Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XIX

23 września, 2011, Felek Czerwiński

Nie zjadł śniadania. Po jednym kęsie kanapki poczuł, jak chleb pomieszany z masłem i kawałkami szynki, rosną mu w ustach. Zdołał przełknąć, ale odstawił talerzyk, popijając jedynie wodą, aby zdusić nieprzyjemny posmak zbliżających się wymiocin.

– Chyba nie pójdziesz do szkoły o pustym żołądku – stwierdziła matka, krzątając się przy zlewie. – Jeszcze zemdlejesz.

– Nie mam ochoty na kanapki. Kupię coś w sklepiku na dużej przerwie.

– Jakieś świństwa, od których dostaniesz wysypki na całej twarzy.

Felek chciał powiedzieć, że ciasto, którym raczy się jego matka co drugi dzień, z lokalnej piekarni, też nie wygląda na posiłek zgodny z zasadami zdrowego odżywiania, ale nie miał nawet siły, aby cokolwiek wydusić z ust. Zamiast tego poszedł do pokoju, sprawdził na szybko czy ma wszystkie zeszyty i podręczniki, a potem skierował się do wyjścia. Złapał się na tym, że nieświadomie wypierał to co nieuniknione. Naiwnie wierzył, że nie napiszą do niego w czasie, gdy będzie w szkole. A nawet jeśli, nie będzie miał odwagi olać wiadomość. Z takimi jak oni nie grało się w kotka i myszkę.

Założył kurtkę i buty, pożegnał się z matką i wyszedł na klatkę schodową. Minął sąsiadkę, zupełnie jakby jej tam nie było. Usłyszał tylko z góry donośny głos kobiety.

– U Czerwińskich to już całkiem odpuścili kulturę!

Pieprz się starucho, pomyślał, wychodząc na zewnątrz, w chłodny, pochmurny poranek.

Damian stał pod klasą. Widząc Felka, nawet nie zareagował. Kiedy ten podszedł bliżej i wyciągnął rękę, tamten jedynie zbył gest szybkim: cześć.

– A tobie co znowu?

W gwarze głosów słowa tonęły zupełnie niezauważone. Mogliby planować morderstwo, a i tak nikt by niczego nie wychwycił.

– Jeszcze się pytasz?

Felek poczuł złość. Najlepszy kumpel grał teraz jego matkę. Ze wszystkimi należnymi przywarami i złośliwościami.

– No, skoro nie wiem, o co kaman, to się pytam.

Damian prychnął.

– Durny jesteś, jak te karki, z którymi się wozisz. Tak to pewnie działa. Z kim się zadajesz, takim się stajesz.

– Przy tobie też jakoś nie mądrzałem – odparł Felek, widząc jak kumpel zaczyna swoją starą śpiewkę.

– Opanuj się, chłopie, póki jeszcze czas.

– Nie ma już czasu! – warknął Felek. Kilka osób stojących bliżej odwróciło się w ich kierunku na moment. Lustrowali, a potem wracali do własnych rozmów. – Dzisiaj mam z nimi jechać.

– Gdzie?

– Do Złorzewa. Będą ściągać dług od jednego typka.

Damian zbladł.

– W co ty wszedłeś, durniu?

– Byłem u niego. U tego gościa. Wisiał im kasę, miał mi oddać, a ja Krzyśkowi. Ale nie miał, prosił o jeszcze trochę czasu.

– Kurwa, kolejny. Urodził się wczoraj. I co?

– I nic. Jadą do niego. Ja z nimi.

Damian zbliżył się bardziej do Felka i ściszył głos.

– Tylko go sklepią, co nie?

Felek poczuł, że teraz i tak nie ma po co kłamać. Damian powinien wiedzieć. W końcu jak nie on, to kto? Nie czuł się dobrze z tym sam, w zasadzie, ledwo sobie radził.

– Wątpię. A nawet jeśli, nie wiem, czy z tego wyjdzie.

– Mówiłem ci już, że masz przejebane? Dał ci chociaż kasę za tamto?

– Nie, ma mi odpalić działkę za całość. Jak wrócimy ze Złorzewa.

Usłyszeli dzwonek. Był niczym alarm bombowy. Felek aż podskoczył. Przez moment czuł, jakby stracił kontakt ze światem. Kiedy wchodzili do klasy, otarł krople potu, które wystąpiły na skroniach. Czy jeszcze wierzył, że to może się udać?

***

28 września, 2011, Za Morowem, Hanna Tuszyńska

Czuła podskórnie, że droga, którą jej kazali jechać, była najgorsza z możliwych. Z pewnością istniał o wiele lepszy dojazd, ale te pijaczki byli tak samo nastawieni do nietutejszych jak ekspedientka alias Wiedźma ze Spożywczego. Auto podskakiwało na wybojach. Droga była do tego wąska, a w pewnym momencie wyboje zastąpił piach, w którym koła grzęzły, a samochód mimowolnie zjeżdżał na lewo albo prawo. O mało nie urwała lusterek, wjeżdżając w aleje wierzb, rosnących tam chyba ze dwieście lat. Plus taki, że nie musiała szukać już żadnych skrzyżowań. Ten cały Stasiek mieszkał po lewej stronie. Miała po prostu jechać przed siebie i wyglądać na piętrowy dom z eternitem, obok którego rosły dwa potężne świerki.

W końcu cel wyrósł na horyzoncie. Skręciła w bramę. Była otwarta, jakby właściciel spodziewał się gościa. Może wiedźma dała mu cynk. Hanna nie ufała tej kobiecie. Wyglądała jak ucieleśnienie najgorszych cech typowej wieśniary – zakompleksionej, grubej plotkarki, która dla zaspokojenia swych nierealizowanych marzeń potrafiła obsmarować pół wsi.

Dystrybutor stał bliżej zabudowań gospodarczych, mniej więcej na środku podwórka wyłożonego betonowymi płytami. Miał nawet niewielkie zadaszenie. Obok stała tabliczka z ceną poniżej dwóch złotych. Hanna poczuła, jakby przeniosła się w czasie. Podjechała pod dystrybutor. Zgasiła silnik i odetchnęła częściowo z ulgą. Nie musiała się już obawiać, że auto stanie w szczerym polu, gdzie zasięg jest towarem tak luksusowym jak niegdyś mięso. Ale myśl, o tym, że ten cały Stasiek jest zboczeńcem, nie dawała jej do końca spokoju. Niby tamte pijaczki mieli już w sobie wystarczająco procentów, żeby gadać od rzeczy, jednak zawsze warto mieć poprawkę na najgłupsze nawet stwierdzenia.

Mężczyzna pojawił się pod autem Hanny jakby znienacka. Nie zauważyła kiedy i skąd przyszedł.

– Dzień dobry! – przywitał się, zdejmując z głowy wymiętą maciejówkę i odsłaniając posklejane od potu kosmki siwych włosów.

– Pan Stanisław? – zapytała.

– Tak jest, Stachu to ja. A pani jest tą damą w opałach, prawda?

Uśmiechnęła się lekko, choć wcale nie miała na to ochoty.

– Ledwo tu dojechałam.

– Nie wątpię. Ale zaradzimy.

– Będę bardzo wdzięczna.

Otworzyła wlew paliwa przyciskiem przy fotelu. Stasiek włożył pistolet i zaczął nalewać.

– Ile?

– Za sto złotych.

– Się robi. Pani nie stąd, dobrze wnioskuję?

Hanna poczuła w tym pytaniu nutę tego, przed czym ostrzegali ją tamte pijaczki spod sklepu.

– Można tak powiedzieć.

– No, o mnie też można. Jestem z innego województwa, tutaj mieszkam od ledwie trzech dekad. Z panią podobnie?

Odłożył pistolet i zakręcił korek. Potem lekko zamknął klapę i podszedł do drzwi, żeby pobrać banknot. Hanna wręczyła go i szybko przekręciła klucz w stacyjce. Silnik zarzęził i odpalił z warkotem.

– Dokąd to tak się śpieszy? – zapytał Stasiek, opierając przedramię o dach auta. Fetor spod spoconej pachy podrażnił nieprzyjemnie receptory węchu w nosie Hanny.

– Mam trochę swoich spraw – odpowiedziała, wrzucając bieg.

– No, a ja myślałem, że na herbatę się da pani skusić.

– Nie sądzę, przykro mi.

– To raczej mi przykro. Pani wsio za jedno, prawda?

Hanna spojrzała na mężczyznę zaciskając nerwowo dłonie na kierownicy. Wydawał się w swoim spokojnym byciu o wiele bardziej odpychający niż jakiś narwany wieśniak z widłami.

– Nie rozumiem, naprawdę muszę już jechać.

Stasiek uśmiechnął się.

– No widzę właśnie. Dobra, to umówmy się tak, policzę pani jeszcze dwie dychy i jesteś wolna.

Hanna poczuła nieprzyjemny dreszcz biegnący po plecach. Bez słowa, może nawet lekko nieświadomie wyjęła z portfela dwa banknoty dziesięciozłotowe i wręczyła mężczyźnie.

– Uległa kobieta, takie lubię. No dobrze, jedź pani, gdzie tam trzeba i polecam się na przyszłość.

– Uważaj, bo mnie zobaczysz – powiedziała, ruszając gwałtownie. Spojrzała w tylne lusterko. Stasiek stał cały czas przy dystrybutorze, jak kamienny posąg i miała pewność, że się uśmiecha.

Wyjeżdżając na główną drogę zobaczyła znak kierujący na Złorzewo. Poczuła, że serce zaczyna od nowa mocniej bić. Dodała gazu i włączyła się do ruchu. Był mizerny, jakby ludzie wcale nie chcieli jechać tam gdzie Hanna. Sama nie lubiła tego miasta, ale póki co nie miała lepszego pomysłu. Na kolejne przyjdzie pora.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania