Inne kolory życia - część XX
27/28 września, 2011, Mieszkanie Czerwińskich, Na osiedlu, noc
Stanęła na korytarzu. Światło z kuchni nie dosięgało tam, gdzie patrzyła, na drzwi, do którego pokoju teraz bała się najbardziej na świecie. Pomyślała, że nigdy już te oszklone, staromodne drzwi z lat osiemdziesiątych, w których wymieniała szybę ze cztery razy, nie skojarzą jej się z niczym, co może dać ulgę i radość. Poczuła, jak nogi samoistnie miękną. Złapała dłonią za klamkę drzwi do toalety. W ostatnim momencie. Zaskrzypiała pod ciężarem.
Odwróciła się i z marszu podeszła do szafki w kuchni, najbardziej wysuniętej do okna. Przemogła brak sił myślami, które naszły znienacka. Zaczęła szukać, przerzucać kolejne zeszyty z przepisami, stare rachunki, dokumenty, wizytówki. W końcu trafiła na znajomą okładkę przedstawiającą las we mgle. Na środku nalepiła kawałek kartki w kratkę z napisem – telefony. Otworzyła zeszyt, kilka chwil kartkowała, aż oczy dostrzegły to, czego potrzebowała. Numer telefonu, a nad nim drukowanymi literami napis KANCELARIA PARAFIALNA, KSIĄDZ RZYMCZYK.
Dwa sygnały, cztery, sześć. Zaczęła tracić nadzieję. Ale chwila. Czego się spodziewała. Była noc, nie jakaś późna, ale noc. Nie czuła tego. Nie była senna, zmęczona. Nie przeszkadzało jej, że w domu panuje mrok, tylko niewielki żyrandol w kuchni daje jakieś światło z mdłej żarówki energooszczędnej, które wyglądało jak snop promieni z zachodzącego słońca – pomarańczowych niczym rdza.
Głos po drugiej stronie nie należał do osoby, która chciała w tym momencie rozmawiać o czymkolwiek.
– Niech będzie pochwalony – powiedziała Bogumiła, starając się nie łamać głosu, który nagle stracił pewność siebie i brzmiał piskliwie, niewyraźnie.
– Na wieki wieków. Na litość boską, kto dzwoni o tej porze?
– Czerwińska Bogumiła, proszę księdza.
Rzymczyk westchnął do słuchawki.
– Proszę, w takim razie, o co chodzi?
Bogumiła spojrzała w okno. Pomyślała, choć wcale tego nie chciała, o Edwardzie, o jego zatwardziałości. Nie mogła go przekonać. Był uparty i zaślepiony.
– Ksiądz już wie, prawda?
Przez długą chwilę głos po drugiej stronie słuchawki milczał.
– Owszem, tak, doszły mnie pewne… słuchy. Rozumiem, że dzwoni pani w tej sprawie.
– Tak, ale nie do końca chodzi o samego Felka.
– Proszę mówić.
***
Obserwował postać, bardzo znajomą. Lekko zgarbiona sylwetka, pociągłe, flegmatyczne ruchy. Spacer człowieka, który miał to w genach, a jednocześnie, w obecnej sytuacji nie potrafił inaczej i może każdy na jego miejscu szedłby w podobny sposób.
Nie wychylał się. Stał za drzewem, w odległości kilkudziesięciu metrów. Żółty blask sodowych lamp rozświetlał alejki osiedlowe. Wyglądały jak spacerniak w piekle, albo może tylko jemu się tak wydawało. Nic tu nie parzyło, o ile tak na dole naprawdę coś parzy – zapewne jedynie poczucie winy i straconych szans w życiu, obrazy, które napływają co chwila, sceny porażek, powtarzane do znudzenia, do bólu, do krzyku rozpaczy.
Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał w niebo. Było zachmurzone, ale i tak tam patrzył, w ciemność. Szukał odpowiedzi. Nie miał wątpliwości. Tak wygląda osoba skrajnie zagubiona, pozbawiona oparcia w ludziach, łapiąca się brzytwy gwiazd. Tylko że taka nie istnieje, tak, jak odpowiedzi w konstelacjach, gdzieś daleko ponad chmurami. I może cały tabun wróżek zarzekać się, po odpowiednim opłaceniu każdej z osobna, że one wiedzą najlepiej. Za podwójną stawkę przyrzekną z taką samą, o ile nie większą werwą, iż gówno wiedzą.
Miał ochotę do niego podejść. Stanąć naprzeciw, a potem zapytać, czy wierzy w swoje przekonania? Jaki byłby finał? Omdlenie, nagłe atak serca, paniczna ucieczka. A może to jedna z tych sytuacji kiedy potwierdziłaby się jedna z teorii, że ludzie, takich jak on, nie rozpoznają. Przynajmniej dopóki sam nie wyjawi swoją tożsamości, teraz raczej jedynie koniecznej z obowiązku, bo przecież utraconą z chwilą… której nie pamiętał. I nawet się z tego powodu cieszył.
Obserwował mężczyznę jeszcze przez moment, kiedy tamten zaś ruszył dalej, przed siebie, uznał, że wystarczy, że nie warto mnożyć scenariuszy. Przecież i tak spełni się ten, którego najbardziej się, o ironio, bał.
***
Najtrudniej było wypowiedzieć pierwsze słowo, zacząć. Miała wątpliwości? Najwidoczniej. Ale nie miała złudzeń, że postępuje właściwie. Nikt nie tknie jej syna, nigdy.
Zajęło to dłuższą chwilę, a po wszystkim milcząco wyczekiwała odpowiedzi księdza Rzymczyka. Proboszcz nie odzywał się przez dobre pół minuty, jakby chciał jeszcze bardziej podsycić w kobiecie niepewność, a potem triumfalnie zaintonować własne stanowisko, tak nagle i niespodziewanie jak to tylko możliwe.
Ale nie zrobił tego. Zaczął spokojnie, wręcz, jak na niego, za spokojnie.
– Jeśli mamy do czegoś silne przekonanie, to jest to przekonanie Boga. On daje nam siłę, abyśmy walczyli o własne racje. Rozumie pani, do czego zmierzam?
Wydawało jej się, że tak. Potwierdziła.
– Ciało Felka jest święte i nikt nie może bezcześcić go w imię chorych przekonań, które nie wynikają z woli Boga, ale z ludzkiej ułomności. Ona prowadzi tylko do zguby.
– Proszę księdza, mój mąż, on nie odpuści.
– Jutro będę u was, w godzinach porannych. Jesteś dobrą parafianką, kościół wspomagasz modlitwą i hojnymi datkami. Za to Bóg da ci siłę i ludzi, którzy pomogą uratować ciało syna.
Podziękowała, po czym proboszcz zakończył nagle połączenie, bez słowa. Ale to nie było ważne. Jej racja, słowa Rzymczyka przełamały wątpliwości. Czasami, kiedy było źle, kiedy Edward musiał zmieniać pracę, wolała oddać ostatni grosz na kościół niż przepuścić dla własnej uciechy. Czasami żałowała, siadała w kuchni i pytała samą siebie dlaczego? Teraz już wiedziała.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania