Poprzednie częściSklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 12b

Wyjechali przed świtem. Na podwórzu było jeszcze ciemno. Ktoś przy bramie poił konie, ktoś inny zwijał płachtę. Nikt nie zwrócił na nich większej uwagi. Grijs czekał już przy koniu, kiedy wyszli ze stajni. Vaelen sprawdził pas przy dyszlu i wszedł na kozioł.

— Proszę wsiadać, panno Vale.

Przez pierwsze godziny mijali jeszcze ludzi. Wozy jechały gęsto, jeden za drugim, wszystkie w przeciwną stronę. Ktoś zawołał do nich, że dalej nie ma po co jechać. Ktoś inny nie odezwał się wcale, tylko odprowadził ich wzrokiem. Po południu wozów było mniej. Potem przestali mijać kogokolwiek.

Eveline zauważyła to nie od razu. Najpierw zrobiło się ciszej, a dopiero później zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu słyszy wyłącznie skrzypienie kół i ciężki krok konia.

— Jak daleko do Kadenu? — zapytała.

— Półtora dnia — odpowiedział Grijs.

Od pewnego czasu jechał wolniej. Przed każdym zakrętem wysuwał się kilka kroków naprzód, sprawdzał drogę i dopiero wtedy dawał znak, żeby jechali dalej.

***

Gospodarstwo stało przy samej drodze. Brama była otwarta na oścież, nie wyłamana — po prostu odsunięta i zostawiona. Na sznurze między domem a szopą wisiało pranie: trzy koszule, płótno i coś dziecięcego.

Vaelen ściągnął wodze, a Eveline zsunęła się z kozła.

— Proszę zostać przy powozie — powiedział Grijs.

Nie została. Podwórze było puste. Przy studni leżało przewrócone wiadro, drzwi do domu stały uchylone, a w środku było ciemno i cicho. Z obory dobiegło szuranie.

Grijs podszedł pierwszy i zajrzał do środka.

— Dwie krowy. Żyją.

Eveline zajrzała mu przez ramię. Zwierzęta stały przy żłobie, brudne, z zapadniętymi bokami. Grijs przykucnął przy bliższej krowie i obejrzał ją przez chwilę.

— Nikt ich nie doił od kilku dni.

Eveline przeszła przez podwórze i zatrzymała się przy praniu. Dotknęła rękawa najbliższej koszuli. Materiał był suchy i sztywny od wiatru. Spojrzała w stronę obory.

— Nie planowali wyjazdu.

Vaelen stanął kilka kroków dalej.

— Zostawili bydło. Gdyby mieli czas się spakować, nie zostawiliby dwóch krów zamkniętych w oborze. I nie zostawiliby prania na sznurze.

Vaelen przeniósł wzrok na uchylone drzwi domu.

— Nie ma śladów walki.

— Ani krwi. — Eveline jeszcze raz rozejrzała się po podwórzu. — Więc albo zamierzali wrócić, albo coś sprawiło, że nie mieli czasu.

Grijs wrócił do obory. Po chwili usłyszeli szczęk zasuwy i obie krowy wyszły na podwórze. Przez moment stały nieruchomo w świetle, potem jedna z nich podeszła do płotu i zaczęła skubać trawę. Nikt nie powiedział nic więcej.

***

Znaleźli ją godzinę później. Najpierw poczuli zapach. Słodkawy i ciężki, przyszedł z wiatrem, zanim cokolwiek zobaczyli. Koń zaczął się szarpać i Vaelen musiał zejść z kozła.

Bestia leżała kilkanaście kroków od drogi, w wysokiej trawie, na boku. Była mniejsza od tej z traktu. Albo tylko wydawała się mniejsza, bo leżała.

Grijs wyciągnął miecz i podszedł od strony łba. Trącił czubkiem ostrza szczękę. Nic się nie stało.

— Trzy dni — powiedział. — Może cztery.

Eveline podeszła bliżej. Ktoś ją zabił. Pod przednią łapą, tam gdzie łuski rozchodziły się szerzej, widniały trzy cięcia, jedno obok drugiego. Wszystkie trafiły niemal w to samo miejsce.

Vaelen obszedł ciało i przykucnął przy grzbiecie. Eveline zrobiła to samo po drugiej stronie. Dopiero z bliska mogła przyjrzeć się łuskom dokładniej. Zachodziły na siebie niezwykle regularnie, niemal bez różnic między jedną a drugą.

Przesunęła palcem po ich powierzchni. Przez cztery lata oglądała pierścienie, oprawy, łańcuszki i zamki. Nauczyła się zauważać drobne różnice — nierówność krawędzi, przesunięcie zapięcia, ślad pozostawiony tam, gdzie większość ludzi nigdy by go nie szukała. Tutaj musiała szukać ich znacznie dłużej.

Przy jednym z cięć łuska była pęknięta i lekko odchylona od skóry. Eveline wyjęła z kieszeni mały nożyk, wsunęła końcówkę pod krawędź i uniosła ją odrobinę. Pod spodem widniała ciemniejsza, zgrubiała tkanka, biegnąca równym pasem wzdłuż łuski.

— Co? — zapytał Grijs.

Eveline przyjrzała się następnej, potem kolejnej.

— Nie wiem. Coś tu się nie zgadza.

Vaelen nic nie powiedział. Eveline przeszła wzdłuż ciała do łba i spojrzała na Grijsa.

— Może pan to otworzyć?

Grijs wsunął ostrze między szczęki i podważył. Coś w stawie trzasnęło i pysk otworzył się szerzej.

Eveline pochyliła się. Przednie zęby były długie i ostre, cofnięte ku tyłowi. Dalej siedziały inne — szerokie, płaskie, starte pośrodku. Patrzyła na nie przez chwilę.

— Lordzie Vaelen.

Vaelen podszedł bliżej.

— To coś jadło rośliny.

Grijs opuścił miecz.

— Co?

— Tylne zęby. Są starte. — Wskazała je palcem. — Jak u zwierzęcia, które długo rozciera pokarm. A przednie...

Urwała. Nie pasowały.

Odsunęła się od pyska i spojrzała na Vaelena. On nie patrzył na zęby. Patrzył na ciało bestii.

Milczał jeszcze przez chwilę, a potem powiedział:

— Musimy jechać.

Eveline została jeszcze na moment przy zwierzęciu. Przy jednym z cięć zauważyła luźny fragment pękniętej łuski. Wsunęła pod niego ostrze nożyka i nacisnęła lekko. Fragment odłamał się przy uszkodzonej krawędzi. Obróciła go między palcami, po czym wsunęła do kieszeni płaszcza.

Jechali w milczeniu prawie do wieczora. Droga wspinała się coraz wyżej, a las po obu stronach stawał się rzadszy. Grijs nadal prowadził pierwszy. Za ostatnim grzbietem otworzyła się szeroka dolina, a nisko, po obu stronach jednej drogi, pojawiły się dachy.

Grijs zatrzymał konia. Eveline patrzyła w dół. W całej dolinie paliło się siedem okien.

— Veld — powiedział Grijs.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania