Częstochowska Róża Część 3 - Październikowe Słońce (2/4)

Przypomniał sobie krzyż, który Cyryl nosił na szyi. Wiedział dobrze, jak powstał. Anna chciała spróbować sił w rzemiośle artystycznym i ten krzyż był pierwszą i zarazem jedyną rzeczą, którą wycięła z drewna. Pamiętał, że strasznie się przy tym pokaleczyła i uznała, że struganie z drewna nie jest jednak dla niej. Wystrugany krzyż był jednak bardzo urodziwy i Beniaminowi szkoda było, by tak ciężka praca w wyniku której powstało tyle ran, się zmarnowała. Zawędził go więc w sekrecie, wywiercił w nim dziurkę na rzemyk, zamówił kilka rzeczy by zahartować i polakierować drewno, tworząc z krzyża pełnosprawny naszyjnik. Anna była zachwycona gdy Beniamin pokazał co zrobił z krzyżem, w ogóle nie przejęła się faktem, że zabrał go bez pytania. Zamiast tego spytała, czy chce go wziąć na stałe. Odmówił jednak, nie był wierzący, więc nie chciał nosić chrześcijańskiego symbolu. Poza tym oprawił naszyjnik dla niej, więc nie czułby się dobrze zabierając go. Zdumiał się jednak, kiedy spytała czy może go dać Cyrylowi. Wyjaśniła wtedy, że chciała im wyciąć krzyże z drewna jako prezenty, lecz struganie nie przypadło jej do gustu. A jako, że Beniamin nie chce, to czy mogłaby obdarować tym Cyryla. Pamiętał, że poczuł wtedy zazdrość, ale zgodził się pod warunkiem, że Anna nie powie Cyrylowi, że to on go oprawił. Dziewczyna aż złożyła przysięgę, że nie powie. Od tamtej pory co widział gdzieś Cyryla, ten zawsze miał ten krzyż ze sobą, zwisający na szyi. Czy to jak czasami widział poetę na żywo, czy to w telewizji, kiedy przeprowadzano z nim wywiad na temat nowo wydanej powieści lub zbioru poezji, czy to na zdjęciach w Internecie, zawsze ten krzyż go zdobił. Cyryl na pewno kochał Annę. Nie było to dziwne. Była wspaniałą osobą…

Beniamin wstawił wodę na herbatę. W domu było dość zimno. Szybko odkrył, że „winowajcą” są zakręcone kaloryfery. Miał jednak dylemat, gdyż rozważał dziś rozpalenie ognia w kominku, ale do wieczora zostało jednak trochę czasu…

Wyjrzał przez okno w kuchni i spojrzał na ogród. Białe róże jak zawsze wyglądały pięknie, nie szpecił ich wizerunek zniszczonych krzewów czerwonych. Beniamin pomyślał wtedy, że być może warto by zakupić nowe krzewy czerwonych, październik był najlepszy na sadzenie tych z odkrytymi korzeniami… A może warto by było wokoło zasadzić różne kolory, z białą w samym centrum?

„Taki różany raj…” – skomentował w myślach, wyobrażając to sobie. Tyle pięknych, kolorowych róż, a w środku biała, najpiękniejsza z nich wszystkich… aż westchnął. To był dobry plan.

Czuł, jak spokój powraca. Leki działały.

Podjął decyzję co do ogrzewania. Odkręcił kaloryfery nieco, wieczorem miało się i tak jeszcze ochłodzić, więc rozpalenie kominka wprowadzi optymalną temperaturę. Zalał kubek z herbatą i zostawił do zaparzenia. Przeciągnął się leniwie. Myśli o Cyrylu nie opuszczały go, czuł się źle z tym, że w ogóle zaczął temat o Annie przy poecie. Dał się emocjonalnie ponieść, nawet po tylu latach nie nauczył się panować nad sobą. Faktem jednak było też to, że sprawa z „widmem Anny” trapiła go dalej, a Cyryl, chcąc nie chcąc, dorzucił podpałki do ognia. Tamtego wyrazu twarzy poety nie zapomni do końca życia – ten wbijający się prosto w duszę wzrok, pełen bólu i nienawiści… Paraliżujące uczucie. Wiedział, że Cyryl nienawidzi go najbardziej na świecie i w ogóle mu się nie dziwił. Jednak co miał na myśli mówiąc, że Anna go przeklęła? Dlaczego był aż tak przerażony i zdenerwowany?

Cała ich rozmowa, choć temu zaprzeczali, wyglądała tak, że obydwaj dobrze wiedzieli, co mają na myśli. Czyżby Cyryl też to widział? Czyżby duch Anny naprawdę przybył? Czyżby coś tak irracjonalnego miało prawo bytu w tym świecie?

Herbata była gotowa. Beniamin ostrożnie chwycił za uchwyt kubka i przeszedł do salonu. Postawił go ostrożnie na stole, niedaleko zeszytu, do którego nadal nie miał odwagi zajrzeć. Położył się na sofie, w dłoni trzymając telefon. W przeglądarce wpisał hasło „Cyryl Rebelski”. Wyniki w Google pokazały podstronę na Wikipedii i listę z twórczością pisarza, ułożoną chronologicznie według dat wydania. Cofnął się do wyników i trafił na jakąś nieznaną mu stronę dla moli książkowych, gdzie był profil Cyryla jako autora, z podstawowymi informacjami na jego temat, zdobytymi nagrodami i tu również wypisany był od a do z dorobek twórczy: wiele tomików poezji, sześć powieści, z czego jedna wydana w tym roku, wszystkie z oceną ponad 8,0. W rubryce „fani autora” widniała solidna liczba użytkowników. Widać było, że jest to dobry pisarz.

Jeden z tomików poezji nosił tytuł „Listy do A.”. Ewidentne nawiązanie do Mickiewicza. Lecz u wieszcza jasnym było, kim jest „M.”, a jak to było w tym przypadku? Beniamin dobrze wiedział. W opisie znalazł link do jednego wiersza, w formacie PDF, za darmo.

„Płatne wiersze…” – pomyślał. Cóż, był pewien, że jeżeli by pogrzebał, to znalazłby gdzieś wszystkie bez potrzeby wydawanie pieniędzy, lecz uznał, że w tym przypadku byłoby to nie na miejscu, tak jakoś czuł. W końcu rozumiał, że każdy biedny poeta chciałby dostać choć grosz za swoją twórczość… Choć Beniamin nie był pewien, czy przy takiej popularności Cyryla można określić mianem „biednego poety”. Nie zastanawiając się dłużej, pobrał darmowy plik, który po chwili załadował się.

 

Cyryl Rebelski

„Częstochowska Róża”

Krzew róży

w tym mieście skrytym

widoczny jedynie nocami

w blasku miesiąca.

Twa dusza powraca wraz z nim

i razem z nim zanika

zostawiając mnie samego w mroku

w tym mieście skrytym, sennym i umarłym…

Na kolanach błagam nocami – wróć!

nie wracasz.

Nie zakwitasz z przyjściem wiosny, częstochowska różo

nie uśmiechasz się już do mnie

i już nic nie mówisz.

Odeszłaś

pozostawiając mnie samego

w tym martwym mieście.

An, moja An!

gdyby miłość była lekiem

Ty nadal byś tu była.

 

Cisza to był jedyny adekwatny komentarz. Beniamin poczuł ucisk w sercu.

„Gdyby miłość była lekiem…” – powtórzył w myślach, ale bardzo cicho, jakby bał się, że ktoś tą myśl usłyszy. Uznał, że już starczy mu poezji Cyryla. Leżał dłuższą chwilę, z telefonem spoczywającym na mostku.

„Gdyby miłość była lekiem… to ja byłbym dobrą osobą.” – Dodał cicho w myślach, nadal mając wrażenie, jakby ktoś mógłby to usłyszeć.

Z pozycji leżącej przerzucił się na siedzącą i chwycił za kubek, by napić się herbaty, zdrowej alternatywy od alkoholu. Zerkał cały czas na zeszyt z księżycem, położony i nietknięty od czasu, gdy wyciągnął go z szuflady. Patrzył, lecz nadal nie umiał się przełamać. Spoglądał tak, jakby czyhało tam jakieś niebezpieczeństwo. Leki nie zdawały się tu pomagać.

„Za kilka dni przeczytam” – pomyślał, nie wierząc samemu sobie. Na dziś starczyło mu już ciężkich tekstów, a w zeszycie tym na pewno nie czekało nic lżejszego. Cóż, dla innej osoby, zgadywał tak, wyobrażając sobie tematykę, mogłyby to być teksty piękne, być może urocze. Jeżeli był to zeszyt na wspomnienia Anny, to pewnie by tak było. Ale jeżeli znajdowały się tam zapisy z czasu tuż przed jej śmiercią… Nawet nie chciał o tym myśleć. Jednakże nie przekona się co tam jest, póki tam nie zajrzy…

Lecz nie dziś, dziś nie. Nawet nie miał odwagi położyć palca na zeszycie, tak przerażała go myśl o drugiej opcji zawartości.

„Gdyby miłość była lekiem.”

To zdanie brzęczało Beniaminowi w głowie niczym mantra, przez kolejne godziny. Choć zajmował się wieloma rzeczami, takimi jak oglądanie mieczy wykutych przez mistrzów fachu, czytaniem książek, czy nawet zbieram z ziemi brudnych ubrań i wstawienie wreszcie prania, jego myśli zajęte były tematem, który w „normalnych” okolicznościach by odrzucał: Anna, Anna i jeszcze raz Anna. Wszystko, co dotyczyło Anny i wszystko, co się z nią kojarzyło. Nawet leki nie umiały wymazać jej z głowy.

Czuł specyficzny dyskomfort siedząc na poddaszu. Czytanie książek czy używanie komputera nie pomagało wyzbyć się tego uczucia. Póki jednak na zewnątrz było dość jasno, mógł wytrzymać. Ale gdy zaczęło się ściemniać, to zaczął się bać. Sam nie wiedział czego. Czy możliwości, że przybycie Anny było jedynie omamem, a teraz, po zażyciu psychotropów wszystko powróciło do normy, czy może tego, że duchy naprawdę istnieją, zważając na podejrzane słowa Cyryla? Sam nie wiedział, która z opcji była lepsza, a która gorsza. Zdrowy rozsądek przemawiał za pierwszą, co jednak było dziwnie bolesne…

Lecz prawda często przecież bywa brutalna.

Zszedł na dół. Dziś w końcu planował rozpalić kominek, by zrelaksować się przy dźwięku trzaskającego drewna. Poza tym nie czuł się komfortowo na górze. Nie sądził, że kiedykolwiek mógłby zacząć bać się tak irracjonalnej rzeczy, jak zjawa osoby zmarłej. Lecz w tym przypadku raczej bał się tego, że nie przybędzie, co już w ogóle wykraczało poza ramy jakiejkolwiek logiki.

Logika, racjonalizm, stoicyzm… Wszystko to szlag trafił.

Słońce zaszło. Przyniósł z piwnicy trochę opału i zapalił. Od kominka napływało przyjemne ciepło, a światło ognia oświetlało salon. Beniamin obserwował tańczące płomienie. Zdawały się poruszać dokładnie tak samo, jak tamtego dnia.

Zupełnie, jakby były identyczne.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • cos_ci_opowiem 3 tygodnie temu
    Dłuży się.
  • Clariosis 3 tygodnie temu
    Cóż, to możliwe, gdyż starałam się tutaj głównie skupiać mocno na dawnych wydarzeniach.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania