Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Tylko on, ona i motocykl - Tom 2, Rozdział 6 – Wewnętrzne konflikty

Południowy Manhattan, siedziba klubu motocyklowego Cursed Riders, rok 2004

 

W siedzibie było w miarę spokojnie. Gdyby nie muzyka wydobywająca się z głośników wewnątrz budynku, zapewne panowałaby względna cisza. Tylko kilku motocyklistów rozmawiało między sobą przy piwku bądź grało w karty w innym pomieszczeniu. Reszta z kolei odpoczywała po ostrej orgii, która miała miejsce zeszłej nocy, leżąc lub siedząc i paląc papierosy bądź zwracając wypity alkohol.

Madison otworzyła oczy i jęcząc z bólu zauważyła, że leży na stole bilardowym. Przypomniała sobie wtedy wczorajsze wydarzenia: orgia, podczas której musiała zaliczyć chyba cały gang motocyklowy. Dziewczyna w głowie modliła się, żeby żaden z nich nie miał HIV-a. No i jeszcze ten ból, którego nie dałaby rady opisać słowami. Cała dolna część jej ciała nadawała się tylko do wymiany. Ale w jej głowie to była uczciwa cena za narkotyki, dzięki którym mogła choć na chwilę zapomnieć o podłości, jaką sprawiła osobie, która znaczyła dla niej tak wiele…

Czarnowłosa dziewczyna przetarła oczy i próbowała wstać, jednak dopiero teraz dostrzegła, że coś ją przytrzymuje na stole. Przetarła oczy i przyjrzała się temu dokładnie. Okazało się, że obok niej leżał dość młody harleyowiec, choć sądząc po naszywce na kamizelce, która była jego jedynym odzieniem na chwilę obecną, zdążył już zostać Enforcer’em. Był to młodo wyglądający mężczyzna o blond włosach na Mulleta, lekkim umięśnieniu, tatuażu z flagą Konfederacji na piersi i wyglądzie typowego Amerykańskiego wieśniaka z południa kraju. Nie miał on jednak wyglądu dziecka kazirodczego związku, a nawet był… całkiem przystojny. Ot, chłopak ze wsi, który dostał dobre geny.

Mads próbowała się jakoś uwolnić od niego i spróbować opuścić siedzibę Ridersów zanim któryś z nich znów poczuje się napalony.

— Chcesz już iść, skarbie? – spytał zaspany motocyklista i spojrzał na nią. — W sumie byłbym zaskoczony, gdybyś w ogóle mogła chodzić po wczoraj…

— Gdybym jeszcze pamiętała co robiłam… – westchnęła dziewczyna, odkładając na chwilę chęć opuszczenia siedziby. Faktycznie, była tak obolała, że cudem byłoby, gdyby mogła poruszać się samodzielnie.

— Cholera, nie pamiętasz?! – parsknął śmiechem mężczyzna. — Chociaż może to i lepiej. Robiłaś takie rzeczy, że niejedna aktorka porno by wymiękła! Aż tak ci zależy na tych narkotykach, że posuwasz się do takich rzeczy? – spytał robiąc się zaciekawiony.

Madison nie wiedziała jak na to odpowiedzieć. Powiedzieć mu prawdę? A co, jeśli będzie ją szantażował? Z drugiej strony jednak pomyślała, że ten koleś i tak zapomni wszystko lub zaśnie z powrotem w połowie historii. Wzięła głęboki wdech i spojrzała na niego.

— Uwierz mi, tylko w ten sposób mogę choć na chwilę zapomnieć o tym jak okropną szmatą jestem i co zrobiłam ważnej dla mnie osobie. Dzięki temu mogę… normalnie funkcjonować… – odpowiedziała, myśląc o ostatnich słowach. Zważywszy na sytuację brzmi to jak kiepski żart.

— Co? – zapytał tylko motocyklista Ridersów, przy czym rozbawienie zniknęło z jego twarzy i ustąpiło miejsca zaciekawieniu. — Ty tak na serio? I o czym ty mówisz? – dopytywał. Mads jednak tylko wzięła z siebie jego rękę lecz nie odeszła, a nawet się nie podniosła.

— No co, chcesz wysłuchać historii tępej laski, która dąży do autodestrukcji, bo tylko na to zasługuje? – odparła pytaniem na pytanie, po czym jednak wstała ze stołu i zaczęła szukać swoich ubrań. — Może kiedy indziej. Na razie muszę wrócić do swojego mieszkania i czekać na telefon od… przyjaciela… Tak czy inaczej, zostawiłam swój numer w barze, więc wiecie co i jak. – dodała, zostawiając z pytaniami Harleyowca i opuszczając siedzibę Cursed Riders, ignorując wrzaski wewnątrz budynki o jakimś transporcie motocykli. Jasne światło słoneczne uderzyło ją po oczach, przez co zasłoniła twarz ręką i jęknęła. Faktycznie, dolne partie ciała bolały ją niemiłosiernie. Gdy już mroczki zniknęły, udała się na główną ulicę w poszukiwaniu taksówki, która zapewniłaby jej szybki powrót do domu, gdzie mogła doprowadzić się do porządku, skosztować zdobytego towaru i mieć nadzieję, że jej „przyjaciel” nie będzie miał dla niej dodatkowej roboty.

 

W tym samym czasie, plaża na Coney Island

—… i wtedy ta mała zdzira miała czelność kłamać mi w żywe oczy, że podała właściwe piwo Big Hog’owi! Nie żałuję, że dałam jej w mordę tak mocno, że się rozpłakała! – opowiadała Evelyn Ryanowi, gdy leżeli na plaży i patrzyli w niebo. Ponieważ ostatnie dni były dość spokojne, prezes Angelsów i jego dziewczyna mogli spokojnie cieszyć się sobą bez jakichkolwiek trosk i zmartwień, jednak w przypadku mężczyzny nie było to takie oczywiste. Właśnie ten spokój sprawiał, że nie był do końca wyluzowany tak jak powinien. Wojna z Ridersami, nowy konflikt z mafią rosyjską i ryzyko wojny domowej pomiędzy przyjaciółmi Big Hog’a i Lumberjacka sprawiały, że brunet nie mógł się skupić na niczym innym. Motocyklista czuł, że ciężar na jego barkach zaczął być za duży. Nie chciał jednak rezygnować. Według niego, rezygnują tylko tchórze… i Richard Nixon. Coyote zaufał mu, że da radę prowadzić tą zgraję degeneratów i nie mógł go zawieźć.

Dziewczyna jednak w końcu zauważyła, że Ryan coś przysypia.

— Ry, czy ja cię nudzę? – spytała ukrywając oburzenie, na co harleyowiec otrząsnął się ze swojego zamyślenia i spojrzał na nią.

— Co? Nie, kociaku, po prostu… chyba odzwyczaiłem się od tego spokoju. Wiesz, kiedy nikt do mnie nie strzela ani nie muszę pędzić na motorze przez miasto, jednocześnie uważając, żeby jakiś ex-komunista lub ktoś z Cursed Riders nie próbował odstrzelić mi dupska. Powoli czuję, jakbym… nie nadawał się do normalnego życia… – wyjaśnił ponuro Ryan. Evelyn takiego wyznania nie spodziewała się usłyszeć tak jak nie sądziła, że kiedykolwiek zobaczy swojego ukochanego w takim stanie. To było dla niej coś nowego. Niewiele myślą, przewróciła się na bok i przytuliła do niego.

— Ryan… nie mów tak. Oczywiście, że nadajesz się do normalnego życia! Po prostu… to wszystko spadło na nas tak nagle… tyle śmierci… ten wyjazd… powrót tutaj… Każdy w końcu oszalałby. Ale najważniejsze to nie pozwolić temu pokonać się. Jesteś silny. Silniejszy ode mnie nawet. Wiem, że sobie poradzisz, a ja ci pomogę. Kocham Cię, Ryanie Evans.

Jej słowa poruszyły go dotkliwie.

— Ja ciebie też, Kociaku. I dziękuję… – powiedział z uśmiechem i objął ją jedną ręką, w końcu uspokajając się. — Jeszcze muszę tylko znaleźć sposób, żeby pogodzić Big Hoga i Lumberjacka. Szkoda tylko, że nie wiem co zaszło między nimi… – dodał, wzdychając.

— Nie rozmawiałeś z nimi o tym? – spytała zaskoczona Evie.

— Próbowałem porozmawiać z Frankiem, ale coś nam przerwało. Sam nie wiem. Początkowo myślałem, że to może jakaś bzdura, ale kiedy przypominam sobie ich kłótnie… cholera, co tu się wydarzyło zanim przyłączyłem się do Angelsów? – zapytał samego siebie motocyklista. — Muszę się tego dowiedzieć, ale najpierw… poleżmy jeszcze trochę…

Pierwsza dama Angelsów zaśmiała się i wtuliła się w prezesa mocniej.

— To mówisz, że dałaś w pysk tej dziewczynie za kłamstwo? Cholera, kiedy zrobiłaś się taka ostra? – zaśmiał się Ryan.

— Zawsze byłam ostra! – odparła Evelyn, udając oburzenie. — Poza tym, Helen wysoko zawiesiła poprzeczkę i na pewno patrzy na mnie nawet teraz… nie chcę, żeby była rozczarowana.

— Na pewno nie będzie… – pocieszył ją mężczyzna i posłał jej pocałunek. — Miło jest, ale chyba trzeba będzie już się zbierać. Mam ważną sprawę do załatwienia. – oznajmił, po czym obydwoje wstali i powoli wrócili na motocykl, którym udali się z powrotem do siedziby.

 

Siedziba Angelsów, Jersey City

 

— Nawet mnie nie denerwuj! Nie ma mowy! Ryan nigdy na to nie pójdzie! – zagrzmiał Big Hog, mierząc wściekłym wzrokiem swojego rozmówcę. — Ja mam już serdecznie dość tych twoich planów, a co dopiero on! Odnoszę wrażenie, że naprawdę chcesz, żebyśmy wszyscy zginęli! O to ci chodzi?! Żeby każdy, kto uważa cię za pieprzącego bzdury kretyna poległ w walce z Ridersami czy tymi Ruskami?!

— Odpieprz się! Gdyby nie ty i ten twój cholerny pesymizm, być może bylibyśmy nie tylko najpotężniejszym, ale także JEDYNYM gangiem w Nowym Jorku! Ale nie, ty zawsze musisz mieć jakieś jebane wątpliwości! Nie wiem jak Bobby z tobą wytrzymywał! A o tym ciągłym czepianiu się mnie, mimo że chcę się zmienić to już nawet nie wspomnę! – odparł równie wściekły Lumberjack. Obydwaj harleyowcy poraz kolejny stawiali całą siedzibę do góry nogami przez swoje sprzeczki. Reszta motocyklistów albo się temu przyglądała albo stawali koło popieranego przez siebie brata. Dziewczyny zaś przyglądały się temu wszystkiemu z nadzieją, że nie dojdzie do bójki, a nawet jeśli to skończy się ona przed powrotem Evelyn, gdyż wtedy Warlord lub Ryan kazaliby któremuś kadetowi to posprzątać, a nie jednej z dziewczyn jak to w zwyczaju miała Pierwsza Dama Angelsów.

— Wiedziałam, że tak będzie… – westchnęła Amy, patrząc na to wszystko zza baru i polerując szklankę. — Dlaczego ten kutas Jeff nie został zadźgany lub zadymany na śmierć przez innego więźnia… – myślała na głos, podczas gdy motocykliści dalej się kłócili.

— Zdradzę ci coś, Jeff… W OGÓLE za tobą nie tęskniłem. Ani trochę! Wiesz za kim tęskniłem i nadal tęsknię?! Za Clownface’em, Victorem i Sally! – odwarknął do Lumberjacka Big Hog.

— Ile razy mam ci powtarzać, że ŻAŁUJĘ TEGO WSZYSTKIEGO. DLACZEGO NIE MOŻESZ SIĘ WYLUZOWAĆ I ZROZUMIEĆ, ŻE CO BYŁO TO… – próbował powiedzieć Lumberjack, jednak wtedy pojawił się Ryan i na widok tego, że Angelsi znów kłócą się między sobą ledwo powstrzymał się od rękoczynów.

— Kurwa mać, czy wy nie możecie choć przez jeden zasrany dzień nie odpierdalać cyrków?! CHOĆ JEDEN ZASRANY DZIEŃ?! – krzyknął tak wściekły, że aż mu się brwi krzyżowały. — Nie dość, że pół światka przestępczego chce naszych łbów to jeszcze nie możemy przestać walczyć ze sobą?! Jaja sobie robicie?! – spytał.

— Ryan, uspokój się, stary… – próbował się wtrącić Screwball, jednak Ryan nawet na niego nie spojrzał.

— NIE! Mam już serdecznie dość kłótni tych dwóch debili! Nie dość, że Ruski i Ridersi chcą nas ubić to jeszcze muszę słuchać ich gówna?! Ten klub zaraz się rozpadnie, jeśli się nie ogarniecie! Nie widzicie tego?!

— Po pierwsze, uważaj, Ryan. To, że jesteś prezesem nie oznacza, że po prostu będę słuchał tego gówna. Po drugie, jeśli już skończyłeś, pozwól, że powiem ci o czymś, co chciałem ci przekazać, gdy wrócisz, ale Pan Pesymista mi przerwał tym swoim negatywnym myśleniem. – powiedział Lumberjack, ignorując słowa innych motocyklistów, żeby uważał do kogo mówi.

— Lepiej, żeby to było coś dobrego, bo słowo daję, jeszcze trochę, a nie wytrzymam… – odparł już spokojniej Ryan, powoli opanowując się i również olewając początkowe słowa Jeffa. Big Hog tylko prychnął i poszedł do baru, gdzie była Amy.

— Weź mi podaj coś mocnego… – powiedział tylko, siadając przy ladzie. Dziewczyna od razu wzięła się do roboty.

— Wiesz, w sumie nie dziwię się, że Ry tak się wściekł. Te wasze kłótnie naprawdę w niczym nie pomagają. Fakt, ja też tęsknię za tymi, których straciliśmy, a zwłaszcza za Sally… ale jeśli nie przestaniecie, w klubie wybuchnie jakaś pieprzona wojna secesyjna. Chcesz tego? Ja na pewno nie. Ten klub znaczy dla mnie tyle co dla ciebie. – powiedziała, mając nadzieję, że Frank choć na chwilę zastanowi się nad jej słowami.

— Gdyby to było takie proste, Amy… – westchnął. — Poza tym, wiesz jaki jest Lumberjack. A Coyote miał do niego takie bezkrytyczne zaufanie... Clownface, Victor i Sally… oni wszyscy zginęli przez niego i te jego chore plany. Mam tak po prostu o tym zapomnieć tylko dlatego, że Jeff kiedyś… z resztą nieważne, chuj z nim.

Dziewczyna nie wiedziała jak odpowiedzieć na to pytanie. Fakt, ona również tęskniła za trójką ludzi wymienionych podczas kłótni, ale jakaś część jej czuła, że w głębi serca Jeff jest załamany tym wszystkim tak samo jak jej chłopak, jeśli nie bardziej.

— Nienawidzę takich rozmów… – zmieniła temat.

— Czemu? – zapytał zaskoczony Big Hog.

— Bo wtedy okazuję emocje i tracę reputację oziębłej suki Fallen Angels… – odparła z uśmiechem Amy, przez co motocyklista zaśmiał się. Nie wiedział jednak, że był to mały i sprytny plan jego dziewczyny na ostudzenie jej mężczyzny. Jak widać, zadziałało idealnie. Jeff tymczasem usiadł na jednym z podniszczonych przez czas foteli i opowiadał Ryanowi o swoim kolejnym planie.

— Ogólnie chodzi o to, że usłyszałem o niemałym transporcie motocykli, które Ridersi chcieli wysłać do Japonii na kontenerowcu zacumowanym w Brooklynie. Pomyślałem, że moglibyśmy go im zwędzić i samemu opchnąć te cacka komuś. Z jakiegoś powodu oni bardzo dobrze płacą za ten konkretny model. – wytłumaczył.

— Lumberjack, możemy dla odmiany porozmawiać o czymś innym? – spytał po wysłuchaniu go prezes Angelsów podczas siedzenia na kanapie obok i palenia papierosa na uspokojenie, co średnio pomagało. — Bo słowo daję, kolejnej takiej akcji jak to, co było przed chwilą nie zdzierżę. Co się do cholery stało w przeszłości pomiędzy tobą a Big Hog’iem? Kim są te trzy osoby, o których Big Hog wspomniał wcześniej? – dopytywał. Jego rozmówca jednak nie sprawiał wrażenie skłonnego do udzielenia zadowalającej odpowiedzi. Wiedział jednak, że jeśli nic nie powie, tylko rozwścieczy swojego lidera bardziej, a tego wolał uniknąć.

— Clownface i Victor byli Angelsami. Enforcerzy. Całkiem nieźli, choć jak się domyślasz, zginęli. Sally zaś… no cóż, była jedną z naszych dziewczynek. – odparł krótko.

— I co się z nimi stało? – nie dawał za wygraną Ryan.

— Jak mówiłem, nie żyją. I tyle w tym temacie… – westchnął Jeff i wstał z fotela. — No to jak będzie z tym transportem motocykli?

— Jeśli myślisz, że to się może udać, weź kilku braci i jedź. Ja i reszta musimy załatwić inną sprawę. – odezwał się prezes Angelsów, po czym również wstał i zwrócił się do reszty braci. — Słyszeliście?! Jeff jedzie podkraść motory Ridersom i potrzebuje paru z nas do pomocy! – zawołał. Nie minęły trzy sekundy, a Lumberjack wyszedł z grupką kilku harleyowców, którzy należeli do jego małego „fanklubu”. Ryan odetchnął z ulgą i zgasił papierosa, zaś Lumberjack prychnął nie będąc pod wrażeniem swojego szefa.

 

„Ten dzieciak nie dorasta Bobby’emu do pięt! Tylko czekać aż zrobi z nami to, co ten pijak Jelcyn zrobił ze Związkiem Radzieckim…”

 

Kiedy tylko kłopotliwy motocyklista i jego „lojaliści” opuścili siedzibę, Ryan powiadomił podszedł do Franka i przysiadł się do niego.

— Nie myśl sobie, że jesteś bezpieczny. Do kłótni trzeba dwojga… – zaczął ostrzegawczo.

— Co mam ci powiedzieć, Ryan? – westchnął Frank po opróżnieniu szklanki. — Ja i ten dupek się nie lubimy i mamy swoje powody… ale to coś, co musimy załatwić między sobą.

— Wasze „załatwianie” dzieli nasz klub, nie wiem czy zauważyłeś… – wskazał Ryan i znów zaczął się irytować. — Czy to ma związek z tymi trzema osobami? Dlaczego jesteście tacy skryci jak Saint ze swoją przeszłością?

— Jak mówiłem, mamy swoje powody. – powtórzył się Big Hog, po czym wstał i zaczął odchodzić. — Ale dobra, obiecuję wstrzymać się z kłótniami. Robię to jednak TYLKO dla dobra klubu. Ten dupek może dać się zastrzelić, a mnie to ani trochę nie zasmuci. – dodał przed zniknięciem na schodach. Prezes Angelsów zaś bezradnie rozsiadł na siedzisku przed barem.

— I co ja mam zrobić z tą dwójką? – spytał samego siebie.

— No wiesz, ja mogę trochę powęszyć! – powiedziała Evelyn, pojawiając się koło niego niespodziewanie. — Ty wyśledziłeś dla mnie Madison, teraz moja kolej się odwdzięczyć!

Ryan uśmiechnął się, przytulił ją do siebie i zaczął namiętnie całować.

— Jesteś najlepsza, Kociaku. Mówiłem ci to kiedyś? – zapytał między pocałunkami.

— Stanowczo za rzadko… – droczyła się z nim Pierwsza Dama Angelsów i również go całowała z równą namiętnością.

 

Brooklyn, dzielnica doków

Jeff i jego najbliżsi bracia dojeżdżali powoli do miejsca, gdzie miała mieć miejsce wymiana pomiędzy Ridersami, a kurierem, który miał wysłać jednoślady do Kraju Kwitnącej Wiśni. Było ich łącznie ośmiu oraz dwójka w przechwyconej ciężarówce, na którą mieli załadować skradzione motocykle. Choć była niedziela, znajdowało się kilku pracowników przy zacumowanym kontenerowcu. Załadowywano na niego skrzynie różnych rozmiarów i inne towary wszelkiej maści.

— Okej, to właśnie tym statkiem te cudeńka mają odpłynąć do Japonii. – powiedział Lumberjack i uważnie obserwował teren w poszukiwaniu słabych punktów przez lornetkę. Lata służby na wojnie w Wietnamie jako snajper i zwiadowca nie poszły na marne.

— I co widzisz? – spytał jeden z motocyklistów, którzy z nim przyjechali.

— To dziwne… – powiedział zaskoczony Lumberjack. — Sami robole. Nie ma tam w ogóle Ridersów. Myślałem, że będą pilnować załadunku…

— Może się pomyliłeś? – zapytał inny z Angelsów.

— Nie! To ten kontenerowiec i właśnie teraz mieli ładować te cholerne maszyny! – odpowiedział ich lider, po czym schował lornetkę. — Wiem, mam pewien pomysł. Cholernie ryzykowny, ale ktoś w tym klubie musi mieć jaja, skoro nasz nowy…prezes ich nie ma w porównaniu do Bobby’ego. – westchnął i nakazał podjechać do pracowników doków, żeby ich zastraszyć i okraść. Motocykliści byli zaskoczeni prostotą tego działania, ale nie zdawali sobie sprawy, że w głowie Lumberjacka zrodziła się pewna teoria, którą chciał sprawdzić. Kiedy już zbliżali się do skrzyni, jeden z pracowników stanął im na drodze.

— Hej! Nieupoważnionym wstęp wzbroniony! – powiedział chrapliwym głosem i z dziwnym akcentem. Reszta pracowników natychmiast spojrzała w ich stronę.

— Co? Chcesz nas zatrzymać, robolu?! – spytał drwiąco Lumberjack i zsiadł z motocykla. — Jakbyś nie wiedział lub nie zauważył, jesteśmy z Fallen Angels i możemy w tym mieście robić co nam się żywnie podoba! A teraz grzecznie się stąd wyniesiecie i pozwolicie nam zabrać te duże skrzynie, jasne?! – spytał wyjmując pistolet z kabury. To samo zrobili pozostali Angelsi, jednak wtedy stało się coś, czego się nie spodziewali: pracownicy portu również wyciągnęli broń i celowali do motocyklistów.

— Teraz ty posłuchaj, Amerykański! Ty i reszta twoich koleżków wrócicie tam skąd przybyliście w trybie natychmiastowym albo jeszcze szybciej! Te skrzynie to własność Sergei’a Borodina! – oznajmił jeden z „pracowników”. Wtedy teoria Lumberjacka okazała się słuszna. Tymi robotnikami okazali się być przebrani rosyjscy gangsterzy. Tylko jedna rzecz go zastanawiała…

— Jakim cudem weszliście w posiadanie tych maszyn? To Ridersi mieli je wysłać! – odezwał się niezrażony faktem, że jego plan właśnie stanął pod znakiem zapytania.

— To proste! Napadliśmy na ich ciężarówkę tak jak wy napadliście na nas, Amerykański! – wyjaśnił inny gangster w przebraniu.

— To jednak nie powinno was obchodzić! No już, paszoł won! – dodał ten, który stał naprzeciwko Lumberjacka. Najpewniej to był ich lider. — I nawet nie myślcie o otworzeniu ognia! Nie będzie to raczej równa walka! – zaśmiał się.

— Masz rację, Ruski… więc może ja i moi bracia będziemy strzelać z zamkniętymi oczami? – zapytał Jeff z najbardziej złośliwym uśmiechem, jaki był możliwy.

To wyprowadziło Rosjan z równowagi. Krzyknęli coś po rosyjsku i gdy przywódca tych przebierańców już miał pociągnąć za spust, jeden z Angelsów zrobił to przed nim, trafiając go w przyrodzenie. Ten padł na kolana wyjąc z bólu, zaś Lumberjack dobił go strzałem w głowę. Spowodowało to chaos, podczas którego motocykliści szybko schowali się za dostępnymi osłonami w postaci skrzyń i zaczęli strzelać do gangsterów z Rosji. Oni odpowiedzieli tym samym. W ten oto sposób rozpętała się kolejna nowojorska bitwa gangów, jakich to miasto widziało zbyt wiele.

 

Jersey City, siedziba Angelsów

Evelyn obiecała pomóc Ryanowi w dotarciu do sedna sprawy i zamierzała dotrzymać słowa. Zrozumienie powodu konfliktu pomiędzy Big Hog’iem a Lumberjack’iem mogłoby przyczynić się do jego zażegnania, a to znacznie pomogłoby Angelsom. Pytała kilku starszych członków klubu o tą sprawę, jednak oni albo odpowiadali wymijająco albo nic nie mówili. W dziewczynie powoli narastała frustracja. Miała nadzieję, że w tej „rodzinie” nie będzie sekretów, ale widocznie pomyliła się. Cokolwiek się stało między nimi, musiało naprawdę odbić się na całym klubie motocyklowym. Dziewczyna próbowała też poskładać w myślach to, co jednak wiedziała.

 

„Okej, z tego co wiem, Jeff był członkiem Angelsów od dłuższego czasu, być może tak samo długo jak Coyote i Snake. Z jego winy zginęło dwóch motocyklistów i jedna dziewczyna. Byli oni zapewne bliscy Frankowi. Ale co się dokładnie stało i dlaczego Frank obwinia o to Jeffa? Cholera, tyle pytań bez odpowiedzi!”

 

Z jej myśli wytrącił ją Screwball, który podszedł do niej tak, że znalazł się w jej polu widzenia.

— Bracia mówią, że wypytujesz o Jeffa. Aż tak chcesz poznać prawdę za tym wszystkim? – spytał zapalając papierosa.

— No proszę, jak opowiedzieć o przeszłości to milczą, a jak coś ich niepokoi to pierwsi się skarżą… – zaśmiała się sarkastycznie Evie. — Tak, chcę poznać prawdę i pomóc Ryanowi skończyć z tym gównem. Nie potrzebujemy wewnętrznych sporów. – dodała nieco poważniej, patrząc na harleyowca.

— Wiem co sobie myślisz o nim, ale to naprawdę dobry i przede wszystkim lojalny brat. – powiedział Screwball.

— Wybacz, że ciężko mi w to uwierzyć… – westchnęła Pierwsza Dama.

— Domyślam się… ale Jeff już taki jest. Może być dla innych skończonym dupkiem, ale jak przychodzi co do czego, wskoczyłby w ogień za każdym z nas. Dlatego właśnie Coyote ufał mu bezgranicznie i bronił go przed Frankiem, gdy ten razem z innymi braćmi mieszali go z gównem. Jeff z kolei był oddany klubowi i niejednokrotnie ryzykował własnym życiem dla niego. Tak jak Angel powinien. Dopiero na parę dni przed odsiadką on i Coyote pokłócili się. Jeff nie mógł znieść, że nie był brany pod uwagę jako następny prezes. – wyjaśnił mężczyzna po wypuszczeniu dymu. Jego słowa jeszcze bardziej zakłopotały Evelyn. Screwball przedstawił jej obraz Jeffa, który kompletnie do niego nie pasował. Jednakże przez chwilę dziewczyna pomyślała, że może faktycznie taki jest tylko jeszcze nie zdążyła tego zobaczyć. Ciężko było jej powiedzieć.

— Więc uważasz, że teoria Franka o Lumberjacku i Ridersach to bujda? – zapytała po chwili milczenia.

— Zdecydowanie. Jeff nigdy by tego nie zrobił. – odpowiedział stanowczo. — Znam się trochę na teoriach spiskowych, ale ta nie ma najmniejszego sensu! Jeśli jednak JEST kret wśród nas, a takie ryzyko jest zawsze możliwe, on na pewno nim nie jest. – dodał.

— Obyś się mylił… zdrajca to ostatnie, czego Ryan… czego MY potrzebujemy teraz… – poprawiła się Evie. — No dobrze, ale kim są te trzy osoby, które rzekomo zginęły przez Jeffa? – spytała zmieniając temat.

— Clownface i Victor byli naszymi braćmi. Enforcerzy. Dołaczyli do klubu w tym samym czasie co Frank i cała trójka od razu się zaprzyjaźniła. Jak te dziewczyny, nad którymi często się znęcasz. Często brali udział w akcjach razem i byli bardzo efektywni. Nic więc dziwnego, że zostali pełnoprawnymi członkami w mniej niż rok. Niestety, zginęli w 1995 roku podczas jednej z naszych potyczek z Ridersami. Smutna sprawa. Sally z kolei… no, tu jest trochę inna historia… – westchnął.

— Więc słucham, mam czas… – pogoniła go dziewczyna.

Screwball odchrząknął i napił się alkoholu z piersiówki, którą trzymał w kieszeni swojej kurtki.

— No dobra, więc słuchaj… – zaczął ponownie. — Sally była… jedną z prostytutek Ridersów, która uciekła od nich, gdy miała już dość tego jak oni tam traktują dziewczyny. Niestety, podczas swojej ucieczki zabiła jednego z nich, nie pamiętam jednak kogo. Nie muszę chyba mówić, że to był dla niej wyrok śmierci?

— No… nie… – domyślała się Evelyn. — Ale czekaj, skąd oni brali prostytutki, swoją drogą? Mieli jakiegoś alfonsa zapewne?

— Tak, mieli. – potwierdził jej przypuszczenia motocyklista i poprawił wełnianą czapkę na głowie. — Ale to na pewno nie jest ten, który wciągnął w ten syf twoją przyjaciółkę…

— BYŁĄ przyjaciółkę! – poprawiła go czarnowłosa dziewczyna.

— No tak, racja… Tak czy inaczej, to był ktoś inny, choć nie pamiętam za cholerę jego ksywki bądź imienia. Tak samo nie wiem co się z nim stało, ale pewnie spłonął w siedzibie Ridersów po naszej małej… wizycie… – wzruszył ramionami Screwball. — Wracając do Sally, nie poszła na policję, wiedząc że trafiłaby z deszczu pod rynnę, więc wsiadła w autobus do Jersey City i pognała do nas. Początkowo nawet nie chcieliśmy jej słuchać, a Jeff nawet wywlekł ją za włosy z naszej miejscówki, ale wszystko się zmieniło, kiedy Helen do niej poszła i jej wysłuchała. Potem powtórzyła to, co od niej usłyszała i… no cóż, stała się częścią naszej rodziny. – dokończył historię.

— A jak zginęła? Bo chyba zapomniałeś o tym wspomnieć… – odezwała się w końcu Evie.

— To się stało chyba w 1993 roku. Jej śmierć to... niefortunny wypadek przy jednym z planów Jeffa. – wytłumaczył Sekretarz Angelsów.

Słowa te bardzo oburzyły Pierwszą Damę Angelsów. W jej oczach Lumberjack był nie tylko dupkiem, ale też niekompetentnym i bezmyślnym dupkiem.

 

„Rzeczywiście geniusz z Ciebie, Jeff, ty tępa kupo gnoju! Gdyby nie Ryan to…”

 

— Hej, wszystko w porządku? Masz taki wściekły grymas na twarzy… – zauważył Screwball i przerwał jej zamyślenie.

— Tak, wszystko gra. Dzięki za… no wiesz, uchylenie rąbka tej tajemnicy. – odparła Evelyn, przypominając sobie o jeszcze jednej sprawie: tajemniczej koleżance Emily, Marii i Giny. Wzięła ich zagubione zdjęcie i po przejrzeniu go jeszcze raz udała się z powrotem do centrum siedziby, żeby nadzorować pracę kobiet. Ryan w tym samym czasie siedział na zewnątrz i przeglądał swój motocykl, kiedy nagle ktoś zaczął dzwonić na jego numer.

— Kim jesteś i skąd masz ten numer? – spytał w zastraszający sposób.

— Ryan! To ja, Jeff! Słuchaj, mamy te motocykle, ale jest mały problem! – praktycznie krzyczał do słuchawki Lumberjack, a w tle słychać było warkot silników i strzały.

— Co? Co jest?! – zapytał prezes, skupiając całą swoją uwagę na rozmówcy.

— Udało nam się zabrać te maszyny, ale okazało się, że to Ruski je ukradli Ridersom i sami chcieli je opchnąć! Teraz my je mamy, ale musieliśmy się wycofać! Jedziemy w stronę klubu! Przyszykujcie na nich zasadzkę! – tłumaczył szybko były więzień.

Ryan nie zdążył nawet powiedzieć czegokolwiek, a Jeff już się rozłączył. Harleyowiec już chciał krzyczeć z frustracji, rzucić telefonem o ziemie i kopnął kosz na śmieci stojący koło niego, ale wtedy usłyszał wrzaski i strzały z daleka. Wiedział, że ma niewiele czasu na przygotowanie. Jak strzała wbiegł do klubu i zaczął rozglądać się po budynku.

— BRACIA! SZYKOWAĆ SIĘ! RUSKI JADĄ W TE STRONY! MUSIMY SIĘ BRONIĆ! – krzyczał z całych swoich sił. Angelsi jednak nie wahali się, mimo chaotycznego orędzia ich lidera i zaczęli szykować broń na konfrontację. Każdy z nich był uzbrojony inaczej: od pistoletów po karabiny szturmowe i strzelby. Wszyscy po kolei wybiegli z budynku gotowi go bronić. Evelyn w tym czasie również przygotowała pistolet i mówiła dziewczynom gdzie mają się schować. Większość wiedziała co ma robić, jednak Maria tylko stała w miejscu i trzęsła się.

— Ja… ja się boję! A co, jeśli te komuchy ich rozwalą? – spytała ze łzami w oczach. Emily i Gina przyglądały się jej zza ściany, podczas gdy Evelyn podeszła do Marii. Gina już miała ruszyć przyjaciółce na pomoc przed agresywną pierwszą damą, gdy ta nagle… położyła jej ręce na ramionach i spojrzała na nią w taki matczyny sposób.

— Wiem, że się boisz, masz do tego prawo… ale stanie tutaj podczas możliwej strzelaniny jest wykluczone! Idź do Giny i Emily, one cię schowają i uspokoją do końca, dobrze? – spytała dziewczyna.

— Dobrze… – szepnęła Maria i pobiegła w stronę swoich przyjaciółek. Evie zaś schowała się razem z Amy i Judith za barem. Jolene zeszła ze sceny i pobiegła do toalety. Wszystkie dziewczyny były już ukryte i czekały na to, co miało się zaraz wydarzyć.

Angelsi tymczasem zajmowali pozycje obronne i obserwowali ulice przed swoim domem. Hałasy stawały się coraz głośniejsze, choć ciężko było powiedzieć skąd dokładnie dobiegają. Mogli wyjechać z niemal każdej strony. Motocykliści szykowali się do obrony swej siedziby niczym Teksańczycy broniący Fortu Alamo przed Meksykanami z nadzieją, że nie podzielą losu tych pierwszych.

I wtedy właśnie pojawili się ich bracia. Lumberjack i jego kumple jechali na jednośladach, a za nimi ciężarówka z ładunkiem. Miała na sobie wiele dziur po pociskach i jechała jakby gonił ją Szatan.

— Tam są! Szykować się! – zawołał resztę braci Ryan, a oni celowali z broni w stronę nadjeżdżających Angelsów, a raczej do tych, którzy ich ścigali, mimo że jeszcze nie dostrzegli pościgu. Nie musieli jednak długo czekać, gdyż pół kilometra za ściganymi Angelsami można było dostrzec trzy czarne samochody europejskiej produkcji pędzące niczym auta NASCAR, a z ich okien ludzie poprzebierani za pracowników doków strzelali z pistoletów ile fabryka dała. Ścigani harleyowcy zblizali się coraz bardziej. Lumberjack wiedział co należy zrobić i gdy tylko był dostatecznie blisko swoich braci, zjechał na bok razem ze ściganą ciężarówką tak, że Rosjanie wpadli prosto w pułapkę. Niewiele myśląc Ryan i reszta zaczęli strzelać ze wszystkiego, co mieli. To była istna masakra. Ogień z tylu broni palnych naraz skupiony na pojedynczych celach… tego nikt nie mógł przeżyć. Ostrzał był przerywany tylko w chwili, gdy trzeba było wymienić magazynek, a i to nie zdarzało się w tym samym czasie. Jakimś cudem jednak jeden z kierowców przeżył i próbował uciec.

— Powie reszcie gdzie jest nasza siedziba! Zatrzymać go! – zawołał Ryan, gdy w tym samym czasie Lumberjack podbiegł i rzucił w stronę odjeżdżającego samochodu bombę rurową. Ładunek wybuchowy wpadł przez wybitą tylną do szybę do środka i po paru sekundach zamienił auto (i jego kierowcę) w kulę ognia.

— O tak! Wciąż mam rzut niczym Joe Montana! – zaśmiał się triumfalnie Jeff, kiedy po chwili podszedł do niego Big Hog i sądząc po jego wyrazie twarzy ledwie powstrzymywał się od zastrzelenia znienawidzonego brata.

— Ze wszystkich zjebanych rzeczy, jakie zrobiłeś odkąd jesteś w Fallen Angels ta chyba przebija wszystko! Coś ty sobie myślał, do cholery?! – spytał go.

— No cóż, myślałem, że przyda nam się forsa, więc ukradłem dla nas parę motocykli, które te bolszewickie mendy wcześniej ukradły i dostarczyłem je tutaj! I hej, nawet nikt nie zginął tym razem! – zaśmiał się Lumberjack. Faktycznie, ilość motocyklistów, którzy wrócili była taka sama jak przed wyjazdem.

— Kretynie, mogliśmy wszyscy zginąć! – warknął Frank. — Masz szczęście, że było ich tak mało, bo jak słowo daję… – nie dokończył, ponieważ między nimi stanął Ryan. Był jednak… spokojniejszy niż ostatnio.

— Bracia, hej! Wyluzować się! Zdobyliśmy dobre źródło dochodu, zaryzykowaliśmy i opłaciło się! Więc uspokój się, Big Hog! – zwrócił się do Franka.

— Właśnie, Frank! Wszystko poszło według planu, a ty dalej narzekasz! – wtrącił się Ace.

— Wiesz, mógłbyś choć raz powiedzieć coś optymistycznego! – dodał od siebie Joker w obronie Lumberjacka. Motocykliści, którzy pojechali z nim również przytakiwali, zgadzając się w stu procentach.

Frank tylko popatrzył na nich i już bez słowa skierował się w stronę siedziby.

— Hej, Frank, dokąd idziesz? – zapytał Warlord.

— Napić się, zapomnieć o tym, co tu się przed chwilą odjebało i przekazać laskom, że mogą wrócić do roboty! I lepiej, żeby nikt mi nie przeszkadzał! – odparł ostro Oficer Drogowy Angelsów, mrucząc pod nosem coś, że nie ma już na to wszystko siły i zamknął za sobą drzwi. Harleyowcy stali w ciszy, nie przejmując się, że policja może przyjechać. Pewnie na widok czegoś takiego nawet nie odważyli się wezwać posiłków.

— Wiecie… w sumie ma trochę racji… – odezwał się ponownie Warlord, Rację przyznało mu kilku członków, którzy przed atakiem znajdowali się w siedzibie. Jeff i lojalni mu bracia woleli to przemilczeć, choć widać było, że te słowa ich zirytowały.

— No, bracia… – podniósł głos Ryan, próbując załagodzić sytuację. — Było ostro, ale udało się. Jeff może i jest palantem, ale żołnierz z niego niesamowity! A teraz obejrzyjmy te cacka, zanim sprzedamy je. Mam nadzieję, że przetrwały taką rozróbę… – oznajmił, po czym Angelsi zaczęli badać zwędzone maszyny jedna po drugiej.

 

Dwie godziny później, środkowy Manhattan, Nowy Jork

— …policja na miejscu zdarzenia znalazła trzy wraki samochodów, prawdopodobnie BMW. Nie wiadomo jednak czy jest to sprawka gangu motocyklowego Fallen Angels, który najwidoczniej wznowił działalność. Komisarz Stevenson zapewnia jednak, że ludzie odpowiedzialni za to wydarzenie poniosą surowe konsekwencje. A teraz przechodzimy do wiadomości sportowych. Wygląda na to, że New York Giants…

Żaneta wyłączyła telewizję i skuliła się zaniepokojona. Odkąd tylko zobaczyła Ridersów na ulicach jakaś część jej przeczuwała, że oprócz nich mogli wrócić ich rywale… w tym Ryan. Była tym faktem śmiertelnie przerażona. Jeśli jej były chłopak naprawdę żył, będzie robił wszystko, żeby się na niej zemścić. W końcu przez nią omal nie rozpadł się jego klub motocyklowy, a to nie jest coś, co on mógł wybaczyć. Z niepokojących myśli wyrwał ją jednak dzwonek telefonu. Polka otrząsnęła się i odebrała szybko telefon

— Halo? – spytała niespokojnym głosem.

— Skarbie? To ja, Douglas! – odparł jej czarnoskóry chłopak zdziwiony jakim tonem go powitała. — Wszystko w porządku? Brzmisz jakbyś ducha zobaczyła…

— Douglas! Kochanie, nie, spokojnie, nie przejmuj się tym… – odpowiedziała już bardziej pogodnie. — Po prostu wystraszyłam się telefonu.

Mężczyzna zaśmiał się z jej wyjaśnień.

— Słuchaj, pamiętasz, że idziemy dziś na imprezę do mojego kumpla w Harlem? – spytał.

 

„No tak… przez te cholerne wiadomości o spaliniarzach zapomniałam o naszej randce! Idiotka z ciebie, Żaneta...”

 

— No tak, już pamiętam! – odparła. — Daj mi chwilę, zaraz się ubiorę i podjadę do ciebie! – dodała już całkowicie radośnie i po pożegnaniu się zaczęła się przygotowywać na ich wspólny wypad. Wciąż jednak miała gdzieś w głowie problem z Ryanem.

 

„Mam nadzieję, że przez ten czas odnalazł w sobie chęć do wybaczenia mi…”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania