Kroniki Elorien - Rozdział 17
Rankiem twierdza obudziła się wcześniej niż zwykle. Jeszcze zanim pierwsze promienie słońca przedarły się ponad grzbiety Gór Srebrzystych, na dziedzińcu panował już ruch. W chłodnym, porannym powietrzu unosiła się lekka mgła, która powoli przesuwała się między murami, a kamienne powierzchnie twierdzy były wilgotne od nocnej rosy. W zwyczajnych okolicznościach o tej porze większość mieszkańców dopiero zaczynałaby dzień, strażnicy zmienialiby warty, a kucharze przygotowywaliby pierwsze śniadanie. Tego ranka jednak nikt nie miał czasu na zwyczajność. Na środku dziedzińca stały już przygotowane konie, przy jednym z murów zgromadzono zapasy, namioty, koce, skrzynie z żywnością oraz wyposażenie potrzebne do założenia prowizorycznego obozu. Zabrano również dodatkowe liny, haki, pochodnie, mikstury lecznicze i kilka przedmiotów magicznych, których przeznaczenia nawet część młodych magów nie znała. Nie zamierzali wybierać się na zwykły zwiad. Mieli spędzić na płaskowyżu tyle czasu, ile będzie trzeba, a skoro ich przeciwnikiem miała być cienista smoczyca, przezorność przestała być przesadą, a stała się koniecznością.
Cała szóstka pojawiła się na dziedzińcu jeszcze przed wyznaczoną godziną wymarszu. Lucien, jak można było się spodziewać, wyglądał na człowieka, który zamiast na potencjalną walkę z jednym z najpotężniejszych demonów kontynentu wybiera się na szczególnie interesującą wycieczkę. Był wyposażony, uzbrojony i najwyraźniej gotowy wykorzystać każdą okazję do zaprezentowania swoich umiejętności. Zhana, choć wciąż nie odzyskała jeszcze pełni sił po wcześniejszym starciu, była już wystarczająco sprawna, by uczestniczyć w wyprawie, a jej przygotowania wyglądały znacznie bardziej praktycznie. Kilkakrotnie sprawdzała swoje wyposażenie, upewniała się, że niczego nie brakuje, i najwyraźniej zamierzała potraktować całą wyprawę znacznie poważniej niż jej przyjaciel. Kadir miała przy sobie mapy, notatki oraz wszystko, co mogło pomóc w wykorzystaniu terenu. To właściwie ona była autorką pomysłu dotyczącego płaskowyżu, więc nic dziwnego, że przed wyruszeniem jeszcze raz analizowała jego położenie. Filius natomiast bardziej niż o własny ekwipunek martwił się o Demonka. Stworzenie miało zostać zabrane ze sobą i od samego początku było jasne, że dla niego nie jest ono zwykłym elementem planu, lecz żywą istotą, której los może zależeć od powodzenia całej wyprawy. Bram jak zwykle sprawiał wrażenie człowieka, który najchętniej zabrałby ze sobą znacznie mniej rzeczy, gdyby tylko ktoś zagwarantował mu, że nie będzie musiał niczego nosić. Laeria natomiast po cichu sprawdzała swoje wyposażenie, co jakiś czas spoglądając w stronę gór. W jej spojrzeniu było coś innego niż wcześniej. Od czasu, gdy po raz pierwszy naprawdę udało jej się wznieść nad ziemię, najwyraźniej zaczęła inaczej patrzeć na własne możliwości. Nie była już tak przekonana, że jest najsłabszym ogniwem grupy.
Zheron przybył jako jeden z ostatnich. Nie musiał się spieszyć. Na dziedzińcu wszyscy wiedzieli już, że bez niego wyprawa się nie rozpocznie. Towarzyszyła mu grupa doświadczonych magów z twierdzy. Nie byli to młodzi adepci ani wojownicy szukający okazji do zdobycia sławy. Byli ludźmi, którzy widzieli już wystarczająco wiele, aby nie lekceważyć przeciwnika tylko dlatego, że jeszcze go nie spotkali. Wśród nich znajdowali się magowie różnych żywiołów, a każdy miał określoną rolę. Jedni mieli odpowiadać za ochronę obozu, inni za obserwację, jeszcze inni za leczenie i utrzymanie magicznych zabezpieczeń. Zheron zadbał również o to, aby nie zabrakło osób zdolnych do walki na dystans. Nikt nie udawał, że planują zwykłe polowanie. Ich zadaniem było przygotować miejsce, zabezpieczyć je i stworzyć warunki, w których można będzie stawić czoła stworzeniu, które przez lata przeżyło w Krainie Demonów i zostało dodatkowo skażone czarną magią. Już sam opis tego przeciwnika wystarczał, by nawet doświadczeni magowie zachowywali większą ostrożność niż zwykle.
Demonka również przygotowano do podróży. Filius dopilnował, aby stworzenie miało odpowiednie miejsce podczas drogi i odpowiednią ilość pożywienia, choć z doświadczenia wszyscy wiedzieli, że karmienie tego małego demona nie należy do najbardziej przewidywalnych czynności. Został umieszczony w specjalnie przygotowanej skrzyni z otworami zapewniającymi dopływ powietrza, ale wystarczająco zabezpieczonej, aby nie uciekł w najmniej odpowiednim momencie. Nie wszystkim podobał się pomysł zabierania go wprost na miejsce spotkania ze smoczycą. Było jednak oczywiste, że pozostawienie go w twierdzy mogłoby całkowicie zniszczyć plan Kadir. Jeśli rzeczywiście był potomkiem smoczycy, jego obecność mogła być jedynym sposobem na zakończenie całej sprawy bez konieczności stoczenia walki. A jeśli nie był... cóż, wówczas wszyscy mieli nadzieję, że dowiedzą się tego, zanim zrobi się naprawdę źle.
W końcu przygotowania dobiegły końca. Otworzono ciężką bramę twierdzy, a pierwszy powiew chłodnego górskiego powietrza wpadł na dziedziniec. Konie zaczęły niespokojnie poruszać łbami, jakby same wyczuwały, że tego dnia czeka je coś więcej niż zwykła podróż. Powóz, którym wcześniej przybyli młodzi magowie, tym razem pozostał w twierdzy. Teren, do którego zmierzali, nie był odpowiedni dla dużego wozu, dlatego większość wyposażenia rozdzielono między konie juczne i ludzi. Resztę niezbędnych rzeczy magowie nieśli sami albo zamierzali stworzyć na miejscu za pomocą magii. Zheron upewnił się jeszcze raz, że wszyscy są gotowi, po czym grupa zaczęła opuszczać twierdzę.
Obserwowałem ich z miejsca, w którym nikt nie zwracał na mnie uwagi. Właściwie nie było to trudne. Mucha przelatująca pomiędzy ludźmi przygotowującymi wyprawę nie wzbudza szczególnego zainteresowania, nawet jeśli akurat jest to mucha będąca ponad ośmiusetletnim animagiem, który zna więcej sekretów tych ludzi niż oni sami. Usiadłem na chwilę na jednej z drewnianych skrzyń, pozwalając grupie przejść obok, a następnie wzbiłem się w powietrze i ruszyłem za nimi. Z góry widziałem, jak cała wyprawa powoli opuszcza dziedziniec i kieruje się ku górskiej ścieżce. Na przedzie szli zwiadowcy, za nimi młodzi magowie oraz doświadczeni czarodzieje, a Zheron znajdował się mniej więcej w środku grupy. Nie wyglądało to jak armia. Nie było sztandarów, trąb ani setek żołnierzy. Była to stosunkowo niewielka grupa ludzi, która miała zmierzyć się z czymś, co mogło okazać się zdolne do zniszczenia całej osady.
Twierdza szybko została za nimi. Jej wysokie mury z każdą chwilą stawały się mniejsze, aż w końcu zasłoniły je skały i zakręt górskiego szlaku. Przed nimi rozciągały się Góry Srebrzyste, oświetlane coraz mocniej przez wschodzące słońce. Ich szczyty błyszczały w porannym świetle, a pomiędzy nimi ciągnęły się doliny, przełęcze i skaliste zbocza, które dla zwykłego podróżnika mogłyby wyglądać pięknie, lecz dla tej grupy były przede wszystkim miejscem, w którym mogła pojawić się ogromna, cienista smoczyca. Im dalej od twierdzy odchodzili, tym mniej było śladów ludzkiej obecności. Zostawały za nimi drogi, zabudowania i strażnice. Przed nimi była już tylko góra, kamień, wiatr i miejsce wybrane przez Kadir.
Droga na płaskowyż okazała się znacznie bardziej wymagająca, niż mogłoby się wydawać na podstawie mapy Kadir. Na papierze wszystko wyglądało przecież bardzo prosto: odejść od głównego szlaku, przejść wzdłuż zbocza jednej z gór, a następnie wspiąć się na szeroki skalny teren położony nieco wyżej. W rzeczywistości góry miały własne zdanie na temat tego, co człowiek może uznać za „prostą drogę”. Ścieżka szybko zwęziła się do szerokości pozwalającej przejść pojedynczej osobie, a potem zniknęła całkowicie, zmuszając zwiadowców do wyszukiwania przejścia między skałami. Konie zostały pozostawione niżej, przy bezpieczniejszym odcinku, a dalszą drogę grupa pokonywała pieszo, niosąc najpotrzebniejsze wyposażenie. Nie było to szczególnie przyjemne, zwłaszcza dla Brama, który po mniej więcej godzinie wspinaczki zaczął coraz częściej spoglądać na niesione przez innych skrzynie z wyraźnym zainteresowaniem.
– Czy naprawdę potrzebujemy aż tylu rzeczy? – zapytał w końcu, ocierając pot z czoła.
– Tak – odpowiedziała Kadir bez odwracania głowy.
– Wszystkich?
– Wszystkich.
– A gdybyśmy wyrzucili połowę?
– Wtedy nie będziemy mieli połowy rzeczy, których możemy potrzebować.
– To bardzo logiczne. Nienawidzę logicznych odpowiedzi.
Przyznam, że rozumiałem jego ból. Przez większą część mojego życia również uważałem, że najlepszym sposobem podróżowania jest pozostawienie w domu wszystkiego, co waży więcej niż mucha. Niestety, doświadczenie nauczyło mnie, że ta strategia ma pewne ograniczenia.
Im wyżej wchodzili, tym bardziej krajobraz się zmieniał. Drzewa, które jeszcze niżej porastały zbocza, stawały się coraz rzadsze, aż w końcu zostały zastąpione przez niskie krzewy i kępy twardej, górskiej trawy. Skały miały jasnoszary kolor, miejscami niemal srebrny, przez co w porannym świetle całe zbocze wyglądało tak, jakby ktoś rozsypał po nim drobinki metalu. Wiatr był znacznie silniejszy niż na dole i co jakiś czas wpadał między skały z takim impetem, że mniej doświadczeni magowie musieli przytrzymywać swoje płaszcze. Laeria natomiast wydawała się tym zachwycona. Przez chwilę szła nieco z boku grupy, obserwując ruch powietrza między skałami.
– Mogłabym trochę pomóc – powiedziała, kiedy kolejny silniejszy podmuch niemal wyrwał Filiusowi z rąk jedną z paczek.
– Tylko trochę – odpowiedział Bram. – Ostatnim razem, kiedy powiedziałaś „trochę”, prawie zrzuciłaś Luciena z dachu.
– To było przypadkiem.
– Oczywiście. Wszystkie katastrofy są przypadkiem.
Lucien, który szedł kilka kroków przed nimi, odwrócił się z oburzeniem, choć na szczęście nie zdecydował się na odpowiedź. Zhana spojrzała tylko na Brama z rozbawieniem. Widać było, że po ostatnich wydarzeniach sama zaczęła doceniać te drobne momenty normalności. Nawet jeśli normalność w ich przypadku polegała na wspinaniu się na górę w towarzystwie grupy magów przygotowujących się na spotkanie z cienistym smokiem.
Po kilku godzinach marszu grupa zatrzymała się na krótki odpoczynek przy skalnym występie. Stąd mogli zobaczyć znaczną część okolicy. W dole rozciągała się dolina, przez którą wcześniej podróżowali, a jeszcze dalej widać było cienką linię drogi prowadzącej w kierunku twierdzy. Budowla z tej wysokości wyglądała niemal niepozornie. Trudno było uwierzyć, że pod jej murami znajdował się jeden z dawnych Portali Demonów i że właśnie tam rozpoczęła się cała ta historia. Kadir rozłożyła mapę na płaskim fragmencie skały i przez chwilę porównywała ją z otaczającym terenem.
– Jesteśmy blisko – powiedziała w końcu – Jeszcze trochę w górę, potem skręcamy na zachód.
– „Trochę” oznacza ile? – zapytał Lucien.
– Około godziny.
– To nie jest trochę.
– W górach jest.
– Kadir, jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego, zacznę podejrzewać, że wcale nie jesteś maginią wody, tylko demonem górskim, który chce nas wszystkich zamęczyć.
Kadir uniosła wzrok znad mapy.
– Możesz iść z powrotem.
– Nie powiedziałem, że chcę wracać.
– W takim razie przestań narzekać.
– Tego też nie powiedziałem.
Filius siedział nieco dalej, zajmując się Demonkiem. Małe stworzenie wyglądało na całkiem zadowolone z podróży, choć jego definicja wygody była wyjątkowo elastyczna. W pewnym momencie wystawiło łeb ze swojego zabezpieczenia i wydało charakterystyczne, krótkie kwaknięcie. Lucien spojrzał na nie z zainteresowaniem.
– Chyba jest zadowolony. – Filius pogładził je po głowie.
– Albo właśnie cię obraził.
– Jest jakaś różnica? – zapytał Bram.
– W jego przypadku jeszcze nie odkryłem.
Ruszyli dalej. Ostatni odcinek drogi prowadził przez znacznie bardziej skalisty teren. Zwiadowcy szli przodem, sprawdzając każdy kolejny fragment ścieżki, a doświadczeni magowie pilnowali, aby grupa nie rozciągnęła się zbytnio. Nie obawiali się ataku ze strony smoczycy już teraz, ale wszyscy mieli świadomość, że w górach łatwo przeoczyć coś, czego nie powinno się przeoczyć. Co jakiś czas jeden ze zwiadowców zatrzymywał się, przyglądał ziemi albo odległym skałom, a następnie dawał znak pozostałym, że można iść dalej. Zheron przez większą część drogi milczał. Obserwował otoczenie z uwagą, a czasami spoglądał na młodych magów. Nie musiał nic mówić, żeby było jasne, że tym razem traktuje ich nie jak uczniów, lecz jak część grupy, która rzeczywiście może mieć wpływ na wynik całej wyprawy. Zresztą wszyscy zmienili się przez ostatnie tygodnie. Jeszcze niedawno ich pierwsza walka z demonem była dla nich czymś niemal niewyobrażalnym. Teraz szli w góry, wiedząc, że na końcu drogi może czekać stworzenie wielokrotnie potężniejsze od wszystkiego, z czym mieli dotąd do czynienia.
W końcu teren przed nimi zaczął się wypłaszczać. Najpierw pojawił się szeroki skalny grzbiet, potem kolejny, aż nagle ścieżka wyprowadziła ich na otwartą przestrzeń. Płaskowyż pojawił się niemal niespodziewanie. Był znacznie większy, niż wynikało z opisu Kadir. Rozciągał się wzdłuż zbocza góry, otoczony z jednej strony stromymi skałami, z drugiej zaś opadał ku głębokiej dolinie. Na jego powierzchni wyrastały liczne naturalne formacje skalne – wysokie, nieregularne kolumny, głazy i niewielkie skalne ściany, pomiędzy którymi można było ukryć ludzi albo stworzyć punkty obserwacyjne. Nieco wyżej, w zboczu góry, widniały ciemne wejścia do naturalnych jaskiń. Kadir zatrzymała się na skraju płaskowyżu i spojrzała na całe miejsce z wyraźną satysfakcją.
– Mówiłam, że będzie dobre. Zheron przez chwilę nic nie odpowiadał. Rozejrzał się po płaskowyżu, po jaskiniach, po naturalnych przeszkodach i stromym zboczu.
– Jest lepsze, niż się spodziewałem – przyznał w końcu.
Bram rzucił swój bagaż na ziemię i spojrzał na Kadir.
– W takim razie oficjalnie odwołuję połowę moich narzekań.
– Tylko połowę? – zapytała Zhana.
– Muszę zachować jakieś standardy.
Nie mieli jednak czasu na dłuższy odpoczynek. Słońce zdążyło już wznieść się wysoko, a przed nimi było jeszcze całe zadanie związane z przygotowaniem miejsca. Trzeba było wyznaczyć obszar obozu, rozstawić namioty, przygotować zapasy, ustalić stanowiska obserwacyjne i zabezpieczyć dojścia od strony doliny. Magowie zaczęli rozchodzić się po płaskowyżu, badając teren i wybierając najlepsze miejsca. Niektórzy zajęli się przygotowaniem magicznych barier, inni sprawdzali jaskinie, a młodzi magowie po raz pierwszy mogli dokładnie przyjrzeć się miejscu, w którym mieli czekać na stworzenie. Ja natomiast wzbiłem się wysoko ponad nimi i spojrzałem w dół. Z tej perspektywy wszystko wyglądało niemal spokojnie. Mała grupa ludzi na ogromnym kamiennym płaskowyżu, otoczonym górami i pustką. Nigdzie nie było widać żadnego zagrożenia.
Obóz został przygotowany jeszcze tego samego dnia, choć zajęło to znacznie więcej czasu, niż początkowo zakładano. Płaskowyż, który z daleka wydawał się niemal idealnym miejscem do rozbicia obozowiska, po bliższym zbadaniu wymagał kilku poprawek. Nie chcieli przecież po prostu postawić namiotów na środku otwartej przestrzeni i czekać, aż przyleci do nich ogromny demon zdolny prawdopodobnie rozerwać połowę tych namiotów jednym machnięciem skrzydła. Wybrano więc miejsce położone nieco bliżej skalnej ściany, gdzie naturalne formacje zapewniały częściową osłonę od wiatru. Największe namioty ustawiono w niewielkim zagłębieniu terenu, dzięki czemu były mniej widoczne z powietrza, a jednocześnie pozostawały wystarczająco blisko siebie, aby w razie alarmu wszyscy mogli szybko się zebrać. Nieco dalej znajdowało się miejsce przeznaczone na ognisko, choć ogień miał być używany ostrożnie. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że nocą płomień może być widoczny z bardzo dużej odległości, a tym razem zdecydowanie nie chcieli przyciągać niczego, czego wcześniej nie planowali spotkać.
Wokół obozu rozmieszczono punkty obserwacyjne. Wykorzystano do tego przede wszystkim naturalne formacje skalne, które wystawały ponad powierzchnię płaskowyżu. Z niektórych można było obserwować dolinę, z innych zbocza sąsiednich gór, a z jeszcze innych rozciągał się widok niemal na cały płaskowyż. Doświadczeni zwiadowcy szybko wyznaczyli miejsca, w których mieli pełnić warty. Nie zamierzali polegać wyłącznie na wzroku. W kilku strategicznych punktach umieszczono proste zaklęcia ostrzegawcze, które miały reagować na większe skupiska energii magicznej. Były to zabezpieczenia wystarczające przeciwko większości stworzeń, lecz wszyscy wiedzieli, że w przypadku cienistej smoczycy mogą jedynie dać im kilka dodatkowych sekund. A czasami kilka sekund wystarcza, by przeżyć. Albo przynajmniej zdążyć żałować swoich decyzji.
Jedna z naturalnych ścian skalnych została wykorzystana jako główna linia obrony. Magowie wzmocnili ją zaklęciami ziemi, tworząc kilka dodatkowych osłon i niewielkich zagłębień, w których można było schronić się przed atakiem. Nie zamierzali budować twierdzy. Nie mieli na to ani czasu, ani odpowiednich materiałów. Chodziło raczej o wykorzystanie tego, co już znajdowało się na miejscu. Kadir miała rację, wybierając właśnie ten płaskowyż. Skały ograniczały przestrzeń, utrudniały swobodne lądowanie dużemu stworzeniu i dawały magom możliwość prowadzenia ataku z kilku różnych kierunków. Jeżeli plan polegający na przekazaniu Demonka smoczycy nie zadziała, teren miał stać się ich pierwszym sojusznikiem.
Naturalne jaskinie w zboczu góry również zostały dokładnie sprawdzone. Nie znaleziono w nich żadnych śladów większych stworzeń ani niczego, co mogłoby wskazywać, że ktoś wykorzystywał je w ostatnim czasie. Wewnątrz było chłodno i wilgotno, a ściany pokrywała cienka warstwa minerałów. Największa z jaskiń została przeznaczona na magazyn. Tam trafiły zapasy żywności, woda, dodatkowe koce, lekarstwa i część wyposażenia, którego nie potrzebowano natychmiast. Mniejsze wejście prowadzące do bocznej komory pozostawiono jako miejsce awaryjne. W razie ataku mogło posłużyć za schronienie dla rannych. Oczywiście nikt nie był zachwycony myślą o spędzaniu tam czasu, ale w sytuacji, w której przeciwnikiem miała być smoczyca, nawet wilgotna dziura w skale zaczynała wyglądać jak całkiem przyzwoite mieszkanie.
W centralnej części obozu znajdowało się miejsce przeznaczone dla młodych magów. Ich namioty ustawiono obok siebie, dzięki czemu mogli szybko zebrać się w jednym miejscu. Zheron i doświadczeni magowie zajęli przestrzeń bliżej głównej linii obrony. Nie było to przypadkiem. W razie ataku to właśnie oni mieli reagować jako pierwsi, podczas gdy młodzi magowie mieli otrzymać konkretne zadania zgodnie ze swoim żywiołem i umiejętnościami. Kadir miała odpowiadać za analizę sytuacji i koordynację wykorzystania terenu, Bram za kontrolę ziemi i skalnych przeszkód, Laeria za obserwację oraz wsparcie powietrzne, Filius za ochronę i ewentualne wykorzystanie roślinności, a Lucien i Zhana za ogień. Tym razem jednak nikt nie zakładał, że Lucien i Zhana będą mogli po prostu spalić przeciwnika, jak miało to miejsce w przypadku innych demonów. Cienista smoczyca była czymś zupełnie innym.
Demonka umieszczono w najbardziej osłoniętej części obozu, niedaleko Filiusa. Przygotowano dla niego niewielkie, zabezpieczone miejsce, w którym mógł przebywać bez ryzyka przypadkowego wydostania się poza teren obozu. Nie chodziło o więzienie. Tym razem nawet Zheron zgodził się, że nie można traktować go jak zagrożenia. Był częścią planu. A właściwie był jego najważniejszym elementem. Jeśli teoria Filiusa była prawdziwa, obecność małego demona mogła zakończyć całą sprawę bez walki. Jeśli zaś smoczyca rzeczywiście przybyła po swoje młode, nikt nie wiedział, jak zareaguje na widok człowieka trzymającego je przy sobie. Dlatego miejsce Demonka zostało zabezpieczone zarówno przed nim samym, jak i przed wszystkim, co mogło pojawić się z zewnątrz.
Na płaskowyżu panował teraz pozorny spokój. Po kilku godzinach pracy większość przygotowań została zakończona. Namioty stały stabilnie, zapasy znalazły się na swoich miejscach, punkty obserwacyjne były obsadzone, a magiczne zabezpieczenia działały. Z daleka obóz nie wyglądał szczególnie imponująco. Kilkanaście namiotów, kilka skrzyń, stosy drewna, sprzęt rozmieszczony przy skałach i niewielkie ognisko. Nic, co mogłoby sugerować, że zgromadzili się tutaj magowie przygotowujący się do spotkania z jednym z najgroźniejszych stworzeń, jakie kiedykolwiek żyły na tym kontynencie. Ale właśnie to było w nim najbardziej charakterystyczne. Wielkie bitwy często zaczynają się w miejscach, które wcale nie wyglądają jak pola bitew.
Wieczorem wiatr przesuwał się między skałami, niosąc ze sobą chłód z wyższych partii gór. Słońce powoli znikało za szczytami, a cienie rzucane przez formacje skalne wydłużały się z każdą chwilą. W dole dolina zaczynała tonąć w półmroku. Z obozu można było dostrzec coraz mniej szczegółów, aż w końcu odległe zbocza stały się jedynie ciemnymi sylwetkami na tle czerwieniejącego nieba. Wydawało się, że nic się nie zmieniło.
Noc była już głęboka, a obóz na płaskowyżu pogrążył się w ciszy, którą od czasu do czasu przerywał jedynie szum górskiego wiatru. Warty zmieniały się regularnie, ogniska przygaszono niemal całkowicie, a większość magów spała. Ja natomiast, po całym dniu spędzonym w postaci muchy, pozwoliłem sobie na odrobinę luksusu. Oczywiście nie mogłem zrobić tego w samym obozie. Znalazłem wcześniej jedną z niewielkich jaskiń położonych nieco dalej, za skalnym grzbietem, wystarczająco daleko, aby nikt przypadkiem do niej nie zajrzał. Przybrałem swoją ludzką postać, rozprostowałem nogi, oparłem plecy o chłodną skałę i położyłem się na przygotowanym wcześniej kawałku materiału. Po tylu latach życia w ukryciu człowiek zaczyna doceniać takie rzeczy jak możliwość wyprostowania kręgosłupa. Zresztą, gdy ma się ponad osiemset lat, nawet najwygodniejsza postać muchy zaczyna po pewnym czasie mieć swoje wady. Nie zamierzałem spać długo. Ot, kilka godzin. Wystarczająco, żeby odpocząć, a potem wrócić do obserwowania wydarzeń. Jak zwykle miałem wszystko dokładnie zaplanowane. Jednak tym razem moje plany okazały się niewiele warte.
Obudził mnie bowiem głos. Nie dźwięk kroków. Nie alarm magicznych zabezpieczeń. Nie krzyk wartownika. Głos. Ten sam, który słyszeliśmy wcześniej w kopalni. Ten sam spokojny, głęboki głos, który zdawał się pojawiać znikąd i jednocześnie rozbrzmiewać wszędzie wokół. Otworzyłem oczy i przez kilka sekund leżałem nieruchomo, próbując przekonać samego siebie, że nadal śnię. Niestety, nie śniłem.
– Witaj, Benjaminie.
Przez chwilę nie byłem nawet pewien, czy dobrze usłyszałem. Nikt nie znał mojego imienia. Nikt żyjący. Od ponad ośmiuset lat Benjamin pozostawał imieniem należącym wyłącznie do mnie, do wspomnień, których nie dzieliłem z nikim na tym świecie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Usiadłem powoli, opierając plecy o ścianę jaskini, i spojrzałem w ciemność przed sobą. Nie było tam nikogo. Przynajmniej nikogo, kogo mogłem zobaczyć.
– Dwie osoby obserwujące całą tę wyprawę w ukryciu zaczynają już tworzyć pewien tłok, nie sądzisz? – kontynuował głos z lekką nutą rozbawienia – Chociaż muszę ci pogratulować. Przez cały ten czas udało ci się pozostać niezauważonym. Przynajmniej przez magów.
Nie odpowiedziałem. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia. Po prostu pierwszy raz od bardzo dawna nie wiedziałem, co powiedzieć. Całe moje życie opierało się na jednej prostej zasadzie: ja obserwuję, oni nie wiedzą, że istnieję. To było wygodne. Bezpieczne. Wręcz idealne. A teraz ktoś nie tylko wiedział o mojej obecności, ale znał moje prawdziwe imię.
– Muszę przyznać, Benjaminie, że jesteś interesującym człowiekiem. Ponad osiemset lat życia w ukryciu. Umiejętność przemiany, która pozwala ci obserwować świat z perspektywy, z której większość magów nawet nie zdaje sobie sprawy. Żadnego żywiołu. Żadnych ambicji. Żadnej potrzeby uznania. A jednak nadal tu jesteś. Nadal obserwujesz. Nadal patrzysz, jak świat magów powoli staje się cieniem tego, czym był kiedyś.
Poczułem nieprzyjemny chłód, który nie miał nic wspólnego z temperaturą jaskini. To, co mówił, było zbyt bliskie prawdy. Zbyt bliskie moim własnym myślom. Przez stulecia sam przecież czasami narzekałem na współczesnych magów. Na ich regulaminy, ostrożność, uzależnienie od instytucji i przekonanie, że wszystko można rozwiązać odpowiednią procedurą. Wielokrotnie rozmyślałem, że dawniej było inaczej. Że magia miała większe znaczenie. Że magowie byli odważniejsi. Potężniejsi. Wolniejsi. I właśnie dlatego jego słowa trafiały w miejsce, którego nie chciałem przed nim odsłaniać.
– Zdaje mi się, że w pewnym stopniu myślimy podobnie. Być może nawet bardziej, niż chciałbyś przyznać. Dlatego pozwolę sobie na propozycję. Rozważ dołączenie do mnie. Twoje umiejętności mogłyby okazać się niezwykle przydatne. Wyobraź sobie, Benjaminie, ile można zobaczyć, będąc tam, gdzie nikt nie spodziewa się obserwatora. Ile można usłyszeć. Ile można odkryć. Mucha może przelecieć przez drzwi, przez okno, przez szczelinę w murze. Może znaleźć się niemal wszędzie.
Uśmiechnąłem się gorzko. Nawet w tej chwili potrafił znaleźć sposób, żeby przypomnieć mi, że przez całe życie potrafiłem zmieniać się wyłącznie w jedno, wyjątkowo mało szanowane stworzenie. Jego następne słowa sprawiły jednak, że uśmiech zniknął natychmiast.
– A teraz pozwól, że ci za coś podziękuję. Za pewien prezent, który otrzymałem całkiem niedawno. Za coś, co znacznie… wydłużyło moje możliwości.
Zamarłem. Nie miałem pojęcia, do czego zmierza, ale jakaś część mnie już wtedy wiedziała, że nie spodoba mi się odpowiedź.
– Za smocze serce, Benjaminie. Którego tak bardzo przez cały ten czas pilnowałeś. Jednak jak widać, pewne okoliczności zmusiły Cię do zostawienia go w Elorien. To właśnie dzięki niemu zyskałem długowieczność. Proszę wybaczyć, że przy okazji pozbawiłem jej Ciebie.
Przez chwilę nie byłem w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Smocze serce. Każdy, kto choć trochę interesował się dawną magią, słyszał legendy o sercach najpotężniejszych smoków i ich niezwykłych właściwościach. Ale to nie była legenda. Nie tym razem. Prawie osiemset lat temu wszedłem w posiadanie smoczego serca. A jeśli głos mówił prawdę, oznaczało to, że teraz nasz nemezis przejął mój artefakt.
– Nie musisz mi odpowiadać. Nie oczekuję tego. Sam musisz zdecydować, co zrobisz z informacją, którą właśnie otrzymałeś. Możesz nadal obserwować. Możesz odejść. Możesz stanąć po stronie magów. Możesz też kiedyś przyjść do mnie. Wybór należy do ciebie.
Przez chwilę panowała cisza. Nie słyszałem już nawet wiatru. Patrzyłem w ciemność jaskini, próbując zrozumieć, jak bardzo zmieniła się moja sytuacja w ciągu zaledwie kilku minut. Przez osiemset lat byłem pewien, że to ja znam sekrety innych. Teraz po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś trzymał w dłoni sekret należący do mnie.
– W takim razie życzę ci miłej reszty życia, Benjaminie. Obawiam się, że nie będziesz musiał czekać kolejnych ośmiuset lat na jego zakończenie.
Potem wszystko ucichło. Żadnego odchodzącego kroku. Żadnego trzasku. Żadnego śladu magii. Po prostu cisza. Siedziałem nieruchomo w ciemnej jaskini i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna nie miałem najmniejszej ochoty zmieniać się w muchę. Zastanawiałem się tylko nad jednym. Jak on dowiedział się o mnie i mojej zdobyczy?
To chyba dobry moment, żeby wyjaśnić jedną rzecz, o której do tej pory milczałem. Smocze serce. Nazwa brzmi może niepozornie, zwłaszcza jeśli ktoś nigdy nie miał okazji zobaczyć smoka z bliska, ale zapewniam, że niewiele rzeczy na tym świecie zasługuje na większy szacunek. Smoki są bowiem stworzeniami, o których większość ludzi słyszała przede wszystkim w legendach. Potężne, stare, niezwykle inteligentne i, co najważniejsze, bardzo nieliczne. Niektóre żyją w odległych górach, inne ukrywają się w miejscach, do których człowiek nigdy nie powinien próbować dotrzeć. Ich długowieczność od zawsze była przedmiotem zainteresowania magów, alchemików i, oczywiście, ludzi posiadających więcej chciwości niż rozsądku. Źródłem tej długowieczności jest między innymi ich serce. Nie chodzi jednak wyłącznie o zwykły organ pompujący krew. Smocze serce jest przepełnione magiczną energią, która przez całe życie smoka gromadzi się w nim i krąży wraz z jego krwią. To właśnie dlatego serca tych stworzeń są tak niezwykłymi artefaktami. Naturalnie, smok nie żyje wiecznie. Nawet one kiedyś umierają ze starości. Tak, smoki również mają ten irytujący zwyczaj, że pewnego dnia przestają oddychać. W przypadku śmierci naturalnej ich serce zaczyna jednak stopniowo tracić swoją moc. Nie znika ona od razu, dlatego odpowiednio przygotowane i wykorzystane alchemicznie serce starego smoka nadal potrafi być niezwykle cenne. Z mikstury stworzonej na jego bazie można uzyskać coś, o czym większość ludzi marzyłaby całe życie – kilka, czasem kilkanaście dodatkowych lat. Problem polega na tym, że nawet tak osłabione smocze serce jest warte fortunę. A istnieją przecież ludzie, dla których kilka dodatkowych lat życia jest warte każdej ceny. Prawdziwym skarbem jest jednak serce smoka, który nie umarł ze starości. Jeżeli smok polegnie w walce, zostanie zabity przez inne stworzenie albo umrze w jakikolwiek inny gwałtowny sposób, magia zgromadzona w jego sercu pozostaje. Nie wygasa wraz z życiem tak szybko, jak w przypadku śmierci naturalnej. I właśnie takie serce może stać się czymś znacznie więcej niż składnikiem dobrej mikstury. Odpowiednio wykorzystane przez alchemika może przedłużyć ludzkie życie na czas, którego rozsądny człowiek nawet nie powinien próbować sobie wyobrażać. Oczywiście istnieją pewne szczegóły, o których nie zamierzam tutaj opowiadać. Nie dlatego, że nie pamiętam. Pamiętam doskonale. Po prostu uważam, że świat nie potrzebuje kolejnych ludzi próbujących zdobyć smocze serce tylko dlatego, że przeczytali o nim w kronice.
Ja natomiast swoje zdobyłem dawno temu. Bardzo dawno temu. W czasach, kiedy jeszcze nie miałem pojęcia, że będę musiał przez kolejne stulecia pilnować jednego organu martwego smoka bardziej niż własnego życia. Wtedy prowadziłem całkiem przyzwoite życie. Można powiedzieć, że nawet godne. Zostałem panem niewielkiej wsi, choć słowo „pan” brzmiało znacznie bardziej dostojnie, niż wyglądała rzeczywistość. Miałem kilku podwładnych, trochę ziemi, dom, który nie przeciekał przy każdym większym deszczu, i ludzi, którzy przychodzili do mnie z problemami, których rozwiązanie zazwyczaj sprowadzało się do tego, żeby kazać komuś naprawić płot albo rozstrzygnąć spór o kawałek pola. Nikt nie wiedział o mojej zdolności przemiany. Dla mieszkańców byłem zwykłym człowiekiem. Może trochę dziwnym, może zbyt zamkniętym w sobie, ale jednak człowiekiem. Miałem wszystko, czego według wielu powinienem potrzebować do szczęścia. I właśnie wtedy zaczęło mi tego wszystkiego brakować. Marzyłem o przygodach. O podróżach. O ruinach, tajemnicach, starożytnych artefaktach i wszystkich tych rzeczach, o których bardowie śpiewają pieśni, a które w rzeczywistości zazwyczaj kończą się złamaną nogą albo śmiercią. Problem polegał na tym, że nie byłem magiem. Nie potrafiłem ciskać ogniem, rozmawiać z roślinami, przywoływać wody ani robić żadnej z tych wszystkich efektownych rzeczy, które pozwalają człowiekowi dostać się w miejsce, do którego normalny człowiek nie powinien się dostawać. Miałem za to zdolność przemiany w muchę. Jak już wspominałem, nie jest to najbardziej imponująca umiejętność świata. Ale jest użyteczna. Szczególnie wtedy, kiedy chce się wejść tam, gdzie nie powinno się wchodzić.
Pewnego dnia uznałem więc, że mam już dość. Nie było wielkiej pożegnalnej uczty. Nie było przemowy. Nie było nawet listu zostawionego mieszkańcom. Po prostu zniknąłem. Przybrałem postać muchy, wyleciałem przez okno i ruszyłem przed siebie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Wiedziałem tylko, że nie zamierzam wracać. Przez kolejne lata podróżowałem po kontynencie, poznając miejsca, których wcześniej nie widziałem nawet na mapach. Z czasem zacząłem interesować się artefaktami. Niektóre znajdowałem przypadkiem, inne dzięki informacjom zdobytym podczas podsłuchiwania ludzi, a jeszcze inne po prostu dlatego, że mucha potrafi dostać się do pomieszczenia, do którego człowiek nie ma dostępu. W końcu dotarłem daleko na południe kontynentu, w okolice Gór Smoczych. I właśnie tam wydarzyło się coś, co zadecydowało o całym moim późniejszym życiu.
W tamtych czasach w górach żyło kilka smoków walczących o dominację nad swoim terytorium. Nie była to wojna w ludzkim rozumieniu. Smoki nie potrzebowały armii, sztandarów ani generałów. Wystarczały im pazury, ogień i cierpliwość. Pewnego dnia doszło do jednej z takich walk. Była potężna. Tak potężna, że obserwowałem ją z bezpiecznej odległości i przez cały czas zastanawiałem się, czy przypadkiem nie powinienem czym prędzej odlecieć w przeciwnym kierunku. Jeden ze smoków ostatecznie poległ. I wtedy popełniłem największy akt głupoty w całym swoim długim życiu. Zamiast odlecieć, poleciałem w jego stronę. Wiedziałem, że smocze serce jest warte fortunę. Wiedziałem również, że prędzej czy później pojawią się łowcy artefaktów. Chciałem być pierwszy. I rzeczywiście byłem.
Wydobycie serca z ciała martwego smoka nie było ani łatwe, ani przyjemne. Właściwie określenie „nieprzyjemne” jest tutaj wyjątkowo łagodne. Pamiętam ból, pamiętam strach i pamiętam moment, w którym byłem absolutnie przekonany, że zaraz umrę razem ze smokiem, którego serce próbowałem ukraść. Jakimś cudem przeżyłem. Nie wiem nawet, czy bardziej pomogło mi szczęście, moja zdolność przemiany czy zwykła desperacja. Ale serce miałem. A wraz z nim problem. Trzeba było je gdzieś ukryć, przewieźć i przede wszystkim wykorzystać, zanim znajdzie mnie ktoś, kto również wiedział, ile jest warte. Dotarłem więc do pobliskiego miasteczka. Tam zrobiłem coś, z czego zdecydowanie nie jestem dumny, choć po tylu stuleciach trudno przejmować się każdym szczegółem. Okradłem sklep alchemiczny. Właściciel miał wszystko, czego potrzebowałem. Albo prawie wszystko. Przygotowanie mikstury zajęło mi trochę czasu, kilka prób i zdecydowanie zbyt dużo nerwów. Ostatecznie jednak się udało. Wypiłem ją. I od tamtej pory moje życie przestało wyglądać tak, jak życie zwykłego człowieka.
Nie stałem się nieśmiertelny. To ważne rozróżnienie. Smocze serce nie czyni człowieka bogiem. Nie sprawia, że można przestać jeść, oddychać czy uważać na miecz wbity w brzuch. Po prostu sprawia, że czas przestaje działać tak jak wcześniej. Lata mijają, ciało starzeje się znacznie wolniej, a śmierć, zamiast cierpliwie czekać za rogiem, zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę chce się ze mną użerać. Od tamtej chwili prowadziłem więc życie w ukryciu. Smocze serce zawsze trzymałem przy sobie, choć z czasem nauczyłem się zabezpieczać je coraz lepiej. Wiedziałem, że gdyby ktokolwiek dowiedział się, co posiadam, nie musiałbym długo czekać na wizytę ludzi gotowych zrobić niemal wszystko za możliwość przedłużenia własnego życia. Przez kolejne stulecia zbierałem artefakty, pamiątki i przedmioty, które z jakiegoś powodu uznałem za warte zachowania. Niektóre były potężne. Inne zupełnie bezużyteczne. Jeszcze inne miały wartość wyłącznie sentymentalną. Z czasem nauczyłem się, że właśnie te ostatnie są często najcenniejsze.
Czasami przybierałem ludzką postać i wyruszałem w drogę jako zwyczajny wędrowiec. Zmieniałem wygląd, ubranie, historię i miejsce pochodzenia. Nigdy nie zatrzymywałem się jednak zbyt długo. Wystarczyło kilka lat, aby ludzie zaczęli zauważać, że wyglądam dokładnie tak samo jak wcześniej. Dlatego nauczyłem się znikać, zanim zaczynali zadawać pytania. Przez te wszystkie lata nauczyłem się przede wszystkim obserwować. Ludzie bardzo chętnie opowiadają o sobie, kiedy są przekonani, że nikt ich nie słucha. Magowie jeszcze chętniej. Wystarczyło usiąść pod sufitem jako mucha i poczekać. W ten sposób poznałem setki historii, tajemnic i kłamstw. Widziałem powstawanie nowych miast, upadki starych rodów, wojny, traktaty pokojowe, zdrady, wynalazki i całe pokolenia ludzi, którzy byli przekonani, że żyją w wyjątkowych czasach. A potem przychodziło następne pokolenie i mówiło dokładnie to samo.
W końcu, po bardzo wielu latach, zacząłem mieć dość ciągłego przemieszczania się. Znalazłem miejsce, które wydało mi się odpowiednie. Elorien. Obóz Magów. Miejsce stworzone przez Esherreza, które przez kolejne stulecia rozrosło się i zmieniło, ale nadal zachowywało coś z dawnego charakteru. Było tam wystarczająco dużo magów, aby nigdy nie zabrakło ciekawych wydarzeń, a jednocześnie wystarczająco dużo zakamarków, aby ktoś taki jak ja mógł pozostać niezauważony. Osiadłem więc właśnie tam. Nie jako człowiek. Nie jako mag. Nie jako ktoś ważny. Jako mucha, której nikt nie poświęcał większej uwagi. Przez kolejne kilka lat obserwowałem naukę młodych magów, ich sukcesy, porażki, romanse, kłótnie i wszystkie te drobne sprawy, które dla nich były całym światem, a dla mnie stanowiły kolejną kartę w nieskończonej kronice. I tak żyłem. Spokojnie. W ukryciu. Aż pewnego dnia pojawił się cień. Wyciągnął mnie z mojego ukrycia. I przejął artefakt, który sprawi, że będzie miał bardzo dużo czasu na realizacje swoich planów.
Komentarze (4)
Tekst wygląda jak alegoria.
Wiele skojarzeń i wskazówek na przykład takie :
Szczyt Kadir - kojarzy się z Kadosz / Kadisz ..ci z aramejskiego znaczy ,,Święty " zaś ,,malka " znaczy ,,Królestwo "
Twierdza przywodzi mi na myśl ,,Twierdzę Świętej Tereski" lub ,,Cytadelę Dawida " lub w ogóle Cytadelę bo słowo to kiedyś usłyszałam w Bazylice Mniejszej podczas Mszy Świętej u Matki Bożej w polskim La Saletrę.
Lata czym są...800 albo 8, jedno i drugie tak ważne ,wiele wskazówek...tylko te demony, ciągła walka ....
Dziękuję
La Salette*
Serce ,jak serce Pana, gorejące.
Tak jedna z naszych sióstr miała stan przedzawałowy , przetrwała ,ma się dobrze:-)
Elorien- przedrostek Elo też znaczy,, boski ""
zupełnie jak mój rower ,,Elops" :-)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania