Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XVIII

28 września 2011, Morowo, 2:00

Stary Antek usnął na ławce w parku miejskim. Tutejsze były bardzo wygodne, szerokie i pozwalające się dobrze ułożyć. Nie chciał spać, ale sen przyszedł sam, nieproszony. Noc nie była zimna ani wietrzna. Miasto jakby opustoszało. Stało się zupełnie wyludnione. Owszem, dochodziła pierwsza, ale nawet o tej godzinie słychać było rozmowy, co jakiś czas ulicami snuły się auta, radiowóz na patrolu. A teraz – nic. Antka obudziło dziwne uczucie, jakby ktoś czekał na niego, aż się ocknie. Wstał, przetarł zaspane, czerwone od wina i snu oczy. Przez chwilę łapał ostrość. Po drugiej stronie alejki, na ławce, siedział jakiś chłopak. Wyglądał na całkiem młodego. Antek nie znał gościa. Zresztą, nie znał wielu osób z Morowa. Nawet stąd nie pochodził. Wychował się w Złorzewie, a zmianę miejsca zamieszkania, a potem koczowania, wymusiła na nim utrata roboty podczas przemian ustrojowych. Balcerowicz go załatwił, zawsze to powtarzał. Na bruk wydupcył i jeszcze osikał.

– Kto tam? – zapytał, nie będąc do końca rozbudzonym.

– Ma pan czas? – odezwał się głos. Zdecydowanie należał do młodego chłopaka.

– Ja zawsze mam. Czasami chciałbym się podzielić z kimś, ale ludziska nie chcą, a potem i tak psioczą, że mało go mają. No to gadaj, coś ty i czego chcesz?

– Porozmawiać, po prostu.

Antek przyjrzał się dokładnie postaci. Siedziała w zaciemnionym miejscu, gdzie latarnia ze swym światłem nie dosięgała.

– No, dobra, a o czym to chcesz pogadać? O życiu, o piciu, o spaniu na ławce?

– Sam nie wiem, nie mogę się przyzwyczaić do tej sytuacji.

Antek zmarszczył podejrzliwie czoło.

– Że gadasz ze mną? A co, śmierdzę ci? Czy ki chu-chu?

– Nie, nie o to chodzi. To… skomplikowane chyba.

– A gdzie tam! Bardzo proste. Siedzimy w nocy w parku, ty młody, całe życie przed tobą, ja już nie taki rześki, odliczam dni kiedy kopyta wyprostują na amen. Zima idzie, zawsze mam przed nią pietra.

Chłopak pokiwał głową. Przynajmniej tak wydawało się Antkowi.

– Życie, no tak.

– No, życie. Nawet jak dobrze grasz, przyjdzie ktoś i zagra lepiej. I zostaniesz z niczym.

– A pan? Został z niczym, bo ktoś lepiej grał?

Antek zaśmiał się chrapliwie. Okres, kiedy łapała go biała gorączka gdy ktoś pytał się o powody jego bezdomności i pijaństwa miał już za sobą.

– A gdzie tam! Mi taki jeden zajebał karty sprzed nosa i ot finał. Bez kart nie ma gry.

– Ja chyba mogę powiedzieć to samo.

– Ty? Młodzi mają zawsze asy w rękawach. Nie pierdziel, tylko żyj. Dobrze ci radzę.

– A wierzy pan w duchy?

Pytanie padło w chwili gdy okoliczne drzewa zaszumiały w rytm silnego powiewu wiatru. Liście zatańczyły gdzieś w ciemności i padły na powrót martwe, gnijąc dalej.

– Nie, mam je w dupie. Znaczy, może i coś tam jest, ale powiem ci, młody, a zresztą, co ja tam będę się mądrzył.

– Też racja – usłyszał Antek, po czym zasnął, nie broniąc się przed chwilą słabości. Odkąd zaczęły go odpadać bezsenne noce, każda słabość na ataki Morfeusza była jak prezent od losu.

***

28 września, 2011, Za Morowem, Hanna Tuszyńska

Auto zatrzymało się przed niewielkim sklepem spożywczym w jakiejś zapomnianej przez Boga wiosce. Nie prowadziła tu droga asfaltowa, jedynie szuter. Szyld sklepu był wyblakły, na końcach widać było rdzę wystającą spod farby. W okratowanych oknach widniały reklamy lodów koral, piwa kasztelan i promocji na kurczaka firmowego z lokalnej masarni.

Hanna wysiadła z auta z duszą na ramieniu. Wiedziała, że to nierozsądne pokazywać się gdziekolwiek w jakimś skupisku ludzi, ale musiała zapytać o stację benzynową. Rezerwa zapaliła się już jakiś czas temu. Kiedy przechodziła obok ławki, na której siedziało dwóch facetów z dobrze już zaprawionymi minami. Czuła ich spojrzenia na sobie. Patrzyli się, bo była kobietą, czy wiedzieli? Zaraz wpadnie. Ktoś zadzwoni po policję i będzie po niej. Ale musiała znaleźć jakąś stację.

W środku panował specyficzny zapach wiejskiego sklepu, pamiętającego czasy PRL-u. Wybór nie był jakiś duży, za to ekspedientka wyglądała jak dwie Hanny wepchnięte w jedno ubranie. Zmierzyła nieznajomą wzrokiem.

– Przepraszam – zaczęła Hanna. – Czy znajdę gdzieś w okolicy stację benzynową?

Ekspedientka zdziwiła się na to pytanie.

– Najpierw to niech pani coś kupi. Taka kiecka, jakaś drogawa, to trzeba wspomóc lokalny sklepik.

Hanna nie wiedziała, co powiedzieć. Ni to ze strachu ni z oszołomienia. Wzięła dwa batony i położyła na ladzie.

– Dwa tylko? Bierze cztery, to pomogę.

Dołożyła kolejne dwa i wtedy ekspedientka uśmiechnęła się lekko.

– No, teraz możem pogadać.

Hanna zapłaciła za zakupy i od razu przeszła do ponowienia pytania.

– No, do cepeenu to stąd chyba na Morowo najbliżej jechać.

– Nie jest mi po drodze, a może coś na Złorzewo jakbym jechała?

Ekspedientka zmarszczyła czoło.

– A co pani taka wymagająca? Paliwo to paliwo.

– Mam rezerwę, nie wiem, czy dojadę.

Kobieta spojrzała na Hannę nieufnym wzrokiem, ale potem przeniosła spojrzenia na jednego z pijaczków.

– Mirek! Stasiek to ma jeszcze te paliwo u siebie?

Tamten przez chwilę próbował zorientować się kto i z której strony do niego mówi, a kiedy w końcu uświadomił sobie, o co chodzi w pytaniu, przez dłuższą chwilę myślał nad nim intensywnie.

– Tylko diesel – powiedział.

– Słyszała pani. Diesel. Ma pani taki?

Hanna pokiwała głową. Kiedy otrzymała już instrukcję jak dojechać do rzeczonego Staśka, podziękowała i z czterema batonami wyszła ze sklepu.

– Niech pani na niego uważa – ostrzegł ją jeden z facetów. – To stary babiarz.

Kobieta machnęła tylko na zbycie ręką i wsiadła do auta. Czuła, że w głowie wirują jej już różne myśli. Żadne nie napawały optymizmem.

Następne częściInne kolory życia - część XIX

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania