Inne kolory życia - część XV
23 września, na drodze między Wiórami a Morowem
Szyja i Dekiel jechali czarnym Lanosem w stronę Morowa. Spękany i dziurawy asfalt powiatówki dawał się we znaki zawieszeniu. Auto podskakiwało i wydawało przy tym dźwięki przypominające łamanie gałęzi. Dekiel uchylił bardziej szybę i wystawił dłoń na zewnątrz. W drugiej trzymał ruskiego szluga.
– Nie podoba mi się ten knypek – powiedział Szyja, dodając gazu.
– Ano, mi też. Przyjebany taki.
– Nie da rady, będziemy musieli odwalić robotę za niego.
– Ni chu-chu. Albo sam to załatwi, albo my jego załatwimy. Szefu się wyraził. My tam tylko na obstawę. Młody ma się wdrożyć albo na śmietnik.
Skręcili w boczną, żwirową drogę. Szyja zgasił silnik i wyszedł z auta. Było koło ósmej, ale powietrze nadal gryzło zimnem. Po letnich porankach nie było śladu.
Odlał się i wrócił. Dekiel kończył jarać papierosa i już szukał kolejnego.
– Dobrze zduś dziada, żeby nie zaprószyć.
– A co, kurwa, zima, że będzie prószyć?
– O pożar mi chodzi, debilu. Niedopałek zaprószy i pójdzie wszystko z dymem.
Dekiel skrzywił się, ale nie wyrzucił niedopałka, tylko zadusił go w popielniczce.
– Rosa jest, ale niech ci będzie.
Wyjechali z drogi i znowu zmierzali w stronę Morowa. Minęli sklep spożywczy na przedmieściach, pod którym stacjonowali już stali smakosze tanich trunków.
– Jak się spisze, szef nam go przydzieli – powiedział ponuro Szyja. Od rana miał przez to potworny ból głowy i tyłka. Nie chciał gadać Deklowi, bo to imbecyl, ale nie miał komu się zwierzyć. Myśli ciążyły mu niczym zgaga.
Dekiel prawie udusił się dymem.
– Co ty pieprzysz? Skąd wiesz?
– Słyszałem, jak gadał o tym przez telefon.
– Z kim?
– A bo ja wiem? On ma tych znajomków trochę tu i tam, wszędzie. Gówniarz się spisze, to trafi do nas na szkółkę i weź teraz go niańcz.
– Nie spisze się w takim razie – powiedział Dekiel, wyrzucając na szosę resztę papierosa.
– To już nie od nas zależy.
Dekiel uderzył pięścią w deskę rozdzielczą. Materiał zaskrzypiał i na moment się odkształcił.
– Zależy, zależy. Nie spisze się i go odstawimy.
– Gdzie?
– Na ostatni pociąg w życiu – powiedział Dekiel, uśmiechając się szeroko resztką zębów.
***
28 września, 2011, Morowo, Bar „Route 66”
Rosły, łysiejący mężczyzna wszedł pewnym krokiem do lokalu, od razu szukając jakiegoś wolnego stolika. Wszystkie miejsca przy barze były standardowo zajęte. Normalnie pewnie podszedłby do jakiegoś losowego kmiotka i uprzejmie przejął jego miejscówkę, ale tym razem szykowała się robota. Miał umówione spotkanie. Wydzwaniał do Piotra, czy koleś na pewno nie spękał w trakcie. Wolał się upewnić, z nim nigdy nic nie wiadomo. Facet jednak nie odbierał.
– Jakoś to będzie – powiedział w końcu do siebie, chowając do kieszeni spodni komórkę.
Po niecałym kwadransie w barze zjawił się jeszcze jeden mężczyzna, równie rosły, ale z bujną grzywą i bardziej ludzkim spojrzeniem, nieprzypominającym pustych ślepi zabitego jelenia. Zajął miejsce obok łysego i od razu przeszedł do rzeczy.
– Zmiana planów – powiedział oschle.
– O co chodzi?
Tamten nie był chętny do gadki przy stoliku. Wzrokiem pokazał, żeby wyszli na zewnątrz. Łysy zmarszczył lekko czoło. Miał ochotę na Żubra w kuflu.
Przeszli kawałek ulicą i znaleźli się pomiędzy budynkami, w wąskiej alejce, gdzie nikt nie chodził bo śmierdziało tam moczem i zgniłym piwem. Rozejrzeli się konspiracyjnie czy aby nikt nie zatrzymał się gdzieś blisko. Wyglądało, że jest czysto.
– Dekiel i Szyja zjebali jedną sprawę – powiedział ten z bujną czupryną, sprawozdawczo, bez większych emocji.
– Wypadają?
– Jeszcze nie wiadomo, ale grubsza afera się szykuje. Mają przejebane, to na pewno, ale na ile mocno, nie wiem. W każdym razie nici z naszej umowy. Ludzie szefa są w zawieszeniu, aż sprawa przycichnie. Może potem coś się ugra.
Łysy nie był zadowolony. Liczył, że policzy Piotra na nieco więcej i uciuła z tego coś dla siebie. Czasy niepewne, na magazynie w biedrze nie wyciągał zbyt dużo, a już na pewno nie tyle, żeby kupić sobie nową plazmę, o której myślał dwa lata. Ostatni raz, kiedy widział to cacko w Media Markt, prawie go zawinął ze ściany. Puszczali akurat na nim jakąś reklamę telenoweli, którą oglądała zawsze jego matka na starym, jeszcze radzieckim pudle. Różnica nie do zmierzenia. Teraz mógł tylko obejść się smakiem.
– Będzie cuchnąć do końca roku pewnie.
– Oby nie. W listopadzie srogie przetasowanie się szykuje.
– Czyli?
– Jedne karty spadają na dół, inne idą do góry.
Łysy nie zdążył powtórzyć tego samego pytania, bo tamten już odchodził wolnym krokiem do swojego Seata. Kiedy wszedł do auta, zaczęło padać. Z brudnych chmur lunął zimny, jesienny deszcz, cuchnący zgnilizną i brakiem pieniędzy.
Komentarze (1)
Bardzo żywy, realistyczny dialog
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania