Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 15

Następny dzień upłynął pod znakiem odpoczynku, choć z doświadczenia mogę powiedzieć, że istnieją dwa rodzaje odpoczynku. Pierwszy polega na tym, że człowiek rzeczywiście odzyskuje siły. Drugi na tym, że wszyscy uparcie powtarzają, iż odpoczywają, podczas gdy przez cały dzień robią wszystko poza odpoczynkiem. W twierdzy zdecydowanie dominował ten drugi. Od samego rana dziedziniec ponownie zapełnił się żołnierzami, magami i zwiadowcami, którzy ćwiczyli, naprawiali sprzęt, przygotowywali zapasy albo analizowali mapy okolicznych terenów. Czwórka młodych magów również nie miała zamiaru bezczynnie siedzieć w swoich komnatach. Lucien niemal natychmiast zameldował się na placu treningowym, gdzie przez kilka godzin doskonalił kontrolę nad ogniem. Tym razem jednak nie próbował tworzyć widowiskowych eksplozji ani imponować żołnierzom. Skupiał się na precyzji. Ogień pojawiał się tylko na chwilę, formował niewielkie płomienie, które gasły dokładnie wtedy, gdy Lucien tego chciał. Od czasu do czasu marszczył brwi i zaczynał ćwiczenie od nowa, najwyraźniej wracając myślami do wydarzeń z poprzedniego dnia. Bram, ku powszechnemu zaskoczeniu, również pojawił się na placu. Co prawda narzekał przez pierwsze kilka minut, że odpoczynek powinien polegać na odpoczywaniu, a nie na dźwiganiu kamieni, lecz ostatecznie rozpoczął trening razem z jednym z magów ziemi stacjonujących w twierdzy. Filius niemal cały poranek spędził w twierdzowej szklarni oraz niewielkim ogrodzie zielarskim. Pomagał miejscowym uzdrowicielom przygotowywać maści i napary dla rannych, przy okazji wypytując ich o właściwości roślin rosnących wysoko w górach. Laeria natomiast ćwiczyła na murach twierdzy lewitację. Jeszcze kilka dni wcześniej każdy taki trening kończył się frustracją. Teraz coraz pewniej unosiła się nad kamiennym chodnikiem, utrzymując się w powietrzu przez kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt sekund. Nie były to jeszcze umiejętności, którymi można byłoby imponować mistrzom magii powietrza, ale wystarczyło spojrzeć na jej twarz, by zrozumieć, że dla niej oznaczały znacznie więcej niż zwykłe zaklęcie. Kadir i Zhana pozostawały jeszcze pod opieką medyków, choć obie czuły się już wyraźnie lepiej. Kadir, zgodnie ze swoim zwyczajem, większość czasu spędzała nad księgami dotyczącymi demonów i dawnych wypraw w Góry Srebrzyste, sporządzając notatki na marginesach. Zhana natomiast rozpoczęła lekkie ćwiczenia ruchowe pod okiem uzdrowicieli. Była wyraźnie niezadowolona z konieczności oszczędzania się, ale nawet ona musiała przyznać, że po kopnięciu cienistego byka organizm potrzebował więcej niż jednego dnia, by wrócić do pełni sił. W południe cała szóstka spotkała się w sali narad, gdzie Zheron wraz ze zwiadowcami omawiał plan kolejnej ekspedycji. Rozłożone na stole mapy pokrywały się coraz większą liczbą zaznaczonych tras patroli, jednak wszystkie prowadziły do tego samego wniosku. O ostatnim demonie nie wiedziano właściwie nic. Nie pojawiły się nowe ślady, nie odnotowano ataków na ludzi ani zwierzęta, nie znaleziono pozostałości demonicznej energii. Jak zauważył jeden ze zwiadowców, znacznie łatwiej było tropić stworzenie, które chciało być odnalezione. To ostatnie najwyraźniej nie miało takiego zamiaru. Ustalono więc, że następnego dnia patrole ponownie wyruszą w różne części gór, rozszerzając obszar poszukiwań. Młodzi magowie mieli ponownie działać samodzielnie, choć tym razem otrzymali dokładniejsze mapy oraz możliwość wezwania wsparcia za pomocą sygnałów świetlnych. Kiedy narada dobiegła końca, temat rozmowy zmienił się niemal natychmiast. Nie chodziło już o ostatniego demona. Chodziło o tego, który od kilku dni siedział spokojnie w lochu. Coraz więcej osób zadawało to samo pytanie. Skoro tajemniczy mag cienia wyraźnie powiedział, że mały Demonek jest częścią próby, co właściwie należało z nim zrobić? Niektórzy strażnicy uważali, że sprawę należy zakończyć natychmiast. Inni proponowali dalsze obserwacje. Sam Zheron unikał wydania ostatecznej decyzji, najwyraźniej licząc, że najpierw uda się odnaleźć ostatniego z demonów. Najbardziej stanowcze zdanie miał jednak Filius. Kiedy podczas wspólnego posiłku jeden z młodszych żołnierzy mimochodem zapytał, czy zamierzają w końcu „załatwić tego małego potworka”, mag natury odłożył łyżkę i po raz pierwszy od dawna odpowiedział z wyraźną stanowczością. Oświadczył, że dopóki Demonek nikogo nie zaatakował i spokojnie siedzi zamknięty w celi, nie zgodzi się na jego zabicie. Lucien nie próbował się z nim spierać, choć było widać, że nie jest już tak pewny swojego stanowiska jak wcześniej. Bram tylko westchnął i stwierdził, że sytuacja robi się coraz dziwniejsza, bo jeszcze tydzień temu wszyscy byli zgodni, że demony należy likwidować bez zastanowienia, a teraz połowa twierdzy prowadzi dyskusję o prawach jednego małego, czarnego stworka, który nie potrafi nawet zjeść suchara bez oplucia go czarną mazią. Ku mojemu rozbawieniu kilku żołnierzy parsknęło śmiechem, choć temat bynajmniej nie był zabawny. Patrzyłem na nich wszystkich z belki pod sufitem jadalni i doszedłem do wniosku, że tajemniczy mag cienia osiągnął już jeden ze swoich celów. Nie chodziło nawet o same demony. Chodziło o wątpliwości. Jeszcze kilka dni wcześniej odpowiedzi wydawały się oczywiste. Teraz każda z nich rodziła kolejne pytania. A nic nie potrafi bardziej zmęczyć człowieka niż dzień spędzony na szukaniu odpowiedzi, których nikt nie jest w stanie udzielić.

Wieczór zapowiadał się wyjątkowo spokojnie. Twierdza powoli cichła po całym dniu ćwiczeń, narad i przygotowań do kolejnej wyprawy. Na murach zmieniały się warty, z kuźni dobiegały już tylko pojedyncze uderzenia młota, a większość żołnierzy zajmowała się tym, czym żołnierze zajmują się od tysięcy lat po zakończonym dniu służby – jedni jedli późną kolację, inni grali w kości, jeszcze inni po prostu próbowali zasnąć, zanim kolejny dzień ponownie wyrwie ich z łóżek przed świtem. Młodzi magowie również rozeszli się do swoich komnat. Lucien najwyraźniej zamierzał jeszcze przez chwilę studiować mapy, Bram bez najmniejszych wyrzutów sumienia położył się spać niemal natychmiast, Filius przed snem odwiedził jeszcze Demonka w lochu, upewniając się, że stworzenie ma wodę i nic złego się z nim nie dzieje, Laeria siedziała przy oknie, wpatrując się w nocne niebo, Kadir zaczytała się w kolejnej księdze, a Zhana, choć coraz bardziej odzyskiwała siły, zgodnie z zaleceniami medyków również postanowiła wcześniej odpocząć. Wszystko wskazywało na to, że będzie to pierwszy naprawdę spokojny wieczór od wielu dni. Oczywiście właśnie wtedy los uznał, że najwyższy czas to zmienić.

Siedziałem akurat na kamiennym gzymsie jednej z wież, korzystając z przyjemnie chłodnego wieczornego powietrza, gdy na górskiej drodze prowadzącej do twierdzy dostrzegłem samotnego jeźdźca. Nie zwróciłbym na niego większej uwagi, gdyby nie tempo, z jakim pędził konia. Zwierzę było całe spienione, a jeździec nawet nie próbował go oszczędzać. To nigdy nie oznaczało niczego dobrego. Zdążyłem już zauważyć pewną prawidłowość. Ludzie rzadko galopują przez pół królestwa po to, by przekazać komuś dobre wiadomości.

Natychmiast wzbiłem się w powietrze. Strażnicy przy bramie zauważyli posłańca na długo przed jego przybyciem i już czekali z uchyloną kratą. Mężczyzna niemal zeskoczył z konia, oddając wodze pierwszemu lepszemu żołnierzowi, i bez chwili odpoczynku ruszył przez dziedziniec. Kurz pokrywający jego płaszcz oraz błoto na butach świadczyły o tym, że jechał bez dłuższych postojów. Oddychał ciężko, ale ani razu się nie zatrzymał. Przeleciałem tuż nad jego ramieniem, korzystając z tego, że ludzie wyjątkowo rzadko zwracają uwagę na muchy. To jedna z największych zalet bycia owadem. Drugą jest możliwość podsłuchiwania praktycznie wszystkiego.

Posłaniec został natychmiast zaprowadzony do komnat dowódcy. Zheron nie spał. Siedział jeszcze przy biurku zawalonym mapami i raportami, najwyraźniej analizując trasy jutrzejszych patroli. Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz przybysza, by odłożył pióro.

— Co się stało?

Nie usłyszałem odpowiedzi. Nie dlatego, że posłaniec nie odpowiedział. Po prostu mówił zbyt cicho. Zheron zmienił wyraz twarzy niemal natychmiast. Nie wyglądał na przestraszonego. Doświadczeni dowódcy rzadko okazują strach. Ale wyglądał na człowieka, który właśnie usłyszał coś, czego bardzo nie chciał usłyszeć. Bez słowa podszedł do drzwi i wydał krótki rozkaz strażnikowi stojącemu na korytarzu.

Kilka minut później do komnaty zaczęli schodzić się najważniejsi oficerowie twierdzy oraz doradcy Zherona. Znałem większość z nich przynajmniej z widzenia. Żaden nie zadawał pytań. Sam fakt, że zostali wezwani o tej porze, mówił wystarczająco wiele.

Usiadłem na drewnianej belce pod sufitem. To było doskonałe miejsce. Z jednej strony widziałem wszystkich. Z drugiej nikt nie widział mnie. Posłaniec stał pośrodku pomieszczenia. Zdążył już napić się wody, lecz nadal oddychał ciężej niż powinien. Przez krótką chwilę panowała zupełna cisza. Każdy czekał, aż Zheron da znak do rozpoczęcia.

Dowódca powoli rozejrzał się po zgromadzonych.

— Wszyscy są?

Jeden z oficerów skinął głową. Zheron ponownie spojrzał na posłańca.

— Dobrze.

Jego głos był spokojny.

— Opowiedz wszystko od początku.

W komnacie zapanowała cisza tak głęboka, że przez moment słyszałem jedynie trzask drewna płonącego w kominku i cichy szelest własnych skrzydeł.

Posłaniec przez chwilę milczał, jakby próbował uporządkować wydarzenia, których sam najwyraźniej wciąż nie potrafił do końca zrozumieć. W pomieszczeniu panowała cisza. Nawet Zheron nie przerywał. W końcu mężczyzna nabrał powietrza i rozpoczął swoją relację. Wszystko zaczęło się około miesiąca temu w Krainie Demonów. Samo wypowiedzenie tej nazwy wystarczyło, by kilku obecnych magów odruchowo spojrzało po sobie. Większość ludzi wiedziała o jej istnieniu jedynie z podręczników historii. Dla zwykłych mieszkańców królestwa była niemal legendą. Istniała naprawdę, lecz od stuleci pozostawała odizolowana od reszty świata dzięki zaklęciom, pieczęciom i nieustannej pracy magów strzegących granic. Posłaniec opowiedział, że jeden z patroli zauważył wówczas nietypowe zachowanie bardzo starego i niezwykle niebezpiecznego demona – cienistej smoczycy. Nie był to prawdziwy smok, lecz istota, która przed wiekami została tak głęboko skażona czarną magią, że zatraciła niemal wszystkie cechy swojego dawnego gatunku. Stała się demonem. Potężnym, inteligentnym i wyjątkowo trudnym do powstrzymania. Kilka lat wcześniej zwiadowcy zauważyli, że nosiła potomstwo. Potem zniknęła. Przez długi czas nikt jej nie widział, aż nagle pojawiła się ponownie. Jednak coś było z nią nie tak. Nie zachowywała się jak wcześniej. Nie patrolowała swojego terytorium ani nie polowała. Nieustannie przemieszczała się po ogromnych obszarach krainy, jakby czegoś rozpaczliwie szukała. Z czasem stała się agresywna nawet wobec innych demonów, co samo w sobie było zjawiskiem niezwykle rzadkim. Demony zazwyczaj nie tworzyły stad ani społeczeństw, ale również nie walczyły ze sobą bez wyraźnego powodu. Każde zajmowało własne terytorium i ignorowało pozostałe. Cienista smoczyca zaczęła jednak przepędzać, atakować, a nawet zabijać stworzenia, które znalazły się na jej drodze. Magowie obserwowali wszystko z narastającym niepokojem, jednak prawdziwy problem pojawił się dopiero kilka dni później. Smoczyca skierowała się ku zewnętrznym barierom otaczającym Krainę Demonów. Początkowo uznano to za przypadek. Potem za zwykły atak. W końcu stało się jasne, że demon świadomie próbuje wydostać się poza granice więzienia, które od wieków oddzielało jego świat od świata ludzi. Rozpoczęły się kolejne szturmy. Potężne uderzenia pazurów, ogony rozbijające skały i fale mrocznej energii raz po raz uderzały w magiczne bariery. Zaklęcia jednak wytrzymywały. Strażnicy natychmiast wzmacniali osłabione fragmenty ochrony, a magowie wspierali pieczęcie dodatkowymi zaklęciami. Sytuacja pozostawała pod kontrolą. Nie była łatwa, lecz wszystko wskazywało na to, że z czasem uda się zmusić smoczycę do wycofania. Dowództwo zdecydowało jedynie o zwiększeniu liczby strażników i sprowadzeniu dodatkowych magów. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego nikt nie przewidział. Posłaniec zamilkł na moment. Nawet ja poczułem, że atmosfera w komnacie nagle zrobiła się cięższa. Mężczyzna powoli opowiedział o zdradzie. Podczas jednego z kolejnych ataków cienistej smoczycy, gdy wszyscy magowie skupiali się na wzmacnianiu barier, część obrońców niespodziewanie odwróciła się przeciwko własnym towarzyszom. Nie padły żadne ostrzeżenia. Nie było sporów ani negocjacji. Pierwsze zaklęcia wymierzone zostały w plecy ludzi, z którymi jeszcze chwilę wcześniej wspólnie bronili granicy. W jednej chwili wybuchł chaos. Obrońcy znaleźli się między atakującą smoczycą a własnymi braćmi. Wielu zginęło, zanim w ogóle zrozumiało, co się dzieje. Ci, którzy przeżyli pierwsze uderzenie, próbowali utrzymać bariery, jednocześnie walcząc ze zdrajcami. Nie mieli szans. Zbuntowani magowie doskonale wiedzieli, które pieczęcie należało osłabić. Kilka precyzyjnych zaklęć wystarczyło, by w jednym miejscu naruszyć strukturę ochrony. To właśnie na ten moment czekała cienista smoczyca. Uderzyła z całą swoją potęgą. Bariera pękła. Demon przedarł się na zewnątrz. Według świadków nie zaatakował żadnego z magów. Nie zatrzymał się nawet na chwilę. Natychmiast wzbił się w powietrze i odleciał, znikając za horyzontem, zanim ktokolwiek był w stanie rozpocząć pościg. Od tamtej chwili nikt jej już nie widział. Nikt nie wiedział, dokąd poleciała. A wszyscy obecni doskonale rozumieli, co oznacza pozostawienie na wolności istoty tej klasy. To nie był demon napadający na pojedynczych podróżnych ani bestia polująca na owce. Cienista smoczyca mogła w ciągu kilku minut obrócić w popiół całą osadę, a jeśli naprawdę kierowała się jakimś konkretnym celem, liczba ofiar mogła okazać się niewyobrażalna. Zdradzieccy magowie również zniknęli. Nie ścigano ich od razu, ponieważ wszyscy pozostali walczyli o utrzymanie reszty barier. Na miejscu odnaleziono jedynie niewielki fragment pergaminu. Posłaniec wyjął z torby starannie zabezpieczony skrawek i położył go na stole przed Zheronem. Widniało na nim zaledwie jedno zdanie, zapisane pewnym, równym charakterem pisma. „Niech żyje wielka magia — nadeszła era magów.” W komnacie nikt się nie poruszył. Ja również zamarłem na swojej belce. Bo choć słowa same w sobie brzmiały niemal jak hasło jakiegoś fanatycznego stowarzyszenia, to nie mogłem przestać myśleć o kimś innym. O człowieku, który otworzył Portal Demonów. O człowieku, który mówił o odrodzeniu potężnych magów. O człowieku, który uważał współczesny świat za słaby. Im dłużej słuchałem relacji posłańca, tym bardziej zaczynałem się obawiać, że wszystkie te wydarzenia nie są serią przypadków.

Przez dłuższą chwilę po zakończeniu relacji nikt nie zabrał głosu. W komnacie panowała cisza, której nie przerywał nawet trzask drewna w kominku. Każdy z obecnych próbował poukładać w głowie informacje, które właśnie usłyszał. Otwarty Portal Demonów, tajemniczy mag cienia, cztery wypuszczone demony, zdrada magów w Krainie Demonów i ucieczka cienistej smoczycy. Jeszcze kilka tygodni wcześniej każde z tych wydarzeń samo w sobie wystarczyłoby, aby zapisać je w kronikach. Teraz wszystkie zaczynały układać się w jeden, wyjątkowo niepokojący obraz. To właśnie najbardziej mnie martwiło. Przez osiemset lat nauczyłem się, że największe katastrofy niemal nigdy nie zaczynają się od jednego wielkiego wydarzenia. Zaczynają się od wielu pozornie niezależnych problemów, które pewnego dnia okazują się częścią tej samej układanki.

To Zheron przerwał ciszę jako pierwszy.

— Musimy założyć, że wiadomość jest prawdziwa.

Nikt nie zaprotestował.

— Nawet jeśli cienista smoczyca nie pojawi się w Królestwie Elorii, pozostaje zagrożeniem dla ludzi. Nie możemy udawać, że to nie nasz problem tylko dlatego, że wydarzyło się daleko stąd.

Dowódca straży skinął głową.

— Do Krainy Demonów jest ponad miesiąc drogi.

— Wiem.

— Nawet na najlepszych koniach.

— Wiem.

Zheron przez chwilę wpatrywał się w mapę kontynentu.

— Mimo to wyślemy ekspedycję.

Kilku obecnych spojrzało na niego z zaskoczeniem.

— Nie po to, żeby ścigać smoczycę.

Położył palec na zaznaczonym miejscu odpowiadającym Krainie Demonów.

— Tamtejsi magowie właśnie ponieśli ogromne straty. Potrzebują ludzi bardziej niż kiedykolwiek. Wyślemy doświadczonych magów, którzy pomogą utrzymać bariery i zastąpią poległych. Razem z nimi pojadą zwiadowcy. Nie będą pilnować pieczęci. Będą współpracować z patrolami z innych królestw. Jeśli gdziekolwiek pojawi się ślad smoczycy, każda para doświadczonych oczu będzie miała znaczenie.

Jeden z dowódców oparł dłonie o stół.

— A jeśli odnajdą ją pierwsi?

— Wtedy zrobią to, co zawsze robią zwiadowcy.

— Czyli?

— Przeżyją na tyle długo, żeby przekazać wiadomość.

Kilku magów wymieniło ponure spojrzenia. Nie była to odpowiedź, która napawała optymizmem. Była jednak uczciwa. Po chwili rozmowa zeszła na temat znacznie bardziej niepokojący.

— Zdrada — powiedziała cicho jedna z magiń. — Dlaczego?

Nikt nie odpowiedział od razu. Jeden z magów odezwał się dopiero po chwili.

— Magowie nie odwracają się przeciwko własnym ludziom bez powodu.

— Chyba że ktoś da im powód — odparł dowódca straży.

— Albo ideę — dodał Zheron.

Znów zapadła cisza. Ja już znałem odpowiedź, która za chwilę miała paść. A właściwie tylko przypuszczenie.

— Czy to możliwe... — zaczął jeden z doradców. — ...że ci zdrajcy mają związek z człowiekiem, który otworzył Portal Demonów?

To pytanie zawisło nad stołem niczym ciężka burzowa chmura. Zheron nie odpowiedział od razu.

— Nie wiem.

Po chwili dodał:

— Ale zadaję sobie dokładnie to samo pytanie.

Przeszedł kilka kroków wzdłuż stołu.

— Tajemniczy mag cienia otwarcie mówi o odrodzeniu wielkich magów. Krytykuje współczesny świat. Twierdzi, że obecne pokolenie jest słabe.

Spojrzał na pergamin pozostawiony przez zdrajców.

— "Niech żyje wielka magia. Nadeszła era magów."

Nikt nie musiał niczego dopowiadać. Podobieństwo było aż nazbyt wyraźne.

— Jeśli to przypadek... — powiedział inny mag. — ...to wyjątkowo osobliwy.

— A jeśli nie? — zapytała magini.

Zheron westchnął.

— Wtedy oznacza to, że nie mamy do czynienia z jednym szaleńcem.

To zdanie wywołało większe poruszenie niż cała wcześniejsza relacja.

— Ilu ich może być? — zapytał ktoś z końca stołu.

— Nie wiem.

— Dziesięciu?

— Nie wiem.

— Stu?

— Nie wiem.

— A jeśli są w każdym królestwie?

Tym razem Zheron nie odpowiedział wcale. Bo najwyraźniej sam zadawał sobie dokładnie to samo pytanie. Po chwili wrócił do mapy.

— Ta sprawa wykracza daleko poza możliwości jednej twierdzy.

Wskazał stolicę Królestwa Elorii.

— Jeszcze przed świtem wyjedzie drugi posłaniec.

Jeden z doradców uniósł wzrok.

— Do stolicy?

— Tak.

— Do Wielkiego Maga?

— Tak.

— Otrzyma pełny raport. O demonach. O cienistej postaci. O zdradzie. O ucieczce smoczycy.

Po chwili dodał:

— I jeszcze jeden list.

Spojrzał na posłańca.

— Do dyrektora Venegasa.

Na twarzach kilku obecnych pojawiła się ulga. Jeżeli istniał ktoś, kto powinien znać całą prawdę o wydarzeniach w Elorii, był to właśnie dyrektor Obozu Magów.

— Magowie naszego królestwa muszą działać wspólnie — kontynuował Zheron. — Portal został otwarty tutaj. Smoczyca uciekła tutaj. Nie możemy prowadzić dwóch oddzielnych śledztw. Przez chwilę przesuwał palcem po mapie dalej na zachód i północ.

— A kiedy Wielki Mag otrzyma raport, zaproponuję mu jeszcze jedno.

— Co takiego?

— Niech skontaktuje się z sąsiednimi królestwami.

Kilka osób uniosło głowy.

— Musimy wiedzieć, czy tylko my obserwujemy podobne wydarzenia. Czy tylko u nas pojawiają się dziwne demony. Czy tylko u nas znikają magowie. Czy tylko u nas ktoś głosi podobne idee.

Spojrzał po wszystkich.

— Jeżeli problem jest większy, niż sądzimy, nie możemy odkrywać tego po kawałku.

Przez chwilę znów panowała cisza. Potem odezwał się inny doradca.

— Jest jeszcze jedna sprawa.

— Smoczyca.

— Tak.

— Dlaczego próbowała wydostać się z Krainy Demonów?

Nikt nie znał odpowiedzi.

— Coś znalazła?

— Przed czymś uciekała?

— A może za czymś podąża?

Zheron długo nie odpowiadał. W końcu bardzo powoli pokręcił głową.

— Nie sądzę, żeby uciekała.

Spojrzał na wszystkich obecnych.

— Kilka lat temu była w ciąży.

Nagle cała komnata zamilkła.

— Jeśli zwiadowcy mieli rację...

Położył dłoń na mapie.

— ...to gdzieś istnieje jej młode.

Nikt nie odzywał się przez kilka długich sekund.

— Myśli pan... — zaczął cicho posłaniec.

— Obawiam się — przerwał mu Zheron — że właśnie jego szuka.

Te słowa wystarczyły, by atmosfera zrobiła się jeszcze cięższa. Dowódca twierdzy patrzył nieruchomo na płomień świecy, jakby widział w nim coś, czego pozostali jeszcze nie dostrzegali.

— I mam pewną teorię...

Nie dokończył. Ale po jego twarzy zrozumiałem jedno. Miał już w głowie miejsce, od którego należało zacząć poszukiwania. I sądząc po wyrazie jego oczu, bardzo chciał się mylić.

Przez kilka chwil po słowach Zherona nikt się nie odezwał. Wszyscy patrzyli na mapę, ale miałem wrażenie, że żaden z obecnych już jej nie widział. Ich myśli wyprzedzały kolejne pytania, a każde następne wydawało się gorsze od poprzedniego. Z doświadczenia wiedziałem, że tak właśnie wygląda prawdziwy strach u ludzi, którzy potrafią myśleć. Nie krzyczą. Nie wpadają w panikę. Po prostu zaczynają dostrzegać coraz więcej możliwych konsekwencji.

Zheron pierwszy przerwał ciszę, choć tym razem nie mówił z pewnością człowieka wydającego rozkazy. Mówił jak ktoś, kto dopiero układa elementy układanki. Powiedział, że od chwili usłyszenia relacji posłańca nie potrafi pozbyć się jednej myśli. A jeśli wydarzenia w Krainie Demonów i wydarzenia w Górach Srebrzystych nie tylko są ze sobą powiązane, ale wręcz wzajemnie od siebie zależą? Jeden z doradców natychmiast zapytał, co ma na myśli. Zheron odwrócił się od mapy i bardzo spokojnie przypomniał wszystkim treść listu pozostawionego przez tajemniczego maga cienia oraz jego późniejsze słowa. Cztery demony. Cztery cele. Próba. Wyzwanie dla młodych magów. A potem spojrzał na pergamin leżący na stole i wypowiedział pytanie, którego chyba nikt nie chciał usłyszeć. Co, jeśli niewypełnienie tej próby również było częścią planu? W pomieszczeniu zapanowała cisza.

Dowódca mówił dalej. Co stanie się, jeśli młodzi magowie nie wykonają zadania? Jeśli odmówią zabicia któregoś z demonów? Czy cienista postać po prostu uzna ich za niegodnych? Czy może... przygotowała już konsekwencje? Posłaniec odruchowo spojrzał na mapę kontynentu.

— Myśli pan o smoczycy? — zapytał cicho.

— Tak — odpowiedział Zheron bez wahania.

— Co jeśli to właśnie ona jest tą konsekwencją?

Kilku obecnych jednocześnie pokręciło głowami, jakby sama myśl wydawała się zbyt przerażająca. Zheron jednak nie przestawał. Przypomniał wszystkim, że tajemniczy mag cienia nie tylko wypuścił demony przez portal. On najwyraźniej potrafił je odnajdywać. Potrafił wpływać na ich zachowanie. Jeden z nich został przez niego świadomie oślepiony zaklęciem cienia. Wszystko wskazywało na to, że przynajmniej częściowo kontrolował przebieg całego wyzwania.

— Czy byłby w stanie kontrolować również cienistą smoczycę? — zapytała magini.

— Nie wiem — odpowiedział Zheron.

— Być może nie. Być może jest na to zbyt potężna. Zawahał się na chwilę. — Ale czy naprawdę musi ją kontrolować?

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Czasami wystarczy wskazać kierunek.

Te słowa wywołały kolejną falę milczenia. Ja również poczułem nieprzyjemny chłód. Bo rzeczywiście... jeśli ktoś znał cel, do którego smoczyca chciała dotrzeć, nie musiał jej rozkazywać. Wystarczyło sprawić, by sama za nim podążyła. I wtedy Zheron wypowiedział myśl, od której nawet mnie zrobiło się nieswojo.

— Załóżmy, że moja teoria jest prawdziwa. Załóżmy, że mały demon przebywający w naszym lochu rzeczywiście jest potomkiem cienistej smoczycy.

Nikt nie zaprzeczył. Po wydarzeniach ostatnich godzin przestało to brzmieć jak fantazja.

— W takim razie spójrzcie, co zrobił nasz przeciwnik.

Zaczął powoli chodzić wokół stołu.

— Wypuścił młode. Rozdzielił je z matką. Następnie wskazał grupie młodych magów, że mają je zabić. Jeśli wykonają jego polecenie... matka prawdopodobnie odnajdzie martwe potomstwo. Nie wiemy, jak zareaguje. Ale trudno spodziewać się spokoju.

Nikt się nie odezwał.

— Jeśli natomiast odmówią... młode nadal będzie żyło. A smoczyca, jeśli rzeczywiście go szuka, prędzej czy później odnajdzie jego ślad.

Tym razem cisza była jeszcze cięższa.

— Czyli... — zaczął dowódca straży. — ...w obu przypadkach możemy sprowadzić ją tutaj.

— Właśnie tego się obawiam — odpowiedział Zheron.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem go tak przygnębionego. Nie chodziło już o wybór między dobrą a złą decyzją. Chodziło o wybór między dwiema decyzjami, z których każda mogła doprowadzić do katastrofy.

— To okrutne... — powiedziała cicho magini.

— Tak — Zheron skinął głową. — Jeśli rzeczywiście taki był plan, to jest znacznie okrutniejszy, niż przypuszczaliśmy. Nie chodziło o zabicie kilku demonów. Chodziło o postawienie tych młodych ludzi w sytuacji, w której każda decyzja może mieć tragiczne skutki.

Spojrzał na wszystkich zgromadzonych.

— A to oznacza, że nie możemy dłużej podejmować decyzji bez nich. Muszą poznać całą prawdę. Nie jutro. Nie rano. Teraz.

Dowódca straży natychmiast zrozumiał.

— Obudzić ich?

— Natychmiast.

Zheron nie zawahał się ani przez chwilę.

— Obudźcie wszystkich. Luciena. Zhanę. Brama. Kadir. Filiusa. Laerię. I przyprowadźcie ich do sali narad.

Nie minęło wiele czasu, zanim twierdza ponownie ożyła. Ciszę nocnych korytarzy przerwał odgłos szybkich kroków strażników, którzy zgodnie z rozkazem Zherona zaczęli budzić młodych magów. Nie było w tym nerwowego chaosu ani krzyków. Doświadczeni żołnierze potrafili przekazywać złe wiadomości bez zbędnych słów. Wystarczyło krótkie polecenie, by każdy z bohaterów zrozumiał, że dzieje się coś znacznie poważniejszego niż kolejny poranny zwiad. Lucien pojawił się jako pierwszy, narzucając na siebie jedynie płaszcz i wyraźnie zastanawiając się, czy twierdza przypadkiem nie została zaatakowana. Zaraz za nim przyszła Zhana, wciąż jeszcze nie do końca odzyskawszy siły po starciu z cienistym bykiem, lecz już na tyle sprawna, by samodzielnie chodzić. Bram wyglądał tak, jakby ktoś wyrwał go z najlepszego snu od miesięcy, a jego twarz wyrażała niezadowolenie, które z każdą chwilą ustępowało miejsca rosnącemu niepokojowi. Kadir, choć również obudzona w środku nocy, zdążyła zabrać ze sobą niewielki notes, jakby podświadomie przeczuwała, że usłyszy informacje warte zapisania. Filius przybył niemal natychmiast po wyjściu z lochu, gdzie, jak można było się domyślić, po raz kolejny odwiedzał Demonka przed snem. Ostatnia zjawiła się Laeria, której twarz zdradzała przede wszystkim zmieszanie. Żadne z nich nie wiedziało, czego się spodziewać, ale wszyscy dostrzegli jedno jeszcze zanim przekroczyli próg sali narad. W pomieszczeniu znajdowali się nie tylko Zheron i jego najbliżsi doradcy, lecz również dowódcy straży, doświadczeni zwiadowcy oraz posłaniec, którego żadne z nich wcześniej nie widziało. Sam układ sali mówił więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie była to zwyczajna odprawa. Ja, rzecz jasna, znalazłem swoje miejsce znacznie wcześniej. Drewniana belka pod sufitem po raz kolejny okazała się doskonałym punktem obserwacyjnym. Muszę przyznać, że jako mucha człowiek ma ograniczone możliwości wpływania na historię, ale za to miejsca w pierwszym rzędzie ma praktycznie zawsze.

Zheron nie tracił czasu na długie wstępy. Poczekał jedynie, aż ciężkie drzwi zostaną zamknięte, po czym spojrzał na młodych magów z powagą, jakiej dotąd u niego nie widziałem. W kilku krótkich zdaniach wyjaśnił, że jeszcze przed godziną do twierdzy dotarł posłaniec z wiadomościami z odległej Krainy Demonów. Następnie, już znacznie dokładniej, streścił całą relację. Opowiedział o cienistej smoczycy, która po latach ponownie pojawiła się wśród demonów, o jej dziwnym zachowaniu, nieustannym poszukiwaniu czegoś, narastającej agresji i kolejnych atakach na magiczne bariery oddzielające Krainę Demonów od reszty świata. Mówił o zdradzie magów, którzy podczas jednego z takich ataków zwrócili się przeciw własnym towarzyszom, osłabili pieczęcie i umożliwili bestii ucieczkę, pozostawiając po sobie jedynie krótki napis wychwalający „wielką magię”. Wyjaśnił również, że natychmiast zostaną wysłane ekspedycje zarówno do Krainy Demonów, jak i do stolicy Królestwa Elorii, aby skoordynować działania z pozostałymi magami oraz ostrzec sąsiednie państwa. Dopiero później przeszedł do tego, co najbardziej go niepokoiło. Powoli przedstawił własne przypuszczenia dotyczące związku między cienistą postacią a zbuntowanymi magami, podobieństwa ich ideologii oraz możliwość istnienia znacznie większej organizacji działającej w ukryciu. Na końcu przeszedł do teorii, która sprawiła, że nawet Bram całkowicie przestał wyglądać na niewyspanego. Zheron wyjaśnił, dlaczego uważa, że odnaleziony przez nich Demonek może być potomkiem cienistej smoczycy, przypomniał słowa tajemniczego maga cienia nakazujące wyeliminowanie wszystkich demonów i krok po kroku przedstawił konsekwencje obu możliwych decyzji. Jeśli wykonają rozkaz i zabiją Demonka, istnieje ryzyko, że jego matka odnajdzie martwe młode, a skutków jej reakcji nikt nie potrafił przewidzieć. Jeżeli natomiast odmówią, smoczyca może wcześniej czy później wyczuć potomka i sama przybyć pod twierdzę, próbując go odzyskać. W obu przypadkach niebezpieczeństwo mogło zostać sprowadzone dokładnie tutaj. Gdy Zheron zakończył swoje wyjaśnienia, w sali ponownie zapadła cisza. Tym razem jednak była to cisza ludzi, którzy właśnie zrozumieli, że ich misja przestała polegać wyłącznie na tropieniu demonów. Nawet ja, choć od ośmiuset lat przywykłem do niespodzianek, musiałem przyznać, że tej nocy historia wykonała wyjątkowo gwałtowny zwrot.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Wszyscy patrzyli albo na mapę rozłożoną na stole, albo na migoczące płomienie świec. Każdy próbował znaleźć rozwiązanie, które nie kończyłoby się katastrofą, lecz im dłużej trwało milczenie, tym bardziej miałem wrażenie, że takiego rozwiązania po prostu nie ma. Widziałem już podobne narady. W pewnym momencie człowiek przestaje szukać dobrego wyjścia i zaczyna szukać najmniej złego. Dopiero wtedy Kadir uniosła wzrok znad mapy. Do tej pory nie powiedziała ani jednego słowa. Nie wyglądała jednak na przestraszoną. Wręcz przeciwnie. Wyglądała jak ktoś, kto od kilku minut układał wszystkie informacje w jedną logiczną całość. Powoli podeszła do stołu i wskazała fragment Gór Srebrzystych.

Nie zaproponowała walki. Nie zaproponowała również dalszego czekania. Zaproponowała ucieczkę. Przez salę przebiegło wyraźne poruszenie.

Szybko jednak wyjaśniła, że nie chodzi jej o ucieczkę rozumianą jako poddanie się. Wręcz przeciwnie. Jeżeli istnieje choć cień szansy, że cienista smoczyca rzeczywiście podąża za swoim młodym, nie wolno dopuścić, aby dotarła do twierdzy albo, co gorsza, do którejkolwiek z okolicznych osad. Trzeba zabrać jej cel i samemu przenieść się tam, gdzie ewentualna walka nie zagrozi niewinnym ludziom. Nie można pozwolić, by to przeciwnik wybrał pole bitwy.

Przez chwilę wszyscy analizowali jej słowa. Im dłużej o nich myśleli, tym mniej wydawały się szalone.

Kadir mówiła dalej, coraz pewniej. Należy znaleźć miejsce oddalone od ludzkich siedzib, możliwie łatwe do obrony i dające przewagę magom. Miejsce, w którym ogromne rozmiary smoczycy staną się bardziej przeszkodą niż atutem. Miejsce z naturalnymi osłonami, z ograniczoną przestrzenią manewru i możliwością przygotowania pozycji obronnych jeszcze przed przybyciem przeciwnika.

To właśnie wtedy Filius odezwał się jako pierwszy spośród młodych magów. Ku zaskoczeniu wszystkich natychmiast poparł ten pomysł. Dodał jednak coś, czego chyba nikt poza nim nie brał pod uwagę. Powiedział, że skoro i tak mieliby zabrać Demonka, warto spróbować czegoś jeszcze. Może uda się oddać młode jego matce. W sali natychmiast pojawiły się pełne niedowierzania spojrzenia. Filius jednak nie wycofał się ani o krok. Przypomniał wszystkim, że demony, niezależnie od tego, jak bardzo zostały wypaczone przez czarną magię, nadal są żywymi istotami. Być może głęboko pod warstwą agresji i instynktu pozostało w nich jeszcze coś z dawnych stworzeń. Może matka, która od miesięcy rozpaczliwie szuka swojego potomstwa, nie będzie myślała wyłącznie o zabijaniu. Być może najpierw spróbuje je odzyskać. Sam przyznał, że szanse są niewielkie, ale skoro alternatywą jest niemal pewna walka, warto wykorzystać każdą możliwość uniknięcia rozlewu krwi.

Nikt nie odpowiedział od razu. Większość obecnych najwyraźniej nie wierzyła, że taki scenariusz jest możliwy. Ale też nikt nie potrafił go całkowicie wykluczyć. Kadir ponownie pochyliła się nad mapą.

Powiedziała, że zna miejsce, które może spełniać wszystkie potrzebne warunki. Na skraju Gór Srebrzystych znajduje się rozległy płaskowyż przylegający do jednego z najwyższych masywów. Nad nim ciągnie się sieć naturalnych jaskiń wykutych przez wodę i wiatr, a sam płaskowyż usiany jest wysokimi formacjami skalnymi, które mogłyby zapewnić magom osłonę przed ogniem, szarżami czy uderzeniami ogona. Rozbicie tam obozu byłoby stosunkowo łatwe, a jednocześnie w pobliżu nie znajdowały się żadne wsie ani szlaki handlowe. Gdyby doszło do walki, zagrożeni byliby wyłącznie ci, którzy świadomie zdecydowaliby się tam przebywać.

Zheron długo przyglądał się wskazanemu miejscu. Powoli skinął głową. Było to pierwsze rozwiązanie tej nocy, które nie polegało jedynie na reagowaniu na wydarzenia. Pozwalało choć częściowo odzyskać inicjatywę.

Pozostało jednak jedno pytanie. Co z czwartym demonem? Spojrzenia niemal jednocześnie skierowały się na Luciena.

Ten przez chwilę milczał, po czym wzruszył ramionami. Stwierdził, że od samego początku wykonują ruchy dokładnie takie, jakich oczekuje od nich tajemniczy mag cienia. Szukali demonów, bo im kazał. Walczyli z nimi, bo tego od nich wymagał. Pozwalali prowadzić się przez jego kolejne wskazówki. Może właśnie na tym polegał błąd. Jeśli cienista postać tak bardzo pragnie, aby wyeliminowali wszystkie cztery demony, to prędzej czy później sama zadba o to, by ostatni z nich stanął na ich drodze. Nie ma sensu porzucać własnego planu i ponownie tańczyć tak, jak zagra przeciwnik. Tym razem powinni zrobić coś odwrotnego. Przygotować się na smoczycę, zabezpieczyć Demonka i zmusić maga cienia do reakcji. Nie odwrotnie.

Ku mojemu zaskoczeniu nikt nie próbował z nim dyskutować. Po raz pierwszy od początku całej tej historii młodzi magowie przestali wykonywać polecenia niewidzialnego przeciwnika i zaczęli układać własną strategię. Zheron spojrzał kolejno na każdego z obecnych, a następnie zamknął mapę.

Decyzja zapadła. Od następnego dnia cała twierdza miała rozpocząć przygotowania do nowej ekspedycji. Tym razem nie w celu poszukiwania kolejnego demona, lecz z myślą o spotkaniu z czymś znacznie potężniejszym. Jeżeli cienista smoczyca rzeczywiście zmierzała w ich stronę, to oni zamierzali wybrać miejsce, w którym ją powitają.

Korytarze twierdzy ponownie pogrążyły się w ciszy, gdy sala narad opustoszała. Zheron i jego doradcy zostali jeszcze, by przygotować listy, rozkazy i plan mobilizacji, natomiast szóstka młodych magów powoli ruszyła kamiennym korytarzem w stronę swoich komnat. Nikt się nie spieszył. Każdy zdawał się potrzebować kilku dodatkowych minut, by poukładać sobie w głowie wydarzenia ostatnich godzin. Ja, rzecz jasna, leciałem kilka kroków przed nimi. Odkryłem już dawno, że ludzie najciekawsze rzeczy mówią nie podczas oficjalnych narad, lecz zaraz po nich, kiedy przestają pilnować każdego wypowiadanego słowa.

— Jeszcze tydzień temu mieliśmy znaleźć jakieś dziwne stworzenie pod Górami Srebrzystymi — westchnął Bram. — A teraz planujemy spotkanie ze smoczycą, która podobno potrafi zniszczyć całą osadę. Naprawdę imponujące tempo.

— Zawsze narzekałeś, że jest nudno — odparł Lucien z lekkim uśmiechem.

— Tak, ale miałem na myśli trochę więcej ćwiczeń. Nie... to.

Lucien nie odpowiedział od razu.

— Mimo wszystko... cieszę się, że przestaliśmy robić dokładnie to, czego chciał tamten człowiek.

Kadir skinęła głową.

— Ja też. Od początku miałam wrażenie, że prowadzi nas za rękę. Za każdym razem pojawiał się dokładnie wtedy, kiedy chciał. Mówił dokładnie tyle, ile chciał. Nawet ten demon w lesie... teraz wiemy, że specjalnie go osłabił.

— Czyli bawiliśmy go — mruknął Bram.

— Raczej pozwalaliśmy mu ustalać zasady gry.

Przez chwilę szli w milczeniu.

— A teraz? — zapytała cicho Laeria.

Kadir spojrzała przed siebie.

— Teraz spróbujemy ustalić własne.

Filius przez cały czas milczał bardziej niż zwykle. W końcu odezwał się cicho.

— Mam tylko nadzieję... że Demonek naprawdę jest jej dzieckiem.

Pozostali spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

— Mam nadzieję, że jeśli ją spotkamy... będzie patrzyła najpierw na niego... a dopiero potem na nas.

Lucien westchnął.

— A ja mam nadzieję, że jeśli już będzie na nas patrzyła, to nie przez ostatnie pięć sekund naszego życia.

Bram parsknął śmiechem.

— Dziękuję, Lucien. To niezwykle podnosząca na duchu wizja.

— Staram się.

Nawet Zhana uśmiechnęła się lekko.

Nie trwało to długo, ale po raz pierwszy od początku nocnej narady na ich twarzach pojawiło się coś innego niż napięcie.

— Wiecie... — powiedziała po chwili. — Jeszcze niedawno największym problemem było to, że nie mogliśmy znaleźć jednego demona.

— A teraz? — zapytała Laeria.

— Teraz próbujemy przewidzieć ruchy szalonego maga, odnaleźć ostatniego demona, przygotować zasadzkę na cienistą smoczycę i przy okazji nie doprowadzić do wojny.

Bram pokiwał głową z udawanym zachwytem.

— Kiedy to tak podsumowałaś... brzmi to jeszcze gorzej.

Tym razem zaśmiali się wszyscy. To był ten rodzaj śmiechu, który nie wynika z rozbawienia, lecz z potrzeby rozładowania napięcia.

Zatrzymali się przed rozwidleniem korytarzy prowadzących do ich komnat. Przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu Kadir spojrzała na przyjaciół.

— Jutro zaczynamy przygotowania.

Wszyscy skinęli głowami. Nie było potrzeby dodawania niczego więcej. Rozeszli się w ciszy do swoich pokoi.

Następne częściKroniki Elorien - Rozdział 16

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania