Cuiavia. 031. Toczydło
U Stanimira topory pracowały od świtu. Cieśle wybierali wpusty w dwóch dębowych belkach, które miały spocząć na nogach maszyny. Dębina nie ustępowała łatwo. Każde uderzenie odrywało krótki wiór, a wstrząs wracał w nadgarstki.
Cieśla wyprostował się i wsparł dłonie na trzonku.
— Te pójdą na ramę. Nogi już gotowe. Jeszcze chwila i będziemy składać. — Otarł czoło przedramieniem.
Robert przykucnął przy jednej z nóg i przesunął palcem po krawędzi czopa.
— Muszą wejść ciasno. Jeśli zostanie luz, całość rozklekocze się przy robocie.
Dwie długie belki, połączone poprzeczkami, tworzyły u góry wąskie łoże. Złożona konstrukcja spoczywała na klepisku obok czterech dołów. Stanimir chwycił jeden koniec, Mściwój drugi. Radomir naprowadzał nogi.
— Najpierw żwir — powiedział Robert i wsypał do każdego otworu po kilka garści drobnych kamyków.
Opalone końce nóg opadły w dołki.
— Krzywo. Radomirze, przynieś poziomicę.
Chłopak wrócił z trzema listewkami połączonymi w kształt litery A. Od ich szczytu zwisała nić z kamieniem.
— O takim czymś myślałeś? Dobrze zrozumiałem?
— Dokładnie.
Robert postawił przyrząd na górnej belce i zaznaczył miejsce, w którym nić przecięła poprzeczkę. Potem zamienił końce poziomicy miejscami i nakreślił drugą kreskę. Pomiędzy nimi wyznaczył trzecią.
— Tutaj jest poziom. Unieście tamten koniec.
Podnieśli ramę. Robert dosypał żwiru pod nogę. Kiedy ją opuścili, nić zrównała się ze środkowym znakiem.
Agnieszka zatrzymała się w otwartych wrotach. Pod dachem powietrze stało przesycone pyłem. Ciepło uderzyło ją w twarz. Pot zebrał się na jej czole i karku.
Odstawiła dzban, zebrała dłońmi włosy z karku, by je związać, i zastygła.
Robert obchodził ramę, przekładając poziomicę z belki na belkę. Co chwilę kazał unosić któryś narożnik, dosypywał żwir i dobijał nogi pobijakiem. Śledzili każdy jego gest i natychmiast wykonywali jego polecenia. Na koniec opuszczał pion wzdłuż drewna.
Kropla potu spłynęła jej po szyi, minęła obojczyk i zniknęła pod materiałem. Nie zawiązała włosów.
Jedna noga przesunęła się w otworze. Robert kazał wybrać część kamieni i ustawić ją ponownie.
— Przecież różnicy prawie nie widać — mruknął Stanimir.
— W kole też prawie jej nie było.
Cieśla nie odpowiedział. Uderzył pobijakiem.
Przypomniała sobie, jak pochylał się nad stołem poprzecinanym promieniami laserów. Kalibrował urządzenia, zmieniał ustawienia o ułamek mikrona, mierzył i sprawdzał ponownie. Teraz wystarczały mu sznurek i kamień.
Ruchy pozostały te same.
Szarpnął ramę. Nie drgnęła. Sprawdził ustawienie raz jeszcze.
— Gotowe.
Wyprostował się i dopiero wtedy ją zobaczył.
Stała z uniesionymi rękami. Nie zauważyła, że pasma włosów wysunęły się jej spomiędzy palców. Patrzyła na niego z lekko rozchylonymi ustami.
— Co jest? — zapytał zaskoczony.
Opuściła ręce. Włosy rozsypały się po spoconych ramionach.
— Nic. — Potrząsnęła głową.
Wygładziła bluzkę, poprawiła spodnie na biodrach.
— Przyniosłam wodę. Nie będę wam przeszkadzać.
Odwróciła się i wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć.
Patrzył przez chwilę na puste wrota.
— Koło — przypomniał Stanimir.
— Tak. Koło.
Przytoczyli je do ramy. Dwie warstwy grubych desek spinały drewniane kołki. Pośrodku tkwiła oś.
Unieśli je. Radomir wsunął pierwszy koniec osi, Stanimir drugi. Zamknęli nasmarowane jarzma i zabezpieczyli je kołkami.
Stanimir zaklinował przy ramie krótką podpórkę. Oparł na niej dłuto i zbliżył ostrze do krawędzi koła.
Robert popchnął koło. — Powoli.
Ostrze tylko raz musnęło drewno. Spadł krótki wiór.
— Tutaj bije. — Cieśla docisnął dłuto.
Pchnął mocniej. Ostrze zaskrobało dłużej, potem znów straciło kontakt z drewnem.
Z każdym obrotem wiór się wydłużał. W końcu nie urwał się, lecz opasał koło jasną wstęgą i opadł na klepisko.
Stanimir odsunął dłuto.
— Teraz jest okrągłe.
Robert pociągnął koło. Wykonało kilka obrotów, zanim stanęło. Zaznaczył najniższy punkt. Zakręcił jeszcze raz. Zaznaczone miejsce znów zatrzymało się na dole.
— Tutaj zbierz odrobinę.
Stanimir zdjął dwa wióry. Powtarzali próbę, aż koło zaczęło zatrzymywać się w różnych położeniach.
Cieśla odsunął się i popchnął je jednym palcem. Koło zatoczyło pełny obrót.
— Pojmuję, cośmy czynili.
Na boku koła, mniej więcej w połowie odległości między osią a krawędzią, Stanimir wywiercił otwór i wbił grabowy trzpień. Pod ramę wsunęli długą dębową deskę. Jeden jej koniec osadzili na poprzecznym kołku ramy. Wolny połączyli drewnianym cięgnem z trzpieniem w kole.
Robert obrócił koło. Pedał uniósł się, a po kolejnym półobrocie opadł. Nacisnął deskę stopą. Koło ruszyło.
— Ręce będziesz miał wolne. — Spojrzał zadowolony na cieślę. — Teraz czas napędzić wrzeciono.
— Macie tak długi rzemień? Miękki, bez pęknięć i supłów?
Stanimir pokręcił głową.
— Nie w jednym kawałku.
Radomir podniósł zwój konopnego sznura.
— Nada się?
Robert przesunął go między palcami.
— Jeśli spleciemy końce bez węzła.
Radomir rozkręcił włókna obu końców. Nałożył je na siebie, ponownie skręcił i obwiązał cieńszą nicią. Połączenie pozostało tylko trochę grubsze od reszty pętli.
Rowek w dużym kole wybrali podczas obrotu. Robert naciskał pedał, a Stanimir pogłębiał nacięcie. Skończyli, gdy pętla mieściła się w zagłębieniu i nie ocierała o jego krawędzie.
Wrzeciono ułożyli nad kołem na końcu łoża w dwóch wysmarowanych łojem jarzmach. Osadzony na nim drewniany krążek również potrzebował rowka, lecz maszyna nie mogła jeszcze nim obracać.
Radomir i Mściwój ciągnęli na przemian owinięty wokół niego sznur, a Stanimir przykładał dłuto tylko przy ruchu ku ostrzu. Szło wolniej, lecz po kilku przejściach nacięcie było gotowe.
Założyli napęd. Pętla zwisała zbyt luźno.
Radomir wsunął pod nią kołek. Przy następnym naciśnięciu pedału wrzeciono ruszyło.
— Na próbę wystarczy — powiedział Robert. — Na gołym drewnie szybko się przetrze. Potrzebna będzie rolka.
Stanimir osadził na końcu wrzeciona żelazny kolec z krótkimi ostrogami. Naprzeciw niego zamocowali przesuwaną podporę z drugim ostrzem, a obok zaklinowali poprzeczkę pod dłuto. Robert przysunął oba czubki do siebie i sprawdził ich ustawienie z góry oraz z boku.
Między kolcami zacisnęli kawałek suchego grabu. Robert nacisnął pedał, oparł dłuto o poprzeczkę. Ostrze uderzało początkowo tylko w wystające miejsca. Krótkie wióry padały na łoże.
— Puść mnie — krzyknął Stanimir.
Zamienili się. Cieśla odnalazł stopą pedał. Jedną nogą podtrzymywał ruch, obiema rękami prowadził ostrze. Wiór wydłużył się i opadł mu na przedramię jasną spiralą.
— Patrzcie! Ustrojstwo samo się robi.
— Teraz ja. — Radomir odsunął ojca ramieniem.
Robert wskazał patykiem kolejne części wirującego drewna.
— Ten koniec dopasuj do otworu w ramie. Dalej zostaw gładki trzon, a na końcu szeroką główkę.
Radomir pochylił dłuto. Grab zwężał się pod ostrzem. Co chwilę zatrzymywał maszynę i sprawdzał grubość.
Z następnego klocka wytoczyli krążek z rowkiem. Radomir przewiercił go przez ślad pozostawiony przez kolce.
Nasunęli rolkę na gładką część kołka i natarli ją łojem. Stanimir wbił jego koniec w ramę, pozostawiając pod szeroką główką niewielki luz.
Radomir obrócił krążek palcem. Poruszył się lekko.
Założyli napęd. Naprężona pętla poruszyła wszystkie elementy.
— Zróbcie później jeszcze dwie — powiedział Robert. — Każdą trochę większą. Kiedy napęd się wyciągnie, zmienicie rolkę.
— A kiedy zabraknie większych? — zapytał Radomir.
— Skrócicie pętlę.
Między kolcami zamocowali kolejny klocek.
Rama zaczęła odpowiadać na nacisk pedału głuchymi stuknięciami.
— Zatrzymaj — krzyknął Robert.
Jedna z nóg poruszyła się w ziemi.
Wybrali luźny żwir. Po obu stronach wbili płaskie kamienie, zasypali szczeliny drobniejszymi i ubili warstwami. Sprawdzili ustawienie.
Maszyna przestała się kołysać, lecz przy szybszym ruchu w belkach pozostało lekkie drżenie.
Robert zdjął pętlę, odłączył cięgno pedału i zakręcił samym kołem. Zatrzymało się cięższą stroną w dół.
— Rowek i trzpień korby zmieniły wyważenie.
Stanimir zebrał wiór cieńszy od paznokcia. Po kolejnych poprawkach koło zatrzymywało się za każdym razem inaczej.
Po kilku obrotach usłyszeli wysoki pisk. Radomir zwolnił, ale dźwięk nie zniknął.
Robert dotknął jarzma wrzeciona. Drewno było ciepłe.
Zdjęli napęd i wyjęli wrzeciono. Na jednym z czopów błyszczał ciemny ślad. Stanimir zeskrobał go ostrzem i ponownie natarł czop łojem.
Wrzeciono obróciło się bezgłośnie.
Radomir nacisnął pedał. Koło ruszyło płynnie. Rama nie drgnęła, pętla pozostała w rowkach, a spod dłuta wyszła długa, nieprzerwana wstęga.
Kiedy wałek miał jednakową grubość na całej długości, Radomir zdjął stopę z pedału. Koło wykonało jeszcze kilka obrotów i stanęło.
Stanimir jedną ręką chwycił ramę, a drugą gładził belki.
— Toczydło — powiedział.
— Co?
— Tak się będzie zwało. Taczka, toczydło… Gdzie uczą takich rzeczy? Wszystko własnymi dłońmi zrobiliśmy, ale bez twojego pomyślunku dalej strugałbym kołki siekierą.
— Ćwiczcie. Mściwój czeka na koło, a na mnie żona.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania