Uratuj mnie - Rozdział 19 - Zostań

ILONA

 

Jest ciemno. Słyszę przytłumione głosy gdzieś niedaleko i jakieś pikanie całkiem blisko. Jestem cała obolała. Nie mogę się poruszyć. Wszystko mnie boli. Dlaczego jest tak ciemno? Pikanie robi się coraz głośniejsze. Dlaczego nic nie widzę? Och, to dlatego, że mam zamknięte oczy. Próbuję je otworzyć, ale mam wrażenie, że moje powieki są sklejone. Słyszę jakieś poruszenie gdzieś niedaleko mnie, a może jednak gdzieś zupełnie daleko… Nie wiem już sama. Nigdy się tak nie czułam. Co się dzieje i dlaczego moje powieki są takie ciężkie? Chcę coś powiedzieć, ale moje usta również ze mną nie współpracują, jakby moje ciało nie należało do mnie. Umarłam? Boże… Co to za dziwne hałasy? Kto dotyka mojej dłoni? Co ten ktoś do mnie mówi? Dlaczego nie rozróżniam słów, tylko słyszę szum? O czym to ja myślałam przed chwilą? Nie pamiętam i mam wrażenie, że ciągle tracę wątek. A może to tylko sen? Tak, to na pewno tylko dziwny sen. Zaciskam mocniej powieki i wyłączam umysł. Chce mi się spać. Muszę znowu zasnąć.

 

***

 

Jest ciemno. Słyszę przytłumione głosy gdzieś niedaleko i jakieś pikanie całkiem blisko. Jestem cała obolała. Nie mogę się poruszyć. Wszystko mnie boli. Dlaczego jest tak ciemno? Pikanie robi się coraz głośniejsze. Dlaczego nic nie widzę? Och, to dlatego, że mam zamknięte oczy. Próbuję je otworzyć, ale mam wrażenie, że powieki są sklejone. Mam uczucie déjà vu.

Kiedy wreszcie udaje mi się unieść powieki na mniej niż milimetr, zamykam je szybko z powrotem, bo światło razi mnie w oczy. Niech ktoś wyłączy to cholerne pikanie!

– Pani, Ilono, wreszcie się pani budzi! – Odzywa się jakiś obcy damski głos po tym, jak za tym kimś zamknęły się drzwi. – Spokojnie, niech pani otwiera oczy powoli. Lekarz zaraz do pani przyjdzie.

Co? Jaki lekarz? Gdzie ja jestem?

Cały czas staram się otworzyć oczy, a w międzyczasie przypominam sobie, co działo się, zanim zapadła ciemność.

O Boże…

Znowu to wkurzające pikanie.

– Pani, Ilono. Niech się pani nie denerwuje. Już wszystko w porządku. Jest pani w szpitalu od wczoraj. Pobito panią i miała pani wstrząśnienie mózgu, ale pani życiu nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo.

Wreszcie otwieram oczy i widzę nad sobą twarz pielęgniarki w średnim wieku, która uśmiecha się do mnie ciepło.

– K… Ka… – Chcę zapytać, gdzie jest Karol, ale zaschło mi w ustach i nie wydobywa się z nich żadne słowo.

– Proszę się napić. Tylko powoli, małymi łyczkami.

Pielęgniarka podaje mi kubek ze słomką. Upijam kilka małych łyków i znów próbuję się odezwać.

– Karol…

– Pani chłopak?

Chłopak? Pewnie skłamał, bo inaczej nie udzieliliby mu żadnych informacji o mnie.

– Wyszedł. Pewnie po kawę. Chyba nie spał całą noc, tak się o panią martwił. Nie chciał się stąd ruszyć wczoraj wieczorem. Już myśleliśmy, że ochrona będzie go musiała wyprowadzić siłą. – Kobieta uśmiecha się i poprawia coś przy mojej kroplówce.

Nagle otwierają się drzwi do sali, a ja zerkam w tamtym kierunku, mając nadzieję, że to Karol. Niestety, to tylko lekarz. Bada mnie przez chwilę, zadaje mnóstwo pytań, od których zaczyna kręcić mi się w głowie, po czym zaleca odpoczynek, spokój i relaks. Zapewnia mnie, że teraz, kiedy już się obudziłam, mój stan będzie się poprawiał, a nieprzytomność to reakcja obronna organizmu na uraz i silny stres. Na szczęście tomografia nie wykazała żadnych zmian w mojej głowie, więc jeżeli nic złego nie będzie się działo, wypiszą mnie za dzień lub dwa, ponieważ moje obrażenia, czyli zbity łokieć, zwichnięty nadgarstek, stłuczone żebra, rozcięte łuk brwiowy oraz warga, a także liczne zadrapania, siniaki i otarcia, można leczyć w domu.

Cieszę się z tego powodu, naprawdę, ale teraz interesuje mnie tylko jedno. Gdzie jest Karol?

– Gdzie jest Karol? Proszę go zawołać. Chcę, żeby tu był. – Odzywam się nieco poirytowana zachrypniętym głosem, a lekarz i pielęgniarka wymieniają porozumiewawcze uśmiechy.

Moc sprawcza moich słów jest jednak bardzo silna i rychła, bo niedomknięte drzwi uchylają się i do środka wchodzi Karol.

Wygląda okropnie! Ma podkrążone oczy, bladą cerę i zmęczony, przygnębiający wyraz twarzy. Jest także zgarbiony, co kompletnie do niego nie pasuje, bo zawsze chodzi wyprostowany jak struna. Patrzy na mnie z ulgą i szerokim uśmiechem, który kontrastuje z jego mizernym wyglądem.

– O wilku mowa! – Śmieje się pielęgniarka.

– W takim razie my już państwa zostawimy. – Dodaje lekarz i zwraca się jeszcze do mnie: – Tak jak mówiłem, pani Ilono, proszę odpoczywać i się nie denerwować, żadnych gwałtownych ruchów. Proszę leżeć jak najwięcej i zachowywać spokój, a być może nawet jutro stąd pani wyjdzie.

– Dobrze, dziękuję. – Odpowiadam zniecierpliwiona, nawet na niego nie patrząc.

Kiedy za lekarzem i pielęgniarką zamykają się drzwi, Karol podbiega do mojego łóżka i przytula mnie mocno, zbyt mocno.

– Ałć! – Syczę, bo moje obolałe ciało protestuje.

– Przepraszam!

Spanikowany Karol odsuwa się ode mnie, ale ja ponownie wyciągam do niego ręce. Chcę mieć go blisko. Tym razem przytula mnie delikatnie. Czuję, że drży.

– Tak bardzo się o ciebie bałem… Nie rób mi tego nigdy więcej.

– Już dobrze…

– Ostatnim razem też tak mówiłaś, a potem… – Stara się żartować, ale jego głos się załamuje. Odsuwam się od niego i głaszczę po policzku. Widać, że bardzo się tym wszystkim przejął. Czuję ciepło w sercu i ogromną czułość na jego troskę. – Jak się w ogóle czujesz?

– Wszystko mnie boli. Lekarz badał mnie przed chwilą i powiedział, że mam zbity łokieć, stłuczone żebra i zwichnięty nadgarstek, siniaki, otarcia, zadrapania... Ale pewnie już to wszystko wiesz… W każdym razie tak poza tym nic poważnego mi nie jest.

– Najważniejsze, że twoja głowa jest cała.

– Tak… Karol… – Zaczynam niepewnie słabym głosem, a on zerka na mnie czujnie. – Złapaliście go?

Karol najpierw ucieka wzrokiem gdzieś w bok, a potem spogląda mi prosto w oczy i już wiem, że skłamie.

– Tak, teraz już będziesz mieć spokój.

– Gdzie on teraz jest? Zamknęliście go? – Pytam i dopiero po fakcie uświadamiam sobie, że po raz nie wiem już który, mając na myśli policję, zaliczyłam Karola do tej właśnie grupy.

– Zajęli się nim.

Nie odpowiedział mi wprost. Ewidentnie coś przede mną ukrywa, tylko co? Już mam go o to zapytać, kiedy dotyka mojego policzka tuż przy oku.

– Boli?

– Trochę. – Odpowiadam i przypominam sobie, jak Marcin uderzył mnie w to miejsce pięścią.

Na razie odsuwam od siebie te obrazy i przypominam sobie, że miałam o coś zapytać Karola, ale mnie rozproszył… Co to było? Cholera, mój mózg pracuje jakby w zwolnionym tempie. Nie mogę normalnie myśleć. Wzdycham ciężko i chwytam się za głowę.

– Boli cię? Może zawołam lekarza? – Zaniepokojony głos Karola znowu mnie rozprasza. Nie pamiętam już nawet, o czym myślałam przed chwilą.

– Nie, po prostu jestem skołowana.

– Prześpij się. Słyszałaś, co powiedział lekarz. Musisz odpoczywać.

– Tak chyba będzie najlepiej. – Przyznaję mu rację i układam się wygodnie, kiedy nagle coś sobie przypominam. – Co z Reksem?!

– Już wszystko w porządku. Dostał odpowiednie leki i kroplówkę na wzmocnienie. Jest już w domu, więc niczym się nie przejmuj. Śpij. Będę cały czas przy tobie. – Zapewnia mnie, a ja niemal natychmiast zasypiam, trzymając Karola za dłoń.

 

KAROL

 

– Nie przejmuj się, za parę dni te siniaki znikną.

– Wyglądam okropnie! Do tego ta opuchlizna…

– Najważniejsze, że nie masz żadnych urazów głowy. Zbity łokieć w końcu przestanie boleć, a siniaki znikną. – Pocieszam Ilonę, która jest załamana, bo przed chwilą zobaczyła się w lusterku.

– Masz rację… Mogło być znacznie gorzej… – Przyznaje mi rację i spuszcza wzrok.

Z racji tego, że obudziła się wczoraj i dziś czuje się już znacznie lepiej, mam zamiar wypytać ją, co dokładnie stało się, kiedy Marcin wszedł do mojego domu. Staram się brzmieć łagodnie i spokojnie, choć emocje rozsadzają mnie od środka.

– Ilona… Chciałbym dowiedzieć się, co się tam wydarzyło. Jesteś gotowa, żeby mi o tym opowiedzieć?

Zerka na mnie i kiwa głową. Po chwili zaczyna opowiadać wszystko po kolei. Kiedy kończy, czuję całą gamę emocji, tych złych i tych pozytywnych. Postanawiam wyrazić słowami te drugie.

– Jesteś taka dzielna. – Chwytam jej dłoń i ją całuję. – Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką znam. Podziwiam cię. – Ilona uśmiecha się smutno, a po jej policzkach płyną łzy.

– Cały się trzęsiesz.

– Po prostu jestem na siebie wściekły, że mnie wtedy przy tobie nie było.

– Przecież to nie twoja wina! – Protestuje. – Chyba nie zamierzasz się obwiniać? Zabraniam ci!

– Miałaś być ze mną bezpieczna, miałem cię obronić w razie czego, a co się stało? Obroniłaś się sama po tym, jak o mały włos cię nie zabił…

– Karol, to nie twoja wina! – Mój gorzki ton wprawia ją w osłupienie.

– Obiecałem sobie, że już nikomu nigdy nie stanie się przeze mnie krzywda. Nie po tym, co stało się dwa lata temu, ale znów musiałem wszystko schrzanić. – Ilona chce zaprzeczyć, ale nie daję jej dojść do słowa. – Obiecałem sobie na początku wtedy, kiedy jeszcze cię dobrze nie znałem i kiedy cię nie znosiłem, że mimo wszystko będę mieć na ciebie oko, rozumiesz? Żeby nikt przeze mnie nie cierpiał, a i tak znów zawaliłem!

– Rozumiem. Pamiętam, jak dziwiłam się, dlaczego nie wyrzuciłeś mnie z domu zaraz po moim przyjeździe. To wyglądało tak, jakbyś postawił sobie za punkt honoru dotrzymanie umowy i pozwolenie mi na mieszkanie z tobą. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego tak było, ale domyślałam się, że masz jakiś powód. – Jakoś mnie to nie dziwi. Ilona naprawdę ma szósty zmysł… – Ale nie możesz się obwiniać, bo to absolutnie nie jest twoja wina.

– Gdybym tam był, nie leżałabyś teraz pobita w szpitalu po wstrząśnieniu mózgu, bo ten psychol próbował cię zgwałcić i zabić! – Podnoszę głos i zaciskam pięści, za które chwyta mnie Ilona.

– Gdyby, gdyby… Już zbyt wiele razy w życiu myślałeś w ten sposób. Nie pozwalam ci, żebyś i teraz tak myślał. Rex miał wypadek, pojechałeś mu pomóc…

– Mogłem cię zabrać ze sobą! – Przerywam jej, a mój głos drży ze zdenerwowania.

– Przecież musiałam pracować. Nie pojechałabym z tobą. Poza tym, przecież i tak mi pomogłeś, nie widzisz tego? – Siada na szpitalnym łóżku i patrzy na mnie przejęta. Gestem wskazuje miejsce obok siebie, na którym siadam i natychmiast odnajduję jej dłoń.

– Niby jak ci pomogłem?

– Zadzwoniłeś po kolegę. To był jeden z tych dwóch policjantów, którzy do nas podbiegli, jak mnie znalazłeś, prawda?

– Tak, Radek.

– No właśnie. Gdybym zadzwoniła pod 112 i powiedziała, żeby kogoś przysłali, bo wydaje mi się, że mój stalker przejechał drogą pod moim domem, to przecież nikt by mnie nie potraktował poważnie.

– Może tak, może nie, ale sama musiałaś z nim walczyć! Pobił cię, a ja cię nie obroniłem! Ty sama się obroniłaś i zobacz, jakie ponosisz tego konsekwencje!

– Gdyby nie nasze treningi nie miałabym tyle siły, żeby się bronić! Nawet kurs samoobrony w niczym by mi nie pomógł, gdybym nie polepszyła sobie kondycji w trakcie biegania z tobą. No i nie uciekłabym tak daleko. Kto wie, gdzie on pobiegł, kiedy usłyszał te syreny… Może wrócił do domu? Ale mnie już tam nie było, bo uciekłam. – Przekonuje mnie z pasją, ale na szczęście nie pyta, czy wiem, gdzie wtedy był Marcin… – Pomogłeś mi, Karol, może nie bezpośrednio, ale pośrednio jak najbardziej. – Mówi z naciskiem i dotyka mojego policzka. – Nie denerwuj się już tak. Zawsze kiedy to robisz, policzek ci drga.

– Gdyby coś ci się stało… Nie wybaczyłbym sobie tego… – Odzywam się cicho i mrugam gwałtownie, bo czuję łzy pod powiekami, patrząc w jej ufne, zielone oczy. Niewiele brakowało, a nie siedziałaby teraz tuż obok mnie, nie czułbym jej ciepłego dotyku, jej zapachu…

– Płaczesz?

– Nie schlebiaj sobie, coś wpadło mi do oka.

Ilona nie odpowiada na moją zaczepkę, tylko przytula mnie mocno.

– Uratowałeś mnie, Karol, na wiele sposobów i nie tylko przed Marcinem… Nigdy o tym nie zapominaj i nigdy w to nie wątp.

Kiwam głową i powstrzymuję łzy. Cholera, przecież nie będę teraz płakał… To wszystko przez to, że odkąd Ilona trafiła do szpitala prawie w ogóle nie spałem i nie jestem w najlepszej kondycji przez to wszystko.

– A teraz ty mi opowiedz, co się tam stało. I co z Marcinem, bo dobrze wiem, że coś ukrywasz.

 

***

 

Chwilę później to ja pocieszam Ilonę, kiedy dowiaduje się, że Marcin nie żyje po tym, jak w trakcie pościgu zderzył się z tirem w zderzeniu czołowym. Policja znała jego samochód i rejestrację, bo sam im o tym powiedziałem, więc kiedy posiłki zauważyły Marcina na drodze, rozpoczęły pościg, który zakończył się dla niego tragicznie.

Ilona najpierw przyjęła tę informację ze względnym spokojem i niedowierzaniem. Chyba była w szoku. Jednak po chwili zaczęła płakać i obwiniać się o jego śmierć.

– Pośrednio to moja wina…

– Co ty wygadujesz?!

– Wiem, że ja nic mu nie zrobiłam, więc nie umarł przeze mnie, ale z mojego powodu już tak… – Pociąga nosem i zakrywa twarz dłońmi. – Chciałam, żeby dał mi spokój, ale nie w taki sposób! Jak mam teraz żyć ze świadomością, że to w pewnym sensie z mojego powodu nie żyje…?

– Ilona, uspokój się. Nie możesz się denerwować, bo ci się pogorszy i cię stąd nie wypuszczą. – Dotykam jej podbródka i zmuszam do tego, by na mnie spojrzała.

– Ale jak ja mam z tym teraz żyć? – Pyta bezradnie i znów szlocha.

– Poczekaj tu na mnie, poproszę pielęgniarkę o coś na uspokojenie.

Miałem rację. Kiedy lekarz przychodzi na obchód, stwierdza, że nie wypuszczą dziś Ilony, bo jej stan się pogorszył przez stres związany z wiadomością o śmierci Marcina. Dostała na razie leki na uspokojenie i poszła spać. Siedzę teraz obok jej łóżka na krześle i patrzę na jej spokojną twarz pogrążoną we śnie.

Czeka nas trudny czas, ale w głowie już układam plan, jak jej pomóc. Teraz, kiedy nic jej nie grozi, będzie mogła wrócić do swojego dawnego życia. Ja jednak już wiem, że chcę, aby w tym jej nowym życiu znalazło się miejsce i dla mnie. Tak więc doskonale wiem już, co muszę zrobić. Wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce, a w moje serce po raz pierwszy od bardzo dawna wstępuje nadzieja.

 

ILONA

 

– Cześć, piesku! Ale nas wystraszyłeś. – Głaszczę Reksa za uszami, tak jak najbardziej lubi, kiedy ten oplata swoje przednie łapy o moje nogi.

– Rex też cieszy się, że wróciłaś. – Stwierdza Karol, który wchodzi za mną do domu z torbą, w którą spakował mi rzeczy do szpitala.

– Dobry pies, tęskniłam za tobą. – Kucam przed Reksem i przytulam się do niego.

Rozczulił mnie tym, jak mnie powitał. Jakby wyczuwał, że nie czuję się jeszcze najlepiej. Następnie prostuję się i niepewnie wchodzę do swojego pokoju. Ostatni raz, kiedy tu byłam, był też tu i Marcin. Żywy…

– Potrzebujesz czegoś? – Pyta Karol, kiedy stawia moją torbę obok łóżka.

– Chciałabym się porządnie umyć. Zmyć z siebie ten szpital i… Po prostu muszę się wykąpać.

– To może naleję ci wody do wanny, co ty na to?

– Byłoby miło, dzięki!

– Żaden problem! – Odpowiada nieco sztywno i wychodzi, a ja czuję niepokój.

Karol zachowuje się jakoś dziwnie i nie wiem, skąd bierze się jego zdenerwowanie. Martwi mnie to, ale być może dla niego to wszystko jest równie trudne jak dla mnie. Ciągle o tym myślę i nie mogę wyrzucić z głowy natrętnych, negatywnych myśli.

Nawet kąpiel nie jest w stanie mnie uspokoić, tym bardziej, że w jej trakcie opadam z sił i mam wątpliwości, czy w ogóle dam radę wyjść z wanny. Odpoczywam chwilę i jakoś udaje mi się dokończyć kąpiel, ale nie jestem w stanie wysuszyć sobie włosów. Mam zamiar poprosić Karola, aby mi w tym pomógł.

Wchodzę więc do kuchni, gdzie Karol przygotowuje dla nas jedzenie. Kiedy odwraca się i robi krok w stronę stołu, zastyga w bezruchu ze sztućcami w ręku, gdy widzi moją minę. Stoję w drzwiach i rozglądam się rozbieganym wzrokiem po kuchni, w której szamotałam się z Marcinem i w której widziałam go po raz ostatni. Patrzę na miejsca, gdzie próbował mnie udusić, rozebrać, zgwałcić… gdzie uderzał moją głową o twarde płytki…

– Jeśli chcesz, możemy zjeść na tarasie albo w salonie. – Z traumatycznych wspomnień wyrywa mnie łagodny głos Karola, a ja uświadamiam sobie, że czuję łzy pod powiekami i drżenie rąk.

Doprowadzam się do porządku, żeby go niepotrzebnie nie denerwować. Dla niego ta sytuacja też jest już wystarczająco trudna.

– Posprzątałeś tu…

Teraz panuje tu idealny porządek, ale parę dni temu na podłodze były krew, szkło i poprzewracane krzesła.

– Yhm… W twoim pokoju też posprzątałem. Wiem, że lubisz porządek.

– To miłe. – Rozczula mnie tym, co dla mnie robi. – Co tak ładnie pachnie? – Pociągam nosem na aromatyczne zapachy i podchodzę do kuchenki, przy której teraz stoi.

– Kotlety schabowe, ziemniaki i marchewka. Właśnie miałem nakładać. – Odpowiada i wyciąga naczynia z szafki.

– Sam to zrobiłeś? – Pytam zdziwiona, bo zdolności kulinarne Karola pozostawiają wiele do życzenia.

– Iza mi pomogła. Ilona… Ja jej o wszystkim powiedziałem. Przepraszam, ale tak bardzo się o ciebie bałem, że nie chciałem być z tym wszystkim sam.

– Nie szkodzi.

– Odchodziłem od zmysłów, musiałem komuś powiedzieć…

– Karol… – Przerywam mu. – To bez znaczenia, naprawdę. Nie gniewam się. Nakładaj lepiej już to jedzenie.

– Robi się! – Znów odpowiada nieco sztywno i odsuwa mi krzesło przy stole.

– Wysuszysz mi potem włosy? Przez te stłuczone żebra i zwichnięty nadgarstek nie mam siły trzymać rąk w górze.

– Jasne, ale najpierw obiad.

Stawia przede mną talerz, a po chwili dołącza do mnie i zaczynamy jeść. Przez cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że Karol zachowuje się dziś inaczej niż zwykle. Nie raz jedliśmy już wspólnie obiad. Nawet radio gra cicho w tle tak, jak zawsze. Znam tę piosenkę, to "Absolutnie, Absolutnie" Sorry Boys.

Niby Karol próbuje żartować jak zazwyczaj, rozmawiamy też na zwyczajne tematy, omijając sprawnie to, co wydarzyło się ostatnio, ale coś nie daje mi spokoju. Zapytałabym go o to, ale nagle dzwoni jego telefon na dźwięk, którego aż podskakuję na krześle i kurczowo zaciskam palce na sztućcach. Karol pośpiesznie wyjmuje telefon z kieszeni i zerka na wyświetlacz.

– To Iza. Pewnie chce zapytać, czy już jesteśmy w domu. Bardzo się o ciebie martwiła. – Uspokaja mnie i odrzuca połączenie. – Później do niej oddzwonię.

Karol wysyła tylko zdawkowego sms-a, bierze głęboki wdech i spogląda na mnie uważnie. Uświadamiam sobie wtedy, że cały czas siedzę napięta jak struna. Rozluźniam się więc nieco i zaczynam gmerać w jedzeniu, które jest przepyszne, ale ja po prostu na razie nie mam ochoty, aby jeść cokolwiek.

– Jak do niej oddzwonisz, podziękuj jej za obiad. Jest pyszny.

– Nie wyglądasz, jakby ci wybitnie smakowało.

– Nie jestem głodna.

– Skarbie… Nie musisz się już bać. On już do ciebie nie zadzwoni, ani po ciebie nie przyjdzie.

No tak, bo Marcin już nie żyje. Z mojego powodu…

Jak mam cieszyć się z tego, że nie będzie mnie niepokoił, bo przecież umarł?! Powstrzymuję żal i łzy, spoglądam na Karola i biorę głęboki wdech.

– Myślałam o tym w szpitalu i doszłam do wniosku, że nie poradzę sobie sama z tą sytuacją… Okropnie czuję się z tym, że Marcin… nie żyje, dlatego postanowiłam, że pójdę na terapię do psychologa. Potrzebuję pomocy, żeby przestać się bać dzwoniącego telefonu, niespodziewanego hałasu, czy byle stuknięcia.

Zerkam na Karola i widzę ulgę na jego twarzy.

– Świetny pomysł. Myślę, że dobrze ci to zrobi.

– Chcę, żebyś poszedł tam ze mną. – Proponuję i widzę, jak patrzy na mnie uważnie.

– Dobrze, nie ma sprawy. Mogę ci towarzyszyć.

– Nie o to mi chodziło, Karol. – Postanawiam kuć żelazo póki gorące.

Widzę, że on już się domyśla, co chcę mu zaproponować, bo tym razem to on się spina i zaczyna nerwowo jeść. – Chcę, żebyś i ty poszedł wreszcie na terapię.

– Rozmawialiśmy już o tym. Nie czuję takiej potrzeby.

– Nie rozumiem tu czegoś. Kiedy ja mówię, że pójdę na terapię, ty uważasz, że to świetny pomysł, a kiedy mówię ci, że powinieneś zrobić to samo, nagle się spinasz.

– Nie spinam się. Po prostu nie chcę rozmawiać o tym z kimś obcym.

– To ci pomoże, zaufaj mi.

– Ufam ci, ale nie naciskaj już, dobrze?

Karol uparcie i z nadmiernym zainteresowaniem przygląda się jedzeniu na talerzu, ale ja nie zamierzam się poddać. Pomógł mi, więc ja chcę pomóc jemu i wiem, że teraz jest największa szansa na to, że mi na to pozwoli. Odzywam się więc ze spokojem i największym opanowaniem na jakie stać mnie w tym momencie:

– Kiedy boli cię noga, idziesz do ortopedy. Kiedy boli cię serce, idziesz do kardiologa. Kiedy boli dusza, idzie się do psychologa, bo psycholog to lekarz duszy. Jak każdy inny. – Chwytam w dłonie sztućce i choć mój głos jest cichy i łagodny, to widzę, że Karol jest poruszony moimi słowami. – Przynajmniej się nad tym zastanów. Pomyśl o tym, a nie z góry odmawiasz dla zasady. Może czasem warto spuścić z tonu? Po prostu to przemyśl. – Dodaję ze spokojem i dalej jemy już w ciszy.

Po obiedzie Karol suszy moje mokre włosy. Jest przy tym niezwykle delikatny, jakby bał się, że zrobi mi krzywdę mocniejszym szarpnięciem. Jego spokojne i powolne ruchy sprawiają, że przysypiam na krześle, kiedy rozczesuje nieśpiesznie moje włosy. Chyba to zauważył i chyba coś do mnie powiedział, ale nie wiem, co dokładnie, bo jestem zbyt zmęczona i śpiąca. Znów czuję się, jak w szklanej bańce, która zagłusza bodźce ze świata zewnętrznego.

Karol na szczęście jak zwykle domyśla się, czego mi trzeba i bierze mnie delikatnie na ręce, jakbym była lekka jak piórko. Jest mi ciepło, miło i przyjemnie, kiedy kołyszę się w jego ramionach w rytm jego kroków. Ostatnim przebłyskiem świadomości rejestruję moment, kiedy kładzie mnie na łóżku, odgarnia włosy z twarzy, gładzi wierzchem dłoni mój policzek i całuje w czoło.

Chcę powiedzieć, żeby położył się obok, ale zanim znajduję na to siły, słyszę dźwięk zamykanych za nim drzwi.

 

***

 

Po drzemce jestem mocno zdezorientowana. Przypominam sobie, że przed zaśnięciem nie czułam się najlepiej. Siniaki, zbity łokieć, zwichnięty nadgarstek, a przede wszystkim stłuczone żebra dawały mi się we znaki tak jak i ból głowy. Niestety, ale paracetamol, który kazał mi brać lekarz, działa tylko przez kilka godzin, a potem muszę radzić sobie na przykład właśnie drzemką.

Na szczęście po krótkim śnie jestem w trochę lepszej kondycji, choć moje ciało nadal jest obolałe. Wychodzę na taras, gdzie siedzi Karol.

– Wyspałaś się?

– Tak, już mi lepiej.

– Może przejdziemy się na spacer do sadu? Czujesz się na siłach?

– Okej, chodźmy.

Idziemy powoli alejką wśród zielonych drzew. Karol trzyma swoją dłoń na moich plecach, jakby bał się, że nagle opadnę z sił. Dookoła pachnie latem, a ja jedyne o czym mogę myśleć to to, że coś jest nie tak. Ewidentnie widzę, że coś gryzie Karola.

W końcu zatrzymujemy się na środku alejki i siadamy na kocu, który Karol zabrał z domu. Podciągam kolana pod brodę i oplatam je rękoma. Karol siada naprzeciw mnie i drapie się nerwowo po głowie, przejeżdża dłonią po swoich włosach, a potem karku. Patrzę na niego uważnie i czekam.

– Przyjemnie, prawda? – Uśmiecha się nerwowo.

– Tak, lubię ten sad…

– Mam coś dla ciebie.

Spoglądam z zaciekawieniem na Karola, który wyjmuje z kieszeni spodni bojówek czerwony aksamitny woreczek. Rozplątuje sznurek, sięga dwoma palcami do środka i wyjmuje z niego mój łańcuszek z zawieszką w kształcie róży wiatrów. Na ten widok bezwiednie dotykam szyi, a oczy zaczynają piec mnie ze wzruszenia. Byłam pewna, że zgubiłam go w trakcie szamotaniny z Marcinem albo podczas mojej ucieczki przed nim.

– Myślałam, że przepadł i już go nie znajdę... – Szepczę poruszona do głębi i dotykam zawieszki łańcuszka, który zwisa z dłoni Karola.

– Leżał pod stołem w kuchni… Był porwany, więc zaniosłem go do jubilera i proszę, jak nowy!

– Dziękuję! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że się znalazł. – Głos drży mi lekko ze wzruszenia, że Karol zadał sobie trud, aby naprawić łańcuszek, który jest dla mnie niezwykle ważny.

– Żaden problem. – Zapewnia mnie i siada za moimi plecami, delikatnie odgarnia mi włosy na bok i zakłada łańcuszek tam, gdzie jego miejsce. Przez chwilę nie porusza się, po prostu siedząc za mną. Doskonale czuję jednak jego obecność i mimo, że mnie nie dotyka, to mam wrażenie, jakby pomiędzy naszymi ciałami przechodziły iskry. Dopiero po chwili, która trwa wieczność, wraca do poprzedniej pozycji i siada obok mnie.

Siedzimy przez chwilę w ciszy, aż w końcu Karol odzywa się, biorąc wcześniej głęboki wdech:

– Masz zwolnienie do końca miesiąca, prawda?

– Tak… – Przyznaję niepewnie, bo przecież Karol doskonale o tym wie.

– Zostań tu do końca zwolnienia i jeszcze dłużej… najlepiej na zawsze. – Jego głos nagle staje się pewny, a jego dłoń odnajduje moją.

– Jak to? – Pytam zaskoczona, nic nie rozumiejąc.

– Tak jak już ci mówiłem wcześniej, jesteś dla mnie ważna. Nic się nie zmieniło w tej kwestii, oprócz tego, że zrozumiałem coś jeszcze.

O Boże…

– W szpitalu powiedziałaś, że uratowałem cię na wiele sposobów. Ja to samo mogę powiedzieć o tobie. Zmieniłaś moje życie i moje podejście do niektórych spraw, otworzyłaś mi oczy i przywróciłaś mnie do świata żywych, a ja przez to oszalałem na twoim punkcie. I wiesz co? Pójdę na tą terapię. Zrobię to dla ciebie, i dla siebie też, bo nie chcę, żeby cokolwiek stanęło pomiędzy nami. Kiedy bałem się, że coś ci się stało i mógłbym już nigdy cię nie zobaczyć, coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że nie mogę i nie chcę bez ciebie żyć. Kocham cię, Ilona.

Tego się zupełnie nie spodziewałam.

Patrzę na jego twarz napiętą w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Czuję jak jego dłoń, w której trzyma moją, drży lekko.

To stąd to zdenerwowanie i jego dziwne zachowanie. Zaraz, czy on nie domyśla się, że ja też coś do niego czuję?

– Karol… – Zaczynam i nie wiem, co powiedzieć, bo brak mi słów, aby wyrazić te wszystkie emocje, które teraz się we mnie kłębią.

– Ja wiem, że być może to dla ciebie za dużo. – Przerywa mi. – Tyle się ostatnio działo… Nie musisz mi nic teraz odpowiadać, po prostu chciałem, żebyś to wiedziała. Musiałem ci to wreszcie powiedzieć. – Odzywa się poruszony i wciąż zestresowany.

– Karol, jesteś trzeźwy? – Pytam go poważnym tonem, nawiązując do naszego drugiego pocałunku, a kąciki moich ust drgają lekko.

Chyba już wie, do czego zmierzam, bo w jego oczach widzę błysk.

– Tak, jestem trzeźwy jak noworodek. – Mówi dokładnie te same słowa, co kiedyś i zadowolony z siebie przysuwa się do mnie bliżej.

– Jesteś pewny?

– Na sto procent. – Potwierdza i tym razem to ja przysuwam się bliżej niego tak, że stykamy się nogami.

Zerkam na niego poważniejąc i ściskam mocniej jego dłoń.

– Nigdy przy nikim nie czułam się tak jak przy tobie. Bezpieczna, zaopiekowana, dowartościowana, po prostu szczęśliwa...

Karol dosłownie rozpływa się pod wpływem moich słów, wpatrując się głęboko w moje oczy, jakby cały świat przestał istnieć, wszyscy i wszystko dookoła zniknęło, a zostaliśmy jedynie my, nasze spojrzenia, uśmiechy, splecione dłonie i najszczersze, najpiękniejsze słowa.

– Ja też cię kocham, Karol. – Zapewniam go, a jego twarz dosłownie promienieje na moje słowa. Nachyla się nade mną i składa na moich ustach czuły, leniwy pocałunek.

KONIEC

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • lubiewiosne 2 miesiące temu
    P.S. Dodałam również Epilog oraz Playlistę do opowiadania.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania