Sklep rzeczy utraconych - rozdział 12a/c
Dwie duże latarnie wiszące nad wejściem do głównego budynku rzucały światło na podwórze pełne wozów. Grijs zatrzymał się na skraju drogi.
— Objedziemy.
Vaelen ściągnął wodze. Koń stanął ciężko, z opuszczonym łbem.
— Ten koń dalej nie pójdzie — powiedział Vaelen.
— Wiem.
Grijs spojrzał jeszcze raz na podwórze, po czym skierował się w jego stronę. Eveline zsunęła się z kozła przy bramie. Dopiero stąd widziała cały plac. Wozy stały jeden przy drugim, ciasno, prawie bez przejścia. Kilka miało zsunięte plandeki, spod których wystawały skrzynie, worki ze zbożem i mąką oraz klatki z drobiem. Między kołami kręcili się ludzie, dzieci i psy. Ktoś zdejmował z wozu pierzynę, ktoś inny kłócił się o miejsce przy ogrodzeniu.
Przy wejściu do budynku, na odwróconej beczce, siedział mężczyzna z otwartą księgą na kolanach.
— Nazwisko — powiedział, nie podnosząc wzroku.
Grijs zatrzymał się przed nim.
— Nie.
Dopiero wtedy mężczyzna spojrzał.
— Taki jest przepis.
Grijs wyjął trzy monety i położył je na brzegu księgi. Mężczyzna zgarnął je dłonią, wpisał coś krótkiego i przesunął pióro dalej.
Eveline stanęła przy beczce.
— Nazwisko?
Otworzyła usta.
— Panna Arsel — powiedział Vaelen. — I brat.
Mężczyzna zapisał bez większego zainteresowania. Kiedy Eveline odsunęła się od beczki, Grijs był już kilka kroków dalej. Po chwili zniknął między wozami.
Przy ogrodzeniu, gdzie trzymano konie, dwóch mężczyzn targowało się o wychudzoną klacz, która lekko kulała na lewą przednią nogę. W mieście dałaby za nią czterdzieści koron. Może pięćdziesiąt, gdyby ktoś bardzo potrzebował.
— Sto dziewięćdziesiąt — powiedział jeden z mężczyzn.
Drugi pokręcił głową.
— Dwieście.
Eveline przyjrzała się klaczy jeszcze raz.
— I jak? — zapytał Vaelen za jej plecami.
— Nikt nie sprzedaje. Wszyscy kupują.
Vaelen spojrzał na klacz.
— Ile jest warta?
— Czterdzieści.
— A dają?
— Sto dziewięćdziesiąt.
Mężczyzna przy ogrodzeniu podniósł głos.
— Dwieście powiedziałem!
Drugi kupiec sięgnął pod płaszcz po sakiewkę.
* * *
Izba była pełna. Eveline usiadła na końcu ławy, przy ścianie, i przez pierwsze minuty nie odzywała się wcale, słuchając rozmów dobiegających z sali.
— W Veld zostało siedem domów — powiedział mężczyzna z długim wąsem. — Liczyłem, jak przejeżdżaliśmy.
— A reszta?
Mężczyzna uniósł kubek.
— Reszta jest już w drodze.
— Dokąd?
— Byle dalej stąd.
Eveline znała tę nazwę. Widziała ją wcześniej w atlasie, kiedy przeglądała miejsca zaczynające się na literę V.
Zapadła krótka cisza. Ktoś zaczął mówić o cenie owsa i rozmowa szybko zeszła na inny temat.
Eveline rozejrzała się po izbie. Grijsa nie było. Nie widziała go od bramy. Po chwili odwróciła się z powrotem do wąsatego mężczyzny.
— Skąd one przychodzą? — zapytała.
— Kto?
— To przed czym państwo uciekają?
Mężczyzna odstawił kubek.
— Nikt nie wie.
— Nikt?
Pokręcił głową.
— Wiem tylko, że kto może, wyjeżdża.
* * *
Noc spędzili w stajni, za przegrodą wysłaną słomą. Grijs leżał już przy samym przejściu, plecami do ściany. Nie podniósł głowy, kiedy weszli. Eveline nie wiedziała, od jak dawna tam był.
Przy przegrodzie wisiało siodło, a w boksie obok ich konia stał niski gniadosz. Eveline zatrzymała się, widząc płaszcz Grijsa przewieszony przez łęk.
— Ile pan za niego dał? — zapytała.
— Sześćset, z siodłem. Gospodarz nie chciał zejść niżej.
Obejrzała nogi zwierzęcia i przetartą sierść pod popręgiem. Nawet z siodłem nie dałaby za niego połowy tej sumy. Grijs odwrócił się do ściany, zanim zdążyła mu to powiedzieć.
Sama długo nie mogła zasnąć. Słoma kłuła przez płaszcz; gdy odwracała się na drugi bok, źdźbła wsuwały się pod kołnierz. Z podwórza dochodziły głosy. Raz ktoś krzyknął na dziecko, chwilę później trzasnęły drzwi wozu, potem wszystko znowu ucichło.
Vaelen siedział kilka kroków dalej, oparty o belkę. Obok niego paliła się mała lampa z knotem opuszczonym prawie do końca. Zdjął płaszcz, a potem powoli ściągnął prawą rękawiczkę.
Eveline patrzyła spod przymkniętych powiek, jak rozprostowuje palce. Zacisnął dłoń, po czym otworzył ją ponownie. Nie było w tym śladu bólu. Obrócił rękę, przyglądając się jej chwilę w słabym świetle lampy, a następnie założył rękawiczkę z powrotem.
Eveline zamknęła oczy. W kieszeni płaszcza czuła ciężar medalionu. O kopercie schowanej na zapleczu sklepu nadal mu nie powiedziała.
Po chwili słabe światło lampy zgasło.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania