Pokaż listęUkryj listę

Stary przyjaciel część 43. Star Wars

Asaro uważnie obserwowała pole bitwy. Co chwila jakiś myśliwiec przelatywał tuż przed oknami sterówki, wywołując u Jedi automatyczny unik. Ostrzał był dość silny ale nie wystarczający aby przebić osłony krążownika. Statek kapitana Umbry również znacząco ograniczał ataki. Otoczony pomarańczową, energetyczną bańką Venator sprawdzał się jako potężna tarcza a porozstawiane na poszyciu czołgi i przerobione ścianocykle qishańczyków stanowiły konkretne wsparcie dla stacjonarnych wież strzelniczych.

Jedna rzecz zaczynała Asaro niepokoić. Skoro separatyści wiedzieli, że obecnie stacjonujące na planecie oddziały republiki nie są zagrożeniem, dlaczego wciąż wysyłali nowe myśliwce do Ziemi Labiryntu? Przecież to zwykłe marnowanie zasobów.

— Kapitanie, czy mamy jakiś postęp w bitwie? — zapytała Jedi.

— Od ostatniego meldunku niewiele się zmieniło. Wygląda na to, że pomimo ogromnych strat separatyści w regularnych odstępach wysyłają wsparcie.

— Czy jesteśmy w stanie przyspieszyć likwidację jednostek wroga? Może pan zasugerować dowolnie drastyczne metody — „co nie znaczy, że takich użyjemy” dodała w myślach.

— Niestety, pozbywamy się nieprzyjaciela jak szybko możemy a jeśli nic się nie zmieni wkrótce skończy nam się zaopatrzenie. Każdy raport mówi o niemalże identycznej liczbie myśliwców wroga przybywającej w każdym wsparciu.

— Dlaczego nas tak trzymają?

— Może nie chcą żebyśmy nawiązali łączność z orbitą? — odezwał się Uqviau Faliq.

— No jasne! — wykrzyknęła nagle Asaro. — Wiecie co to oznacza? — Zgromadzeni popatrzyli na nią pytającym wzrokiem. — To znaczy, że do układu przybyła republika!

— Niby czemu tak sądzisz? — spytała Valkiria.

— Jeśli się nad tym zastanowić to pani generał może mieć rację — dodał Talis. — Wedle procedur, pomimo wysłania republice informacji o ogromnym dziale, bez potwierdzenia istnienia takiego obiektu nasze wojska nie mogą podjąć drastycznych działań.

— Dokładnie! — wykrzyknęła Asaro. — Znaczy to tyle, że wysłali do nas minimalną liczbę wojska, wystarczającą jedynie na rozpoznanie sytuacji. Jeśli nie potwierdzą istnienia działa lub nie skontaktują się z nami, pod wpływem silnego ataku po prostu się wycofają. Dlatego separatyści nie pozwalają nam opuścić Ziemi Labiryntu.

— W zasadzie to możemy ją opuścić — powiedział Talis. — Bez problemu poradzimy sobie z myśliwcami droidów. Kłopot w tym, że jeśli wylecimy z pola zakłóceń, statki wroga staną się już realnym zagrożeniem.

— A jeśli nie wylecimy, walczące na orbicie wojska nas opuszczą! — wrzuciła do rozmowy Valkiria. — Rozkażmy wszystkim opuścić Avuno Zefeeroshegsheq i spróbujmy nawiązać kontakt z walczącymi!

— Ten plan ma bardzo dużo założeń — skomentował Uqviau. — Nadal nie wiemy czy faktycznie mamy do czynienia z republiką a opuszczając region zakłóceń sygnału wystawiamy się na potężny atak.

— A co jeśli to nie my będziemy musieli opuścić ten rejon? — spytała Asaro. — kanonierka mojego dawnego oddziału Skorolle ma dobre systemy maskowania i powinna być w stanie dotrzeć do granicy zakłóceń.

— Wydaje mi się, że to za dużo kombinowania… — głos kapitana Tancerville’a został na chwilę zagłuszony przez dźwięk wybuchu jednego z myśliwców. — Możemy zrobić inaczej. Jak zobaczyliśmy na wizualizacji, obszar zakłóceń jest czymś w rodzaju kopuły, nie licząc tej dziwnej wieży na środku. Można by spróbować podnieść położenie całej floty. Nie musimy opuszczać Ziemi Labiryntu. Wystarczy, że w pionie wyjdziemy ze strefy zakłóceń, wyślemy wiadomość i wrócimy. Faktem jest, że nie wytrzymamy ciągłego ostrzału droidów mających łączność z centralą, ale też i to, że nie pokonają nas w dwie minuty. Bez problemu powinniśmy móc nawiązać nawet dłuższe połączenie.

— A co z blokadą sygnału? — spytała Valkiria.

— Ona dotyczyła sygnału ze stolicy. W zasadzie nie ma możliwości zatrzymania tak bezpośredniej, krótkodystansowej transmisji i to jeszcze podczas walki.

— Zgadzam się z pomysłem kapitana — powiedziała Asaro. — Kiedy tylko kolejna fala raportów do nas napłynie wydamy rozkazy do podniesienia pułapu.

Zebrani popatrzyli po sobie. Valkiria wyraźnie ożywiła się na konkretny plan umożliwiający pokonanie wroga. Uqviau za to zdawał się być bardzo zamyślony. Jedi rozumiała jego obawy. W końcu ryzykowali otrzymaniem poważnych uszkodzeń a nawet nie wiedzieli czy mieli do czynienia z flotą republiki.

Musieli teraz tylko poczekać na dalszy rozwój wypadków.

 

*

 

Ogarniające ją odgłosy strzałów, wybuchów oraz echo dokonywanych napraw rozchodzące się po wąskich korytarzach podwyższały tylko towarzyszący kulturoznawczyni poziom stresu. Na czas bitwy wszyscy cywile poproszeni byli o ukrycie się w skrzydle szpitalnym oraz w magazynach przeznaczonych na zapasy. Blondynka, skulona w kącie białej sali, otoczona przez grupę innych osób którym szczęśliwie udało się opuścić obleganą stolicę, próbowała za wszelką cenę odbiec myślami od dziejącej się na zewnątrz statku bitwy. Wpatrzona w holopad starała się skupić na analizowaniu zdjęć wykonanych w odnalezionej przez przypadek jaskini podczas jej podróży z Asaro do elektrowni. Fascynowały ją wyryte w skale zapiski. Zdjęcia były robione na szybko i niektóre wyszły nieczytelnie czego Etreetee bardzo żałowała.

Wstrząs targnął całym statkiem co z kolei wywołało falę westchnięć a nawet pojedyncze krzyknięcia. Blondynka popatrzyła w sufit i skuliła się jeszcze bardziej. „Czy opuszczanie stolicy było faktycznie dobrym pomysłem? Co jeśli separatyści wygrają? Za kogo zaczną ją uważać? Za wroga? Przecież ona nic nie zrobiła? Jak to nie, przecież zrobiła! Pomogła wykraść dane!” Setki pytań przelatywały przez jej umysł. Nie! Nie mogła tak siedzieć bezczynnie!

Ostrożnie wstała i zaczęła przedzierać się, przez grupę cywilów, w stronę białych drzwi. Kiedy już miała nacisnąć guzik otwierania, stojący w pobliżu żołnierz zatrzymał ją ruchem ręki.

— Przykro mi, ale nie wolno opuszczać tego pomieszczenia.

— Chciałam… chciałam się chwilę przejść…

— To wykluczone.

Zrezygnowana zaczęła wracać na swoje miejsce. „Co ja sobie pomyślałam?” pytała samą siebie.

— Hej, proszę pani! — usłyszała nagle. Odwróciła się w kierunku z którego dobiegło zawołanie.

— Lifted! O proszę! Jak… jak się czujesz? —Kiedy klon się do niej zbliżył spojrzała na zabandażowane ramię

— Bywało lepiej ale nie jest źle! Lepiej niech pani mi powie jak wrażenia? — Jego pytanie zostało zaakcentowane przez kolejny wstrząs statku, na który to kulturoznawczyni od razu się skuliła. — Proszę się nie bać. Jeśli już coś się stanie to wszyscy idziemy na dno!

Po tych słowach drobniutka kobieta miała wrażenie jakby grunt osunął jej się pod nogami. W ostatnim momencie poczuła silny uchwyt mężczyzny.

— Hola! Spokojnie! Ja tylko żartowałem — powiedział Lifted a ostatnie słowa wyleciały przez zaciśnięte zęby. Widać było, że rana postrzałowa goiła się skutecznie, ale powoli. — Pierwszy raz na wojnie? — Etreetee tylko skinęła głową i spróbowała stanąć o własnych siłach. — Proszę, niech pani usiądzie — żołnierz wskazał stojące nieopodal łóżko szpitalne. Blondynka z chęcią skorzystała z pozwolenia i opadła na białe posłanie.

— Prze… przepraszam — powiedziała cicho.

— Bez obaw! Sam miałem podobne wrażenia podczas pierwszych starć.

— Naprawdę?

— Tak! Z tym, że miało to miejsce w wieku sześciu lat i na symulatorach — zaśmiał się.

— Oh! To i tak w bardzo młodym wieku.

— Haha, pierwsza poważna bitwa miała miejsce kiedy miałem piętnaście.

— Zaraz, ale jak to możliwe? Przecież klony są podstawą armii republiki dopiero od wybuchu wojny. Walczył pan przed wojną?

— Nie, to nie tak. Widzi pani, my klony jesteśmy zmodyfikowane genetycznie. Licząc wiek w standardowy sposób miałbym szesnaście lat.

— Naprawdę!? Słyszałam o tego typu ingerencjach ale… ale toż to jest wysyłanie dzieci na wojnę!

— Praktycznie rzecz ujmując to nie. Po prostu trzeba trochę zmienić standardy. Słyszała pani pewnie o tym, jak długo są w stanie żyć niektórzy przedstawiciele innych ras? Wookie dożywają tysiąca lat!

— No tak ale wy jesteście przecież ludźmi. Szesnaście lat to nadal dziecko!

— Jesteśmy zmodyfikowanymi ludźmi. Aby dać pani dobry obraz po prostu niech pomnoży pani nasz wiek przez dwa. Biologicznie patrząc mam trzydzieści dwa lata.

— Rety… nie… nie zdawałam sobie z takich rzeczy sprawy…

— Raczej się o tym nie mówi — westchnął Lifted.

— Przecież to jest nieludzkie! — wybuchnęła nagle blondynka ściągając tym wzrok paru zainteresowanych rozmową qishańczyków.

— Jesteśmy tylko klonami — żołnierz uśmiechnął się — i taki jest nasz cel; walczyć dla republiki. Proszę mi wybaczyć ale miałem udać się na kontrolę stanu zdrowia. Muszę panią opuścić.

Żołnierz wstał i skierował swoje kroki w stronę drzwi prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia. Etreetee podążała za nim wzrokiem. Może i na twarzy mężczyzny zawitał uśmiech lecz w jego sercu kobieta wyczuła smutek.

 

*

 

Flota Qirinee nie wyraziła żadnej ochoty do kooperacji. Nie było z nią kontaktu a admirał Tarkin wszelkie decyzje podejmował jedynie zgadując ruchy wyznawców energii. Wiedział, że tak samo jak republika potrzebowała wsparcia, tak samo i Qirinee nie da rady sama pokonać obrony separatystów co czyniło obie strony niejako sojusznikami bez właściwego tego stanu uzgodnienia.

Teraz, kiedy wróg przyzwał wsparcie a sytuacja wydawała się dramatyczna, ta niejaka kooperacja zaczynała się bardzo korzystnie układać. Podczas gdy flota republiki stawiała czoła siłom orbitującym dookoła Qish, czciciele przesunęli swoje oddziały aby walczyć z nadciągającymi posiłkami. Tarkin bardzo chciał dowiedzieć się, jakie to tajemnice skrywa qiriński Wyzwoliciel.

— Admirale, jeden z Venatorów musi bezwzględnie się wycofać. Uszkodzenia są zbyt duże aby prowadzić dalszą walkę — poinformował jeden z żołnierzy. Tarkin westchnął.

— Ehh, no dobrze. Mogą wracać. Jeszcze chwila a i my będziemy zmuszeni do odwrotu.

Od ostatniego raportu niewiele się zmieniło. Trzy fregaty i krążownik Providence skutecznie blokowały wszelkie ataki republiki. Admirał starał się jak najdłużej utrzymać panującą sytuację lecz zdawał sobie sprawę, że przy jakichkolwiek większych stratach po prostu będą musieli opuścić układ. Sam front przesunął się też bliżej południowego bieguna planety. Pomimo wydania rozkazu przeskanowania powierzchni nie znaleziono na nim niczego poza kilkoma ośrodkami badawczymi. „Czyżby całe to zamieszanie z wielkim działem było tylko pułapką?”

Admirał spojrzał na hologram. Flota Qirinee właśnie weszła w zasięg dział separatystów.

— A co to takiego? — spytał sam siebie.

Nad stołem wyświetlane były sygnatury statków wyznawców energii a wzrok mężczyzny spoczął na głównym krążowniku. Z dziobu Wyzwoliciela wyleciało coś w rodzaju wysokoenergetycznej wiązki. „Czyżby jakiś nowy rodzaj broni?” pomyślał. Nagle słup energii zatrzymał się i rozszczepił na końcu, tworząc coś na kształt parasola. Wszystkie pozostałe statki qirińczyków rozpoczęły ostrzał. Tarkin z podziwem patrzył jak gigantyczne pole siłowe osłania całą flotę nawet przed potężnymi strzałami Providence’a.

— Natychmiast proszę nagrywać ich działania! — wydał rozkaz. Tego typu technologia mogłaby być cennym nabytkiem dla armii republiki. Admirał widział jak już w pierwszych minutach walki czciciele rozbili w pył jedną z fregat. Teraz ich atak trochę zwolnił gdyż do starcia dołączyły myśliwce. Tak czy inaczej można było powiedzieć, że tyły mieli bronione.

Na gwieździstym tle widać było oddalający się Venator. W sumie republika w tej batalii straciła dwa statki: jeden który już wcześniej się wycofał, oraz ten, teraz opuszczający układ.

Czerwony blask oślepił mężczyznę a po chwili całą sterówkę wypełnił dźwięk wybuchu.

— Co się do cholery stało?! — wrzasnął admirał.

— Venator eksplodował!

— Jak to!?

— Wszystko wskazuje na to, że podczas uruchamiania hipernapędu wystąpił błąd. Generator musiał być uszkodzony.

— Szlag by to… — wymamrotał Tarkin. Do głowy przyszła mu myśl, że dałby się poćwiartować za choć jedną dobrą wiadomość w tej bitwie. Przeanalizował obecną sytuację. Qirinee skutecznie powstrzymywała ataki od strony posiłków a obecny stan krążowników pozwalał im na oddalenie się na bezpieczną odległość. Możliwe, że lepsza okazja na ucieczkę się nie trafi. Nie mogli już dłużej czekać.

— Kapitanie? Wydać rozkaz do odwrotu. Zabieramy się z tego układu.

Zrezygnowany oddalił się od okna i podszedł do pilotów obsługujących Venator. Przygnębiony patrzył jak grupa mężczyzn sprawnie wydaje polecenia do zmiany kursu i jak cała flota przygotowuje się do ucieczki. Lecieli w stronę bieguna południowego – tylko tam nie było oddziałów wroga. Separatyści chyba zauważyli manewry republiki bo przestali wysyłać swoje myśliwce do walki. Admirał wydał rozkaz do powrotu statków do hangarów. Tym razem przegrali bitwę.

 

*

 

PIERŚCIENIE SIFFARY: Parę tygodni przed bitwą o Qish.

 

— Jak sprawy się mają? — spytał dość wysokim głosem mężczyzna siedzący na tronie, o ile można tak było nazwać stary, zniszczony acz elegancki fotel. Obok niego stał He’lett Wiras, najlepszy przyjaciel szefa mafii.

— Obiecuję panu… obiecuję… — klęczący u podnóża niewysokich schodów kel dorianin zwijał się w strachu — ale po prostu teraz nie mogę… teraz nie mam…

— Dość miałeś czasu! Nasza organizacja pomogła ci w wielu problemach a teraz prosimy abyś zapłacił — Varta utrzymywał melodyjny, ciepły ton głosu. — Choć nie, nie prosimy. ROZKAZUJEMY!

— Szefie! Nie mam! — płakał gość — rodzina i… sam pan rozumie…

— Przykro mi, Del Arat, tak wygląda biznes. Ale spokojnie, zaopiekujemy się twoją rodziną a zwłaszcza… twoimi dziećmi!

— Nie proszę! Nie możecie…

Kosmita nie dokończył. Pocisk z blastera przebił jego serce pozostawiając wypalony, czarny otwór w klatce piersiowej. He’lett schował broń do kabury i położył rękę na oparciu tronu.

— Sprzątnąć mi to! — wydał, stojącym przy drzwiach wejściowych strażnikom, rozkaz.

— Mam iść zająć się jego rodziną? — spytał czarnowłosy.

— Spokojnie, dajmy im trochę odsapnąć. Kto kolejny?

Drzwi do sali otworzyły się a pomieszczenie wypełnił dźwięk stukania słabej jakości protezy o kamienną posadzkę. Mężczyzna o niezadbanym wyglądzie powoli, kuśtykając podszedł pod sam tron, przechodząc nad martwym ciałem kel dorainina.

— Ach, Frank! Mój ulubiony informator! Co tam dla nas masz.

— Trafiłem coś dużego — uśmiechnął się mężczyzna a długie włosy zakryły mu twarz. — Znalazłem go.

— Co?! Wy tam! — krzyknął Varta do strażników. — Zabierać mi to truchło i wynocha z sali!

Kiedy drzwi zamknęły się za dwójką wartowników szef mafii pochylił się w stronę hakera.

— Mów!

— Nawet nie uwierzysz jaką Offerusz Kejt jest teraz szychą. Wzięli go gdzieś do wojska.

— Gdzie.

— Tego jeszcze nie wiem.

— Najważniejsze, czy będzie okazja się zemścić?

— Podejrzewam, że jak najbardziej. Prędzej czy później znajdziemy go w jakiejś bitwie a ja mam swoje wtyki i u republiki i u separatystów. Gorzej jeśli zaszył się gdzieś w mniejszych wojskach ale z tym też sobie poradzimy.

— Jakieś sugestie?

— Poczekamy aż blondynek się gdzieś pojawi, zasabotujemy jego działania i będzie trup. Wiem, że bierze udział w jakimś dużym projekcie jednak nadal szukam dodatkowych informacji. Jeśli przeszkodzimy mu w jego „karierze” i sprawimy, żeby wszystko wyglądało ewidentnie na jego winę to albo pracodawcy, albo przeciwnicy w końcu go dopadną.

— A jeśli im ucieknie i będzie starał się gdzieś zaszyć?

— Wtedy dopadniemy go my — Getłow uśmiechnął się obrzydliwie i odgarnął włosy z czoła.

— Ach, mój mały Offi… zranił mi serce — powiedział Varta z udawanym płaczem i spojrzał na stojącego obok He’letta. — Dosłownie i w przenośni. — Jego wzrok spoczął na metalowej, sztucznej dłoni towarzysza. — Zabrał pieniądze, opuścił dom rodzinny a przede wszystkim zranił bliskie mi osoby. — Ktoś mógłby przysiąc, że gangster uronił łzę.

— Już niedługo, szefie. Dopadniemy go.

— Doskonale. Dziękuję za tak… — pociągnął nosem w teatralny sposób — wspaniałe wiadomości. Jesteś wolny. A, i czy mógłbyś powiedzieć jak będziesz wychodził, że dzisiaj już nikogo nie przyjmuję? Ja i He’lett potrzebujemy trochę… czasu w spokoju. — Popatrzył na czarnowłosego a mężczyzna uśmiechnął się niejednoznacznie. Frank Getłow wykrzywił twarz w osobliwym grymasie po czym machnął ręką i zaczął zmierzać do drzwi wyjściowych.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Kapelusznik 7 miesięcy temu
    Fajna kontynuacja
    Napięcie rośnie
    Czekam na finał
  • Nefer miesiąc temu
    Tym razem bitwa schodzi na dalszy plan wobec retrospekcji, która z pewnoscią wpłynie na przebieg wydarzeń. I uważam to za dobry chwyt pobudzajacy napięcie, bo sama eskalacja działań zbrojnych, trwająca od kilku odcinków, mogłaby nie wystarczyć.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania