Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia. Dzień dwudziesty dziewiąty.

Rzeka wciąż śmierdziała mułem po ulewie, lecz po parnej nocy chłód wody przynosił ulgę. Zmywali z siebie wczorajszy pot.

— Sprawdźmy korę. — Przetarła twarz i podeszła do kamieni przy brzegu.

Płaty leżały przyciśnięte kamieniami. Napęczniałe wstęgi falowały w nurcie.

— Ile już tu gniją? — zapytała.

— Ze trzy tygodnie?

— Chyba tak.

Odsłoniła blade, śliskie pasma łyka. Rozciągnęła je między rękoma. Nie pękły.

— Wystarczy. Są gotowe.

W drodze powrotnej zajrzeli do więcierzy. W jednym z nich trzepotały dwa spore leszcze.

Z garnka pachniało rybą i rzepą, gdy do obejścia wszedł Stanimir. Trociny tkwiły mu we włosach. Oczy miał zaczerwienione, a na jednym knykciu zaschłą krew.

— Nie działa — wychrypiał. — Radomir ciosał i szlifował obie tarcze przez dwa dni. Wybrałem prosty drąg. Strugałem tę przeklętą oś cały dzień i pół nocy! A kiedy pchnę — machnął ręką, aż powietrze świsnęło — wszystko skacze, bije na boki, oś tłucze o poprzecznice. Klinowałem, modliłem się, kląłem. Nic. Rację mają we wsi. Za mądry chcę być.

Dłonie lekko mu drżały.

— Mściwój czeka na koło, a ja mu tańczącego biesa zrobiłem.

Robert odłożył łyżkę i wstał.

Agnieszka podniosła wzrok.

— Idźcie. Ja zostanę i dokończę siew, póki ziemia jest miękka.

Wzięła lniane woreczki z gumna. W jednym leżały drobne, czarne nasiona. Wysypała kilka na dłoń. Były płaskie, twarde i błyszczące.

— Co z nich wyrośnie? — Gniewko zajrzał jej w dłoń.

— Nie rozpoznaję ich. Wysieję je osobno. Jeśli wzejdą, liście powiedzą coś więcej.

Na skraju ogródka wyznaczyła krótkie rządki. Gniewko układał starannie nasionka za nasionkiem.

Kiedy skończyli, przyniósł kamień i położył go przy rządkach.

— Żebyś wiedziała, gdzie to posialiśmy.

* * *

W warsztacie stał zaduch, ciężki od zapachu świeżego drewna i potu. Radomir odłożył płaski kamień. Jasny pył oblepiał mu dłonie i osiadał na twarzy.

— Spójrz tylko na to. — Stanimir pchnął dolną tarczę stopą.

Oś piszczała.

Rama drżała.

Górna tarcza przy każdym obrocie podnosiła się i opadała. Dolna tłukła o ramę. Cała konstrukcja podskakiwała i przesuwała się po klepisku.

Radomir cofnął się z opuszczoną głową.

Robert przykucnął, chwycił ramę obiema dłońmi i szarpnął.

— Połączenia trzymają. Oś bije, a tarcze ciągną na boki. Dlatego wszystko podskakuje.

— Co z tego! — Stanimir docisnął stopą dolną tarczę, aż stanęła. — Nie działa.

Radomir podszedł i przeciągnął palcem po obrzeżu.

— To przeze mnie. Ja je ciosałem i gładziłem.

— A ja je sprawdziłem — uciął Stanimir. — Rzekłem, że starczy. Zawiodłem was… i Mściwoja. Drewno zmarnowałem.

— Drewna nie zmarnowaliście. Ramę zostawimy, tarcze wycentrujemy i wyważymy. Oś też da się wyrównać.

Stanimir zmarszczył brwi.

— Co zrobimy?

Robert pokazał środek górnej tarczy.

— Oś musi przechodzić dokładnie tędy. Nie obok.

— Skąd mam wiedzieć, która jest cięższa?

— Zakręcisz, a cięższa strona sama opadnie. Z niej zbierzemy trochę drewna. Ale najpierw oś.

Robert oparł cienką szczapkę o ramę i przysunął jej koniec do osi.

— Pchnij. Powoli.

Oś otarła się o szczapkę. Pół obrotu dalej między nimi pojawiła się szpara.

— Widzisz? Krzywa.

— Tyle wystarczy? — Stanimir wskazał szparę. — Przez to wszystko tak tłucze?

— Dłutem i na oko dokładniej jej nie wyrównasz. Brakuje ci narzędzia…

— Narzędzia? Siekier i dłut mam dość.

— Nie kolejnego ostrza.

Stanimir popatrzył na oś, potem na szczapkę opartą o ramę.

— Oś będzie się obracała, a dłuto zbierze to, co wystaje?

— Aż oś przestanie bić.

Robert rozejrzał się po warsztacie, rozgarnął nogą wióry.

— Potrzebujemy dwóch belek, długich na dwa kroki. — Nakreślił na klepisku dwie równoległe linie. — Ułożymy je obok siebie. Pomiędzy nimi osadzimy dwa pionowe stojaki. Oś zakleszczymy między nimi.

Stanimir przesunął palcem po narysowanych belkach.

— Dam cztery nogi i wkopię je w klepisko. Zepnę wszystko poprzeczkami.

Obejrzał się na drewno ułożone pod ścianą.

— Na te dwie belki dam dąb. Nogi zrobię z sosny. Dębu na nie szkoda.

* * *

Robert wsunął dłonie pod obrośnięty glonami kamień. Wypłynął spod niego pęcherz gazu. Smród zgnilizny uderzył ich w nosy.

— Ale wali. — Robert odwrócił głowę i odsunął otoczak.

Gniewko wszedł w wodę.

— Nie. Na brzeg. — Agnieszka chwyciła go za nadgarstek.

— Pomogę.

— To nie jest krótka kąpiel. Jeszcze się rozchorujesz. Pomożesz nosić.

Płaty kory pociemniały i napęczniały. Korowinę pokrywał ciemny, śliski nalot. Pod naciskiem palców miękka warstwa odchodziła od łyka. Zaciskali dłonie na końcach i przesuwali nimi wzdłuż włókien. Rozmiękła maź zsuwała się w nurt. Zimna woda znieczuliła palce, ale zadrapania piekły. W dłoniach zostawały długie, jasne pasma łyka.

— Trzeba wypłukać do czysta. — Potrząsnęła luźnymi pasmami w wartkim nurcie. — Resztki zaczęłyby gnić w gotowym sznurze.

Po kilku chwilach przestali odwracać głowy. Plecy rwały od schylania. Zziębnięte palce coraz gorzej zaciskały się na śliskich pasmach. Kiedy wypłukali ostatnie pasmo, cienie drzew sięgały daleko w wodę. Między ich nogami płynęła spieniona, szara zawiesina. Na brzegu leżał stos kremowych włókien.

Rzeka spłukała z nich czarną maź, lecz nie odór.

— Pod powałę z tym. — Wskazała chatę. — Przez noc obcieknie. Rano rozwiesimy wszystko na słońcu.

Wnętrze chaty wypełnił kwaśny zapach.

— Wygląda jak włosy rusałki — powiedział Gniewko. — Domowik jej nie przepędził. Pewnie zasnął. — Zaśmiał się cicho. Kilka chwil później sam już spał.

Leżeli przytuleni. Mokre łyko miarowo kapało na klepisko.

— Z miesiąc temu zamówilibyśmy takie liny w pierwszym lepszym sklepie, a GeoDukt w kilka chwil dostarczyłby je nam prosto do mieszkania.

— A po co mielibyśmy wtedy zamawiać liny na strzechę? — Zaśmiała się.

— Chleb też kupowaliśmy.

— Żaden nie smakował mi tak, jak ten pierwszy gorący kawałek oderwany od naszego bochna.

— Bo byłaś głodna.

— Też. Ale wiedziałam, że sama go zrobiłam.

Uniosła głowę z jego ramienia.

— Czekaj. Powiedziałeś: „miesiąc temu”. Ile właściwie już tutaj jesteśmy?

— Prawie miesiąc.

— No właśnie. Prawie.

Robert wysunął dłoń spod futra i zgiął pierwszy palec.

— Dzisiaj łyko. Wczoraj burza. Przed burzą chleb i karpiny.

— Jesiotry.

— Przyszedł Mściwój.

— Rozwalony więcierz.

— Taczki.

— Stanimir…

Wyprostował wszystkie palce.

— Jeszcze raz. Od początku.

— Od początku którego?

— Od taczki.

— To nie jest początek.

— Agnieszka…

— Dobrze. Taczka, bania.

— Jagna i jej historia o Popielu.

— Noc z pełnią w świętym gaju.

— To było wcześniej.

— Nie, przed chwilą liczyłaś w drugą stronę.

— Bo przypomniało mi się teraz.

Opuścił rękę.

— Potem była choroba Milusi. Jagoda…

— Teraz ty mieszasz.

— Liczę wydarzenia. Bez wydarzeń ich nie odtworzymy.

Znów zaczął zginać palce.

— A dni, kiedy chorowaliśmy?

— Jeden.

— Dwa.

— Drugiego już pracowaliśmy.

— Trochę. Mogliśmy zgubić pół dnia.

— Zaczynamy liczyć połówki?

Robert poruszał palcami. Agnieszka szeptała nazwy kolejnych wydarzeń, wracała do wcześniejszych i poprawiała wynik.

— Mam — powiedział w końcu.

— Ja też.

— Dwadzieścia osiem.

— Trzydzieści dwa.

Odwrócił głowę.

— Skąd wzięłaś cztery dodatkowe dni?

— Nie wiem. Gdzie zgubiłeś cztery?

Przez chwilę patrzyli na siebie w półmroku.

— Czyli trzydzieści plus minus dwa — podsumowała.

— Całkiem dokładnie, pani inżynier.

Przytuliła się do niego. Monotonne kapanie odmierzało czas, którego nie potrafili już policzyć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • il cuore

    Powinni się rozejrzeć za leszczyną – był to istotny element konstrukcyjny 🦍🐝

  • TheGuru

    już używali do plecionki i łuku

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania