Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 16

Muszę przyznać, że wydarzenia ostatnich dni nabrały tempa, którego sam się nie spodziewałem. Jeszcze niedawno cała ta historia dotyczyła garstki świeżo upieczonych absolwentów wysłanych na pierwszy zwiad. Potem pojawiły się demony, tajemniczy mag cienia, listy, wyzwania i coraz dziwniejsze pytania. A teraz? Teraz nagle okazało się, że w sprawę zamieszane są odległe królestwa, starożytne więzienie demonów i być może organizacja działająca na skalę całego kontynentu. Uznałem więc, że zanim ponownie wrócimy do naszych bohaterów, którzy przez cały następny dzień zajmowali się głównie pakowaniem ekwipunku, przygotowywaniem zapasów i słuchaniem kolejnych rozkazów, warto zrobić krótką przerwę. Nie, nie zamierzam zamieniać tej kroniki w nudny podręcznik geografii. Sam nienawidziłem takich ksiąg. Ich autorzy potrafili przez dwadzieścia stron opisywać rzekę, o której nikt nigdy więcej nie wspominał. Postaram się więc ograniczyć do tego, co rzeczywiście może się jeszcze przydać. A skoro cała historia zaczęła wykraczać poza granice jednej twierdzy, najwyższy czas pokazać, jak wygląda kawałek świata, po którym przyjdzie nam się poruszać.

Zacznijmy oczywiście od Królestwa Elorii, bo właśnie tutaj rozgrywa się większość wydarzeń. Eloria leży mniej więcej w środkowej części kontynentu, choć gdyby ktoś uparł się być wyjątkowo dokładny, powiedziałbym, że odrobinę bardziej na północ od jego centrum. Nie jest ani największym, ani najmniejszym państwem. Powiedziałbym, że należy do tych średnich, które przez wieki nauczyły się żyć pomiędzy znacznie potężniejszymi sąsiadami. Mimo braku dostępu do morza rozwijała się całkiem dobrze. Rzemiosło stoi tutaj na wysokim poziomie, drogi są przyzwoite, większość większych miast posiada warsztaty zdolne produkować naprawdę skomplikowane mechanizmy, a rolnictwo od dawna przestało polegać wyłącznie na modlitwach o dobrą pogodę. Oczywiście nie oznacza to, że wszyscy żyją w bogactwie. Gdyby tak było, nie byłoby karczmarzy narzekających na podatki, kupców narzekających na cła ani rolników narzekających właściwie na wszystko. Pod tym względem Eloria niczym nie różni się od pozostałych królestw.

Sama geografia państwa jest zaskakująco uporządkowana. Gdyby spojrzeć na mapę z lotu ptaka – a uwierzcie mi, jako mucha robiłem to wielokrotnie, choć z nieco mniejszej wysokości – można odnieść wrażenie, że ktoś podzielił kraj na szerokie pasy biegnące z zachodu na wschód. Na samym południu rozciągają się rozległe niziny. To kraina pól uprawnych, sadów, łąk i niewielkich wsi rozsianych pomiędzy ogromnymi kompleksami leśnymi. Większość żywności produkowanej w Elorii pochodzi właśnie stamtąd. Im bardziej człowiek kieruje się ku centrum królestwa, tym mniej jest otwartych równin, a coraz więcej łagodnych wyżyn. Nadal dominują lasy, ale teren staje się bardziej pofałdowany. Wzgórza pojawiają się coraz częściej, doliny są głębsze, a drogi zaczynają wić się między skalistymi wzniesieniami. Dopiero daleka północ przypomina to, co większość ludzi kojarzy z pograniczem. Tam ziemia przestaje być łaskawa. Pagórki przechodzą w strome wzgórza, wzgórza w kamieniste przełęcze, aż w końcu człowiek staje u podnóża Gór Srebrzystych. To właśnie tam znajduje się twierdza, w której obecnie przebywają nasi bohaterowie. Góry od stuleci stanowią naturalną granicę, a jednocześnie pierwszą linię obrony przed wszystkim, co mogłoby nadejść z północy. Choć, jak pokazały ostatnie wydarzenia, nie wszystkie zagrożenia przychodzą przez przełęcze.

Jeżeli natomiast spojrzymy poza granice Elorii, sytuacja staje się znacznie ciekawsza. Zaraz za Górami Srebrzystymi rozpoczyna się Królestwo Azuris. Granica obu państw biegnie praktycznie wzdłuż północnych stoków pasma, dlatego od wieków mieszkańcy obu królestw znają się znacznie lepiej, niż chcieliby to przyznać ich władcy. Azuris jest niezwykłe przede wszystkim dlatego, że leży pomiędzy dwoma wielkimi pasmami górskimi. Od południa ograniczają je właśnie Góry Srebrzyste, od północy natomiast Góry Nadmorskie, za którymi rozciąga się już morze. Dzięki temu Azuris posiada porty i rozwinięty handel morski, czego Eloria może im jedynie zazdrościć. W górach tego królestwa od pokoleń mieszkają również liczne klany krasnoludów. Nie oznacza to oczywiście, że każdy mieszkaniec Azuris nosi brodę do pasa i rozmawia z kamieniami. Chociaż... kilku takich znałem.

Na wschodzie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tam nie znajdziecie klasycznego królestwa. Rozciągają się tam Ziemie Leśnego Królestwa – nazwa dość myląca, bo formalnie żadne państwo o takiej nazwie nie istnieje. Są za to lasy. Niewyobrażalnie rozległe lasy. Tak gęste, że miejscami światło słoneczne ledwie przebija się przez korony drzew. To właśnie tam od niepamiętnych czasów swoje ogromne miasta budują Leśne Elfy. Nigdy specjalnie nie przejmowały się wyznaczaniem granic na mapach ani składaniem hołdów ludzkim monarchom. Po prostu zajęły lasy i uznały, że skoro mieszkają tam od tysięcy lat, to lasy należą do nich. Trudno się z nimi kłócić, zwłaszcza gdy potrafią trafić strzałą w muchę z odległości, z której człowiek ledwie dostrzega drzewo. Tak, sprawdzałem. Na szczęście bez powodzenia.

Od zachodu i południa Eloria graniczy natomiast z Wielkim Królestwem Fulum. To jedno z największych państw tej części kontynentu, a jego potęga od wieków opiera się na jednej rzeczy – rzece Fulum. Wielkiej, szerokiej arterii przecinającej kraj niemal przez całą długość. To właśnie dzięki niej rozwija się handel, transport, rolnictwo i większość miast. Kupcy z Fulum potrafią przewieźć towary szybciej niż większość armii jest w stanie przejść pieszo ten sam dystans. Nic więc dziwnego, że ich skarbce od dawna należą do najbogatszych na kontynencie.

Jeszcze dalej na zachód leży niewielkie Królestwo Durien. Na mapie łatwo je przeoczyć, ale byłby to poważny błąd. To jedno z najstarszych ludzkich państw, pełne stromych gór, głębokich dolin i twierdz pamiętających czasy, kiedy większość współczesnych królestw jeszcze nie istniała. I właśnie tam, na odludnych terenach Durien, przed wiekami magowie stworzyli miejsce, o którym wspominał nocny posłaniec. Krainę Demonów. Nieprzypadkowo wybrano właśnie ten zakątek świata. Daleko od największych szlaków, daleko od gęsto zaludnionych ziem i wystarczająco blisko gór, by sama natura pomagała w utrzymaniu izolacji. Ale o tym miejscu wiemy już wystarczająco. A skoro już wiecie, gdzie na tej mapie leży Eloria i kto mieszka za jej granicami, przyjrzymy się bliżej samemu królestwu.

Gdybyście jednak zapytali przeciętnego mieszkańca Elorii o najważniejsze miejsce w całym królestwie, odpowiedź byłaby niezwykle prosta. Grand Elorid. Stolica. Serce państwa. I właściwie jedyne miasto, które zasługuje na miano prawdziwej metropolii. Oczywiście mieszkańcy kilkunastu większych miasteczek śmiertelnie by się na mnie obrazili za takie stwierdzenie, ale cóż... prawda czasami boli. Grand Elorid jest ogromny. Nawet po ośmiuset latach potrafi zrobić na mnie wrażenie, a to już naprawdę spore osiągnięcie. Miasto powstało w samym centrum królestwa, w miejscu, z którego do większości granic prowadzą wygodne trakty handlowe. Dzięki temu przez jego bramy każdego dnia przechodzą tysiące ludzi. Kupcy, rzemieślnicy, żołnierze, posłańcy, podróżnicy, pielgrzymi, złodzieje udający kupców i kupcy udający uczciwych ludzi. Wszyscy prędzej czy później trafiają do Grand Elorid.

Nad całym miastem góruje królewski zamek, zbudowany na wysokim kamiennym wzgórzu. Nie należy do tych przesadnie ozdobnych pałaców, których architekci bardziej przejmowali się liczbą wieżyczek niż możliwością obrony. To prawdziwa twierdza, wielokrotnie rozbudowywana przez kolejnych monarchów. W jej murach mieszka rodzina królewska, obraduje Rada Korony, znajdują się archiwa państwowe oraz sale, w których zapadają decyzje dotyczące całego królestwa. Niedaleko zamku stoją siedziby najważniejszych urzędów, skarbiec królewski, wielki sąd oraz koszary Gwardii Królewskiej, której żołnierze bardziej przypominają elitarną armię niż zwykłych strażników miejskich. W centrum miasta działa również największy targ na setki kilometrów. Można tam kupić niemal wszystko. Od zwykłego bochenka chleba po egzotyczne przyprawy sprowadzane zza morza przez kupców z Azuris i Fulum. Są tam ogromne warsztaty kowalskie, dzielnice rzemieślników, biblioteki, szkoły, świątynie niemal wszystkich uznawanych bóstw oraz Akademia Nauk Królewskich, której uczeni od pokoleń próbują udowodnić, że świat można zrozumieć wyłącznie dzięki logice. Magowie zwykle odpowiadają im, że wystarczy jedno nieudane zaklęcie teleportacji, by cała logika przestała działać. Muszę przyznać, że obserwowanie sporów uczonych z magami od wieków należy do moich ulubionych rozrywek.

Na tym jednak przeciętny przewodnik zakończyłby opowieść o Elorii. Wspomniałby jeszcze o kilku zamkach, paru słynnych mostach, może o najładniejszym rynku i najlepszych gospodach, po czym uznałby temat za wyczerpany. Problem polega na tym, że moja kronika nie opowiada o zwykłych ludziach. Opowiada przede wszystkim o magach. A dla maga najważniejszym miejscem w całym królestwie wcale nie jest Grand Elorid, mimo że stacjonuje tam Wielki Mag.

Jest nim Elorien. Obóz Magów. Miejsce, od którego właściwie wszystko się zaczęło.

O jego historii opowiadałem już wcześniej, więc nie będę się powtarzał. Warto jednak zrozumieć, jak niezwykłym miejscem pozostaje do dziś. W tej części kontynentu nie ma drugiego podobnego ośrodka. W sąsiednich królestwach magowie funkcjonują zupełnie inaczej. Najczęściej zajmują wydzielone dzielnice w dużych miastach albo niewielkie enklawy przy dworach królewskich. Uczą się tam, pracują i pełnią swoje obowiązki, pozostając częścią zwykłego społeczeństwa. Eloria obrała inną drogę. Tutaj magowie mają własny dom. Własne warsztaty, szkoły, biblioteki, laboratoria, pola treningowe i osiedla. Miejsce stworzone specjalnie dla nich przez Esherreza przed pięciuset laty. Z czasem na kontynencie powstały kolejne obozy, bo trudno było nie kopiować pomysłu, który tak dobrze się sprawdził. Żaden jednak nie zdobył równie wielkiej renomy. Niektóre są większe. Inne bogatsze. Jeszcze inne specjalizują się w konkretnych dziedzinach magii. Ale gdy młody adept marzy o nauce w miejscu, gdzie wykładali najwięksi mistrzowie ostatnich stuleci, myśli właśnie o Elorien. Obóz leży mniej więcej dwa dni drogi na wschód od Grand Elorid, ukryty pośród rozległych lasów, z dala od głównych traktów. I bardzo dobrze. Wierzcie mi, świat staje się znacznie spokojniejszy, kiedy setki początkujących magów eksperymentują z zaklęciami możliwie daleko od stolicy.

Poza tym Eloria nie jest krajem wielkich miast. Wręcz przeciwnie. Jej siła od zawsze tkwiła na prowincji. Większość mieszkańców żyje w setkach rozsianych po całym królestwie wsi, osad i niewielkich miasteczek. Łączą je trakty handlowe, mosty przerzucone nad rzekami i drogi biegnące przez lasy, choć słowo „droga” bywa czasem wyjątkowo optymistycznym określeniem. Dalewood, które nasi bohaterowie odwiedzili podczas swojej podróży, jest jedną z bardziej znanych osad północnej części kraju. Dzięki położeniu przy ważnym szlaku od lat zatrzymują się tam kupcy, podróżnicy i karawany zmierzające ku Górom Srebrzystym. Im bliżej granic, tym częściej podobne miejscowości pełnią jednocześnie funkcję punktów zaopatrzeniowych dla straży i zwiadowców.

Przez środek Elorii przepływa kilka dużych rzek spływających z północnych gór na południowe niziny. To właśnie wzdłuż ich dolin powstawała większość większych osad. Lasy zajmują ogromne połacie kraju i choć wiele z nich od dawna pozostaje dobrze poznanych, wciąż istnieją miejsca, do których zwykli ludzie zaglądają niezwykle rzadko. Dawniej żyło tam znacznie więcej magicznych stworzeń. Dzisiaj większość wycofała się głębiej w dzicz albo całkowicie opuściła te okolice. Niektóre, jak Tęczowe Kruki, pamiętacie już z mojej opowieści. Inne być może jeszcze kiedyś spotkamy.

Na północy krajobraz zmienia się stopniowo z łagodnych wyżyn w kamieniste wzgórza, aż w końcu wyrastają Góry Srebrzyste. Nie są najwyższym pasmem na kontynencie, ale należą do najbardziej zdradliwych. Zimą śnieg potrafi odciąć całe przełęcze na wiele tygodni, a wiosną lawiny regularnie zmieniają przebieg górskich szlaków. To właśnie dlatego twierdze zbudowano tylko przy kilku najważniejszych przejściach. Reszta gór pozostaje praktycznie niedostępna.

I właśnie to lubię w Elorii najbardziej. Nie jest największa. Nie jest najbogatsza. Nie ma portów pełnych statków ani pustyń kryjących starożytne ruiny. Jest po prostu krajem, który przez setki lat nauczył się żyć w harmonii z lasami, rzekami i górami.

Skoro już opowiedziałem trochę o świecie, w którym przyszło nam żyć, wypadałoby wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. Rzecz, która tak naprawdę leży u podstaw całej tej historii. Magię. Bo choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że problemem są demony, tajemnicze portale i dziwne stworzenia pojawiające się w lasach, to wystarczy posłuchać słów naszego tajemniczego maga cienia, aby zrozumieć, że dla niego nie chodziło wyłącznie o demony. Chodziło o magów. O to, czym magia była kiedyś i czym stała się teraz. A żeby to zrozumieć, trzeba najpierw wiedzieć, jak wygląda współczesny system.

Od setek lat cała magia w Elorii podlega pod jedną osobę. Wielkiego Maga. Oczywiście słowo „podlega” brzmi znacznie bardziej dramatycznie, niż wygląda to w rzeczywistości. Wielki Mag nie jest królem magów, nie może rozkazywać każdemu czarodziejowi na kontynencie ani jednym zaklęciem zmusić innych do posłuszeństwa. Nie jest też kimś nieśmiertelnym ani wszechpotężnym. To po prostu osoba wybrana do reprezentowania społeczności magów. Ktoś, kto przemawia w ich imieniu, podejmuje najważniejsze decyzje organizacyjne i jest łącznikiem między światem magii a światem zwykłych ludzi.

Podobny system funkcjonuje w większości królestw. Każde większe państwo posiada swojego Wielkiego Maga. Czasami jest nim najpotężniejszy czarodziej w kraju, czasami najbardziej doświadczony, a czasami po prostu ktoś, kto potrafi znosić niekończące się spotkania i rozmowy. I uwierzcie mi, ta ostatnia umiejętność jest znacznie rzadsza, niż mogłoby się wydawać.

Obecnym Wielkim Magiem Elorii jest Lord Andorius, mag wody. Człowiek niezwykle spokojny, opanowany i rozsądny. Z tego, co wiem, posiada ogromną wiedzę magiczną, ale nigdy nie należał do tych magów, którzy muszą wszystkim udowadniać swoją siłę przy każdej okazji. To akurat cecha, którą wielu młodych czarodziejów mogłoby od niego przejąć. Magia nie staje się potężniejsza tylko dlatego, że ktoś podpali większy kawałek lasu podczas pokazu.

Wielcy Magowie wszystkich królestw tworzą Zakon Magii. Nazwa brzmi bardzo poważnie, niemal jak organizacja rycerzy strzegących starożytnych sekretów. W praktyce jest to jednak przede wszystkim najstarsza magiczna instytucja polityczna na kontynencie. Raz do roku Wielcy Magowie spotykają się na wspólnym zgromadzeniu i omawiają najważniejsze sprawy świata magii. Ustalają zasady, podpisują porozumienia, wymieniają informacje, regulują kwestie dotyczące nauki młodych magów i czasami próbują rozwiązać konflikty, zanim przerodzą się w coś większego.

Czy jest to ważne? Oczywiście. Czy bywa nudne? Również oczywiście. Polityka magiczna niewiele różni się od zwykłej polityki. Tyle że zamiast ludzi kłócących się o granice i podatki, mamy magów kłócących się o granice użycia zaklęć i zasady dotyczące tworzenia magicznych artefaktów. Przyznam szczerze, że przez pierwsze dwieście lat obserwowania tego wszystkiego uważałem to za niezwykle interesujące. Po kolejnych stu zacząłem doceniać uroki snu.

W systemie tym dyrektorzy najważniejszych ośrodków magicznych podlegają właśnie Wielkim Magom. Dlatego też Venegas, dyrektor Obozu Magów Elorien, formalnie odpowiada przed Lordem Andoriusem. Nie oznacza to jednak, że między nimi istnieje jakaś sztywna wojskowa hierarchia. Obaj są przede wszystkim współpracownikami. Andorius wyznacza ogólny kierunek działania magów w królestwie, a Venegas odpowiada za codzienne funkcjonowanie największego ośrodka szkoleniowego.

I właśnie tutaj dochodzimy do największej zmiany, jaka zaszła przez ostatnie stulecia. Magia została uporządkowana. Sformalizowana. Ograniczona zasadami.

W dawnych czasach magowie byli znacznie bardziej niezależni. Podróżowali samotnie, tworzyli własne szkoły, eksperymentowali z zaklęciami, których dzisiaj prawdopodobnie nie pozwolono by im nawet zapisać w księdze. Nie znaczy to, że dawni magowie byli wyłącznie bohaterami. Nie byli. Wielka potęga bez żadnej kontroli często prowadzi do katastrofy. Historia zna przypadki czarodziejów, którzy uznali, że ich wiedza daje im prawo decydowania o losie innych.

Dlatego powstały zasady. Magowie mają pomagać ludziom. Chronić ich przed zagrożeniami magicznymi. Walczyć ze stworzeniami, których zwykli wojownicy nie są w stanie pokonać. Wspierać królestwa podczas wojen, kiedy ich umiejętności mogą uratować tysiące istnień. Nie mogą wykorzystywać magii do zdobywania władzy, niszczenia przeciwników politycznych ani przeprowadzania niebezpiecznych eksperymentów bez zgody odpowiednich władz.

I przez długi czas działało to całkiem dobrze. Problem polega na tym, że świat zaczął się zmieniać. Magicznych stworzeń jest coraz mniej. Niektóre zostały pokonane przez ludzi, inne wycofały się w dzikie zakątki świata, a jeszcze inne po prostu wyginęły. Potwory, które kiedyś były codziennym zagrożeniem dla całych wiosek, dziś są rzadkością. Czasy wielkich wojen również minęły. Królestwa nadal mają swoje konflikty, ale od wielu lat kontynent nie widział prawdziwej wojny na ogromną skalę.

A potem pojawił się kolejny problem. Technologia. Ludzie zaczęli tworzyć rzeczy, które wcześniej wymagały magii. Lepsze narzędzia, bardziej skuteczną broń, bardziej zaawansowane maszyny. Nie zastąpiły one oczywiście czarodziejów całkowicie, ale sprawiły, że magia przestała być jedyną odpowiedzią na każdy problem. Kiedyś wioska zagrożona powodzią błagała maga wody o pomoc. Teraz buduje tamy. Kiedyś potrzebowano maga ognia, aby rozgrzać wielką kuźnię. Teraz istnieją piece, które mogą działać bez niego.

Kiedyś mag był kimś, kogo ludzie oglądali z podziwem i odrobiną strachu. Teraz jest częścią społeczeństwa. I właśnie to jest największa różnica. Dawni magowie byli tajemnicą. Byli legendą. Ludzie opowiadali o nich historie przy ogniskach. Władcy zabiegali o ich względy. Samotny czarodziej przemierzający świat mógł stać się bohaterem albo postrachem całych krain. Dzisiejszy mag często jest nauczycielem, doradcą, badaczem albo specjalistą od spraw, których większość ludzi nie rozumie.

Czy to źle? Nie. Przynajmniej nie w mojej opinii. Świat się zmienia. Zawsze się zmieniał. Magia nie zniknęła tylko dlatego, że ludzie nauczyli się budować lepsze mosty albo tworzyć skuteczniejsze narzędzia. Jednak dla niektórych właśnie ta zmiana była początkiem upadku.

Dodatkowo przed wiekami zdecydowano się pozwolić magom zawierać małżeństwa ze zwykłymi ludźmi. Początkowo budziło to ogromne kontrowersje, ale z czasem stało się czymś normalnym. Efekt był oczywisty. Liczba osób posiadających zdolności magiczne zaczęła rosnąć. Magia przestała być zamkniętą dziedziczoną tajemnicą kilku rodów. Stała się czymś znacznie bardziej powszechnym.

I tak wygląda dzisiejszy świat magów. Świat uporządkowany. Bezpieczniejszy. Bardziej otwarty. Ale jednocześnie mniej tajemniczy. Mniej dziki. Mniej podobny do tego, który pamiętam. I wygląda na to, że nie wszystkim magom taka zmiana się spodobała. Niektórzy patrzą na obecne czasy i widzą rozwój. Inni widzą upadek. A nasz mag cienia najwyraźniej należy do tej drugiej grupy.

Skoro wyjaśniłem już trochę, jak wygląda współczesny świat magów, myślę, że jest to dobry moment, aby wrócić na chwilę do miejsca, od którego właściwie cała ta historia się rozpoczęła. Do Elorien. Do Obozu Magów. W końcu przez ostatnie tygodnie niemal całkowicie skupiłem się na losach naszej szóstki młodych czarodziejów, a przecież życie w obozie nie zatrzymało się tylko dlatego, że kilku absolwentów wyruszyło w góry. Magowie nadal uczyli się, trenowali, prowadzili badania i zajmowali się codziennymi sprawami. O tym wszystkim dowiedziałem się dopiero po powrocie do Elorien, gdy zakończyła się moja własna podróż z bohaterami. Oczywiście moja pamięć jest bardzo dobra, ale nawet ja nie potrafię być jednocześnie w dwóch miejscach. Choć muszę przyznać, że możliwość przemiany w muchę czasami daje człowiekowi naprawdę imponujące możliwości.

Początkowo po wyjeździe młodych magów w obozie panowała atmosfera, którą można było określić jednym słowem: ekscytacja. W końcu nie codziennie świeżo upieczeni absolwenci otrzymują pierwszą samodzielną misję związaną z możliwą obecnością demonów. Przez kilka dni ich wyprawa była głównym tematem rozmów. Uczniowie snuli własne teorie, nauczyciele dyskutowali o tym, jak trudne może być zadanie, a starsi magowie zastanawiali się, czy rzeczywiście mają do czynienia z poważnym zagrożeniem, czy może jedynie z pojedynczym przypadkiem.

Jednak życie, jak to zwykle bywa, szybko wróciło do normalności. Nowy rok nauki rozpoczął się zgodnie z planem. Do Elorien przybyli kolejni młodzi adepci, pełni ambicji, nerwów i przekonania, że właśnie oni zostaną największymi magami w historii. Obserwowałem takich uczniów już wiele razy. Każde pokolenie jest przekonane, że jest wyjątkowe. Niektóre rzeczy naprawdę nigdy się nie zmieniają. Zajęcia ruszyły, biblioteki ponownie zapełniły się studentami, na placach treningowych zaczęły pojawiać się pierwsze popisy początkujących magów, a nauczyciele szybko przypomnieli sobie, dlaczego przez kilka miesięcy wakacji tak bardzo czekali na ciszę. Obozowe życie znów zaczęło płynąć swoim zwykłym rytmem.

Nie oznaczało to jednak, że wszyscy zapomnieli o wydarzeniach w Górach Srebrzystych. Venegas pozostawał czujny. Dyrektor Elorien nie należał do ludzi, którzy łatwo wpadają w panikę, ale też nigdy nie ignorował zagrożeń. Otwarcie Portalu Demonów było wydarzeniem, którego nie można było po prostu odłożyć na półkę z napisem „dziwne, ale prawdopodobnie niegroźne”. Każdy raport analizowano dokładnie, a zwiadowcy regularnie sprawdzali okolice północnych szlaków.

Przez pewien czas jednak nie pojawiały się żadne nowe informacje. Żadnych kolejnych ataków. Żadnych potwierdzonych śladów demonów. Żadnych wiadomości z twierdzy. Jeden ze zwiadowców wspomniał jedynie przy okazji powrotu z patrolu, że widział grupę młodych magów podróżujących w stronę Dalewood. Nie było w tym nic niezwykłego, zwłaszcza że wiedzieliśmy o ich misji. W tamtym momencie była to jednak jedyna informacja dotycząca ich wyprawy.

A potem zaczęły pojawiać się inne wieści. Początkowo były to tylko pogłoski. Kilku magów miało zaginąć w Grand Elorid. Potem liczba ta zaczęła rosnąć. Brakowało szczegółów, brakowało wyjaśnień, ale sam fakt był wystarczająco niepokojący.

Magowie nie znikają bez powodu. Zwłaszcza w stolicy. Venegas natychmiast skontaktował się z Lordem Andoriusem. Odpowiedź Wielkiego Maga była uspokajająca, choć nie rozwiewała wszystkich obaw. Andorius zapewniał, że prowadzi własne dochodzenie i że sytuacja w Grand Elorid znajduje się pod kontrolą. Jednocześnie jasno zaznaczył, że Elorien powinno pozostać bezpieczne i nie podejmować pochopnych działań.

Była to rozsądna decyzja. Ale rozsądek nie zawsze uspokaja ludzi, którzy czują, że coś złego nadchodzi. Kilka dni później do Elorien dotarł kolejny posłaniec. Tym razem z wiadomościami znacznie poważniejszymi. Przybył z odległej Krainy Demonów.

Opowieść była długa i trudna do uwierzenia. Cienisty smok. Zdrada magów. Przerwana obrona. Ucieczka jednego z najgroźniejszych stworzeń, jakie istniały na kontynencie. Grupa buntowników, którzy pozostawili po sobie jedynie tajemniczy napis o nadejściu nowej ery magów.

Po otrzymaniu tych informacji Elorien natychmiast zmieniło sposób działania. Obóz nie został zamknięty, ale podniesiono poziom bezpieczeństwa. Wzmocniono magiczne bariery, zwiększono liczbę patroli i ograniczono wszystkie niepotrzebne wyprawy poza teren obozu. Nie dlatego, że ktoś spodziewał się natychmiastowego ataku, lecz dlatego, że po raz pierwszy pojawiło się realne pytanie: ilu właściwie jest przeciwników?

Bunt w Krainie Demonów nie był zwykłym wydarzeniem. Ktoś musiał przygotować tę zdradę. Ktoś musiał przekonać grupę magów, by wystąpili przeciwko swoim własnym ludziom. A to oznaczało, że problem był większy niż pojedynczy smok czy kilka demonów.

Kilka dni później przybył kolejny posłaniec. Tym razem z twierdzy. Dopiero wtedy Venegas poznał pełny obraz sytuacji. Dowiedział się o tajemniczej cienistej postaci, o demonach wypuszczonych przez portal, o liście będącym wyzwaniem, o młodych magach, którzy zostali wciągnięci w tę grę, a także o ich dotychczasowych działaniach. O walce w kopalni, o pokonaniu cienistego byka i o planach przygotowanych wraz z Zheronem.

I właśnie wtedy Venegas podjął decyzję. Nie mógł dłużej pozostawać w Elorien. Nie dlatego, że przestał ufać swoim ludziom. Wręcz przeciwnie. Wiedział, że obóz jest dobrze chroniony. Wiedział też jednak, że sprawy zaszły zbyt daleko, aby obserwować je jedynie z bezpiecznej odległości.

Wybrał dwóch magów, którzy mieli mu towarzyszyć. Pierwszą była Luxera, magini światła. Doświadczona, spokojna i niezwykle precyzyjna w swojej dziedzinie. Nie należała do tych, którzy rzucają najpotężniejsze zaklęcie jako pierwsze. Należała do tych, którzy rzucają właściwe zaklęcie we właściwym momencie. A to często jest znacznie cenniejsze. Drugim był Flavius, mag wody. Weteran wielu wypraw i człowiek, który potrafił zachować zimną krew nawet wtedy, gdy sytuacja dawno przestała być spokojna. Dosłownie i w przenośni.

Razem opuścili Elorien i ruszyli w kierunku Gór Srebrzystych. Nie wiedzieli, co dokładnie zastaną w twierdzy. Nie wiedzieli, czy Zheron nadal będzie prowadził przygotowania. Nie wiedzieli nawet, czy młodzi magowie zdążyli już rozpocząć realizację swojego planu. Ale wiedzieli jedno. Jeśli wydarzy się coś złego, lepiej być tam zbyt wcześnie niż przybyć o jeden dzień za późno.

Kończąc tę krótką podróż po świecie, który przez ostatnie dni stał się znacznie większy niż kilka górskich ścieżek i jedna twierdza, mogę wreszcie wrócić do właściwych wydarzeń. Przyznam, że czasami mam skłonność do zbaczania z głównej opowieści. Po ponad ośmiuset latach obserwowania świata człowiek zaczyna doceniać szczegóły. Jedna mapa potrafi przypomnieć mi historię całego królestwa, jedna stara ruina przywołuje wspomnienia ludzi, którzy dawno zamienili się w proch, a jedna rozmowa magów może prowadzić do rozważań o całych epokach. Niestety, moi drodzy czytelnicy, obawiam się, że gdybym opisywał każdą taką rzecz, ta kronika nigdy by się nie skończyła. A biorąc pod uwagę, jak wiele jeszcze miało się wydarzyć, może lepiej było nie przeciągać jej bardziej niż to konieczne.

W Elorien i w innych zakątkach kontynentu trwały przygotowania, ale mnie najbardziej interesowała oczywiście szóstka młodych magów, która wciąż znajdowała się w twierdzy. To oni stali się centrum wydarzeń, choć jeszcze niedawno byli jedynie świeżo upieczonymi absolwentami wysłanymi na pierwszą misję. Teraz jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Nie byli już tylko zwiadowcami poszukującymi demonów. Stali się częścią znacznie większego konfliktu, którego rozmiaru jeszcze do końca nie rozumieli.

Dzień po naradzie minął stosunkowo spokojnie. Oczywiście słowo „spokojnie” w twierdzy pełnej magów, którzy przygotowują się na spotkanie z cienistą smoczycą, może mieć nieco inne znaczenie niż dla zwykłego człowieka. Nie było jednak żadnych alarmów, żadnych ataków ani nowych wiadomości. Był to czas ostatnich przygotowań.

Magowie sprawdzali wyposażenie, uzupełniali zapasy i przygotowywali rzeczy, które mogły okazać się potrzebne podczas dłuższego pobytu poza murami twierdzy. Zheron wraz ze swoimi ludźmi organizował dodatkowe wsparcie, choć wszyscy wiedzieli, że najważniejszym elementem planu nie będzie liczba wojowników, lecz odpowiednie miejsce i odpowiedni moment.

Płaskowyż wybrany przez Kadir stał się centrum wszystkich przygotowań. Miejsce znajdowało się na skraju Gór Srebrzystych, niedaleko jednej z większych gór. Nie było to przypadkowe miejsce. Sama natura stworzyła tam coś, co mogło dać magom przewagę. Wysokie formacje skalne na płaskowyżu ograniczały możliwość swobodnego poruszania się ogromnej istoty, a znajdujące się w górze jaskinie mogły zapewnić schronienie i punkt obserwacyjny. Nie była to twierdza ani prawdziwa pułapka, ale w starciu z cienistym smokiem każda przewaga mogła okazać się bezcenna.

Następnego dnia mieli wyruszyć. Nie na poszukiwania. Nie na zwiad. Tym razem mieli udać się tam, aby czekać. Na smoka.

Najbardziej niepokojące było to, że tak naprawdę nie wiedzieli, czego się spodziewać. Wiedzieli, że stworzenie jest potężne. Wiedzieli, że zostało zmienione przez czarną magię. Wiedzieli, że prawdopodobnie szuka swojego potomka. Ale cała reszta pozostawała tajemnicą.

Czy zaatakuje natychmiast? Czy da się zwabić? Czy rozpozna Demonka? Czy w ogóle będzie możliwe rozwiązanie tej sytuacji inaczej niż walką?

Tych pytań było więcej niż odpowiedzi.

A gdzieś daleko, poza górami, poza granicami Elorii i poza zasięgiem ich wzroku, ktoś jeszcze obserwował rozwój wydarzeń. Cienista postać. Mag, który rozpoczął tę grę. I który najwyraźniej bardzo chciał zobaczyć, jaką decyzję podejmą młodzi magowie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania