Pieśń pokoju cz.17
Główne wejście do bunkra leżało niedaleko starego ratusza w niegdysiejszym centrum miasta. Wejście tą drogą może i nie było niemożliwe, ale spowodowałoby sporo zamieszania i przyciągnęło niechcianą uwagę. Nadal do końca nie wiedziałem, czy inni Ukraińcy mogą mnie skrzywdzić – jeden eksperyment z Eleną nie pokrywał wszystkich zmiennych. Gdyby tłum mieszkańców oddanych nowej wierze w Boską Opatrzność chroniącą miasto nagle zechciał mnie poturbować, nie mógłbym się obronić.
Podczas łączonej konferencji z Reto i Nazarem ustaliliśmy, że użyję wejścia awaryjnego na obrzeżach Wołogoska. Rosjanie mieli zabezpieczyć teren snajperami. Ten aspekt działania uroku mieli przećwiczony aż za dobrze – wiedzieli, skąd mogą strzelać tak, żeby zabić. To samo tyczyło się śmigłowców. Niestety do bunkra musiałem wejść sam. Ukraiński rząd wymówił się od pomocy, nawet po deklaracji współpracy ze strony rosyjskiej. Cały ,,cud" działał na ich korzyść, a groźbę zbombardowania sabatu uznali za prowokację. Nie dziwię im się. Może to i lepiej... Łatwiej jest skupić się na zadaniu, które w większym stopniu będzie wymagało moich specjalnych umiejętność aniżeli siły ognia.
Samochód podstawiono wieczorem. Przed akcją zrobiłem coś, za co Soma i Rodovera urwą mi jaja, ale przecież nie mogłem pozwolić na masakrę.
Matrona Makrid jak zwykle przywitała mnie wyjątkowo oschle. Nie chciała rozmawiać z oszustem, agentem Somy, który równie dobrze mógł być rosyjskim szczurem. Zaprosiła mnie do pokoju dopiero wtedy, kiedy pokazałem jej niewielki tatuaż na przedramieniu – przynależność do krymskiego zgromadzenia ORU. Po aneksji półwyspu tamtejsze Stowarzyszenie Rodzimowierców Ukrainy zostało brutalnie spacyfikowane pod zarzutem wspierania ruchu oporu.
Mówiłem po ukraińsku, ale to już nie zdziwiło Matrony. Spytałem, czy mają pod sabatem schron lub głęboką piwnicę. Wyznała, że z piwnicy jest przejście do starych katakumb. To musiało wystarczyć. Powiedziałem, że jeżeli nie wrócę w ciągu dwudziestu czterech godzin, to wszystkie mają zejść do katakumb i przeczekać przynajmniej dwie doby.
Chyba pierwszy raz zobaczyłem coś na kształt uśmiechu na tej twarzy.
Złapała mnie za rękę, przeczytała wzory widoczne tylko dla chiromantki i... Nic nie powiedziała, tylko zamknęła mi w dłoni okrągły amulet i pobłogosławiła na drogę. Coś zobaczyła. Bruzdy na mojej dłoni układały się w słowa, wyznaczały ścieżki.
Kiedy stałem przed wejściem do szybu, dotarło do mnie, że moje impulsywne ostrzeżenie było zbędne; ona już wiedziała, co ma robić. Mój gest jedynie wywołał w niej odruch litości. Niemniej jednak chyba zmieniła o mnie zdanie – przynajmniej trochę.
***
Sprawdziłem ekwipunek: latarka na kasku, latarka ręczna, kamera, mikrofon, broń palna i granat hukowy. Według mnie to ostatnie to przesada; miałem tylko potwierdzić, czy coś tam jest, nic więcej. Nie planowałem walczyć ze stadem krwiożerczych monstrów.
Nie planowałem, ale plany się zmieniają.
Zostawiłem granat w plecaku.
Rosyjski wojskowy odchylił właz. Zaświeciłem w dół. Klaustrofobiczny szyb z drabinką przyprawiał mnie o ciarki, a jednocześnie odczuwałem nieco chore, biorąc pod uwagę okoliczności, podekscytowanie.
Żołnierz sprawdził uprząż asekuracyjną, ponownie odsłuchałem całą procedurę i zanurzyłem się w betonową gardziel.
Schodzenie nieco ostudziło emocje. Pod koniec piętnaście metrów uważnego stąpania po metalowych prętach stało się niemal monotonne, a plecak potencjalnych przydasiów ciążył coraz bardziej. ,,Jak nie wiesz, co cię czeka, weź cokolwiek na wszystko, co podsuwa wyobraźnia i doświadczenie" – to motto nie raz ocaliło mi skórę. Zacisnąłem zęby i dzielnie znosiłem dodatkowe obciążenie.
Po ostatnim metrze stanąłem twarzą w twarz z grodzią numer dwa. Masywne stalowe wrota wyposażone w nowoczesny zamek cyfrowy. Kod oczywiście dostałem. Zadziałał.
Nawet po zwolnieniu magnetycznych zatrzasków drzwi okazały się potwornie ciężkie i musiałem się nieźle napocić, żeby wystarczająco uchylić właz. Powietrze po drugiej stronie pachniało potwornie do tego lepka wilgoć w powietrzu. Na podłodze wąskiego korytarza z betonowych żeber zalegała mulista sadzawka. Według planów sto metrów dalej leżały komory z zapasami wody pitnej, najwidoczniej nie wszystkie cysterny zachowały szczelność.
Komorę generatora umiejscowiono za zbiornikami. Tymczasowo nie było mowy o uruchomieniu oświetlania. Ten odcinek musiałem pokonać ze światłem latarki w roli przewodnika. Zapaliłem dodatkowe światło na kasku i włączyłem kamerę.
– No to w drogę.
Zagłębiłem się w mrok.
***
Kilkaset metrów całkowitej ciemności skłoniło mnie do rozmyślań; trzeba było czymś zająć umysł, bo ten, z braku bodźców zewnętrznych, wymyślał sobie własne strachy albo nadinterpretował każdy dźwięk czy zapach.
Reto znalazł powiązanie pomiędzy obozem Ravensbruck, a jedną z mokoszanek. Nie zdziwiło mnie z którą. Wychodziło na to, że tuż po wyzwoleniu obozu, niejaka Hilda Shmidt, a raczej Wiera Shmidt, zabrała swoją ocalałą córkę i wyjechała w rodzinne strony w okolicach ukraińskiej Buczy. Ta sama Hilda wcześniej przewodziła sabatowi w Hvel, który to naziści anektowali na własne potrzeby. Obie kobiety szybko znalazły schronienie w tamtejszym małym zgromadzeniu pod wezwaniem Żalnicy – czymkolwiek było to bóstewko, bo pierwszy raz się z nim spotkałem. Niestety wszystkie dokumenty i zapisy pochodziły z czasów, zanim Soma zaczęła werbunek na wschodzie Europy, więc nie wspominały o szczególnych zdolnościach. Elena wychowała się pod opieką tamtejszej Babci, córki Wiery. Reto powiedział, że na razie ma tyle i że załatwia zgody na przesłuchanie żalniczek w Buczy. Ze starych materiałów z sabatu pod Hvel wynikało, że tamtejsze kobiety związały się z ziemią i nocą.
Silnie chtoniczne trendy, mroczne motywy... Wszystko wyjątkowo dobrze pasowało do upiornych rąk wychodzących z podłogi.
Ciarki przeszły mi po plecach na wspomnienie nagrania. Skupiłem się na korytarzu i odgłosach chlapania.
Zbiorniki z wodą faktycznie się rozszczelniły – niezbyt to fajne, bo gdyby przyszło tu zgromadzić tysiące osób, to pomarliby z pragnienia czy od zatrucia. Mapka naprowadziła mnie na pomieszczenie z generatorem. Wskaźnik poziomu paliwa pokazywał pięćdziesiąt procent wypełnienia. Czyli przynajmniej to działało.
Teraz poziom oleju. Pokrywa silnika była ciepła, cieplejsza niż otoczenie. Odruchowo spojrzałem za siebie. Teoretycznie schron konserwowano po zajęciu Krymu – silnik nie miał prawa być ciepły. Niski poziom oleju działał na korzyść teorii o korzystaniu częstszym niż raz na dekadę. Uzupełniłem zbiornik, podłączyłem odprowadzanie spalin i odpaliłem silnik. Porzęził chwilę, po czym przeszedł w tryb stabilnej pracy. Zaciągnąłem się powietrzem – nie śmierdziało jak z rury wydechowej, czyli odciąg działał. Zostało tylko przełączyć generator z zasilania zewnętrznego na wewnętrzne.
Po pomieszczeniu rozlało się ostre białe światło.
– I sukces.
Zgasiłem latarkę i spojrzałem w głąb długiego korytarza. Niektóre lampy migotały, ale ogólnie zrobiło się jasno jak na sali operacyjnej. Być może wzrok pogrążony na kilka godzin w ciemnościach płatał mi figle.
– Nie ma to jak zapowiedzieć swoje wejście – szepnąłem do siebie.
Do głównej komory bunkra zostało kilkadziesiąt metrów. Nie było na co czekać. Po drodze coś do mnie dotarło. Dźwięk z nagrań w szkole. Generator roznosił po pustych korytarzach echo niejednolitego buczenia, a transformatory powielały to zjawisko w całym schronie – przynajmniej w tej części, którą jak dotąd widziałem.
Nagrałem krótką uwagę – w razie gdyby...
Maksym, mistrz automotywacji. Bywałeś w gorszych dziurach i szlag cię nie trafił.
Zerknąłem na mijany system filtracji. Kawał maszynerii. Stąd było już niedaleko. Minąłem drzwi sztabu zarządzania kryzysowego. Kusiło mnie, żeby zajrzeć do środka, ale poskromiłem szpiegowską naturę. Zresztą szanse na to, że pomieszczenie stało otwarte, były znikome.
Żarówki zawieszone wysoko na łączeniu betonowych żeber migały jak w typowym horrorze. Jakość powietrza wyczuwalnie się poprawiła. W końcu dotarłem do stalowych drzwi z niewielkim prostokątnym wizjerem. Przezornie zajrzałem do środka i w sumie nie wiem, co tam zobaczyłem. Szyba po drugiej stronie zaszła jakimś rdzawym osadem.
Pchnąłem ciężkie skrzydło. Szczęk steranych zawiasów przypominał wycie umęczonego kundla. Jakiś kształt zamajaczył w półcieniu. Odruchowo pomacałem ścianę w poszukiwaniu przełącznika.
Znalazłem.
Szum maszynerii poprzedził rozbłysk jasnych świateł.
– Bingo. – Wyciągnąłem własną kamerę z plecaka i włączyłem nagrywanie. Lepiej nie zdawać się na jeden sprzęt rosyjskiej produkcji. – I co my tu mamy?
Nadal stałem tuż za progiem, nadal widziałem coś na środku pomieszczenia i nadal nie byłem do końca pewien, co widzę. Z surowej betonowej posadzki wyrastał... stos? Inaczej chyba nie można było tego nazwać. Rosyjska broń, mundury, drobny sprzęt wojskowy, wszystko ułożone w podstawę czegoś, co wyglądało jak palenisko tylko bez chrustu czy drewna. Ze środka wystawał pal z dwoma ramionami tworzącymi kształt nordyckiej runy algiz, a ze środkowej beli zwisało coś mieniącego się metalicznie. Chyba łańcuch z czymś dużym na końcu. Podobne odblaski biły z kilku miejsc na podłodze.
– Chyba nie ma innego sposobu, niż przekonać się co to.
Zrobiłem krok do przodu.
Nic się nie stało. Od początku mój dodatkowy zmysł nie wariował zbyt mocno. Co prawda daleko mi było do pajęczych zdolności Petera Parkera, ale wyczułbym cokolwiek.
Spożywać szałwię czy nie spożywać? Oto jest pytanie...
Omiotłem wzrokiem całe pomieszczenie. Komora stała całkiem pusta, tylko ten przedziwny ołtarz mącił widok. Dopiero po kilku kolejnych krokach poczułem mrowienie na skórze karku. Świsty w uszach układały się w wyraźny szum.
Cofnąłem się.
– Słuszna decyzja, Maksymie.
Spojrzałem w stronę jednego z bocznych wejść. Smukła kobieca sylwetka wyłoniła się zza otwartych drzwi.
– Człowiek z taką wrażliwością jak twoja mógłby się poparzyć. Śmiertelnie.
Mówiła do mnie zza uśmiechniętej białej maski; jedynego elementu, który odcinał się od czerni całego ubioru. Z napięciem śledziłem jej ruchy, kiedy zbliżała się do ołtarza.
– A czy tak zdolna młoda kobieta jak ty, Eleno, nie musi się obawiać mocy spętanej tu w wiadomym celu?
Nie zaśmiała się, choć przez chwilę miałem wrażenie, że to robiła.
– Jestem trupem, Maks, a trupy nie słyszą, nie czują, nie cierpią.
Pogłaskała jeden z pali wyrastających z kopca ekwipunku. Czerń długich rękawiczek zostawiła smugę z cienia na korze opatrzonej w liczne bruzdy, być może znaki. Stąd ciężko było poznać.
– Jak dla mnie byłaś i jesteś pełna życia.
Minęła stos. Nie zauważyłem, żadnej broni, ale sprawny zabójca ukryje pistolet nawet w tak prostej sukni.
– Trup to skorupa: można nią kierować wedle uznania, wystarczy dobrze ciągnąć za sznurki.
Zatrzymała się. Brakowało, żeby teraz upiornie przekręciła głowę w tej masce i zmoczyłbym spodnie – no może nie, ale i tak poczułem dreszcze.
– A kto ciągnie za twoje? – spytałem. Próbowałem brzmieć pewnie, niemalże butnie.
Ściągnęła jedną z operowych rękawiczek.
– Żal, Maksymie.
Pokazała mi przedramię. Blada skóra oszpecona nabrzmiałymi bliznami. Te z pewnością układały się w inkatację. Pomieszczenie wypełnił fetor zgnilizny.
– Tylko on mi został. – Przyjęłam pakt. Żalnica pokazała mi twarz, najpiękniejszą z nich wszystkich...
– Po co to wszystko?
– Nie teraz, Maks, może nigdy.
Moc, która wdarła się do głowy, odebrała mi dech. To nie była obecność stukająca do drzwi świadomości, majak sączący paskudne myśli. Nie. To jakby ktoś wepchnął mi parasol do nosa i otworzył w czaszce. W mojej głowie nie zostało za dużo miejsca na Mnie. Własne myśli skurczyły się do nieartykułowanych świstów.
– Chodź, Maks. Potrzebuję cię.
Delikatny głos nie pozostawił wyboru. Rozszedł się po ciele, po mięśniach. Wyciągnęła do mnie rękę. Szedłem jak opętany. Nie moje nogi, nie moje ciało...
Kto daje taką moc?
Upadłem na kolana. Nie czułem. Widziałem, choć obraz też przygasał.
– Nie opieraj się. – Oplotła mnie słowami. – Nic ci nie zrobię. Przynajmniej spróbuję. Niedługo przyjdą. Będą chcieli odzyskać sprzęt. Będziesz moją pułapką, ostatnim pocałunkiem ukraińskiej ziemi.
Pogłaskała mnie po twarzy i dotknęła ustami policzka.
Straciłem przytomność.
***
Nie wiedziałem, jak długo leżałem nieprzytomny. Głowę rozsadzał mi ból nie do opisania, resztę ciała ogarnęła drętwota i dojmujący chłód. Otworzyłem oczy. Poczułem, jakby łeb rozpękł mi się na dwoje. Leżałem na podłodze. Kilka metrów dalej majaczył kształt ołtarza z bali. Spróbowałem skupić wzrok.
Krew, nie wiedziałem, czy moja. I jeszcze coś. Kości do gry. Próbowałem zrozumieć, ale myślenie piekielnie bolało.
– Znów się spotykamy. – Ciepły basowy głos przyniósł drobną ulgę. – Już drugi raz jesteś na krawędzi, bez pewnego końca. Drugi raz musisz zagrać o życie. To wyczyn, Maks. Niezamierzony, ale nadal wyczyn.
Mężczyzna w czarnych okularach kucnął naprzeciwko. Chciałem zapytać kim jest, ale wycharczałem tylko kilka lepkich dźwięków.
– Miałeś krwotok, Maks: rozległy, paskudny. Niemniej jednak los jeszcze nie zdecydował. – Nieznajomy wstał nieśpiesznie. – Chodź, tak nie będziemy rozmawiać.
Ból zniknął, czucie częściowo wróciło, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Oderwałem policzek od zimnego betonu. Nadal nie widziałem wyraźnie. Ktoś silny pomógł mi wstać.
– Siadaj, pogadamy.
Usadził mnie w wygodnym fotelu. Wzrok w końcu zebrał rzeczywistość w spójny obraz. Nadal byłem w bunkrze. Czarnoskóry mężczyzna usiadł naprzeciwko i wyłożył coś świecącego na stolik kawowy między nami.
– Wiesz, do czego to służy?
Przyjrzałem się dokładniej. Medalik w kształcie rombu Mokosz, który dostałem od Matrony Makrid, wydał mi się najbardziej realną rzeczą w całym otoczeniu.
Słowa uwięzły w gardle. Pokręciłem głową przecząco.
– No to miej świadomość, że ktoś cię musi lubić, Maksymie. – Uśmiechnął się sympatycznie. Białe zęby kontrastowały z różem warg i czernią skóry.
– Jak się... Kim...
– Mose. Ale też czasami Los, czy Wędrowiec. Zależy, gdzie zawitam. Mam jeszcze jedno imię, tyle że nie chcę cię martwić zawczasu. A tak na marginesie to już kiedyś pytałeś, ale nie przejmuj się tą towarzyską wpadką. Okoliczności, w których przychodzę, raczej nie sprzyjają nawiązywaniu znajomości. To co? – Klasnął w dłonie. – Miejmy to za sobą, bo towarzystwo tutaj nawet mnie zniesmacza. – Spojrzał na ołtarz. – Stara i paskudna magia. Nikt nie powinien tak skończyć.
Uśmiech zniknął mu z twarzy. Podniósł się z fotela i podszedł do stosu broni i mundurów. Z bliska widziałem, że na ekwipunku mienią się krwawe znaki. To nie przykuło jego uwagi. Wpatrywał się w to coś, co zwisało ze środkowego pala. Nieśmiertelnik okręcony wokół szyi pluszowego misia. Zabawkę przybito do drewna. Mose wyciągnął rękę, ale cofnął palce jakby pluszak parzył żywym ogniem.
Wrócił na miejsce. Coś się zmieniło w jego zachowaniu, w jego wyglądzie. Skóra pociemniała jeszcze bardziej, a biały garnitur przestał roztaczać delikatną łunę. Nie wiem dlaczego, ale stwierdziłem, że jest wściekły.
– Pomożesz mi, Maks, ale najpierw formalności. – Wyciągnął trzosik i wysypał z niego trzy sześciościenne kości. Nie takie zwykłe z oczkami, tylko opatrzone w symbole, których nie znałem. – Rzucisz o życie. – Zabrał medalik od Matrony i zamknął w dłoni. – Tyle, że ktoś dał ci fory. – Wyrzucił dodatkową kość na stół. – No, dalej, Maks. Jak nie ty... – przerwał. Nasłuchiwał czegoś, czego ja nie słyszałem. – To, sądząc po krokach, będę miał jeszcze jakieś cztery szanse z innymi.
Rozparł się w fotelu. Teraz dopiero go skojarzyłem. Wtedy, w czasie zamachu, kiedy sala konferencyjna Somy płonęła, patrzył na mnie przez te same nieprzeniknione czarne szkła.
Przeniosłem wzrok na kostki. Zgarnąłem je ze stołu. Symbole jakby uciekały przed moim zrozumieniem.
– Nie myśl o tym, po prostu rzuć. Technika nie ma znaczenia.
Tak zrobiłem. Jedna z kości spadła na podłogę. Mose uśmiechnął się szczerze. Jego usta wydawały się nienaturalnie wielkie. Podniósł sześcian.
– Wygrałeś, Maks. Co prawda mogło być lepiej, ale będziesz żył. A teraz mi pomożesz, a w zamian ja pomogę tobie. – Zgarnął kostki do trzosu i związał woreczek. – Masz. – Rzucił mi na kolana. – Zawiążemy pakt. Widzisz, trzy kości pokazały koniec. Ostatnia zakotwiczyła cię w kalekim, prawie martwym ciele. Przy dwóch miałbyś więcej szczęścia, ostatnio tyle wyrzuciłeś i straciłeś oko i pół twarzy. Proponuję następujące warunki; ja sprawię, że nie będziesz przykuty do wózka, a ty uwolnisz wszystkich spod tego wiedźmiego zaklęcia, które tu zawiązano. Zgadzasz się?
Nawet w tym stanie otumanienia wiedziałem, że pakt z kimś takim, to jak zagranie va banque na zero w ruletkę. Z drugiej strony, jeżeli mówił prawdę...
– Ta... tak.
– To dobrze.
Poderwał się z radosną werwą i obszedł moje siedzisko. Dwie duże dłonie chwyciły mnie za policzki. Bałem się. Chciałem się wyrwać. Niewiele mogłem.
– Spokojnie. – Jego palce, skóra. Zrobiły się przyjemnie ciepłe, kojące. – Oddychaj. Dobrze. Teraz spójrz. – Skierował mój wzrok na ołtarz. – Oni tam są, spętani w okrutny sposób. Moja starsza siostra też. Wiedźma obróciła ich nadzieję przeciwko nim samym. Nasza mała Nadia nie może odejść, trzyma wszystkich na rozstajach, wtłacza swoją moc w spisane i zapieczętowane rozkazy. Ja nie mogę nic zrobić, pieczęć jest po drugiej stronie rzeki. Mogę tylko patrzeć oczami zmarłych. Ale ty, Maks, ty wrócisz na tamtą stronę, a ja dam ci mój wzrok.
Zakrył dłonią moje sztuczne oko.
Jego skóra... Chciałem krzyczeć, chyba nawet to robiłem. Moja twarz płonęła od bólu Szarpałem ciałem z całych sił. Trzymał mnie jak w rozżarzonych stalowych szponach.
Upadłem.
Cisza, śmiech, majaki...
Oderwałem policzek od podłogi. Ból bębnił między uszami, ciało drżało jakby dopiero co skończyła ze mną zgraja kiboli. Metaliczny posmak krwi zalegał w ustach. Wytarłem twarz. Nadal byłem w bunkrze. Bez krzeseł, bez kostek, bez stołu, bez wielkiego czarnoskórego mężczyzny.
Wizja, to tylko wizja..., pomyślałem z ulgą.
Ulga trwała krótko. Przede mną leżał trzosik, a obok niego oko. W panice złapałem się za twarz. Policzek wciąż piekł, ale zimna proteza gałki tkwiła w czaszce. Z trudem sięgnąłem palcem po oko na podłodze. Sztuczne i umazana krwią, ale wyglądało na moje.
– To co ja mam, kurwa, w głowie!? – wykrzyczałem na głos, żeby opanować chęć wydrapania sobie tego czegoś z oczodołu. – Oddychaj, Maks, oddychaj... Dobrze.
Spróbowałem wstać.
Moc przygniotła mnie do podłogi z siłą imadła. Głosy eksplodowały w głowie i ucichły, kiedy przytuliłem zimny beton.
– No dobra, czyli mam nie wstawać. Co teraz?
Spojrzałem w stronę ołtarza – leżał o kilka metrów ode mnie. Zabawka, workowata kukła przewiązana srebrnym łańcuszkiem, zwisała z pala razem z kartką, pewnie zaklęciem. Musiałem dać sobie chwilę, żeby to przemyśleć, choć ból całego ciała nie sprzyjał skupieniu.
Plecak.
Nie miałem go. Zdjęła mi plecak...
Zerknąłem na trzos.
Załóżmy, że to nie wizja...
Podniosłem sakiewkę i wysypałem zawartość. Cztery kamienne kostki o gładkich ścianach oraz zwitek papieru. Rozłożyłem go. Odręczny napis po ukraińsku, choć bardzo kaligraficzny, nie stanowił problemu. ,,Spójrz okiem trupa", przeczytałem.
Zamknąłem zdrowe oko.
Co ja robię...?
Uniosłem głowę. Świat spowiła delikatna mgła. Kontury przedmiotów rozmywały się w wielobarwny opar. Dziewczynka. Stała tuż obok ołtarza. Wskazywała palcem na misia. Teraz widziałem to wyraźnie. Pluszowy miś przybity do żarzącej się kory.
Spróbowałem się czołgać.
Nie!
Dziecięcy głos ledwie przedarł się przez potworną kakofonię głosów zbitych w jeden dudniący huk. Z nosa pociekła mi krew.
Nie dasz rady. Najpierw oni.
Krople krwi oderwały mi się ze skóry i pofrunęły w prawo. Odwróciłem głowę.
Zjawa mężczyzny w mundurze; trzymał ręce uniesione wysoko. Patrzył na ołtarz, mówił. Głośno, z całych sił, ale ja nie słyszałem, bo zmarli nie mówią jak my. Otworzyłem drugie oko. Wszystko wróciło do normy. W miejscu klęczącego mężczyzny coś mieniło się metalicznie. Doczołgałem się bliżej, po łuku, tak żeby nie podchodzić do tych przeklętych pali. Na betonie leżał nieśmiertelnik z nanizanymi ludzkimi ustami.
Ona ich związała, zabiła i związała klątwą. Kazała mówić zaklęcia, bez końca, bez wytchnienia, bez spoczynku.
Zasłoniłem zdrowe oko. Duch patrzył na mnie błagalnie. Wskazał palcem miejsce, gdzie powinien mieć wargi, a miast tego świeciły gołe trupie zęby. Czułem jego przygniatający żal. Prośba o pomoc krzyczała obrazami udręki. Pokazał łańcuszek na szyi, projekcja nieśmiertelnika. Grigorij...
To on jest Kotwicą, pomyślałem.
Zerwałem trupie usta z łańcucha i rzuciłem z dala od tego plugawego ołtarza. Poczułem nieco ulgi. Przygniatająca moc wycofała się bliżej stosu rosyjskiego ekwipunku. Dudnienie w czaszce lekko osłabło. Grigorij nadal tu był, tyle że już nie musiał mówić. Obrazy w mojej głowie zmieniły formę. Nie krzyczał, po prostu dziękował. Wziąłem blaszkę z imieniem i nazwiskiem do ręki i zacząłem trzeć o szorstki beton aż nie zniknęła każda z liter. Teraz ulga była znacząca. Spojrzałem przez moją nową zabawkę w czaszce. Wojskowego nie było. Dziewczynka wskazywała palcem drugiego ducha.
Kolejny nieśmiertelnik, kolejne wargi. Tym razem Oleksander. Potem Bohdan. Przy Dymitrze mogłem już stanąć na nogi i ostrożnie zbliżyć się do diabelskiego słupa. Na zmianę zamykałem i otwierałem podarowane oko. Miś. Kukła. Miś. Kukła.
– To twoja zabawka, tak?
Dziewczynka przytaknęła. Wyglądała jak żywa, nie półeteryczny majak.
– Mogę ją tak po prostu zdjąć?
Znów przytaknęła.
Oderwałem zaklęcie wypisane na kartce. Kolejny duch. Ukazał się zwisając na palu. Zawył i szarpnął przybitymi kończynami. Miał wydłubane oczy.
Cofnąłem się. Laleczka wypadła mi z ręki.
Dusza jęczała, cierpiała katusze. Rany broczyły krwią na ekwipunek pod jego stopami. Okaleczone pocięte ciało próbowało się uwolnić. Na torsie wycięto mu napis, po rosyjsku ,,Krwi tej nie pozwolisz wylać". Nieśmiertelnik na szyi dźwięczał blaszkami, Danyło Poliszczuk. Sięgnąłem po nie. Powstrzymało mnie delikatne pociągnięcie za mundur. Dziewczynka trzymała swojego misia. U jej stóp leżała kukła.
– Ja mu pomogę. – Uśmiechnęła się spod złotych oczu.
Ustąpiłem jej miejsca.
– Zobacz, Danyło. – Uniosła zabawkę. Trup spojrzał na nią pustymi oczodołami. – Już go mam, już mi oddałeś.
Uśmiechnął się makabrycznie. Nieśmiertelnik upadł na beton. Metal zabulgotał, zaskwierczał i wyparował. Duch zniknął.
Mrugnąłem kilka razy dla pewności. Coś, nie wiem co, nakazało mi spojrzeć za siebie. Mężczyzna w średnim wieku odziany w ukraiński mundur. Podziękował mi skinieniem.
Upadłem na kolana. Musiałem odpocząć. Zwinąłem się w kłębek i zacząłem płakać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania