Poprzednie częściDzień

Dzień cd14

Wychodząc, mijał ludzi — gesty, zapachy, słowa.

Na zewnątrz wciąż kropił deszcz. Niebo przejaśniło się, wytarte wiatrem, zwiastując poprawę pogody. Cmoknięcia butów o mokre płyty chodnika były wyraźne, każde inne, choć wszystkie podobne. Słabnące bębnienie kropel o maski aut mieszało się z szumem opon. Wiatr kołysał powyginanymi gałęziami drzew. Liście odrywały się pojedynczo, wirowały przez chwilę w powietrzu, po czym opadały na chodnik i przyklejały się do mokrych płyt.

Świat zamknięty między dwoma rzędami budynków zdawał się poruszać razem z nim. Fasady przesuwały się powoli, okna odbijały szare niebo, samochody stały wzdłuż ulicy, jakby czekały na swoją kolej. Wszystko było w ruchu, choć prawie nic się nie poruszało.

Dłoń sięgnęła do kieszeni niemal automatycznie. Skóra otarła się o materiał, lecz Tobiasz wyraźnie czuł ruch ścięgien palców zaciskających się na kartonowym pudełku. Kliknięcie. Płomień. Smród papierosa. Pierwszy wdech. Smak — gryzący, odpychający.

A jednak żar przesuwał się dalej, cienką, ognistą linią zamieniając biały, gładki, prążkowany papier w szarą strukturę, jaśniejącą ku końcowi.

Ulica płynęła. Zajmowała całą przestrzeń. Nie potrzebowała komentarza. Chciała tylko, żeby ją widzieć, słyszeć, czuć.

Deszcz ustał zupełnie, jednak z drzew nad chodnikiem wciąż kapała woda na kolorowy dywan liści.

Piękne to — pomyślał Tobiasz i od razu dostrzegł, że traci ostrość. Barwy coraz mniej wyraźnych, pojedynczych liści mieszały się w czerwono-brązową masę.

Jakby stukot kopyt.

Deszcz — rynna — Zosia — zadzwonić.

Myśli przeskakiwały z jednej na drugą.

Wyciągnął telefon i wybrał jej numer.

Sygnały odbierały znaczenie pozostałym dźwiękom ulicy.

— Teraz nie odbierze.

Znajomy głos przeszedł mu po plecach.

Tobiasz odwrócił się.

Tuż przed nim stał staruszek, uśmiechając się serdecznie.

— Pomaga się myć Ignasiowi. Ma mokre ręce.

Pytania zawirowały w głowie i zaplątały się o siebie. Żadne nie zdołało wydostać się na zewnątrz.

— Co pan... Jak... Dla...

— Copan Jakdla? Nie wiem, co chciał pan powiedzieć. To brzmi jak hinduskie imię albo azteckie miasto. Nie znam się na żadnej z tych rzeczy.

Uśmiechnął się szeroko.

W Tobiaszu narodził się niepokój. Zaczął się zastanawiać, jak ma traktować to, co go spotkało. Przestawał być pewny, czy to wszystko jest dobre, czy złe. Czy nie doprowadzi go do obłędu.

— Widzę, że znowu wystawia się pan w pole. Pole bitwy. Ich nie trzeba dwa razy zapraszać, ostrzegam.

Głos Starca nie brzmiał już tak radośnie.

Tobiasz wiedział, że miał rację. Czuł, że się zbliżają, że już tu są, całe zastępy.

A jeśli go nie ma? — pomyślał. Dlaczego w takim razie dał mu to przed gabinetem?

Złośliwie? Może właśnie dlatego. Może wszystko zaczęło się tam, przed drzwiami. A jeśli człowiek naprawdę może zwariować, to skąd wie, że właśnie zaczyna wariować? I czy można wrócić do domu i nie pamiętać, że się do niego wróciło?

Pomyślał o znajomych. Co im powie? Co oni powiedzą jemu? A Zosia? Co powie Zosia?

Z bezsilności narastał w nim gniew. Pierwsza pika dosięgnęła go i ugodziła w serce.

— Spieprzaj, pan! — powiedział, przeciągając pierwszą literę.

Oczy płonęły nienawiścią.

Staruszek wyprostował się, poprawił płaszcz i ukłonił teatralnie, wywijając prawą ręką coś na kształt litery S. Przed Tobiaszem już go nie było.

Wydawało się, że zwyciężył. Pozbył się źródła problemu — samodzielnie i stanowczo. Wydawało się, że został sam i że sam będzie teraz decydował o sobie.

— Będzie normalnie — powiedział do siebie.

I od razu myśl mu odpowiedziała:

— Nie. Mówienie do siebie nie do końca jest normalne.

Tobiasz zamilkł.

Przez chwilę słuchał własnego milczenia.

Czy właśnie pomyślałem to sam?

Oczywiście, że sam. Kto miałby to powiedzieć?

Starzec.

Rozejrzał się.

Nikogo nie było.

A więc sam.

Chociaż przed chwilą był tutaj Starzec.

Był?

Tobiasz zmarszczył czoło.

Przecież pamiętał, że był.

Pamiętał głos. Płaszcz. Ukłon. Ruch ręki.

Litera S.

S jak Starzec.

Uśmiechnął się nerwowo.

To zaczynało być głupie.

Dlaczego akurat S?

Przecież Starzec nie powiedział, że to S. On tylko wywinął ręką.

Może to wcale nie była litera S.

Może Tobiasz zobaczył S, ponieważ pomyślał o Starcu.

A jeśli najpierw była litera, a dopiero potem Starzec?

Znieruchomiał.

Nie.

To nie miało sensu.

Trzeba wrócić do początku.

Do gabinetu.

Do samochodu.

Do Zosi.

Do poranka.

Do...

Do czego?

Przecież rano wszystko było normalnie.

Chociaż nie.

Nie wszystko.

A wcześniej?

Pokłócili się.

Ale kłótnie się zdarzają.

Zosia powiedziała...

Nie pamiętał dokładnie.

A może pamiętał?

Zaczął odtwarzać rozmowę.

Jedno zdanie.

Drugie.

Potem kolejne.

Nie był pewien, czy padło dokładnie w tej kolejności.

Spróbował jeszcze raz.

Od początku.

Tym razem wolniej.

Słowo po słowie.

Nie.

To nie było tak.

A może właśnie tak?

Tobiasz poczuł napięcie w karku.

Nie myśl.

Przez chwilę rzeczywiście próbował nie myśleć.

Udało się.

Nie.

Nie udało się.

Przecież pomyślał, że nie myśli.

A więc myślał.

Ale może myśl o tym, że się nie myśli, nie jest właściwie myśleniem?

Zastanowił się nad tym.

I natychmiast zorientował się, że właśnie zastanawianie się nad tym jest myśleniem.

Przestań.

Przestał.

Czy można przestać myśleć na zawołanie?

Nie wiedział.

A skoro nie wiedział, powinien to sprawdzić.

Policz do dziesięciu.

Jeden.

Dwa.

Trzy.

Przy czterech pomyślał, że przy czterech jeszcze nie myślał o niczym innym.

Przy pięciu zastanowił się, czy liczenie jest myśleniem.

Przy sześciu zapomniał, czy przy pięciu się nad tym zastanawiał.

Przy siedmiu wrócił do czterech.

Przy ośmiu próbował sobie przypomnieć, co wydarzyło się przy sześciu.

Przy dziewięciu pomyślał, że przecież miał nie myśleć.

Przy dziesięciu nie był już pewien, czy w ogóle policzył od początku.

Zaczął jeszcze raz.

Jeden.

Dwa.

Trzy.

Cztery.

Tym razem nie będę analizował.

Pięć.

Nie analizuję.

Sześć.

Skąd wiem?

Siedem.

Nie wiem.

Osiem.

Więc sprawdzę.

Dziewięć.

Ale sprawdzanie jest myśleniem.

Dziesięć.

Więc nie sprawdzę.

Otworzył oczy.

Samochód stał tam, gdzie go zostawił.

To dobrze.

Tylko skąd wiedział, że stał tam cały czas?

Przecież nie patrzył.

Może ktoś go przestawił i odstawił z powrotem?

To było absurdalne.

Nikt nie miał powodu.

Ale skąd wiedział, że nikt nie miał powodu?

Tobiasz pokręcił głową.

Nie.

To już było szukanie dziury w całym.

Samochód stał.

Po prostu stał.

Tak jak powinien.

Spojrzał na tablicę rejestracyjną.

Znał ją.

Oczywiście, że znał.

Czy jednak potrafił ją powiedzieć z pamięci?

Spróbował.

Cyfry pojawiły się w głowie.

A jeśli pomylił jedną?

Spojrzał jeszcze raz.

Zgadzała się.

Odetchnął.

Upewnił się.

I natychmiast poczuł niepokój.

Bo przecież przed chwilą postanowił już niczego nie sprawdzać.

Czyli znowu sprawdzał.

A skoro znowu sprawdzał, to może rzeczywiście coś było nie tak.

Przymknął oczy.

Nie myśl.

Tym razem naprawdę.

Pomyśl o czymś innym.

O czymś zupełnie zwyczajnym.

O czymś, co nie ma nic wspólnego ze Starcem, obłędem, pamięcią ani Zosią.

Mucha.

Skąd mi się wzięła mucha?

Nie.

Miał myśleć o czymś innym.

Właśnie o czymś innym.

A pomyślał o musze.

Ale przecież miał nie myśleć o tym, że miał myśleć o czymś innym.

Miał po prostu myśleć o czymś innym.

Tylko dlaczego akurat mucha?

Przecież żadnej muchy nie było.

Nie, jednak była?

Spojrzał na szybę samochodu.

Nic.

Przesunął wzrok na maskę.

Nic.

Nie było muchy.

Więc dlaczego pomyślał właśnie o niej?

Mucha.

Mucha mogła być przecież wszędzie.

Latem były wszędzie.

Chociaż teraz jest jesień.

Jesień.

Liście.

Mucha na liściu.

Dlaczego właściwie mucha miałaby usiąść na liściu?

Mogła.

Przecież mogła.

A może nie.

Mucha mogła być piękna.

Zatrzymał się.

Piękna?

Dlaczego pomyślał, że mucha była piękna?

Przecież muchy nie są piękne.

Chociaż niektóre są.

Tak jak cukier, jak Zosia.

Tobiasz zatrzymał tę myśl.

Cukier?

Dlaczego cukier?

Przecież przed chwilą myślał o musze.

Mucha.

Cukier.

Zosia.

Jak to się połączyło?

Spróbował wrócić.

Kuchnia.

Mucha mogła być piękna.

Jak cukier?

Nie.

Cukier nie jest piękny.

Cukier jest słodki.

A Zosia?

Zosia też była słodka.

Nie.

To nie było dobre słowo.

Zosia nie była cukrem.

Ale kiedyś powiedział jej, że jest słodka.

Czy powiedział?

Chyba powiedział.

A może tylko pomyślał?

Nie.

Pamiętał.

Przecież pamiętał jej twarz, kiedy to powiedział.

Albo kiedy chciał powiedzieć.

Tobiasz poczuł, że znowu zaczyna.

Znowu wracał.

Jedna myśl do drugiej.

Mucha do cukru.

Cukier do Zosi.

Zosia do rozmowy.

Rozmowa do poranka.

Poranek do kłótni.

Kłótnia do gabinetu.

Gabinet do Starca.

Starzec do litery S.

S jak...

Nie.

Nie będzie wracał do Starca.

Miał myśleć o czymś innym.

Właśnie.

O czymś innym.

Tylko o czym?

Próbował znaleźć temat.

Samochód.

Samochód był dobry.

Samochód.

Koła.

Droga.

Deszcz.

Kałuża.

Liście.

Dzieciństwo.

Dlaczego dzieciństwo?

Nie chciał myśleć o dzieciństwie.

A więc znowu pomyślał o tym, o czym nie chciał myśleć.

Przerwał.

Stał nieruchomo.

To nie miało końca.

Każda myśl była drzwiami do następnej.

A każda następna prowadziła z powrotem do tej pierwszej.

Spróbował znaleźć punkt, od którego można było zacząć.

Nie znalazł.

Może trzeba było zacząć od ostatniej myśli.

Ostatnią myślą było to, że nie można było znaleźć początku.

Ale żeby wiedzieć, że to była ostatnia myśl, trzeba było pamiętać poprzednią.

A poprzednią?

Nie pamiętał.

Więc może właśnie dlatego była ostatnia.

Ale skoro jej nie pamiętał, skąd wiedział, że była poprzednia?

Zacisnął zęby.

Nie.

To było bez sensu.

Trzeba było przestać.

Po prostu przestać.

Nie myśleć.

Nie sprawdzać.

Nie analizować.

Nie wracać.

Nie szukać.

Nie...

Zorientował się, że właśnie sporządza listę rzeczy, których nie powinien robić.

A więc znowu myślał.

Spróbował nie myśleć o niczym.

Przez sekundę.

Może dwie.

Pojawiła się pustka.

Ucieszył się.

To dobrze.

Ale skoro zauważył pustkę, to znaczyło, że jednak coś zauważył.

A skoro coś zauważył, nie była już pustką.

Tobiasz otworzył oczy.

Spojrzał na mokry chodnik.

Kropla spadła z liścia.

Potem druga.

Potem trzecia.

Policz.

Nie.

Nie będę liczył.

Ale już policzył trzy.

Zamknął oczy.

To było niemożliwe.

Nie można było nawet nie liczyć bez liczenia.

Pomyślał o Zosi.

Nie chciał.

Pomyślał o Starcu.

Nie chciał.

Pomyślał o musze.

Tym razem chciał.

I właśnie to było najgorsze.

Bo skoro potrafił czegoś chcieć, dlaczego nie potrafił chcieć przestać myśleć o Starcu?

A może nie chciał?

Może tylko wydawało mu się, że nie chce?

A jeśli wydawało mu się coś takiego, to kto właściwie decydował?

Tobiasz poczuł zimno.

Nie wiedział, czy pochodziło z powietrza, czy z niego.

Nie potrafił już zdecydować, która myśl była jego.

Nie potrafił nawet zdecydować, czy pytanie o to było jego.

I wtedy przyszło najgorsze pytanie:

Jeżeli nie potrafię kierować własnymi myślami, to kto nimi kieruje?

Nie odpowiedział.

Nie chciał.

Ale odpowiedź i tak przyszła.

Nie ja.

Następne częściDzień cd15 Dzień cd16

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania