Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Tylko on, ona i motocykl - Rozdział 14 - Przygotowania, niewygodni ludzie i rozluźnienie atmosfery

(Cześć! Tutaj tylko krótkie ostrzeżenie: pojawi się wzmianka o bardzo tragicznym wydarzeniu w historii USA. Sposób, w jaki zostało ono opisane w tym odcinku NIE JEST moją prywatną opinią! No, to tyle z ostrzeżenia… Miłej lektury! :) )

 

Manhattan, Nowy Jork, końcówka jesieni, rok 2001

Żaneta siedziała w swoim pokoju i słuchała swojego ulubionego czarnego rapu na nowym odtwarzaczu DVD. Po opuszczeniu siedziby gangu motocyklowego, do którego należał Ryan udała się do centrum handlowego po nowe płyty i nie mogła się doczekać, żeby je wszystkie odsłuchać. Nie tylko uwielbiała tą muzykę, ale także dzięki niej mogła choć na chwilę oderwać myśli od tragicznej śmierci jej rodziców. Mandy z nią nie było. Pojechała do Newark spotkać się ze swoimi rodzicielami i sprawdzić czy ich firma choć trochę podniosła się z kryzysu. Żanecie jednak samotność nie przeszkadzała. Choć była osobą bardzo towarzyską, nie miała nic przeciwko odrobinie samotności od czasu do czasu. Niestety dla niej, chyba właśnie się zakończyła, ponieważ dziewczyna usłyszała pukanie do drzwi. Od razu wstała i skierowała się, żeby je otworzyć, myśląc że to jej przyjaciółka.

 

„Tak szybko wróciła? Oby miała dobre wieści!”

 

Z tego właśnie powodu nie popatrzyła kto pukał. I to był błąd. Osobą dobijającą się nie była jej przyjaciółka Mandy, ale inna znana jej osoba, choć niezbyt miło wspominana…

— Pani Baker?! – spytała zszokowana na widok rozwścieczonej żony prezesa Fallen Angels. Już miała ze strachu zamknąć drzwi, gdy nagle Helen jednym zamachem otworzyła je na oścież i siłą weszła do jej domu. Żaneta zbladła ze strachu. Panicznie bała się kobiety, a jej nagła wizyta mogła oznaczać tylko jedno: ostry łomot.

— Taka młoda, a już ma problemy z pamięcią… – warknęła kobieta i zamknęła za sobą drzwi. — Już zapomniałaś co powiedziałam ci dawno temu, słowiańska gówniaro?! Już zapomniałaś o naszym małym spotkaniu, które miało raz na zawsze rozwiązać kwestię twojego zadawania się z nami?!

— Nie… jak mogłabym zapomnieć… tylko proszę, nie chcę powtórki! – powiedziała bliska płaczu i błagalnym głosem Polka. Słowa Helen przypomniały jej moment, w którym nie tylko oficjalnie zerwała wszystkie więzy z Ryanem oraz gangiem motocyklowym Fallen Angels, ale także skonfrontowała się z brutalną rzeczywistością tego świata, którego nie chciała przyjąć do wiadomości przez swoje zamiłowanie do Bad Boy’ów, jakim był dla niej mężczyzna… a gdy myślała, że już po wszystkim, zjawiła się Helen…

 

Manhattan, Nowy Jork, rok 1997, trzy miesiące przed pierwszym spotkaniem Ryana i Evelyn…

Ryan jechał jak szalony ulicami Nowego Jorku ze swoją dziewczyną na tylnym siedzeniu. Oboje wyglądali jakby przed kimś uciekali. I tak z resztą było. Podczas ich małej randki na mieście zostali zaatakowani przez czterech motocyklistów Cursed Riders, którzy byli tuż za nimi ścigali ich jak drapieżnik ofiarę. Żaneta była przerażona do ostatnich granic. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyła.

— GAZU!!! JEDŹ, RYAN! DO DECHY! SZYBCIEJ, SZYBCIEJ, SZYBCIEJ!!! – krzyczała na całe gardło.

— Zamknij się, do cholery! Muszę się skupić! – ryknął na nią motocyklista i wziął ostry zakręt w lewo. Ridersi byli tuż za nimi. — Zobaczymy jak im się spodoba, kiedy zaprowadzę ich pod naszą siedzibę, gdzie odstrzelimy ich jednego po drugim! – dodał skupiony na drodze w stu procentach.

—„Odstrzelimy”?! Na mózg ci padło?! Nie zamierzam brać udziału w żadnej strzelaninie! – zagrzmiała oburzona Żaneta.

—Rozumiem! Więc wolisz, żebym cię zostawił Ridersom?! Proszę bardzo! – powiedział wściekły i znów gwałtownie skręcił, chociaż pościgu nie zgubił. — Już prawie jesteśmy, jeszcze kawałeczek! Jak się zatrzymam pod siedzibą, właź do środka i nie wychodź, dopóki Helen ci nie powie, jasne?! – spytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. — JASNE?! – ryknął.

— TAK! Tak… – odpowiedziała przestraszona Polka. Ryan tymczasem pędził ulicami jakby go gonił sam diabeł. Nawet nie patrzył do tyłu na ścigających go Ridersów uzbrojonych w kije bejsbolowe. Co jakiś czas podjeżdżali bliżej, żeby spróbować zadać nimi celny cios, jednak motocyklista Angelsów albo ich unikał albo odpychał kopniakiem. Jemu również ciężko było się skupić przez panikującą Żanetę. W końcu wjechali na Most Brooklyński, gdzie Ryan wycisnął ze swojego Fat Boy’a co się dało. Motocykliści Cursed Riders nie mogli nadążyć, a jeden z nich nawet rozbił się o zmieniającą pas ruchu taksówkę. Ry nie krył zadowolenia.

—Iiiiihaaaaaaa! No i zgubiliśmy ogon! A nie mówiłem ci, że wyjdziemy z tego całego, skarbie?! – spytał Żanety z uśmiechem. Dziewczyna zaś siedziała z tyłu jak wryta i trzęsła się. Nie odezwała się też przez resztę podróży, co zdziwiło Ryana. W końcu Polka cały czas mówiła mu, że uwielbia klimaty, w jakich on siedzi. Myślał jednak, że to tylko chwilowy szok i zaraz jej przejdzie. W końcu nigdy nie brała udziału w czymś takim. To prawda, kiedyś widziała jak celuje z pistoletu do jakiegoś mężczyzny, który nie chciał ich wpuścić do nocnego klubu i raz nawet była świadkiem jak jej chłopak pobił bezczelnego nastolatka za obrażanie jego motocykla, ale nic poza tym. Nie oznacza to jednak, że nie brała udziału w klubowym życiu. Ryan często jeździł z nią na odbywające się w całym Nowym Jorku wyścigi motocyklowe pomiędzy Angelsami, Ridersami i niezrzeszonymi motocyklistami oraz inne wielkie zjazdy, ale nic poza tym. W końcu oboje dotarli na miejsce. Nawet z zewnątrz było słychać głośno puszczony utwór The Trooper w wykonaniu Iron Maiden. Ryan zszedł z motocykla i spojrzał na Żanetę, która wciąż siedziała nieruchomo.

—Skarbie? Koniec podróży! Możesz już zejść! – powiedział z uśmiechem, jak gdyby nigdy nic.

—...koju… – wymamrotała dziewczyna.

— Co mówiłaś? Chyba nie dosłyszałem… – podszedł bliżej Ryan.

—…pokoju… – odezwała się ponownie Żaneta.

— Skarbie, wszystko w porządku? – spytał i położył jej rękę na ramieniu. Nagle Żaneta zeskoczyła z motocykla i gwałtownie odsunęła się od niego jakby był czymś zarażony.

— POWIEDZIAŁAM, ŻEBYŚ MNIE ZOSTAWIŁ W SPOKOJU! – zagrzmiała.

— Ża… Że… Żaneta, co się dzieje?! – spytał oszołomiony Ryan.

— JESTEŚ POPIERDOLONY! TWÓJ ŚWIAT JEST POPIERDOLONY! TO SIĘ DZIEJE! – kontynuowała wrzask, który był tak intensywny, że zaalarmował osoby znajdujące się w siedzibie klubu Fallen Angels.

— Coś ty powiedziała?! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem…

—DOBRZE SŁYSZAŁEŚ! DLA TAKICH JAK TY I TWÓJ GŁUPI GANG POWINNI OTWORZYĆ PONOWNIE ALCATRAZ I ZAMKNĄĆ Z DALA OD NORMALNYCH LUDZI! – ciągnęła dalej Żaneta. — ZRYWAM Z TOBĄ! ZRYWAM, SŁYSZYSZ?! ZRYWAM I PÓJDĘ NA POLICJĘ, ŻEBY POWIEDZIEĆ WSZYSTKO O WAS WSZYSTKICH, POPIERDOLENCY!

—Pewnie, idź! – warknął wściekły Ryan. — Zobacz jak bardzo mnie to obchodzi! A tak przy okazji, byłaś chujową dziewczyną! I tak chciałem z tobą zerwać! – dodał zły i skierował się do siedziby klubu. Ona tylko pokazała mu środkowy palec i odeszła. Motocyklista usiadł przy barze, gdzie Amy już nalewała mu mocnego drinka. — Pierdolona niewdzięcznica… Po tym wszystkim, co dla niej zrobiłem! Zastraszałem jej nauczycieli… obroniłem przed tym pedofilskim woźnym… chodziłem na imprezy, gdzie leciała ta okropna muzyka… ona robi mi takie gówno?! – wyżalał się, gdy nagle usiadła koło niego Helen i objęła jedną ręką.

—Uspokój się, młody. Nerwy tu nic nie pomogą. Wypij sobie parę mocniejszych, opróżnij łeb… Zaraz zawołam Jolene, żeby się tobą zajęła i będzie dobrze.

—Ale może w to pani uwierzyć, pani Baker? Ta suka nawet groziła, że doniesie na mnie policji! Szkoda, że nie wie o tym, że komisarz Freeman bierze od nas grubą łapówkę… – powiedział Ryan pijąc swojego drinka. Był dokładnie taki, jaki mężczyzna potrzebował: mocny. — A najgorsze w tym wszystkim jest to, że… zacząłem coś do niej czuć… – dodał smutno. Helen skutecznie ukryła fakt, że żal jej się zrobiło Ryana.

—Słyszałem wszystko! Przykro mi, bracie… – powiedział rozwścieczony Saint, który dosiadł się na lewo od kadeta Angelsów. — Powiedz tylko słowo, a pojadę z tobą dać tej dziwce nauczkę! Będzie żałowała, że przybyła tu z tej swojej Polski! – zaproponował.

—To nie będzie konieczne, Tommy… – powiedziała do niego kobieta. — Ja się nią zajmę. Jestem pewna, że ze mną porozmawia normalnie, choć jak tylko mnie wpuści, pożałuje, że rodzice nie użyli zabezpieczeń… – oznajmiła, po czym opuściła budynek, zanim Saint lub Ryan zdążyli się odezwać.

— Oby tylko jej nie zabiła… – powiedział zmartwiony Ryan.

— Spokojnie, Helen to mądra babka. Wie, co robi… – uspokoił go skarbnik Angelsów.

 

Pół godziny później, Manhattan, Nowy Jork

Żaneta wróciła niedawno do swojego mieszkania, położyła się na łóżko i westchnęła zirytowana. Miała już dość tego wszystkiego i cieszyła się, że rodzice wyjechali na kilka dni w delegacji do Chicago. Mogła być sama i nie musiała tłumaczyć się rodzicom gdzie była i bronić Ryana przed nimi. Cóż, przynajmniej jeszcze nie. Postanowiła się zapomnieć o stresie jak najszybciej i puściła w swoim odtwarzaczu DVD nową hiphopową płytę, którą kupiła tydzień temu.

 

„Pieprzony Ryan… nie potrzebuję go i tego jego jebanego gangu! Mam nadzieję, że choć trochę się wystraszył tym jak mu powiedziałam, że doniosę na niego policji. Ale tylko niech spróbuje do mnie wracać to naprawdę pójdę!”

 

Jej myśli przerwał jednak dzwonek do drzwi. Myśląc, że to rodzice wcześniej wrócili, od razu podeszła żwawo do drzwi i otworzyła je. Nie byli to jednak oni lecz Helen.

— Witam, moja droga! Jak dobrze cię widzieć! – powiedziała przyjaźnie kobieta i weszła do środka.

—Pani Baker… Nie wiem czy pani słyszała, ale już nie jestem dziewczyną Ryana. Zerwaliśmy. Przepraszam, ale takie życie nie jest dla mnie. – odpowiedziała Żaneta.

—Ależ nic nie szkodzi, kochanie! Ja to rozumiem! Nie każdy lubi takie klimaty! – powiedziała Helen i podeszła do dziewczyny, po czym objęła ją jedną ręką.

—Cieszę się, że chociaż pani rozumie tą sytu… – próbowała powiedzieć, ale potężny cios w brzuch przerwał jej. Młoda dziewczyna skuliła się w bólu, ale Helen złapała ją za ubranie, wyprostowała z powrotem i uderzyła z pięści w twarz. Żanecie aż poleciała do tyłu na meble i upadła na ziemię. Helen stanęła nad nią i chwyciła ją za szyję tak, żeby Polka nie spuszczała z niej wzroku.

— Jeśli jeszcze raz zobaczę twój słowiański pysk w okolicach naszej siedziby lub Ryana, wrócę tu i nie tylko znów ci spuszczę łomot, ale także przyprowadzę jego braci z gangu mojego męża i pozwolę im się tobą zabawić… kurwo. Rozumiesz? – zagroziła z nienawiścią w oczach Helen i splunęła Żanecie w twarz.

— T…tak… Ro-rozumiem… Już nigdy… się nie pojawię… – wyjąkała przerażona dziewczyna.

— I nawet nie myśl o zgłoszeniu sprawy na policję. Komisarz jest na naszej liście płac i powie nam, że u niego byłaś, a wtedy… cóż, powiedzmy, że istnieją rzeczy gorsze niż śmierć. – dodała Helen, po czym wyprostowała się i wyszła z mieszkania. Polka zwijała się z bólu, chwyciła za zakrwawiony nos i wybuchła płaczem.

 

Manhattan, Nowy Jork, rok 2001

— Twarz wciąż mnie boli na samo wspomnienie… błagam, niech mi pani nie robi krzywdy! – powiedziała błagalnym głosem Żaneta. — Ja i Ryan to naprawdę zamknięty rozdział! Poza tym, nic nie powiedziałam policji, przysięgam! Ja tylko… chciałam…

— Gówno mnie to obchodzi co ty chcesz, smarkulo! Trzymaj się z dala od nas, albo twoje wpierdolenie się do naszego życia bez zaproszenia będzie twoim OSTATNIM błędem w tej twojej nędznej egzystencji, jasne?! – przerwała jej Helen i zmierzyła groźnym spojrzeniem.

— Jasne… – wymamrotała Polka, a Helen słysząc to wyszła z mieszkania i zapaliła papierosa, żeby się uspokoić.

 

„Tak trzeba sobie radzić z problemami!”

 

Jersey City, Nowy Jork, rok 2001

Gang motocyklowy Fallen Angels od ostatnich kilku tygodni był bardzo zajęty. Jak tylko skończyła się żałoba po kadecie, od razu zaczęli się zbroić po zęby. Coyote musiał wykorzystać niemalże wszystkie kontakty, jakie miał nie tylko w mieście czy też stanie, ale całym Wschodnim Wybrzeżu i stanach blisko położonych, w tym nawet w Teksasie. Snake zdołał ściągnąć broń od zaprzyjaźnionego oddziału Angelsów z Filadelfii dzięki faktowi, że należy do niego jego młodszy brat. Nawet Jolene zdobyła pokaźnej ilości sprzęt dzięki łóżkowej randce z niemalże wszystkimi nowojorskimi handlarzami bronią. Cały klub motocyklowy ściągnął broń za stosunkowo niską cenę dzięki Saint’owi i jego zmysłowi handlarza. Efektem tego „wyścigu zbrojeń” było to, że każdy (nawet kobiety) miał przy sobie pukawkę.

— Nigdy się tak nie cieszyłem z istnienia drugiej poprawki! – stwierdził uśmiechnięty Ryan, gdy oglądał swój pistolet MAC-10. — A ty co myślisz, kociaku? Fajnie jest mieć w ręku prawdziwą broń, co?

— Żebyś wiedział! – odpowiedziała entuzjastycznie Evelyn i ćwiczyła celowanie ze swojego „nowego” pistoletu Colt M1911. — A zawsze myślałam, że to głupie prawo, które daje narzędzie do zabijania takim kretynom jak te dwa wymoczki z Columbine High School…(1). Ale nauczysz mnie strzelać, co? Głupio by było, jakbym odstrzeliła ci coś… – dodała sugestywnie.

— No jasne! Ale spokojnie, ty masz klamkę tylko do ochrony. To my mamy być uzbrojeni na wojnę. – zwrócił jej uwagę motocyklista i rozejrzał się. — Tak w ogóle to widziałaś gdzieś Helen? Coyote kazał mi spytać, bo długo jej nie ma…

— Mówiła, że jedzie coś załatwić z kimś. Pewnie pojechała ponabijać się z tej swojej popieprzonej siostrzyczki. Szkoda, że nie ma takich miłych sióstr jak… jak… – nagle przerwała, bo przypomniały jej się Alice i Rachel. Evie przez cały czas nie mogła sobie wybaczyć, że nie zabrała ich ze sobą podczas swojej ucieczki. Wmawiała sobie, że być może wtedy Rachel nie spotkałby taki straszliwy los. Jednakże z drugiej strony, uważała, że jej siostry nie odnalazłyby się w takim życiu i zrujnowały swoja dobrze zapowiadającą się przyszłość.

„Coż, przynajmniej Alice coś zrobi ze sobą skoro poszła do college’u… Ale i tak… tęsknie za nimi!”

Łzy zaczęły napływać jej do oczu.

— Jak ty, Kociaku? – spytał Ryan i objął swoją dziewczynę. — Wiem, nie miałem okazji ich poznać osobiście i szczerze żałuję. Musiały być spoko babkami… – próbował ją pocieszyć.

— W przypadku Alice to JEST „spoko babka”… – poprawiła go Evelyn. — W końcu wciąż żyje, pamiętasz? Mam nadzieję, że któregoś dnia ją spotkam i przeproszę za zostawienie w potrzebie…

— Na pewno, Kociaku! – powiedział Ryan z uśmiechem. — Ona też zapewne tęskni za tobą niemiłosiernie… Ale pamiętaj, że musisz się skupić głównie na swoim życiu. Nią się nie przejmuj. Jeśli jest tak silna jak ją opisywałaś mi, poradzi sobie! Poza tym, jeśli będzie gdzieś w pobliżu, pomogę ci ją znaleźć! – puścił jej oczko, kończąc odpowiedź.

— Masz rację, Ryan… – otarła łzy i pocałowała go dziewczyna. — I jeszcze raz ci dziękuję za wszystko…

— Na pewno wszystko się ułoży! – wtrącił się Snake. Wiceprezes Angelsów był już w lepszym humorze niż ostatnio, chociaż wciąż nie był tym samym hedonistycznym kobieciarzem, którego Ryan i Evelyn znali i uwielbiali. — Przyszedłem tylko na chwilę, żeby przekazać, że jadę z Coyote’em na pewne spotkanie na Coney Island. Na czas naszej nieobecności Saint będzie wszystkim zarządzał! – dodał.

— A z kim macie to spotkanie? – spytał Ryan. — Jakiś sojusznik?

— To się okaże… – odrzekł niepewnie Snake, gdy nagle korytarzem szedł Coyote.

— No dalej, Ray! Podnoś dupę i jedziemy! Nasz gość nie ma całego dnia! – popędził go prezes Angelsów. Snake wstał i oboje opuścili siedzibę klubu. Gdy wyszli, wpadli na Helen, która właśnie wracała od spotkania z Żanetą.

— Helen, skarbie, już jesteś… – przytulił żonę na powitanie Coyote. — Gdzie byłaś?

— Przekazać pewnej Polce, że nie ma tu czego szukać. Spokojnie, nie będzie już nam zawracać głowy. Tym razem naprawdę! – wyjaśniła.

— Znaczy ta Ża - jakkolwiek jej na imię? To dobrze… – stwierdził Coyote, siadając na swój jednoślad. Snake po chwili zrobił to samo.

— Dokładnie! A ty uważaj na siebie! – pożegnała się z mężem Helen i weszła do środka. Evie od razu ją zauważyła.

— Helen! Akurat myślałam, gdzie byłaś! – powiedziała na powitanie z uśmiechem.

— U Polki. Spokojnie, nie będzie już cię niepokoić.

— Niepokoić? O czym ty mówisz? Czy to ma jakiś związek z tym, o czym rozmawiałyśmy?

— Zgadza się.

— A powiesz mi w końcu o co z nią chodzi? – spytała Evelyn, z nadzieją, że w końcu pozna prawdę.

— Ja to zrobię… – wtrącił się Ryan, na co Helen kiwnęła głową i udała się w głąb klubu. Motocyklista ściszył muzykę i popatrzył na swoją dziewczynę. — Być może powinienem był powiedzieć to wcześniej, ale nie chciałem cię denerwować?

— Ry, o czym ty mówisz? Co ta gówniara ci zrobiła? – spytała Evie z zaniepokojeniem w oczach.

— Wyluzuj, Kociaku, już Ci mówię… Wszystko zaczęło się parę miesięcy przed naszym pierwszym spotkaniem… – uspokoił ją Ryan i zaczął jej wszystko opowiadać…

 

Dwadzieścia minut później, Coney Island…

Coyote i Snake czekali na swojego gościa przy zamkniętym lunaparku i rozglądali się za nim. Chcieli to wszystko załatwić jak najszybciej, gdyż nie tylko nie przepadali za osobą, z którą mieli się spotkać, ale także robiło się coraz zimniej i choć mieli na sobie swoje skórzane kurtki motocyklowe, woleliby teraz siedzieć w ciepłej siedzibie klubu i popijać jakiś mocny alkohol. Zamiast tego musieli stać na tym ziąbie.

— Dupek… spóźnia się… – burknął Snake.

— Robi to specjalnie. Pewnie ma niezłą radochę na myśl, że my tu marzniemy i nie możemy nic z tym zrobić. „Spotkać się na neutralnym terenie”... Wymyślił sobie… – narzekał Coyote.

— Myślisz, że to dobry pomysł? Nie widzieliśmy go od… wiesz kiedy. – powiedział przejęty wiceprezes Angelsów.

— Jeśli to, co powiedział mi przez telefon dziś rano jest prawdą, Nowy Jork praktycznie będzie nasz. Musielibyśmy tylko…

— …wykończyć Ridersów? – przerwał Coyote’owi znajomy głos. Obaj motocykliści odwrócili się i ujrzeli łysego człowieka, którego pamiętali aż za dobrze. Jego uśmiech wywołał u nich uczucie niepokoju.

— Zgadza się. Witaj… Stevenson. – powiedział oschle Coyote.

— Kopę lat… Baker i Allen. – odpowiedział komisarz nowojorskiej policji, a z jego twarzy nie schodził ten cholerny uśmiech. — Nie widzieliśmy się od…hmm… 1969?

— To prawda… – przytaknął prezes Angelsów. — Atak partyzantów na naszą bazę. Ocaliliśmy ci dupę przed snajperem…

— No proszę, więc pamięć cię nie zawodzi, Bobby! Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten drobny poślizg…

— Drobny poślizg?! Człowieku, spóźniłeś się jakieś pół godziny! – powiedział oburzony Snake.

— Uspokój się, Ray! Ja to załatwię! – upomniał go prezes Angelsów. — Więc czego chciałeś, Stevenson? Przez telefon nie brzmiałeś jakbyś chciał nas teraz aresztować? Naprawdę chciałeś się spotkać w kwestii Ridersów? Po co?

— Jeśli już dałeś mi dojść do słowa, pozwól, że ci coś wyjaśnię, przyjacielu… Dobrze wiem o waszej małej wojnie z Ridersami i chcę dać wam małą motywacje do rozprawienia się z nimi.

— Ty… chcesz nam pomóc? Ale dlaczego? Przecież twoim celem jest wsadzenie nas do mamra! – powiedział podejrzliwie Coyote.

— To prawda, ale chcę to zrobić według zasad. – zaśmiał się Stevenson. — Nie oznacza to jednak, że nie mogę chociaż pomóc dawnym kolegom z wojska z ich małymi problemami z osobą, przez którą wpakowaliście się w niezłe bagno! Powiedzcie mi… czy w waszym klubie znajduje się osoba, która nazywa się… Evelyn Mitchell?

Wymówienie tego nazwiska sprawiło, że Coyote i Snake poczuli jakby ich żołądki pękły. Coyote po raz pierwszy w życiu stracił pewność siebie przed stróżem prawa.

 

„Evelyn?! Ale… skąd on…?! Nie, spokojnie, to nie takie szokujące. Pewnie jej rodzice zgłosili zaginięcie i policja z Newark przekazała informację tutaj…”

 

— Jakim cudem wszedłeś w posiadanie wiedzy o niej? – spytał motocyklista.

— Mam swoje kilka źródeł… są one bardzo dobre. Wiem również, że Evelyn ma dwie siostry, z czego jedna została brutalnie zabita przez nie jedną, a dwie osoby. Jedna z tych osób jest uważana za martwą, choć nie znaleziono jej ciała, zaś druga powinna być wam znana…

— Nie wierzę! Kto?! – zagrzmiał Snake.

— Nikt inny jak sam Clint Bradley. – odpowiedział Stevenson. Motocykliści tym razem byli w autentycznym szoku. Tego nazwiska nie spodziewali się usłyszeć. Screwball kiedyś twierdził, że to może być jeden z jego ludzi, ale uważano go za paranoika. Jak zwykle, z resztą. Wygląda jednak na to, że prawie miał rację od samego początku. — No cóż, to tyle informacji ode mnie. Będę się zbierał, mam ważne spotkanie w komendzie. Miłego dnia, degeneraci! – uśmiechnął się po raz ostatni i wrócił do swojego samochodu, zostawiając osłupiałych Coyote’a i Snake’a.

— Chyba nasza ostateczna wojna z Ridersami znacznie się przybliżyła. Nie mogę w to uwierzyć.

— Ja też nie… – przyznał mu rację równie zaskoczony Snake. — Ale Clint… odpowie za to, co zrobił… na pewno odpowie…

 

Jersey City, Nowy Jork

— I taka jest cała historia pomiędzy mną, a Żanetą, Kociaku. Właśnie dlatego nie czuję się dobrze przy tej dziewczynie. – skończył opowiadać swojej dziewczynie Ryan z ponurym uśmiechem. Evelyn siedziała obok swoje mężczyzny i nie mogła uwierzyć własnym uszom. Żaneta od początku jej się nie podobała, ale po usłyszeniu tej historii miała nieodpartą ochotę poprawić to, co zrobiła jej Helen. Nienawidziła takich ludzi i żałowała, że wybaczyła Mandy.

— Ta przeklęta, bogata, skurwiała… Jak ją zobaczę to normalnie…! – odgrażała się wściekła. — Jak ona mogła cię tak traktować, księżniczka pierdolona?! Niech ją tylko zobaczę…

— Hej, spokojnie, kociaku… – próbował ostudzić jej zapał Ryan. — Emocje po tamtym dniu już opadły i między nami a nią jest rozejm. Warunkiem tylko było niepojawianie się jej na naszym terenie.

— Mimo wszystko! Jak ją spotkam, sprawię, że zniknie z naszego życia raz na zawsze! – zagroziła dziewczyna.

— Co?! Hej, nie zabijaj jej…

— Nie zamierzam jej zabić, oszalałeś do reszty? Po prostu taką jej dam nauczkę swoimi pięściami, że popamięta do końca życia!

Motocyklista tylko się zaśmiał i przytulił Evelyn mocno. W pewnym sensie uwielbiał patrzeć na jej ataki wścieklizny. Od tych myśli odpędziło go jednak nagłe pojawienie się Coyote’a i Snake’a. Nie wyglądali na szczęśliwych.

— Ryan! Zwołaj wszystkich braci, mam ważną informację! Ty też możesz przy tym być, Evelyn, gdyż to dotyczy też ciebie. – oznajmił Bobby. Dziewczyna była zdziwiona tymi słowami, ale nic nie mówiła. Po pięciu minutach cały gang (łącznie z dziewczynami) znalazł się przed prezesem i wiceprezesem. — Bracia… ostateczna walka pomiędzy nami a Ridersami zbliża się nieuchronnie. Skompletowaliśmy już uzbrojenie, teraz musimy tylko poczekać na uspokojenie kraju po tych jebanych zamachach z września. Chciałem tylko powiedzieć, że bez względu na to co się stanie podczas tej wojny… jestem z was dumny. Jestem dumny, że mogłem być w klubie motocyklowym Fallen Angels razem z wami i kopać społeczeństwo w dupę z wami u mojego boku! Nowy Jork jednak jest za mały dla dwóch klubów i dlatego trzeba zrobić porządek z Cursed Riders! Zwycięstwo będzie nasze!!! – przemawiał do swoich ludzi Coyote, na co oni odpowiedzieli głośnym wiwatem. — Evelyn! Mam też dla ciebie pewne informacje… – zwrócił się do dziewczyny. — Dobrze pamiętam, że twoja siostra zginęła te parę lat temu, ale dopiero teraz mam informację, że za jej śmierć odpowiada właśnie przywódca Ridersów… Cesar.

Ta wiadomość spadła na Evelyn jak bomba atomowa na Japonię. Była w szoku, nie wiedziała co powiedzieć… chciała płakać, ale nie mogła okazać słabości. Czuła też okropną nienawiść do Ridersów i żądzę okrutnego linczu na każdym, kto do nich należy… ale z drugiej strony… nie była tym faktem zaskoczona. Podejrzewała, że to może być któryś z nich, ale czekała na oficjalne potwierdzenie.

— Wiedziałam… – powiedziała ze spuszczoną głową. — Po prostu wiedziałam! Tylko oni mogli to zrobić! Zabiję ich! Zabiję ich wszystkich! – zagrzmiała, ale po chwili wzięła głęboki oddech i coś zaświtało w jej głowie. — Ale chwileczkę… czy to oznacza, że ten skurwysyn Troy był niewinny?!

— Nie do końca… – odpowiedział niepewnie Snake. — Dowiedzieliśmy się, że morderców było dwóch. Jednym z nich mógł być ten dupek, drugim Cesar…

— To pewnie zemsta za to jak im uciekłam wtedy, gdy poznałam ciebie, Ryan… Ale żeby tak się mścić za kopnięcie głupiego motocykla… no i kopnięcie jednego z nich w pysk? – popatrzyła na swoje mężczyznę.

— Gorsze rzeczy się zdarzały! – wtrącił się Screwball. — Kiedyś słyszałem, że Cesar zabił jedną z klubowych striptizerek, bo nie chciała się z nim bzykać przez włosy na plecach! – wyjaśnił, po czym wszyscy przebrani zaśmiali się, nie licząc Big Hoga, który również mógł jak to powiedziała kiedyś Judith: „chodzić po zoo bez ubrań i wszyscy by go wzięli za niedźwiedzia grizzly”.

— Wygląda na to, że nasza otwarta wojna z Ridersami bardzo się przybliżyła… – stwierdził Warlord. — Dobrze, że mamy tyle broni i amunicji!

— To prawda, Nick… – odpowiedział mu Coyote i zwrócił się ponownie do swoich towarzyszy broni. — Słuchajcie bracia, już niedługo na dobre rozprawimy się z tymi skurwielami. Wykażcie tylko odrobinę więcej cierpliwości i szlifujcie umiejętności strzeleckie. To wszystko ode mnie! – zakończył i wszyscy rozeszli się w celu wykonywania swoich czynności. Ryan dał Evelyn sygnał, żeby oboje wyszli z siedziby. Wsiedli na motocykl mężczyzny i odjechali.

— Wiem co sobie myślisz, ale musimy jeszcze trochę poczekać z atakiem na Ridersów! – powiedział do swojej dziewczyny. — Niedługo skończą się wzmożone patrole i ten dramat z World Trade Center, a wtedy są nasi!

— Wiem, Ry, wiem! – powiedziała Evelyn, trzymając się go. — Ale jak już nadejdzie czas, nic nie powstrzyma mnie przed pomocy wam w akcji i zarżnięciu tych sukinkotów, nawet wasze zasady o niezaangażowaniu kobiet! – dodała śmiejąc się.

— I za to Cię kocham, Kociaku! – zaśmiał się również motocyklista. — Wiecznie zbuntowana laska, która uwielbia łamać zasady!

— To właśnie ja! – powiedziała z uśmiechem Evelyn, gdy oboje zatrzymali się przy znajomym im budynku. Był to bar, w którym mieli swoją pierwszą randkę.

— Pamiętasz ten bar, Kociaku? Nasze pierwsze spotkanie po tym, jak ocaliłem twoją słodką pupcię? – spytał żartobliwie Ryan po zejściu z motocykla.

— No jasne… wypiliśmy trochę, a potem wywołaliśmy bójkę barową. Najlepsza pierwsza randka w moim życiu! – parsknęła śmiechem jego dziewczyna. — Ale po co mnie tu przywiozłeś?

— Co byś powiedziała na… odtworzenie tej randki? – zaproponował sugestywnie motocyklista. Evie z góry wiedziała o co chodzi… i nie bała się konsekwencji.

— No pewnie! – odpowiedziała z entuzjazmem i oboje weszli do baru. Nic się nie zmienił od ich ostatniej wizyty. Wciąż był urządzony trochę na stylu Saloon’u z Dzikiego Zachodu i znajdowało się w nim wielu ludzi o różnym przedziale wiekowym. Oko Ryana przykuł jakiś gruby mężczyzna o łysej głowie, który nosił koszulkę drużyny Philadelphia Eagles. Motocyklista uznał, że to jakiś turysta i już wiedział co trzeba zrobić…

— Hej, frajerze! – zawołał go i podszedł do niego. — Jak to jest kibicować beznadziejnej drużynie, która nie wygrała i nigdy nie wygra Super Bowl? – spytał ze złośliwym uśmiechem. Łysol zrobił się czerwony jak pomidor.

— Coś ty powiedział?! – warknął wściekły i odwrócił się w jego stronę. — Któregoś dnia wygramy ten puchar, zobaczysz! I lepiej nigdy więcej nie mów takich rzeczy w mojej obecności, bo ci zajebię! Nie obchodzi mnie, że jesteś motocyklistą! Skóry i łańcuchy nie czynią twardziela!

— Chcesz mi przywalić! No dalej, zrób to! – zachęcał go Ryan. — Pewnie bijesz się równie słabo co twoi Eagles grają! – dodał drwiąco. I to… to podziałało na kibica z Filadelfii jak płachta na byka. Niemal natychmiast rzucił się na motocyklistę i zaczęła się bójka. Ryan jednak nie był pozerem i znał się na walce wręcz, więc łysy kibic nie sprawiał mu żadnych problemów. Niedługo potem do bójki dołączali się kolejni goście baru, łącznie z Evelyn, która kopniakiem odpędziła dobierającego się do niej czarnoskórego mężczyznę. Ryan szybko znokautował kibica (i wybił mu kilka zębów), po czym razem ze swoją dziewczyną zabrali się za innych uczestników bójki. Evie była pod wrażeniem samej siebie jak łatwo przychodzi jej nokautowanie pijanych facetów i świetnie się przy tym bawiła. Ryan zaś cieszył się, że nie tylko mógł dać do zrozumienia kto NAPRAWDĘ rządzi w Nowym Jorku, ale też że jego dziewczyna może spuścić trochę pary po tej nowinie o Rachel.

„Wygląda na to, że mój plan zadziałał perfekcyjnie! Teraz trochę się wyładuje, ochłonie i zemści się na Ridersach na zimno!”

Gdy jednak już ich ręce bolały od tych nokautów, oboje schylili się i niepostrzeżenie opuścili bar, wsiedli na motocykl i uciekli zanim przyjechała zaalarmowana przez przechodniów policja.

— Takie randki to ja uwielbiam! – krzyknęła z radością Evie i zmęczona przytuliła się do Ryana, gdy jechali w stronę domu mężczyzny, gdzie mogliby odpocząć… i pogratulować sobie świetnego pokazu siły na swój ulubiony sposób.

 

1 Police Plaza, Manhattan, Nowy Jork

Vickie była w drodze na kolejne spotkanie z komisarzem Stevensonem i czuła ogromny stres. Komisarz zadzwonił jakieś piętnaście minut temu i bardzo wściekłym głosem poprosił ją o spotkanie w sprawie walki z gangami motocyklowymi. Nie zdążyła jednak zapytać o powód jego agresji, chociaż wątpiła, że jest ona skierowana w nią. Chciała również, aby to spotkanie skończyło się dosyć szybko, ponieważ miała zaplanowaną kolację ze swoją ukochaną. Zanim jednak weszła do jego gabinetu, podsłuchała jego rozmowę przez telefon…

— Dałem ci jedno proste zadanie! JEDNO! A ty mnie zawodzisz?! Menel z ulicy wykonałby tą robotę lepiej od ciebie! Napraw to! NATYCHMIAST! – krzyczał do słuchawki komisarz i rozłączył się. W tym momencie do środka weszła prokurator.

— Dzień dobry, panie komisarzu… – powiedziała niepewnie i wymusiła uśmiech na twarzy. Stevenson spojrzał na nią wściekły, ale po chwili niemal natychmiastowo ochłonął.

— Aaa, pani Morgan… Proszę wejść, dobrze, że pani już jest… przykro mi, że prawdopodobnie musiała pani słyszeć mnie w takim stanie. – odpowiedział uspokojony komisarz. Kobieta weszła do pomieszczenia i usiadła naprzeciwko biurka Stevensona.

— Nic się nie stało, w końcu jestem ostatnią osobą, która powinna kogokolwiek krytykować za wybuchy gniewu… – odpowiedziała z nadzieją, że rozluźni atmosferę tą uwagą. Chyba jej się udało, bo Stevenson uśmiechnął się.

— Naprawdę przepraszam. Po prostu… jeden z moich najważniejszych informatorów w naszej wspólnej… krucjacie przeciwko gangom Bakera i Bradleya właśnie stracił możliwość na szpiegowanie obu organizacji…

— O nie… ale chyba nic temu informatorowi nie jest?!

— Nie, wszystko z nim w porządku… tylko dalsze śledzenie poczynań gangów motocyklowych jest dla niego prawdopodobnie niemożliwe. Na szczęście, nie mam jednak WYŁĄCZNIE złych wieści. Wszedłem w posiadanie bardzo ciekawego faktu, który pomoże nam nie tylko w kontynuacji planu rozpracowania i likwidacji obu gangów, ale także jego przyspieszeniu. Otóż niejaka Evelyn Mitchell – dziewczyna motocyklisty z gangu Fallen Angels, który nazywa się Ryan Evans, ma dwie siostry, z czego jedna z nich została tragicznie zamordowana podczas linczu, który przeprowadził niejaki Troy King i tajemniczy drugi napastnik, którego opisano jako „motocyklistę”. – wyjaśniał Stevenson.

— To znaczy… że chce pan przekazać Angelsom informację, że winni temu są Ridersi?! – spytała Vickie, będąc pod wrażeniem planu komisarza. Myślała, że jest niby prosty, ale jednak świetnie ułożony…

— Dokładnie! Jestem pewien, że otworzy to puszkę Pandory, która doprowadzi do ostrej wojny pomiędzy gangami, która bardzo je osłabi i da piękne dowody dla nas do osadzenia tych degeneratów! – odpowiedział jej mężczyzna.

— Komisarzu Stevenson, to genialne! – pochwaliła go pani prokurator. — Mam jednak nadzieję, że nie ucierpią na tym niewinni ludzie... no i moja siostra przejrzy na oczy, gdy zobaczy całe to okrucieństwo tych potworów. Ale mam jedno pytanie… skąd zdobył pan te informacje o siostrze tej Evelyn Mitchell?

— Ode mnie! – odezwał się młodzieńczy głos, który pochodził od młodej dziewczyny o czarnych włosach i ledwie widocznych siniakach, która siedziała na kanapie na skraju pomieszczenia i której Victoria musiała nie zauważyć wcześniej.

— Musisz być tym informatorem, prawda? – spytała kobieta.

— Tak… – odpowiedziała młoda dziewczyna. — Jestem dawną przyjaciółką Evie. Nazywam się… Madison Reed.

 

1) Mowa tu o „słynnej” strzelaninie w szkole Columbine High School z 1999 roku, przeprowadzonej przez Erica Harrisa i Dylana Klebolda.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • Szpilka dwa lata temu
    Rebell, wartka akcja, ciekawie i rzetelnie naświetlony problem gangów w Nowym Jorku, przeczytałam jednym tchem ??
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Dzięki za poświęcony czas, choć jeśli dopiero poznajesz to opowiadanie, zalecam czytanie od początku, żeby nabrało to jakiegoś sensu... :)

    Pozdrawiam ciepło i jeszcze raz dzięki za wizytę :)
  • Szpilka dwa lata temu
    Rebell, nie omieszkam przeczytać, gdy czas pozwoli ?
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Szpilka, bardzo dziękuję. Chętnie poznam Twoje opinie o reszcie :)

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Pasja dwa lata temu
    Wspomnienie o Żanecie i Ryanie jest dosyć kontrowersyjne dla mnie. Dziewczyna zupełnie prawidłowo zareagowała na sytuację na ulicy i przestraszyła się. Polska jednak różni się od Ameryki i takie sytuacje raczej rzadko się zdarzają. Mnie osobiście zrobiło się jej żal. Nic na siłę. Gorzki stek słów wyrzucony przez dziewczynę był podszyty strachem. Helen okazała się zbyt okrutna i muszę przyznać, że poleciała ostro… słowiański pysk trochę ukłuł mnie jako polkę.
    Czyli nie wolno dziewczynie odejść, ot tak zwyczajnie. Podeptana męska duma. A Helen solidarna do bólu.
    —Ale może w to pani uwierzyć, pani Baker? - dziwne, bo Ameryka jest krajem wyluzowanym, jeśli chodzi o sposób zwracanie się do siebie. Mówienie przez pani trochę to zabija.
    Stevenson (komisarz)… 1969?… Wietnam. Dobry plan. Napuszczenie na siebie gangów.
    Szokujące wieści i Clint Bradley powiązany z Evelyn?
    i końcówka z Madison Reed? Zaskakująca.
    Pozdrawiam
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Dzięki za wizytę :)

    Rozumiem dlaczego mogłoby być Ci jej żal, ale równie dobrze mogła nie grozić Ryanowi donosem na policję. No wiesz, musiałem jakoś oddać nienawiść Helen do Żanety, nawet jeśli miała obrazić jej pochodzenie. Nic osobistego z mojej strony, mam nadzieję, że rozumiesz.

    Oczywiście, że może odejść. Nie może jednak donosić policji na klub motocyklowy. To motocykliści są lojalni klubowi aż po grób, a przynajmniej taka jest zasada.

    No i tak, Helen jest wierna gangowi rządzonemu przez jej męża. Jest dla niej jak rodzina. Tak jak dla naszej Evelyn :)

    Jeśli chodzi o wytknięty przez Ciebie zwrot to jednak kwestia szacunku. Helen jest żoną prezesa Angelsów, a Ryan był wtedy dopiero kadetem, który musiał udowodnić swoją wartość, więc... chyba rozumiesz co chcę przez to powiedzieć? :)

    Tak, Wietnam, rok 1969. Wzmiance o wydarzeniu zostanie poświęcona retrospekcja w przyszłych rozdziałach. Tak jak tajemniczemu "powiązaniu" Evie z Cesarem. Plan? No pewnie, że dobry! Co może pomóc w zbieraniu dowodów lepiej niż obserwacja jak dwa gangi terroryzują miasto i siebie nawzajem, co? :P

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis dwa lata temu
    Mi się osobiście spodobało to oburzenie, które poczułam na Ryana i Helen za to, co zrobili Żanecie. :) Chociaż dla osoby "z zewnątrz" wygląda to absurdalnie, to jednak w mentalności gangu takie zachowanie jest jak najbardziej zrozumiałe. To nie jest zabawa, tylko kryminalne sprawy, gdzie nie ma miejsca na prawo i leje się krew.
    Ostatnio miałam Ci coś napisać, ale poczekałam, aż dodasz nową część by Ci nie spamować - Twoje opowiadanie mnie zainspirowało. ;) Mam zamiar jedną z postaci ze swoich przyszłych powieści uczynić ex-członkiem gangu motocyklowego, który... o zgrozo, ostatecznie swoich braci z pewnych powodów zdradzi. ;) Na razie jednak nie mówię więcej, może kiedyś się moim pisarstwem zainteresujesz, to się dowiesz kto, haha. Ta powieść też nie powstanie szybko, bo należy do serii i dopiero pierwszy tom zaczynam. No, ale może kiedyś. ;)

    Ale dobra, wracając znów do odcinka - śmiesznie wyszło, że komisarz chce dobrać się do gangu używając informacji, którą oni już mają... ;) A siostra Helen jest tak słodko naiwna, że to aż urocze. ;) Tutaj też piąteczka i czekam na ciąg dalszy.
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Dokładnie, Żaneta nie rozumiała tego świata i Helen pokazała jej wysoką cenę tego błędu.

    A jeśli chodzi o Twoje opowiadanie... Cóż, jeśli planujesz Spin-Off "Tylko on, ona i motocykl", który miałby pokazywać losy któregoś z bohaterów, masz zielone światło, ale pod jednym warunkiem: przed faktycznym pisaniem skontaktujesz się ze mną i wprowadzisz w szczegóły. Nic osobistego, po prostu chcę się upewnić, że opowiadania będą ze sobą "współgrać", że się tak wyrażę :) Właściwie to oni dowiedzieli się tych informacji od komisarza. A co dokładnie masz na myśli, mówiąc o "naiwności" Vickie? Domyślam się, ale chętnie przeczytam jak ktoś to wyjasnia :)

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis dwa lata temu
    TheRebelliousOne
    Oh, nie, spin-offu nie będę raczej robić, bo żeby napisać całkowicie opowiadanie o gangu motocyklowym to raczej bym tego nie poczuła. Jako historia jednej postaci to już bardziej. ;) Ale jeżeli kiedyś się to zmieni, to oczywiście, skontaktuję się. :)

    Jasne, już rozszerzam - Vickie jest przekonana, że jej siostra jest "zaślepiona" i "uwięziona", ale nie chce tego przyznać. Więc usilnie stara się jej "pomóc". Nie chce zaakceptować faktu, że Helen po prostu jest częścią tego strasznego, ciemnego półświatka i tam jest jej miejsce. Oczywiście wynika to z troski, ale takie usilne "pomaganie" komuś, kto tej pomocy nie chce, nigdy nie przynosi nic dobrego. Oczywiście nie uważam, by Helen była światłym przykładem za którym należy podążać, ale jednak jest na swoim miejscu i to, niestety, Vickie będzie musiała w końcu zrozumieć. Helen szybciej strzeliłaby sobie w głowę niż zdradziła męża którego kocha i gang, który tyle dla niej znaczy. Z jednej strony to kryminaliści, z drugiej strony taka solidarność to coś pięknego. Uwielbiam, jak bardzo niejednoznaczne są te postaci. 100/10 daję Ci za to.
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Clariosis
    Wiesz... jak tak to ujęłaś z tymi gangami to jest JEDNA postać z tego opowiadania, która nie jest związana z nimi i która również zasługuje na swoje opowiadanie... :) Ale nie spieszmy się, faktycznie. W razie czego wiesz gdzie mnie szukać! :D (tutaj xd)

    Pięknie opisałaś siostrę Helen. Jest dokładnie tak, jak mówisz. Kobieta nie dość, że zaślepiona chorymi ideałami ich matki to jeszcze jest w przekonaniu, że postępuje właściwie. No i tak, postaci to jest coś, czemu poświęcam dużą uwagę w swoich opowiadaniach. Staram się, żeby nawet postaci epizodyczne chociaż trochę zapadły w pamięć lub żeby nie były "zapychającymi opowiadanie robotami".
  • Pontàrú dwa lata temu
    Ładnie zagrane z tymi zabójcami siostry Evelyn. Plan sprytny i w sumie, jak dla mnie, czytelnik nie wie komu ufać. Czy policjant mówił prawdę i to Cesar jest zabójcą, czy to tylko podstawione imię aby spowodować wojnę. Reakcja Żanety mnie dość zdziwiła, zwlaszcza, że w czasach opowiadania Żaneta i Ryan mają raczej dobre stosunki.
    Ode mnie 5
  • TheRebelliousOne dwa lata temu
    Myślę, że patrząc na komisarza Stevensona możesz sam sobie odpowiedzieć na to pytanie... :) A jeśli chodzi o Żanetę... cóż, można się kłócić, że to było dawno temu i sytuacja zdążyła się "uspokoić". Poza tym, znasz taką grę Red Dead Redemption 2? Jest tam postać gangstera Dutcha van der Lindego i ma kochankę o imieniu Molly - irlandzką dziewczynę z wyższych sfer, która przybyła do Ameryki, żeby zaspokoić rządzę przygód. Tą przygodą miał być związek z Dutch'em, ale okazało się, że taka rozpuszczona księżniczka... po prostu nie pasuje do tego świata. Efekty tego widać w grze.

    Dzięki za ocenę i pozdrawiam ciepło :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania