Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Tylko on, ona i motocykl - Rozdział 11 - Propozycja

Jersey City, Nowy Jork, 18 września, rok 2001

 

Od tych najpotworniejszych w dziejach Nowego Jorku wydarzeń minął już tydzień, choć wciąż można było wyczuć w mieszkańcach miasta panikę. Porwać cztery samoloty i rozbić je o wieże World Trade Center, Pentagon i pole w Pensylwanii? Kto się ośmielił dokonać takiego aktu okrucieństwa na Bogu ducha winnych Amerykanach?! Co za skurwiel mógł przyczynić się do tego bestialstwa?! Jak można być takim potworem?

Te i inne pytania zadawali sobie wszyscy nowojorczycy, z Angelsami włącznie. Temat tego dnia był poruszany przez wszystkich. Szczególnie ekscytował się nim Screwball, który snuł teorie spiskowe i wytykał podejrzanych, siedząc przy stole z resztą gangu.

— Nie mogę w to uwierzyć… No nie mogę… I jeszcze widziałem razem z Judith na własne oczy! – przeżywał te wydarzenia. — Ciekawe kim jest skurwiel, który to zrobił. Mam kilka podejrzeń…

— Screwball, to nie pora na takie pierdolenie! Ktoś zaatakował nasz kraj! – skarcił go Snake.

— Cicho, w sumie jestem ciekaw kogo on podejrzewa… – wtrącił się Coyote, na co reszta zebranych przytaknęła.

— Bo widzicie… – zaczął Screwball. — Myślę, że mógło to zrobić kilka osób: Kim Dzong Il, Chinole, Fidel Castro, ten fiut, który przejął Rosję po Jelcynie (1)… Chyba Putin się nazywa… albo Saddam Husajn! W końcu oni wszyscy nienawidzą Ameryki!

Warlord zerwał się z kanapy, kiedy usłyszał ostatnie nazwisko.

— Wiesz co, Screwball… To nawet nie głupia teoria z tym Husajnem. Ten skurwysyn na pewno miałby motyw, żeby zrobić coś takiego. W końcu daliśmy mu lekcję pokory w 1991… Jeśli się okaże, że masz rację, nie chciałbym być w jego skórze, kiedy Bush wyśle mu w prezencie atomówkę. Jebani Irakijczycy… spuściliśmy im wpierdol dziesięć lat temu i zrobimy to jeszcze raz! – zagrzmiał wojowniczym głosem.

— Amen, Bracie! – powiedzieli inni motocykliści. W siedzibie klubu był tak ponury nastrój, że nawet nie leciała żadna muzyka, co przecież było normalnością.

— To co teraz robimy? – spytał nagle Ryan. — W całym mieście będzie tyle świń na ulicach i taka panika, że będzie ciężko z interesami… No i będą polować na każdego podejrzanego w Nowym Jorku. Musimy trochę się uciszyć…

— Ryan ma rację! – stwierdził Coyote. — Żadnych starć z innymi gangami, przynajmniej do zakończenia żałoby. Potraktujcie to jako… urlop.

Coyote uderzył dwukrotnie młotkiem w stół i rozczarowani motocykliści opuścili głowy i jeden po drugim opuścili pokój. Ryan był najmniej przybity z powodu tego „zawieszenia broni”.

 

„Cóż, przynajmniej spędzę trochę więcej czasu z Evie…”

 

Dziewczyna tymczasem rozmawiała z Amy i Judith przy barze. Ta ostatnia opowiadała co zobaczyła tydzień temu.

— To był najstraszniejszy widok jaki w życiu widziałam! Ten samolot… leciał tak nisko… tak szybko… i wtedy… – przerwała i próbowała powstrzymać łzy. Evie ją przytuliła.

— No już, już… wyobrażamy sobie ten widok… – pocieszyła ją. — Ale uspokój się, wszystko będzie dobrze… – dodała, próbując ukryć szok spowodowany zachowaniem rudowłosej przyjaciółki, która przecież zawsze jest taką optymistką.

— Dobrze, że przynajmniej nie zniszczyli Statuy Wolności… wyobrażacie sobie co by to było jakby któryś samolot w nie wleciał? – wtrąciła się Amy.

Nawet tak nie mów, Amy! – skarciła ją nagle Helen. — Miejmy nadzieję, że już nic takiego się nie wydarzy...

Tymczasem Ryan podszedł do Evelyn i uśmiechnął się.

— Kociaku, chciałabyś może się gdzieś przejechać? Mam już dość tej klubowej deprechy związanej z tymi wieżami… – zaproponował. Dziewczyna chwilę pomyślała nad tą propozycją.

— Czy ja wiem… Pewnie Nowy Jork również jest pogrążony w smutku. Ale w sumie przejażdżka dobrze mi zrobi… Chodźmy! – powiedziała z wymuszonym uśmiechem i wyszła na zewnątrz ze swoim mężczyzną. Oboje wsiedli na motocykl na odjechali prosto przed siebie. Zgodnie z przewidywaniami, na ulicach panowało przygnębienie: ludzie chodzili ubrani na czarno, próbując powstrzymać płacz i co jakiś spoglądali na niebo.

— Cholera, miałam rację… – westchnęła Evelyn. — Od samego patrzenia na innych chce się płakać…

— Mnie to mówisz… – przyznał jej rację Ryan. — Tak w ogóle to słyszałaś teorie Screwball’a? Ale byłby smród jakby się okazało, że ma rację!

— Tak, słyszałam, ale mnie gówno obchodzi kto to zrobił. Ktokolwiek to jest, powinien skończyć jak Troy!

Ryan, słysząc to imię coś sobie przypomniał: nigdy tak naprawdę nie poznał prawdy o tym co stało się z tym skurwielem. Lubił myśleć, że mężczyzna zamarzł na śmierć, ale coś mu jednak mówiło, że ta idiotka Madison mogła go znaleźć i zapewnić mu pomoc. Miał to jednak gdzieś. Jeśli znów by się pojawili, motocyklista zadbałby, aby byli tak przerażeni, że uciekliby z Nowego Jorku nawet do Kanady lub Meksyku. Evelyn z kolei starała się w ogóle nie myśleć o tym wszystkim. Wraz z nowym milenium miała zacząć nowe życie i tego postanowienia się trzymała. Po prostu wmówiła sobie, że ten potwór zmarł z zimna i tyle w temacie. Zamknęła przeszłość za sobą i zaczęła prowadzić życie, o jakim marzyła: u boku mężczyzny, który ją kochał najbardziej na świecie. Myśląc o tym zaczęła się rozglądać po Manhattanie, przez który akurat przejeżdżali i nagle zauważyła znajomą osobę, która klęczała na chodniku zapłakana.

— Ża… Żaneta?! – spytała zszokowana. — Ryan, patrz! To Żaneta! – pokazała mu ją motocykliście.

— Co? Cholera, faktycznie! Czekaj, podjadę do niej… – odpowiedział i tak też zrobił. Oboje zsiedli z motocykla i podeszli do dziewczny.

— Żaneta? – spytał niepewnie Ryan. — Czy stało się to, co myślę, że się stało?

— Moi rodzice… BYLI W JEDNYM Z SAMOLOTÓW! – krzyknęła i wybuchła głośnym płaczem. Evie uklęknęła przy niej i ją przytuliła.

— Oj, Żaneta… Tak mi przykro… naprawdę… ale jesteśmy tu dla Ciebie. – pocieszała ją.

— Ja i moi bracia z Fallen Angels również. – dodał harleyowiec. Polka popatrzyła na swoich przyjaciół oczami napuchniętymi i czerwonymi od łez i widać, że próbowała się uśmiechnąć… ale nie mogła.

— Ja… dziękuję Wam. To… wiele dla mnie znaczy… Ale t-teraz… Chcę pobyć sama… Proszę… – wyjęczała i puściła Evelyn. Oboje spełnili prośbę załamanej dziewczyny i po upewnieniu się, że nic sobie nie zrobi odjechali dalej.

— Ryan! Myślisz, że dobrze robimy zostawiając ją samą? – spytała niepewnie Evie.

— Spokojnie, Kociaku! Znam Żanetę, nie zrobi sobie krzywdy bez względu na wszystko! – uspokoił swoją dziewczynę motocyklista. Gdy tak jechali przez dzielnicę, zastanawiał się co się stało z ich zaprzysiężonymi wrogami: gangiem Cursed Riders. Najpewniej przeżyli te wydarzenia, ale po cichu liczył na to, że paru z nich było w okolicach wież podczas ich zawalenia. Otrząsnął się jednak i kierował na Coney Island, gdzie mógłby spędzić z Evelyn trochę czasu w spokoju.

 

Manhattan, Nowy Jork

 

W siedzibie Cursed Riders panował równie ponury nastrój co w siedzibie ich rywali. Wszyscy siedzieli na klubowych sofach niezdolni do rozmowy, seksu ani jakiejkolwiek innej aktywności. Cesar był przybity najbardziej.

— Walczyłem w Wietnamie… DLA CZEGOŚ TAKIEGO?! – zagrzmiał nagle. — Walczyłem w Wietnamie o wolny świat po to, żeby jakiś sukinsyn porwał samoloty i wjebał się nimi w jeden z najbardziej ikonicznych budynków tego miasta?!

— Cesar, chłopie, uspokój się… wszyscy jesteśmy wściekli i smutni, ale gniew nic tu nie da. – odezwał się Pretty Boy.

— Właśnie! I nie wszczynaj kolejnej awantury, bo świnie mogą się czaić na zewnątrz i usłyszeć coś, czego nie polubią… – dorzucił Tirpitz.

— OK! OK! – odezwał się w końcu Cesar. — Ale wkurwia mnie to, że teraz gliny będą jeździć po mieście jak patrole wojskowe! Nie będzie można się zabawić… – dodał smutno. Reszta braci przytaknęła, gdy nagle X wstał i skierował się w stronę wyjścia.

— X! Gdzie Ty się wybierasz? – spytał Meathook.

— Idę się przejechać. Mam dość tej nudy. – odparł motocyklista w czapce esesmana. X wsiadł na swój jednoślad i odjechał w nieznanym kierunku.

 

„Szkoda tych wież… Zawsze chciałem skoczyć z nich na spadochronie. Ale starczy rozczulania się. Powinienem się zająć pewną sprawą.”

 

Jersey City, Nowy Jork

 

W siedzibie Angelsów atmosfera już trochę się poprawiła. Motocykliści znów puścili muzykę w głośnikach, a Amy i Judith wróciły do nalewania drinków facetom. Jolene próbowała odpędzić złe myśli wszystkich swoim tańcem na rurze, a Helen siedziała obok swojego męża i rozmawiała z nim.

— Kochanie, spokojnie… Prezydent Bush na pewno znajdzie winnego tej tragedii… – pocieszała go.

— Wiem, że tak będzie Helen, ale… martwię się… tylu ludzi zginęło. Właśnie! Wiem, że najchętniej byś się jej wyrzekła, ale… czy Twoja siostra żyje? – spytał niepewnie. Helen obawiała się tego pytania. Nie chciała tego pokazywać nikomu (nawet Bobby’emu), ale martwiła się o siostrę, chociaż nienawidziła jej z pasją.

 

„Nie, nie martwię się o nią! To tylko… odruch rodzeństwa i tyle… Pewnie nic jej nie jest! Co ona robiłaby w tych wieżach akurat tego dnia?”

 

— Nie wiem i mam to gdzieś! Dla mnie ta lesba i jej żółta dziewczyna mogą leżeć przygniecione gruzami tych wież! – powiedziała nagle. Coyote jednak znał swoją żonę i wiedział kiedy coś ukrywa. W końcu był jej partnerem od prawie trzydziestu lat.

— Helen, Skarbie, masz prawo nią gardzić, ale chociaż spróbuj się dowiedzieć, że żyje… Co masz do stracenia?

— Co mam do stracenia? Hmm… czas? – próbowała znaleźć wymówkę Helen. Mężczyzna się zaśmiał. — Nic jej nie jest! – dodała.

— Ciągle zimna suka, której prawie nic nie ruszy, co? – powiedział złośliwie i pocałował ją.

— Żebyś wiedział, Ty mój łysolu! – odpowiedziała kobieta i też parsknęła śmiechem. Tymczasem Big Hog podszedł do baru i wyglądał na niezadowolonego z jakiegoś powodu. Jakby zaplanował sobie coś, ale nagła sytuacja wymuszała na nim zarzucenie tych planów..

— Amy, Skarbie! Nalej mi Whisky, co? – spytał drapiąc się po brodzie.

— Jasne, wielkoludzie! Już się robi! – odpowiedziała i tak też zrobiła. — Robisz dzisiaj coś?

— Niestety tak, muszę pomóc Saint’owi, Screwball’owi i Snake’owi w pewnym dealu dotyczącym nowych motocykli. Sorka, może innym razem sobie gdzieś pojedziemy… – odpowiedział rozczarowany.

 

„Cholera… czy oni nigdy nie mają wolnego?”

 

— No trudno… Może jutro się uda… – powiedziała zawiedziona, po czym opuściła bar. — Ruda, poradzisz sobie sama chwilę? Muszę przewietrzyć głowę…

—Nie ma sprawy… idź śmiało! – odparła Judith, a Amy powoli wyszła z siedziby klubu. Kiedy tak stała, patrzyła w stronę miejsca, gdzie stały wieże World Trade Center i wciąż nie mogła uwierzyć, że tak wiele znaczący dla nowojorczyków budynek został przez kogoś zniszczony… nie wspominając już o ludziach, którzy zginęli dla realizacji tego celu! Najchętniej wyjechałaby z dala od tego miejskiego zgiełku… najchętniej zamieszkałaby na przedmieściach Las Vegas… ale nie bez Big Hog’a. Frank mógłby w sumie dołączyć do tamtejszego oddziału Fallen Angels i dalej być motocyklistą… Jej myśli przerwała jednak pewna dziewczyna ze łzami w oczach, która wyglądała dość znajomo…

— Hej, Ty jesteś tą Polką, która spotykała się z Ryanem… – powiedziała zaskoczona Amy. — Co Ty tu robisz? Przyszłaś go odwiedzić? Niestety, nie ma go, pojechał gdzieś z Evie.

— Tak, to ja, Żaneta… – powiedziała smutnym głosem. — … nie ma go? Szkoda, bo mam sprawę do niego, chociaż chyba mogę to przedyskutować z kimś innym. Mogę tu wejść czy mam zakaz wstępu?

Amy była zdziwiona słowami Żanety, ale nie była do niej wrogo nastawiona. Kiedy Polka była dziewczyną Ryana, miała z nią dobry kontakt i to się raczej nie zmieniło. Gorzej byłoby z Helen, która nie przepadało zbytnio za nią.

— No dobrze, ale lepiej dla Ciebie, żeby Helen Cię nie zauważyła. I w razie czego, ja Cię nie wpuściłam, sama weszłaś, jasne?

— Dziękuję… I rozumiem, poradzę sobie… – oznajmiła spokojnie Żaneta i weszła powoli do środka. Jej „drogi” wygląd skupił na sobie wszystkich w siedzibie. Niektórzy motocykliści zaczęli patrzeć na nią i wymieniać między sobą zbereźne uwagi na jej temat. Polka jednak była niewzruszona. Nie chciała dać się zastraszyć. Kiedy tak szła przez budynek, nagle rozpoznał ją Coyote.

— Ża…Żene… Ża-ne-ta? – próbował wymówić jej imię(2) i podszedł do niej.

— Pan Robert? Tak, to ja… – powiedziała z szacunkiem w głosie Polka. — Czy mogę z Panem porozmawiać o czymś?

— Pewnie, młoda, wal śmiało!

— No bo… moi rodzice… oni… zginęli… w… – próbowała powiedzieć.

— Przykro mi, Skarbie… sam wiem jak to jest stracić rodzica tak nagle. I pewnie przyszłaś po pomoc do Ryana, co?

— Tak… powiedział mi, że on i… Wy… mi pomożecie. Moi rodzice nie byli lubiani w mieście przez wszystkich no i…

— No pewnie! Nie jesteś już dziewczyną Ryana, ale wszyscy dobrze Cię pamiętamy. No, poza Helen, ale porozmawiam z nią na Twój temat. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, któryś z braci Ci ją zaoferuje, nie ma problemu. Możesz na nas liczyć

 

„Zrobiłby to?! Naprawdę?!”

 

— Dziękuję! – powiedziała zadowolona Żaneta i przytuliła Coyote’a.

— Nie ma sprawy, młoda… – odparł prezes Angelsów. — Jeśli chcesz, możesz nawet pomagać w siedzibie klubu, jeśli masz problemy z pieniędzmi…

— To nie będzie konieczne… nie mam romansu z biedą… – odpowiedziała uśmiechnięta Polka. Był powód, dla którego odmówiła: po pierwsze, nie miała zamiaru tańczyć na rurze w klatce dla napalonych spaliniarzy. Czułaby się odarta z godności. Po drugie, nie znała się na obsłudze baru, więc nie chciała być bezużyteczna. Była jednak gotowa spłacać swój dług w inny sposób: mogła im płacić zakupioną bronią i dragami za ochronę. Owszem, był to źle kojarzący się haracz, ale jakie miała wyjście? Nie czuła się bezpiecznie po śmierci rodziców, nawet jeśli prawdopodobnie odziedziczyła wszystko po nich. Jeszcze raz podziękowała motocyklistom, po czym opuściła budynek, ciesząc się, że nie spotkała Helen.

 

„Ciekawe czy kiedyś mnie zaakceptuje, mimo faktu, że nie jestem już z Ryanem…”

 

Coney Island, Nowy Jork

 

Plaża na Coney Island była prawie całkowicie pozbawiona ludzi. Wyjątek stanowili Ryan i Evelyn, którzy stali przytuleni do siebie i próbowali nie myśleć o wydarzeniach sprzed tygodnia. Evie szczególnie to dotknęło, gdyż zaczęła czuć się niebezpiecznie. W pewnym sensie to wydarzenie dało coś „pozytywnego”, ponieważ miała kolejny argument aby przekonać Ryana do opuszczenia Nowego Jorku, ale co jeśli w innym mieście wydarzy się coś podobnego? Była też zdziwiona pewnym faktem... Jeszcze parę lat temu miałaby głęboko w poważaniu takie rzeczy i po prostu zapomniałaby o nim za pomocą Ryana i ostrej, napędzanej alkoholem i narkotykami imprezy zakończonej jeszcze ostrzejszym seksem, a teraz? Teraz te sprawy wydawały jej się ważniejsze.

 

„Jasna cholera, co jest ze mną nie tak?! Dlaczego przejmuję się jakimś idiotą, który wjebał się samolotem w budynek? Przecież to mnie nie dotyczy! Dlaczego odczuwam ten… strach, ze mogę nie być bezpieczna i moja przyszłość jest zagrożona? Czyżby te zjebane myśli o odpowiedzialności i dorosłości mnie nachodziły? Przecież jestem jeszcze młoda! Powinnam myśleć jaki melanż zaliczę z Ryanem i jak mocno się na nim struję piwem!”

 

— O czym tak myślisz, Kociaku? – spytał nagle Ryan, przerywając jej myśli. — Wyglądasz jakbyś była czymś obrzydzona…

— Aaa, jakoś naszły mnie myśli o tym skurwielu Troy’u! – skłamała dziewczyna. — Ciągle mam wrażenie, że żyje i będzie chciał się zemścić…

— Nie będzie się mścił. To Ci gwarantuję. – uspokoił ją motocyklista.

— Skąd ta pewność?

— Bo jeśli znajdę choćby NAJMNIEJSZY dowód na to, że jest w pobliżu… będzie żałował, że nie dobiliśmy go w Newark! – odparł groźnie Ryan, na co Evelyn odpowiedziała mocnym wtuleniem się w swojego mężczyznę. Uwielbiała, kiedy Ryan był taki groźny i zastraszający. Pamiętała jak na jakiejś imprezie w jednym z Brooklyńskich bloków mieszkalnych pewien nacelowany żigolak przystawiał się do niej. Motocyklista tak się wściekł jak to zobaczył, że rozebrał tego mięczaka i wyrzucił go przez okno. Dobrze, że akurat znajdowali się „tylko” na drugim piętrze.

— Jesteś słodki, Ry, ale wiesz już o tym… – powiedziała z uśmiechem Evie i patrzyła mu prosto w oczy. — Może jak już to rozpaczanie się skończy, zorganizujemy jakiś melanż dla Angelsów i innych znajomych? Fajnie byłoby się trochę zabawić i nie myśleć o pewnych rzeczach!

— Czytasz mi w myślach, Kociaku! – zaśmiał się Ryan i nawet nie zauważył jak ktoś podchodzi do niego i jego dziewczyny.

— Hej, Romeo i Julio… – powiedział tajemniczy osobnik. Oboje spojrzeli się w jego stronę i ujrzeli sekretarza Cursed Riders.

— Evelyn… bądź czujna… – szepnął do niej Ry, po czym stanął naprzeciwko wrogiego harleyowca. — Czego tu chcesz, X, Ty pseudo-naziolu? Mało Ci po ostatniej strzelaninie?! Chcesz dołączyć do Beefy Earl’a? – warknął do niego, na co ten zrobił się z lekka nerwowy.

— Ryan, daruj sobie, nie przyszedłem się bić… tym razem… po prostu chciałem przewietrzyć głowę… tak jak Wy. A czemu nazwałeś mnie pseudo-nazistą? Myślisz, że moja czapka oficerska jest tylko na pokaz? – spytał i na jego twarzy pojawiła się irytacja.

— Myślałem, że naziści z krwi i kości nie robią interesów z czarnymi… Cesar wie, że jesteś hipokrytą? – spytał Ry ze złośliwym uśmiechem. Rider popatrzył na nich chwilę, nie wiedząc co powiedzieć.

— Jeszcze mnie popamiętasz… Ty, Twoja dziunia i reszta tych pizdusiów z Twojego gangu… – warknął i odszedł.

 

„Co za dupek… ale w sumie dziwne, że nas nie zaatakował po tym jak zabiliśmy Earl’a i okradliśmy jego gang z motocykli…”

 

— Ryan, możemy jechać? Nie czuję się komfortowo przez tego gnoja… – powiedziała nagle Evelyn.

— Pewnie, Kociaku, możemy jechać… ale gdzie? – odpowiedział pytaniem na pytanie motocyklista.

— Prosto przed siebie. Pojeździjmy po mieście, poszukajmy jakiegoś melanżu najlepiej! Może nie wszyscy w Nowym Jorku mają depresję… – zaproponowała Evie, na co mężczyzna się cicho zaśmiał przez chwilę, gdy już oboje wsiedli na jednoślad i ruszyli z miejsca.

— Miejmy taką nadzieję. To, co się stało jest katastrofą, ale najważniejsze teraz to wstać z kolan.

Ich poszukiwania jednak okazały się bezowocne. Wszyscy byli tak wstrząśnięci ostatnimi wydarzeniami, że nie w głowach im było balowanie. Ryan i Evelyn byli rozczarowani, ale nie zaskoczeni. Zaczęli się więc kierować w stronę siedziby klubowej, gdy nagle usłyszeli za sobą syreny policyjne.

— Co?! Świnie?! Dlaczego nas gonią?! – spytał zszokowany Ryan i instynktownie przyspieszył.

— Ten nowy komisarz policji! Pewnie zaczął swoją wojnę z gangami tak jak obiecywał w telewizji! – powiedziała Evie i patrzyła w stronę radiowozu. Ry nie miał czasu zobaczyć jak daleko jest ścigający. Po prostu dał przysłowiowy gaz do dechy i rozpoczął ucieczkę. Wiedział jednak, że nie będzie miał łatwo, gdyż nowojorskie samochody policyjne to Fordy Crown Victoria – twarde i szybkie. Nie pomagało gwałtowne skręcanie na skrzyżowaniach, radiowóz nie dawał za wygraną. Oboje byli zdziwieni. Jeszcze żaden policjant nie był taki uparty w próbie dorwania ich. Czyżby trafili na „Złego Glinę”, który poczuł ochotę wyżycia się na kimś? Sytuacja była coraz bardziej napięta. Ten przeklęty Ford nie dawał za wygraną i ani razu nie zniknął im z oczu nawet na chwilę

— Departament Policji Nowego Jorku! Proszę zatrzymać motocykl! – odezwał się przez megafon jeden z gliniarzy, ale bezskutecznie. Podjechali więc bliżej i próbowali taranować. Na szczęście Ryan widział w lusterkach zagrożenie i starannie schodził większemu pojazdowi z drogi. To jednak nie pomagało w zgubieniu go, co wkurzało go strasznie. Pocieszała go jedynie myśl, że żadnemu z nich nie przyszło do głowy sięgnąć po broń palną. Jechali akurat na południe Manhattanu, gdzie mogliby zgubić pościg, gdy nagle dziewczyna zaczęła wołać motocyklistę…

— Ryan! Patrz! Możemy użyć tego tej dziury w barierze na boku drogi, żeby ich zgubić! – wskazała Evie. Ryan popatrzył w stronę pokazaną przez nią palcem i faktycznie… była dziura w barierze chroniącej pojazdy przed spadnięciem z drogi I to tak ciasna, że radiowóz by się nie przecisnął! Ry był tak zdesperowany, że zaczął jechać pełną prędkością w jej stronę. Przygotował się mentalnie na ewentualne fiasko, ale nagle… udało się. Przecisnął się i zeskoczył motocyklem na dół. Zgodnie z przewidywaniami, radiowóz przerwał pościg i zatrzymał się, podczas gdy Ryan i Evelyn wylądowali na ulicy pod estakadą i pognali czym prędzej w stronę Jersey City.

— O mały włos… – westchnął z ulgą mężczyzna.

— Czy to już będzie standard w naszych wspólnych wypadach na miasto? – zaśmiała się Evie. Ry pomyślał chwilę i również parsknął śmiechem. W tym samym czasie policjanci z radiowozu rozglądali się za jednośladem.

— Kurwa mać, zwiali nam! – warknął jeden z nich.

— Spokojnie… Komisarz Stevenson ma plany co do nich… – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem drugi i oboje wrócili do swojego samochodu.

 

Hotel na Midtown Manhattan, Nowy Jork

 

Vickie przeglądała się w garderobie w swoim apartamencie hotelowym. Była ubrana w czarny strój wizytowy pełen elegancji. Nie bez powodu miała na sobie taki schludny ubiór. Dziś rano dostała telefon od nowego komisarza nowojorskiej policji Edwarda Stevensona. Mężczyzną zażądał rozmowy z panią prokurator odnośnie jej pomocy w walce z przestępczością zorganizowaną pożerającą miasto kawałek po kawałku. Kobieta długo zastanawiała się czy może mu również chodzić o gangi motocyklowe. Jeśli tak, miała niemałe kłopoty. Jej przeklęta starsza siostra wciąż była w posiadaniu feralnego nagrania, na którym Vickie palnęła głupotę o fabrykacji dowodów w celu wsadzenia Angelsów do więzienia. Swoją drogą, wciąż nie mogła uwierzyć, że nie tylko wpadła w taką pułapkę, ale także straciła kontrolę i powiedziała o kilka słów za dużo.

 

„Do ciężkiej cholery, prawnik powinien być spokojny i opanowany! Niech Cię szlag, Helen! Ale i tak Cię kocham… i dlatego ocalę Cię przed tymi dzikusami!”

 

— Kochanie, wyglądasz fantastycznie! – powiedziała nagle Wendy i przytuliła Victorię od tyłu.

— Dziękuje, Wendy… Trochę się stresuję tym spotkaniem. Doskonale wiem o czym on będzie chciał ze mną rozmawiać… – westchnęła Vickie.

— O motocyklistach? Spokojnie, może znajdzie sposób, żeby Ci pomóc, jeśli Ty pomożesz jemu! – uspokoiła ją Wendy.

— Tylko widzisz… Helen wciąż ma to głupie nagranie…

— Za bardzo się stresujesz… może z nim też coś zrobi. Trochę więcej pozytywnego myślenia! – uśmiechnęła się Azjatka i pocałowała swoją dziewczynę w policzek.

— Masz rację, Wendy. Porozmawiam z nim i zobaczymy co będzie dalej! Dziękuję za motywację… – odwróciła się Victoria i przytuliła Wendy, całując ją przy tym w usta. Gdy już obie przerwały objęcie, pani prokurator wyszła z apartamentu i po zjechaniu na parter windą skierowała się do swojego zaparkowanego Astona Martina DB7 i pojechała w stronę komendy policji w Nowym Jorku między ulicami Madison Street a Park Row. Zaparkowała na parkingu na uliczce Pearl Street, która łączyła wcześniej wspomniane większe ulice, wysiadła z samochodu i skierowała się do wejścia. Powitał ją wysoki i szczupły policjant.

— Prokurator Victoria Morgan? Komisarz Stevenson powiadomił nas o Pani wizycie. Znajduje się w swoim biurze na ostatnim piętrze, ostatnie drzwi na lewo od windy! Mogę Panią zaprowadzić, jeśli… – powitał ją.

— Dziękuję, oficerze, trafię sama. Powiadom go, że znajduję się na obiekcie i oczekuję pełnej kooperacji jego ludzi. – odpowiedziała stanowczo, ale z uśmiechem Vickie.

— Tak jest, Madam! Niezwłocznie, Madam! – powiedział z szacunkiem policjant i postąpił wedle polecenia pani prokurator. Ona tymczasem skierowała się do windy i wcisnęła guzik z numerem 14, który był również ostatnim numerem na liście. Kiedy jechała powoli na górę, oprócz irytującej muzyczki windowej miała w głowie też ewentualny scenariusz rozmowy z komisarzem. Liczyła na to, że mężczyzna pomoże jej nie tylko z problemem Angelsów i Ridersów, ale także z niewygodnym nagraniem, które posiadała Helen… Weszła spokojnie do eleganckiego gabinetu, który do złudzenia przypominał gabinet Tony’ego Montana z filmu „Człowiek z blizną”. Siedzący na fotelu Stevenson uśmiechnął się na jej widok.

— Ach, Pani Victoria Morgan… Jakże miło mi Panią poznać… proszę usiąść… – wskazał na fotel znajdujący się po drugiej stronie jego biurka. Tak też uczyniła

— Dziękuję za zaproszenie, Panie Komisarzu… – powiedziała z pokorą kobieta i lekko się uśmiechnęła. — Jak rozumiem, ma Pan jakąś sprawę dotyczącą walki z bezprawiem w naszym mieście?

— Zgadza się. Zapewne oglądała Pani moje przemówienie w telewizji?

— To prawda. Muszę przyznać, że miałam co do Pana mieszane odczucia. Bałam się, że może Pan być … w kieszeni jakiegoś mafioza… – przyznała nieśmiało Victoria.

— Co to to nie! – zaśmiał się Stevenson. — W życiu nie wziąłbym łapówki od żadnego oprycha! Ale wróćmy do tematu ważnego… Jak pewnie Pani się domyśla, nie rzucałem słów na wiatr, jeśli chodzi o walkę z przestępczością zorganizowaną i zamierzam ją wymazać z Nowego Jorku raz na zawsze!

— To bardzo szlachetny cel i chętnie zrobiłabym wszystko, żeby Panu pomóc…

— Ale…?

— Ale… wpadłam w pewną feralną pułapkę, która sprawiła, że nie mogę wykonywać swego zawodu tak jak powinnam. – przyznała się ze wstydem kobieta.

— Co ma Pani na myśli? – spytał komisarz niewzruszonym głosem.

— Bo widzi Pan, Panie Komisarzu… mówił Pan, że podejmie Pan też walkę z gangami motocyklowymi i… mam starszą siostrę, która… jest żoną jednego z mężczyzn, który do tego gangu należy. Pokłóciłam się z nią o to i powiedziałam coś głupiego. Coś, co nagrała i mnie szantażuje, że jeśli podejmę kroki prawne przeciwko nim, upubliczni to nagranie w mediach… – wytłumaczyła Vickie. Ku jej zaskoczeniu, Stevenson tylko się uśmiechnął.

— Pani Morgan, proszę się nie przejmować… na pewno znajdę sposób, aby wyciągnąć Panią z tego bagna i pomogę w walce z tymi… spaliniarzami.

— Dziękuję Panu! – powiedziała uradowana Vickie. — Ale jeśli mogę spytać… Skąd u Pana takie zainteresowanie motocyklistami?

— Znam jednego z nich. Jest to mąż Pani siostry… – odpowiedział z uśmiechem komisarz. Victoria zrobiła się blada jak ściana w wyniku szoku. Mężczyzna przed nią zna człowieka, który zrujnował jej rodzinę?! Miała tyle pytań… czuła jednak, że komisarz nie stoi po stronie Angelsów lub Ridersów, widać to było w jego oczach, kiedy z obrzydzeniem mówił o pomocy w walce z motocyklistami. — Służyłem z nim w Wietnamie i… wyciągnąłem go z pewnej niewygodnej sytuacji. – dodał.

— Ale ten świat mały… – zaśmiała się cicho pani prokurator.

— Za mały dla mnie i niego… ale przejdźmy do rzeczy. Jeśli pomoże mi Pani w moim planie, ja pomogę Pani z tym… nagraniem. A teraz przedstawię swój program walki z gangami motocyklowymi i ludzi, którzy mi w tym pomogą… – rzekł komisarz, po czym Vickie zauważyła, że na lewo od niej znajduje się kanapa, na której siedzą dwie osoby: na oko dwudziestoletnia dziewczyna i mężczyzna dochodzący czterdziestki…

 

Jersey City, Nowy Jork

 

Ryan i Evelyn dojechali bezpiecznie do kryjówki Angelsów. Przez tych policjantów najedli się strachu, ale teraz mogli odetchnąć z ulgą, choć Ryana cały czas niepokoiło ich zachowanie.

— Ry, wszystko w porządku? Wyluzuj, świnie nas zgubiły! – pocieszyła go Evelyn.

— Tak, wiem, Kociaku, ale dziwi mnie ich zachowanie. Tak po prostu zaczęli nas gonić! Wyobrażasz sobie co by było, gdyby mieli motocykle jak my? – odparł jej przejęty Ryan. — Ale nieważne, nie zamierzam się tym przejmować. Chodźmy do klubu, wypijemy coś i pogadamy, co?

— Czytasz mi w myślach, wielkoludzie! – zaśmiała się dziewczyna i oboje weszli do budynku. Mimo, że to nie miejsce nie zmieniało się od lat, oboje nie zamieniliby go na żadne inne. Świetna muzyka, smakowity alkohol i świetne towarzystwo… No kto by chciał coś zmieniać? Od razu skierowali się w stronę baru, przy którym pracowała osamotniona Amy i zamówili sobie po szklance mocnego alkoholu: Evie poprosiła o wódkę, Ryan o whisky. Dziewczyna za barem od razu wzięła się na nalewanie trunku.

— No i jak tam Nowy Jork? Dalej można wyczuć depresję w powietrzu? – spytała Amy po podaniu im szklanek z napojem i popatrzyła na nich z uśmiechem, który chyba był wymuszony.

— Dajże spokój, człowiek o słabych nerwach dostałby myśli samobójczych. – odpowiedziała Evelyn i wzięła małego łyka swojej wódki.

— Taa, wiele osób cierpi przez tą katastrofę. W tym nasza stara znajoma. – dodał Ryan.

— Mówisz o Żanecie? – spytała nagle barmanka.

— Tak! Ale… skąd Ty wiesz? – odpowiedział zdziwiony motocyklista.

— Bo była tutaj jakiś czas temu i pytała o Ciebie. Coyote ją zaczepił i pogadał z nią. Coś o jakiejś pomocy, bo wrogowie jej rodziców mogą się mścić i w zamian za to będzie nam płacić… tylko tyle zapamiętałam. – wytłumaczyła Amy. Ryanowi średnio się to podobało.

 

„Co Ty znowu kombinujesz, Żaneta?”

 

— Pogadam z nią kiedyś i spróbuję zrozumieć o co jej chodzi. Dzięki, że mi mówisz, Amy! – powiedział z uśmiechem Ryan i skończył pić swoją whisky, podczas gdy Evie właśnie dopijała wódkę.

— Mmm, pyszności! – powiedziała dziewczyna i nieco zbliżyła się do swojego faceta z uśmiechem. — To co robimy, Ry? Pijemy dalej? – spytała z pożądaniem w głosie. Ryan zdziwiony jej nagłą zmianą postawy zaśmiał się i poprosił o dolewkę… a raczej DOLEWKI. Kiedy byli już mocno wstawieni, motocyklista wziął swoją dziewczynę na ręce i ze śmiechem wziął ją do klatki, z której właśnie po tańcu wychodziła Jolene. Ryan powoli zaczął się rozbierać, a potem Evelyn, która nie protestowała.

— Kociaku, nie wiem jak Ty, ale ja zaraz nie wytrzymam? Robimy to? Tu i teraz? – spytał pijany motocyklista, na co Evie tylko kiwnęła twierdząco głową. Było to chyba najlepsze show, jakie miało miejsce w siedzibie Fallen Angels. Wszyscy motocykliści zebrali się wokół klatki i zaczęli śmiać się i kibicować napalonej parze. Nawet Coyote i Helen się uśmiechnęli i patrzyli z humorem na tych wariatów.

— Ten widok przywołuje wiele przyjemnych wspomnień… – zaśmiał się prezes Angelsów.

— Co, jak posuwałeś mnie po pijaku przy wszystkich na stole bilardowym w przerwie Super Bowl(2) w 1986? Taa, tego się nie da zapomnieć. – powiedziała jego żona i też zaczęła się śmiać. Amy również patrzyła na scenę rozgrywającą się w klatce i nie mogła powstrzymać uśmiechu, choć próbowała.

— Bzykają się jak napalone króliki… – powiedziała do siebie.

— Czyli jak my? – powiedział nagle Big Hog i objął swoją kobietę.

— Frank! Już jesteś? Jak wyszło robienie interesów? – spytała zaskoczona Amy i pocałowała go.

— Dobrze, wynegocjowaliśmy dobrą kasę za produkowane zioło… Saint to geniusz targowania się, a Screwball uzgodnił korzystny rozejm! – odpowiedział oficer drogowy Angelsów, przyglądając się Ryanowi i Evelyn. — Jak ta cholerna żałoba się skończy, musimy urządzić jakąś imprezę, tylko dla Angelsów. – dodał z uśmiechem.

— Imprezę zakończoną orgią? – spytała go Amy z uśmiechem.

— Skąd wiedziałaś? – odpowiedział jej sarkastycznym pytaniem Big Hog.

Oprócz nich, z zachwytem przyglądała się wszystkiemu Jolene, a obok niej stali Snake i Saint, którzy próbowali powstrzymać ślinienie się na widok ciała Evie.

— O, stary, ile bym dał, żeby się przyłączyć do Ryana… – powiedział Saint.

— Amen, bracie! Ta Evelyn to jest jak dar od Boga dla ziemi! – przyznał mu rację Snake.

— Haloooo?! A ja to co? – powiedziała Jolene i udawała oburzenie. — Evie jest atrakcyjną dziewczyną i sama bym się nią zajęła, ale MI do pięt nie dorasta!

— No nie wiem… – przekomarzał się z nią Saint. — Spójrz na nią… Za taki wygląd i umiejętności w bzykaniu każda dałaby się pokroić...

To wkurzyło blondynkę. Chwyciła Sainta i Snake’a za ręce i pociągnęła za sobą.

— Ja, Wy, pokój z łóżkiem, JUŻ! – oznajmiła rozkazująco, a motocykliści poszli za nią, nie zadając zbędnych pytań.

— O, Ray? – powiedział Saint, zanim weszli za dziewczyną.

— No co jest, Tommy? – spytał Snake.

— Nie mów więcej o Bogu w mojej obecności…

 

Manhattan, Nowy Jork

 

Cesar właśnie wszedł do siedziby Cursed Riders po długiej przejażdżce i warknął wściekle. Jego przypuszczenia okazały się prawdziwe. Ulice Nowego Jorku zaroiły się od gliniarzy, którzy mierzyli go krzywym spojrzeniem. Gdyby nie ich przewaga liczebna, dałby im nauczkę za taki brak szacunku do niego. Nienawidził, kiedy ludzie mu go nie okazywali. Uważał, że należy mu się za fakt, że jest weteranem wojennym i walczył za świat wolny od obrzydliwej zarazy, jaką był komunizm. Po wojnie po prostu traktowali go jak szarego obywatela. Nie trzeba tłumaczyć czemu wstępował w niego diabeł. Sięgnął do kieszeni swojej kurtki i popatrzył na zgięte na pół zdjęcie, na którym znajdowała się młoda dziewczyna. Jej twarz… jakby popatrzył na anioła. Wyglądała jak osoba nieskażona złem tego świata.

— Nie martw się, córeczko… pomszczę Twoją śmierć. Obiecuję Ci, że Snake i reszta frajerów z Fallen Angels będzie cierpiała za to, co Ci zrobili… – powiedział do siebie prezes Ridersów.

— Mówiłeś coś, Cesar? – spytał Meathook, który akurat przechodził koło niego.

— Tak, obiecałem coś sobie. A skoro tu jesteś, Meathook, zwołaj wszystkich braci obecnych w klubie na spotkanie! Chyba najwyższy czas zająć się naszymi wrogami na poważnie…

 

(1) Borys Jelcyn – prezydent Rosji w latach 1991-1999

(2) Super Bowl – najważniejszy mecz w sezonie ligi futbolu amerykańskiego (NFL) pomiędzy najlepszymi drużynami w dwóch dywizjonach, na które składa się liga. Akurat ten Super Bowl (z 1986 roku) wygrała drużyna New York Giants.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Pontàrú 13.02.2020
    Na koniec było bardzo hot ;)
    Parę powtórzeń się pojawiło także przejrzyj test jeszcze raz. Rozmowa Viki i polocjanta jak dla mnie trochę nienaturalna ale no to tylko moje odczucie. Kolejna sprawa to zwroty typu "Twoje, Ci, Tobie". Nie piszę się ich z wielkiej litery bo to nie list a wypowiedź bohatera.
    Tyle uwag
    Zageszczasz akcję widzę. Intrygi, nowe postacie… no no, zobaczymy co dalej.
    5
  • TheRebelliousOne 13.02.2020
    Dzięki za wychwycenie tych zwrotów. Nie wiem, chyba mi tak zostało przez maturę z polskiego i pisanie e-maili i smsów XD Chyba masz rację odnośnie tej rozmowy... Będę musiał nad tym popracować.
    Dzięki za wizytę, ocenę i pozdrawiam ciepło :)
  • Pasja dwa lata temu
    Amerykanie bardzo są przywiązani do swoich tradycji i dumni. Przede wszystkim z prezydenta. Inni przywódcy z innych krajów są po za ich znajomością. Wspomnienie o Statule Wolności i jej zburzeniu budzi smieszność - stawianie jej na równi z wieżami. Druga sprawa nie znają
    Rok 1991 "Autostrada śmierci" - zaatakowano kolumnę irackich wojskowych i cywilnych pojazdów uciekających z Kuwejtu do Iraku. Mocno krytykowani za zakłamywanie amerykańskiej odpowiedzialności w tej sprawie . Atak złamał trzecią Konwencję Genewską, której artykuł zabrania zabijania żołnierzy, którzy nie uczestniczą w walce.
    Spotkanie Żanety i zaoferowanie pomocy szybko doszło do realizacji.
    Komisarz Stevenson ma plany co do nich… a jednak nowy komisarz policji podjął działania.
    Pomaga jemu pani prokurator. Victoria ma wielką ochotę na Angelsów i Ridersów i obciążajace ją niewygodne taśmy. Stevenson i Coyote? Razem walczyli w Wietnamie i ten drugi ma dług... niewygodna sytuacja - zastanawiające? Kanapa i para? - same tajemnice.
    No, i zakończenie sceną w klatce i drugie zakończenie Cesara - zemsta Ridersow.
    Zaczyna się wojna na dwoch frontach. Pozdrawiam
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Czy ja wiem czy to takie śmieszne... obie budowle są niemalże ikoniczne dla Nowego Jorku :)

    Również ciepło pozdrawiam :)
  • Pasja dwa lata temu
    TheRebelliousOne mnie chodziło o to, że w czasie ataku na World Trade Center zginęli ludzie, a zburzenie statuły byłoby w całkiem innym znaczeniu rozpatrywane. Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania