Poprzednie częściPieśń pokoju cz.1

Pieśń pokoju cz.19

ROZDZIAŁ PIĄTY

Rosyjscy żołnierze zastali mnie leżącego i łkającego na betonie. Otoczyli i wycelowali broń. Kilka głośnych rozkazów rozeszło się echem. Wstałem i uniosłem ręce. Krzyknąłem, że to już koniec.

– Czuda bolsze niet! – usłyszałem gdzieś obok.

Podchodzili ostrożnie. Jeden cały czas trzymał mnie na muszce. Nie dziwiłem im się. Kilka metrów za moimi plecami wznosił się monument grozy.

Po szybkich i sprawnych oględzinach zabezpieczyli bunkier. Poprosiłem, żeby nie ruszali ołtarza; żeby ludzie Rodovery mogli go uważnie zbadać, sam zrobiłem kilka zdjęć.

Z wielką ulgą przywitałem powierzchnię i piękne rozgwieżdżone niebo. Najchętniej położyłbym się spać, ale wiedziałem, że nie jest mi to pisane. Pierwszy był Reto. Zadzwonił, gdy tylko postawiłem nogę w tymczasowej rosyjskiej bazie na obrzeżach miasta. Ludzie Somy złożyli wizytę w sabacie niedaleko Buczy. Miejscowa Babcia z początku niechętnie odpowiadała na pytania, ale po zgrubnym nakreśleniu sytuacji, zgodziła się na współpracę. To, co powiedziała tylko utwierdziło mnie we wcześniejszych przypuszczeniach. Reto przysłał też kilka zdjęć. Następnie przyszła kolej na przesłuchanie przez tatarskiego niedźwiedzia.

Słuchał uważnie, zadając krótkie trafne pytania, w tym to jedno najważniejsze: „Czy miasto jest już bezpieczne?".

Nasze definicje bezpieczeństwa skrajnie się różniły. W jego rozumieniu było bezpieczne. Poprosiłem, żeby przyprowadził do mnie kobietę współodpowiedzialną za całe zamieszanie z urokiem, najlepiej zanim ją aresztują. Pakt został zerwany, Kotwice podniesione, ale to wcale nie znaczyło, że nie można tego powtórzyć – tu lub w dowolnym miejscu na świecie. Musiałem zrozumieć, jak to zrobiły i kim była ta dziewczynka.

Wołchwa Dorma działał szybko. Jeżeli wieść rozniosłaby się w rosyjskiej armii, nawet w postaci niepotwierdzonej plotki, dziewczyna mogłaby nie dotrzeć do bazy, tylko zniknąć gdzieś po drodze. Miałem chwilę, żeby to wszystko poukładać. Wiedziałem już kto, domyślałem się po co, ale nie wiedziałem jak. Nigdy nie słyszałem, żeby jedna osoba rzuciła urok, który objąłby miasto. Budynki, niewielkie grupy, tak. Ale nie miasto. No i oczywiście zostają dwie persony i ich wpływ na wydarzenia w Wołogosku. Jedną kojarzyłem, choć zawsze brałem za legendę. Po ataku na kongres Somy, kiedy leżałem na podium otoczony płomieniami i smrodem palonego ciała, mojego ciała, poczułem spokój. Nic nadzwyczajnego; człowiek godzi się z końcem, ciało rozluźnia mięśnie, ból przestaje mobilizować do walki. Stał nieopodal. Ten sam uśmiech, ta sama łuna wokół nieskazitelnego, białego garnituru. Wtedy uznałem to za majak samotnego, konającego umysłu.

Zmieniłem zdanie.

Wyciągnąłem trzosik i wysypałem zawartość na dłoń – cztery kości o pustych ścianach.

Mose, Wędrowiec, Śmierć grająca z losem w kości. Człowiek, duch czy coś pomiędzy? Od teraz Mose będzie zajmował pierwsze miejsce w moich rozważaniach. Pozostawała jeszcze kwestia dziewczynki. Wędrowiec właśnie po to ocalił mi życie. Miałem ją uwolnić. „Nasza mała Nadia...", tak ją nazwał. Czyli jest ich więcej.

Uniosłem jedną z kości pod światło. Materiał przypominał prawdziwą kość, nieco antyczną, jakby skamieniałą. Zasłoniłem ,,zwykłe oko". Kostka przestała być pusta. Na każdej ścianie widniał ten sam symbol. Na pozostałych też. Nie znałem go. Przypominał jeden ze znaków celtyckiego pisma Ogham, ten związany z cisem, ale różnił się detalami. Akurat semiotyka i epigrafia zawsze budziły moje zainteresowanie.

Mocne łomotanie w drzwi wyrwało mnie ze spokoju rozmyślań. Schowałem kości do woreczka.

– Wejść!

Pierwszy wszedł zwykły wojskowy. Wprowadził kobietę. Nie stawiała oporu, wyglądała na pogodzoną z losem.

Za nimi wszedł Nazar i odprawił żołnierza.

– Masz góra kwadrans zanim zjawi się tu pół rosyjskiego wojska. Helikopter Somy jest już w drodze. Ona poleci, ty musisz zostać. Należy im się chociaż rozmowa.

– Spodziewałem się tego. Nie ma nic za darmo.

– Streszczaj się, Maksymie.

Wyszedł. Zza drzwi słyszałem, jak popędza ludzi, żeby zbierali sprzęt.

Elena spojrzała na mnie bardzo spłoszonym wzrokiem. Skorupa pękła. Bała się.

Pokazałem jej zdjęcia przysłane przez Reto.

– Jeżeli chcesz ocalić jej życie, to musisz mi pomóc.

Usiadła na łóżku. Po policzkach spłynęły jej łzy.

– Ja nie wiem, Maks, czy ona naprawdę jeszcze żyje. – Pogłaskała fotografię, na której widniał cały sabat spod Buczy. Kilkanaście dziewcząt ustawionych w trzech rzędach. Każda z wiankiem na głowie i w białej prostej sukni. Po prawej stała Babcia, a obok niej dwie niemal identyczne dziewczyny. Elena Prudnikowa i Darija Saharowa.

– Nazywasz się Darija, prawda? – przytaknęła. – Podwiń rękawy.

Wykonała polecenie bez słowa sprzeciwu. Przedramion nie szpeciły ropiejące symbole.

– Czy Elena Prudnikowa to twoja siostra.

– Wszystkie z nich to moje siostry. – Moja mina wystarczyła, żeby zrozumiała, że czas na gierki słowne już minął. – Z Eleną miałyśmy tę samą matkę.

– Po co to wszystko?

Spojrzała w okno. Cała dygotała.

– Pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała, że potrzebuje pomocy silnej Kotwicy. Zapytałam, po co jej to, ale ona tylko powiedziała, że wyjaśni, kiedy się spotkamy. I wyjaśniła. Powiedziała, że jej mąż zginął na wojnie i że... – Głos jej zadrżał. – Że poprosiła Żalnicę o pomoc. Przedwieczna odpowiedziała na wezwanie. Elena pokazała mi krwawe symbole na dowód, że podpisała pakt. Niewywiązanie się z kontraktu oznacza coś gorszego niż śmierć, oznacza nieistnienie. Musiałam jej pomóc. Sprowadziła mnie do sabatu w Wołogosku jeszcze przed pełnym przejęciem miasta. Miała plan. Żalnica pozwoliła jej wyśnić rytuał. Wpierw mieliśmy znaleźć i zakotwiczyć jednego z morderców Jegora. Padło na Jurko Moroza. Dalej poszło łatwo; znała ich wszystkich, nie wiem skąd. Potem...

– Kim jest Żalnica? Nigdy nie natknąłem się na tę postać.

Dziewczyna zacisnęła dłonie na sukience.

– Darija, nie mamy czasu.

– Ona jest jedną z aspektów. Spytaj Babcię o Corpus Hermeticum i daimony. Tyle mogę powiedzieć. Pewne rzeczy nie są warte żadnej ceny.

Kiedyś czytałem ten spis rozważań, ale bardzo dawno temu.

– Czy ta dziewczynka, Nadia, jest jedną z nich?

Przytaknęła. Dostałem chyba wszystko, co mogłem z niej wydobyć w tej sprawie. Teraz pora na akcję ratunkową.

– Gdzie znajdę Elenę?

– Obiecasz, że dasz jej szansę? – Spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem. – Ona... Ona nie jest teraz sobą, nie wiem, czy kiedykolwiek może jeszcze być, ale warto spróbować. Może Babcia będzie w stanie...

– Obiecuję.

– Dach budynku numer dziewięć obok starej komendy. Jest na nim nieużywane pomieszczenie po maglu i suszarni. Tam jest.

Ktoś walnął mocno w drzwi.

– Dwie minuty! – Nazar nie żartował. Na zewnątrz panowało zamieszanie. Słyszałem kłótnie i przekleństwa po rosyjsku.

– Dlaczego tam?

– W lasku obok jest zamaskowane wyjście z katakumb pod sabatem. Łączy się z jedną z dróg ewakuacyjnych bunkra.

Najemnik Rodovery wpadł do pokoju i nakazał Dariji wstać. Usłyszałem nadlatujący helikopter.

– Idź. Będę o nią walczył.

– Uważaj. Jurko nadal jest przy niej, nadal jest jej.

***

Rosyjski dowódca nie był zadowolony – lekko mówiąc – z faktu, że Nazar wywiózł Dariję. Miałem wrażenie, że przez chwilę rozważa skutki przechwycenia śmigłowca Rodovery, ale Wołchwa Dorma miał znajomości na Kremlu. Rzucił kilkoma nazwiskami i wojskowy odpuścił. W sumie główną winowajczynię miał nadal w mieście.

I tu zaczęły się ostre negocjacje.

Wiedziałem, że wyjawienie kryjówki Eleny będzie się równało z natychmiastowym szturmem. Mogła zginąć masa ludzi. Jurko Moroz to weteran w tej czteroletniej wojnie, a sama Elena... Ja nie miałem z nią szans, a co dopiero zwykli żołnierze. Niemniej jednak nie potrafiła zatrzymać pocisku – tak przynajmniej zakładałem.

Oficer i jego przydupas grozili, krzyczeli, zgrywali dobrych wujków – na nic się to zdało. Twardo stałem przy swoim. Pewnie gdyby mnie torturowali, byliby bardziej skuteczni, i cieszyłem się, że nie mogli posunąć się aż tak daleko.

Po długim przedstawieniu w końcu przystali na nasze warunki. Mówię nasze, bo rodoverański niedźwiedź obstawał przy moim stanowisku. Czułem się jak Cersei, kiedy stał za nią Góra.

Rosjanin spokojnie wypalił papierosa, zadzwonił w kilka miejsc i potwierdził, że akceptują nasz plan, ale wystawią snajperów. Nie musiałem pytać, czy sprawdzali już działanie uroku, a raczej jego niedziałanie. Nazar wspominał, że w mieście doszło do kilku starć. Zginęli cywile. Wieść o zawieszeniu cudu rozeszła się z prędkością błyskawicy i nawet najbardziej buńczuczni mieszkańcy pochowali się w domach.

Na koniec poprosiłem dowódcę, żeby poszukali porucznika Jurko Moroza. To najprawdopodobniej on odpowiadał za atak na Nazara przed wejściem do sabatu Mokosz. Wiedziałem, że jest chowańcem, więc musiał być blisko Eleny. Poleciłem im strzelać w głowę, co oficer przyjął ze sporym zdziwieniem.

Nie wchodziłem w szczegóły. Ich sprawa, co zrobią z tą wiedzą.

***

Rosjanie obstawili właz prowadzący do bunkra. Zaleciłem, żeby asekurował ich jeden strzelec oddalony od przejścia o przynajmniej pięćdziesiąt metrów. Kilku snajperów rozstawiono na sąsiednich budynkach. Dostałem zestaw słuchawkowy z mikrofonem. W razie jakiegokolwiek zagrożenia miałem dać znać i paść na glebę. Oficer zaznaczył, że jeżeli kobieta wyciągnie broń, nie będą czekać na mój sygnał.

Zgodziłem się, a raczej przytaknąłem.

Wskazany przez Dariję budynek nie wyróżniał się zbytnio z otoczenia: niski, podłużny blok z niewielkimi oknami i elewacją mocno nadszarpniętą przez ząb czasu. Jedyne, czym odstawał od reszty, to zewnętrzna droga ewakuacyjna. Zaprojektowano go tak, żeby szybko ewakuować urzędników partii, którzy pracowali w pobliskim ratuszu, więc miał wyższy standard bezpieczeństwa niż typowe bloki mieszkalne z lat siedemdziesiątych. I dobrze, bo helikopter przyciągnąłby za dużo uwagi, a eskorta żołnierzy wąską klatką schodową, stanowiłaby kolejny punkt sporny z oficerem koordynującym akcję. Ci ludzie po prostu nie rozumieli, że Elena może ich ładnie poprosić, żeby strzelili sobie w głowę, a oni zrobią to z uśmiechami na twarzach. Nie widzieli i nie doświadczyli tego, czego ja doświadczyłem pod ziemią, sam na sam z tą kobietą.

Sprawdziłem sprzęt i zabrałem się za wchodzenie. Niemal czułem celowniki śledzące mnie stopień po stopniu, metr po metrze aż po sam dach, na który wdrapałem się po metalowej drabinie. Jak dotąd Jurko nie dał o sobie znać, ale podświadomie czułem, że jest blisko.

Suszarnia przypominała częściowo przeszklony garaż. Dostałem zakaz wchodzenia do środka, czyli jedyną szansą było wywabienie Eleny na zewnątrz, tyle że ta kobieta praktycznie sama schwytała sześciu ukraińskich żołnierzy – mało prawdopodobne, żeby dobrowolnie wystawiła się snajperom. W gruncie rzeczy nawet nie wiedziałem, czy ona tam jest, ale coś głęboko we mnie, w moim umyśle szeptało, że blisko czai się drapieżnik.

Cześć, Maks – wybrzmiało w mojej słuchawce. Głos ledwie przedarł się przez szum.

Czyli tak będziemy rozmawiać.

– Słyszeliście to? – spytałem kontrolnie.

– Nie – przyszło od dowódcy. – Czy kobieta jest na dachu?

– Wydaje mi się, że tak.

Przestań, Maks. Wiesz dobrze, że tu jestem. Czujesz mnie.

– Poddasz się, czy będziemy musieli ciągnąć to przedstawianie!?

Maks, nie bądź niecierpliwy. Tylko przypudruję nos i już jestem twoja.

Ten głos przyprawiał mnie o dreszcze.

– Co tam się dzieje, Gondel?

– Rozmawia ze mną, ale tak, żebyście nie słyszeli.

Cisza świadczyła o tym, że po drugiej stronie toczy się dyskusja o mojej poczytalności. Całe szczęście Nazar był razem z oficerem, więc nie przerwali akcji.

Ciemny kształt zamajaczył w małym oknie murowanej przybudówki. Krucha, niemal rachityczna postać wyłoniła się z ciemności i wyszła na zewnątrz. Uniosła ręce. Czarny półprzezroczysty woal zakrywał całą twarz. Nie musiałem jej odkrywać, żebym wiedzieć, że to Elena. Od tej kobiety biła pustka. Nie miała aury; była jak zimna skorupa, jak te strzępy świadomości uwięzione pomiędzy życiem a śmiercią.

– Widzicie ją?

– Tak, ze wszystkich trzech stanowisk. – Potwierdzili snajperzy niemal równocześnie.

Poczułem ulgę. Nie miała gdzie uciekać, nie miała broni. Być może uda się ocalić jej życie.

– Poddaj się, Elena. Darija jest już bezpieczna. Będzie miała proces pod nadzorem Somy.

Dostrzegłem uśmiech pod czarną przesłoną.

– To dobrze, żywi powinni mieć szansę, żeby dokończyć żywot.

– Jeżeli zgodzisz się zeznawać, obiecuję, że postaram się...

– Przestań, Maks. – Powiedziała to w taki sposób, że nie znalazłem w sobie siły na sprzeciw i kolejne słowa. – Mój pakt dobiega końca, i dobrze, bo to ciało zaczyna już gnić od środka tak samo jak na zewnątrz.

– Wiem o Żalnicy, Nadii i Wędrowcu. Mogę dowiedzieć się więcej. Soma ma zasoby.

Uniosła woalkę. Odwróciłem na chwilę wzrok, żeby nie zwymiotować. Spod zamkniętych sczerniałych powiek wypadały larwy much. W słuchawce usłyszałem kilka rosyjskich przekleństw i zwrot do Boga.

Uśmiechnęła się.

– Nie wiesz, Maks. Nie wiesz nic, ale się dowiesz, bo każdy pakt ma swoją cenę, a taka moc jak nasza, dużo kosztuje. – Odruchowo złapałem się za sztuczne... Martwe oko. – Ja już prawie spłaciłam dług, ty dopiero zaczniesz.

Zrobiła krok w moją stronę.

Strzał. Potem drugi. Krew bryznęła na szybę suszarni. Czas zgęstniał, spowolnił. Elena upadła. Nie przestawała się uśmiechać.

– Nie! Kto kazał strzelać! Kurwa!!!

– Ty strzeliłeś.

– Co?

Głos Nazara brzmiał nierealnie.

– Ty strzeliłeś, Maksymie. Żaden ze snajperów nie oddał strzału.

Ręce mi zadrżały. Dopiero teraz go poczułem. Spojrzałem na prawą dłoń. Palce zaciskały się na rękojeści pistoletu.

– Ja...

Drugi stłumiony strzał dobiegł z wnętrza suszarni.

– Wchodzimy!

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania