Uratuj mnie - Rozdział 2 - Trudne początki

ILONA

 

Odkładam książkę, na której i tak nie mogę się skupić. Ciągle mimowolnie wracam myślami do wczorajszego dnia, kiedy Karol miał wyjątkowo podły humor. Niestety, ale od kiedy tu przyjechałam nic się nie zmieniło, bo on wciąż traktuje mnie jak powietrze. Mimo, że jestem tu już trzeci dzień, nadal kompletnie nie rozumiem, co zrobiłam źle.

Wczoraj od samego rana, gdy tylko Karol wyjechał do pracy, zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy w domu. W związku z tym, że mam urlop oraz że musiałam zająć czymś myśli, bo Marcin ciągle usiłował się ze mną skontaktować, postanowiłam, że zrobię coś pożytecznego. Założyłam wygodne legginsy i luźny T-shirt, a włosy zaplotłam w warkocz, żeby było mi wygodnie i zabrałam się za sprzątanie domu, bo choć widać, że Karol dba o jego czystość, to przyglądając się bardziej uważnie, kobiece oko zauważy, że mieszka tu samotny mężczyzna.

Oprócz tego, że wysprzątałam dom na błysk, zadbałam również o dodatki, aby wnętrza były choć odrobinę bardziej przytulne. W starej, dębowej szafie stojącej w przedpokoju, znalazłam bieżniki, które rozłożyłam na komodzie i ławie w salonie, a na stole w kuchni oraz niewielkiej komódce obok lustra na przedpokoju ustawiłam wazony z kwiatami z ogrodu, dzięki którym po domu roznosi się teraz ich upajający zapach. Z kolei na dużym, drewnianym stole w kuchni postawiłam miskę z owocami, które zebrałam na podwórku, czyli maliny, truskawki, czereśnie i porzeczki, a na kuchennym parapecie rozstawiłam urocze szklanki w maki i chabry, w które włożyłam świeży koperek i szczypiorek. Nie jest to nic wielkiego, ale z zadowoleniem stwierdziłam, że teraz kuchnia wygląda tak, jakby rzeczywiście ktoś z niej korzystał.

Po tych wszystkich porządkach byłam już nieźle zmęczona, ale i zadowolona, bo lubię ten rodzaj zmęczenia oraz jego efekty widoczne gołym okiem. Dbanie o dom skutecznie odciąga moje myśli od problemów, a dzięki temu, że mam zajęcie, nie przejmuję się aż tak bardzo natrętnymi próbami kontaktu ze strony Marcina.

Tak więc po tym, gdy wysprzątałam już cały dom, zabrałam się za przygotowanie obiadu. Miałam z tym pewne trudności, ponieważ oprócz kilku podstawowych produktów, gotowych dań i fast foodów w lodówce hulał wiatr. Pomyślałam wtedy z przekąsem, ale i dziwnym smutkiem, że Karol albo nie ma czasu albo pojęcia do gotowania.

Popatrzyłam jeszcze raz na wszystkie produkty i wpadłam na pomysł zrobienia placków ziemniaczanych. Gdy przypomniałam sobie o ogródku warzywnym Karola, postanowiłam, że zrobię jeszcze leczo, które będzie można zjeść z plackami. Nie jest to zbyt wyszukane danie, ale na początek musiało wystarczyć. Postanowiłam przy okazji zrobić długą listę zakupów i poprosić Karola o uzupełnienie zapasów. Jeśli nie chce, żebym dokładała się do rachunków, to odwdzięczę się mu w inny sposób – sprzątając, gotując i piorąc.

Pamiętam, jak wczoraj krzątając się po domu, łudziłam się, że Karol doceni moje starania i spojrzy na mnie łaskawszym wzrokiem. Chciałam po prostu mu się w ten sposób odwdzięczyć za wszystko, mając nadzieję, że nie będzie wciąż taki niezadowolony.

Dziś czuję, że zrobiłam błąd, dając namówić się Karolinie na przyjazd tutaj. Rozmawiałam z nią przez telefon, kiedy zadzwoniła, żeby zapytać, jak sprawuje się jej brat. To była dziwna rozmowa, bo wyraźnie słyszałam, że nie rozmawiała ze mną zupełnie szczerze, a jej głos był nienaturalnie spięty. W kółko powtarzała, że Karol jest w porządku tylko muszę go poznać. Próbowałam delikatnie wypytać ją o to, czy na pewno nie ma nic przeciwko, że u niego trochę pomieszkam, ale zapewniała mnie, że wyraził zgodę i wszystko jest jak najbardziej aktualne, a Karol po prostu od dwóch lat bardzo się zmienił i że kiedyś był inny, ale to nadal porządny i dobry facet. Dodała, że może nawet otworzy się przede mną i powie mi coś więcej, bo ona najwyraźniej nie zamierzała tego zrobić. Dużo do myślenia dały mi jej słowa, które wypowiedziała do mnie na koniec naszej osobliwej rozmowy: „Każdy z nas ma jakieś demony, z którymi mierzymy się na co dzień. Ty i on również je macie i myślę, że możecie pomóc sobie nawzajem.”

Dziś ciągle wracam myślami do jej słów i do niewytłumaczalnego jak dla mnie zachowania Karola. Jest mi przykro, ale jednocześnie czuję na niego złość, bo nie mogę wyciągnąć od niego powodu, dla którego tak mnie traktuje. Mimowolnie znów przypominam sobie wczorajszy dzień i to, jak wrócił do domu.

Było już późne popołudnie, kiedy samochód Karola zatrzymał się przed domem. Zgodnie z naszymi ustaleniami z pierwszego dnia mojego pobytu tutaj, uprzedził mnie wcześniej o tym, że po pracy wstąpi na siłownię. Zdziwiłam się więc, kiedy wrócił do domu w tych samych ubraniach w których wyszedł rano do pracy i nie miał przy sobie żadnej torby z rzeczami na przebranie. W mojej głowie pojawiła się wtedy myśl, że on wcale nie był na żadnej siłowni, tylko specjalnie wrócił później do domu ze względu na mnie. Szybko jednak porzuciłam te bezcelowe rozmyślania, bo właśnie kończyłam obiad. Stałam przy kuchence, zdejmując z patelni ostatnie placki ziemniaczane, kiedy wszedł do kuchni.

– Jesteś w samą porę! Siadaj, zaraz nakładam. – Nic nie odpowiedział, więc odwróciłam się do niego i zauważyłam, że wpatruje się we mnie intensywnie, marszcząc brwi. Poczułam dziwny dreszcz.

– Coś się stało? – Zapytałam niepewnie, ale on tylko zacisnął usta.

– Nie twoja sprawa. – Odburknął po chwili i wyszedł z kuchni, a ja usłyszałam, jak trzaska drzwiami do łazienki.

Zezłościłam się tą sytuacją, bo ewidentnie coś się stało, a ja nie pozwolę na to, aby wyładował swoją złość na mnie. Nałożyłam sobie porcję jedzenia i wyszłam na taras z tyłu domu, żeby zejść mu z drogi. Miałam nadzieję, że zjemy razem i będziemy mieli okazję porozmawiać, ale po tym, jak się zachował, wolałam go jeszcze bardziej nie drażnić swoim widokiem.

Kiedy zjadłam obiad i weszłam do kuchni z zaskoczeniem zauważyłam, że Karol nakładał sobie na talerz placki.

Traktuje mnie jak powietrze, a nawet gorzej, ale je mój obiad. Pomyślałam z przekąsem, jednak upomniałam się w duchu, że przecież jestem tu tylko gościem, a on zrobił mi przysługę, że pozwolił tu zostać.

– Zauważyłem, że sprzątałaś… – Wyrwał mnie z zamyślenia jego niepewny głos, jakby było mu głupio. – Nie musisz tego robić, nie musisz też gotować.

– Żaden problem. I tak nie mam nic innego do roboty. – Odparłam na pozór swobodnie, bo z jakiegoś powodu czułam się spięta tą całą sytuacją i jego obecnością. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu… Do twojego pokoju nie wchodziłam, więc nie musisz się o to martwić. – Zapewniłam go szybko. I tak obawiałam się, że może być zły za te obruski, które znalazłam w szafie i z których zrobiłam użytek.

Kurcze, może trzeba było ich nie ruszać...

– W porządku. – Jego głos również był spięty, a powietrze między nami można było ciąć siekierą. Mimo wszystko rozmawialiśmy, a on nadal mnie nie wygonił, więc z bijącym sercem zwróciłam się do niego ze swoją prośbą.

– Słuchaj, może chciałbyś zostać moim bohaterem? – Zapytałam lekko żartobliwie, delikatnie się uśmiechając, ale on nawet na mnie nie spojrzał zajęty nalewaniem kompotu, który ugotowałam. Odchrząknęłam zmieszana. – W moim pokoju oberwał się zawias od szafki. Mógłbyś go przykręcić?

– Zepsułaś szafkę, a teraz prosisz mnie, żebym ją naprawił? – Zapytał, prychając.

Po pozornej uprzejmości między nami, nie było już śladu. Zerknął na mnie karcąco jak policjant na kryminalistkę. Przecież ten zawias zepsuł się ze starości, a on miał minę, jakby zaraz miał wyjąć z kieszeni blankiet i wypisać mi mandat…

– Nie zrobiłam tego specjalnie. Możesz pokazać mi, gdzie trzymasz narzędzia, to sama to zrobię. – Odpowiedziałam zirytowana.

– Na razie nie mam czasu. – Odburknął, zabrał talerz z jedzeniem oraz szklankę z kompotem i wyszedł z kuchni do swojego pokoju, z którego nie wychodził przez dłuższy czas.

Minęło popołudnie i powoli nastał ciepły, letni wieczór. Karol cały czas siedział w swoim pokoju, a ja się nudziłam. Poszłam więc do szopy, żeby poszukać śrubokrętu i przykręcić zerwany zawias. Zapaliłam światło, bo w szopie panował delikatny półmrok. Rozglądałam się za jakimiś narzędziami, ale nigdzie ich nie było. Były za to farby, kleje, pudła kartonowe, słoiki, narzędzia do pracy w ogrodzie, słowem wszystko oprócz śrubokrętu.

W końcu zauważyłam zieloną skrzynkę na podłodze pod czymś w rodzaju warsztatu. Mając nadzieję, że być może w niej znajdę śrubokręt, uchyliłam wieczko i zauważyłam kilka rzeczy: męską bransoletkę z paracordu z symbolem cienkiej niebieskiej linii z napisem „Nawet z narażeniem życia”, podziękowanie od rodziców za pomoc w odnalezieniu ich zaginionej córki oprawione w niedużą ramkę, policyjne naszywki i pagony od munduru, po których poznałam, że Karol był sierżantem.

Ciekawe jak wyglądał w mundurze...

Były tam jeszcze inne rzeczy, ale nie zdążyłam dostrzec, co dokładnie, bo nagle usłyszałam podniesiony, stalowy głos za plecami.

– Co ty tu robisz?

Podskoczyłam jak poparzona, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam Karola. Był wściekły. Podszedł do mnie szybkim krokiem, zamknął wieczko skrzynki i wsunął ją z powrotem pod warsztat.

– Szukam śrubokrętu. – Wydukałam, starając się mimo wszystko brzmieć pewnie.

– Kto ci pozwolił grzebać w moich rzeczach?! Nie dość, że wprowadzasz swoje porządki w domu, to jeszcze tu musisz wchodzić bez pozwolenia! – Zganił mnie podniesionym głosem i wstał z kucek, patrząc na mnie z góry. W tej sytuacji mój znienawidzony przeze mnie wzrost okazał się wielkim plusem, bo gdy również się podniosłam, aby wyrównać pomiędzy nami tę różnicę wzrostu, od razu poczułam się pewniej. Skrzyżowałam ręce na piersi i popatrzyłam na niego wyzywająco.

– Powiedz to. Tu i teraz. O co ci chodzi? Bo ewidentnie masz ze mną jakiś problem.

– Grzebiesz w moich rzeczach! O to mi chodzi.

– Dobrze wiemy, że chodzi o coś innego.

– Po prostu idź do pokoju, a ja zaraz przyjdę i naprawię tę cholerną szafkę!

Podszedł do regału, z którego zdjął czarną skrzynkę z narzędziami. Szukał w niej czegoś przez chwilę, po czym wyjął śrubokręt. Ja jednak nie zamierzałam się poddać. Kiedy kierował się do wyjścia, stanęłam przed nim i oparłam dłoń o jego klatkę piersiową, dając mu tym znak, żeby się zatrzymał. Karol drgnął pod wpływem mojego dotyku, którego kompletnie się nie spodziewał, a mi zrobiło się głupio, że naruszyłam jego przestrzeń osobistą, więc szybko cofnęłam dłoń.

– Miejmy to już za sobą. Powiedz, o co ci chodzi, a ja spróbuję to w sobie zmienić, bo inaczej będziemy się tylko męczyć. – Spojrzałam w jego brązowe, chmurne oczy, a on westchnął ze smutnym śmiechem i pokręcił głową.

– Na to nic nie poradzisz.

– Na co?

– Nieważne, chodźmy.

Próbował mnie wyminąć, więc chwyciłam go za ramię, aby zmusić go tym gestem do zatrzymania się. Znowu drgnął, a ja ponownie się zmieszałam. Cofnęłam dłoń i przybrałam wojowniczy wyraz twarzy.

– W takim razie jutro wyjeżdżam. Rano przed pracą zawieziesz mnie na dworzec.

Zauważyłam, że zawahał się na sekundę. Spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem, jakby się przestraszył. Odchrząknął, a kiedy się odezwał, jego głos był dziwnie głuchy.

– Miałem dziś bardzo ciężki dzień w pracy. Pozwól więc, że naprawię wreszcie tę szafkę i pójdę się położyć, bo padam na twarz.

Coś w jego oczach i głosie kazało mi się zgodzić. Mimo, że w tamtej chwili byłam w naprawdę bojowym nastroju, podjęłam decyzję o kapitulacji. Wyminęłam go i poszłam do pokoju. Po chwili Karol do mnie dołączył i bez szemrania przykręcił poluzowany zawias. Ani razu nawet na mnie nie spojrzał, ani nie odezwał się do mnie choć słowem nawet wtedy, gdy mu podziękowałam…

Tak było wczoraj. Wspominając tamten dzień, zastanawiam się jeszcze, jak zachowa się dziś. Nagle słyszę dźwięk wiadomości. Zastygam w bezruchu, a mój żołądek robi fikołka. Drżącymi rękoma sięgam po telefon. Mam nadzieję, że to nie jest kolejna ohydna wiadomość od Marcina. Od kiedy tu mieszkam, a on mnie nie widuje, stał się jeszcze bardziej natrętny, a jego wiadomości coraz bardziej agresywne i wulgarne. Z ulgą odczytuję jednak wiadomość od Karola, który pisze, że po drodze do domu wstąpi do sklepu i kupi wszystkie potrzebne rzeczy, o które prosiłam wczoraj.

Na początku ustaliliśmy kilka zasad. Jedną z nich był kontakt telefoniczny i informowanie o jakichkolwiek „odchyleniach od normy”. Już mam więc niezwłocznie odpisać, że odczytałam wiadomość, kiedy słyszę szczekanie Reksa. Z niepokojem podchodzę do okna, słysząc jak książka, którą czytałam, spada na podłogę. W sadzie za domem widzę jakiś ruch w kierunku którego szczeka Rex. Wszystko trwa jednak zaledwie parę sekund, więc nie dostrzegam, co lub kto kręci się teraz za bramą.

Z rosnącym przerażeniem patrzę, jak Rex próbuje przecisnąć się przez uchyloną furtkę z tyłu domu. Szybko wybiegam z pokoju przez drzwi balkonowe i nawołuję go, żeby wrócił. Na nic to się jednak zdaje, bo pies w końcu wyskakuje na zewnątrz i ucieka.

 

KAROL

 

Wjeżdżam wkurzony na podwórko. Do tej pory wysłałem jej kilka wiadomości i dzwoniłem do niej z dziesięć razy. Z tego wszystkiego nie zajechałem nawet do sklepu. Jestem wkurwiony, ale i trochę zaniepokojony, bo nie wiem, czy nie odpisuje specjalnie, żeby zemścić się za wczoraj, czy coś się stało. Ogarnia mnie złość na siebie za to, że wczoraj tak mnie poniosło.

Wracałem do domu po pracy i kilku godzinach włóczenia się bez celu po mieście z postanowieniem, że jakoś się ogarnę, będę niewzruszony, będę traktował ją jak powietrze i udawał, że nie ma jej w moim domu. Ale kiedy zobaczyłem ją w warkoczu, jak stała do mnie tyłem… Wyglądała jak… Jest do niej taka podobna… Ona też zawsze chodziła w warkoczu… Specjalnie dla mnie, bo taką lubiłem ją najbardziej…

– Kurwa jego mać! – Klnę i szybkim krokiem zmierzam w stronę domu. Przekręcam klucz drżącymi rękoma i wpadam do środka, krzycząc jej imię.

– Ilona! Ilona! Gdzie jesteś? – Wchodzę najpierw do kuchni, ale jej tam nie ma, potem idę do jej pokoju, ale tam też jej nie znajduję. Na podłodze widzę za to porzuconą książkę i zauważam otwarte drzwi balkonowe, za którymi widać uchyloną furtkę do sadu.

– Kurwa!

Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze w łazience i w moim pokoju. Biegając między jednym pomieszczeniem a drugim mój wzrok pada na kwiaty w wazonie, które Ilona wczoraj porozstawiała w domu. Przez chwilę czuję jakieś dziwne uczucie, które trudno mi zidentyfikować, coś jakby połączenie wyrzutów sumienia z powodu jej starań i złości za to, że wywróciła mój świat do góry nogami.

To niedorzeczne…

Wybiegam jeszcze do garażu i szopy, ale tam też jej nie znajduję. Rzucam się więc biegiem do sadu, a po drodze uświadamiam sobie, że nigdzie nie ma również Reksa.

Gdzie oni są? Powtarzam gorączkowo w myślach i zastanawiam się, co to wszystko może znaczyć.

Może poszli na spacer? Nie, nie zostawiłaby otwartych drzwi balkonowych.

Dobiegam do końca sadu, krzycząc na zmianę imiona jej i Reksa. W moim gardle rośnie coraz większa gula, a na czole pojawia się pot. Boję się, że coś mogło się stać. Ilona jest teraz pod moją opieką i wolałbym mimo wszystko nie zawalić. Wybiegam na polną drogę za sadem i rozglądam się to w prawo, to w lewo, zastanawiając się, gdzie mogli iść. Potem uświadamiam sobie, że musieli zostawić jakieś ślady. Patrzę na piasek na drodze i zauważam ślady psich łap oraz chyba sarnich racic, a oprócz tego odciski butów. Podążam więc ich tropem, a po chwili dobiegam do lasku na górce. Znów ich wołam, a dodatkowo gwiżdżę na Reksa.

Nagle słyszę jego szczekanie. Rzucam się do biegu leśną drogą i od razu zauważam mojego psa, który nadbiega z drugiego końca niedużego zagajnika. Jest sam. Nigdzie nie widzę Ilony. Serce zamiera mi na kilka sekund w piersi, by po chwili zacząć kołatać się ze dwojoną siłą. Adrenalina buzuje mi w żyłach, kiedy po chwili podbiegam do niego lekko już zziajany.

– Rex! Gdzie Ilona? Gdzie? Szukaj jej, szukaj! – Rex odwraca się w stronę, z której nadbiegł i rusza tam pędem. Szybko znika mi z oczu, zbiegając z górki, na której rośnie zagajnik.

Kiedy po chwili dobiegam na skraj lasku, staję jak wryty. Na dole, na łące widzę Ilonę, która klęczy do mnie tyłem na ziemi ze spuszczoną głową. Jest sama, więc pocieszam się, że nie stało się raczej nic poważnego. Mimo to boję się, że mogło przytrafić się coś złego.

Dobrze znam to okropne uczucie, kiedy komuś dzieje się krzywda przez ciebie. Nie chcę powtarzać tego drugi raz …

Szybko zbiegam z górki i biegnę w jej stronę. Kiedy jestem kilka metrów od niej, Ilona odwraca się w moją stronę przestraszona. Ma szeroko otwarte oczy, w których widzę czyste przerażenie. Po chwili, kiedy widzi, że to tylko ja, oddycha z ulgą.

– Co ty tu robisz? Co się stało? – Kucam przed nią.

– Wybiegłam za Reksem, bo… bo uciekł przez tylną furtkę, jak zobaczył… sarny w sadzie. – Mówi, dysząc ciężko.

– Dlaczego tak dyszysz? Co ci jest?

– Bo… bo za nim biegłam... Ba… Bałam się, że coś mu się stanie, że… że ucieknie i nie wróci. – Nabiera łapczywie powietrza. – Ale nie mam w ogóle kondycji… więc opadłam z sił.

Mam ochotę nią potrząsnąć i na nią nawrzeszczeć.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie odpisywałaś na moje wiadomości, ani nie odbierałaś telefonów, bo wybiegłaś na pola za psem, który gonił sarny? Czyś ty oszalała?! Wiesz jak się bałem? Myślałem, że coś się stało! Przecież umówiliśmy się, że będziemy stale w kontakcie! – Krzyczę na nią, ciągle przed nią kucając. W końcu wstaję i przeczesuję włosy palcami. – Jesteś nienormalna! Przecież Rex by wrócił do domu, a ty sobie za nim pobiegłaś. Kurwa, Ilona, zostawiłaś otwarte drzwi balkonowe! Ktoś mógł wejść do domu! Ja pierdolę! – Kiedy wspominam o otwartym domu po jej minie wnioskuję, że jest jej głupio.

– Boże, prze… przepraszam! Zachowałam się jak idiotka. Przepraszam! – Jest cała czerwona, a wokół jej twarzy plączą się luźne kosmyki włosów, które wymsknęły się z jej warkocza.

Znów ten cholerny warkocz…

– Przestań przepraszać. Na drugi raz miej trochę oleju w głowie i zastanów się, co robisz! Poza tym, jak to możliwe, że taka młoda osoba jak ty, ma tak fatalną kondycję? Ledwo żyjesz!

– Nie mam w ogóle kondycji, do tego ten upał…

– Jakbyś przebiegała po kilka kilometrów każdego dnia, twój organizm przyzwyczaiłby się do wysiłku.

– Sam sobie biegaj! To nie dla mnie.

– No, ja biegam. Codziennie. I dlatego nie wyglądam teraz, jakbym miał zaraz zejść na zawał. Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała przed nim uciekać, bo inaczej już po tobie. – Gryzę się w język, ale jest już za późno. Powiedziałem te słowa na głos…

Kurwa!

Ilona patrzy na mnie zszokowana, że powiedziałem coś takiego, ale spuszcza tylko głowę, nie komentując moich słów w żaden sposób.

 

ILONA

 

Z całej siły powstrzymuję się, żeby się przed nim nie rozpłakać. Jest mi tak cholernie wstyd. Kiedy zaczął na mnie krzyczeć, dotarło do mnie, jaką głupotę zrobiłam. Zostawiłam otwarty dom… Do tego nie swój… Co ja sobie myślałam? W ogóle nie myślałam!

Idiotka!

Nie jestem nawet w stanie spojrzeć mu w oczy, tak bardzo mi wstyd. A tak starałam się go nie denerwować, a teraz wszystko poszło w łeb. Do tego się zbłaźniłam, klęcząc na środku łąki, bo nie mam siły się z niej ruszyć. Ciągle czuję jeszcze kłucie w płucach po moim bezmyślnym biegu. Do tego serce wali mi jak oszalałe, w ustach czuję metaliczny posmak krwi, a poza tym zaschło mi w gardle tak, że aż nie mogę swobodnie mówić, nie wspominając już o rękach i nogach, które trzęsą mi się jak osiki od wysiłku w upale. Nigdy nie lubiłam upałów. Przebywanie choć przez parę minut w pełnym słońcu nie działa dobrze na mój organizm, a dziś panuje ponad trzydziestostopniowy upał.

Kątem oka widzę, jak Karol chodzi w kółko po łące, depcząc trawę dookoła. Jest strasznie zdenerwowany. Jeszcze go takim nie widziałam, nawet wczoraj, kiedy przyłapał mnie na tym, jak szukałam śrubokrętu w jego rzeczach. Obserwuję z niepokojem, jak jego policzki drgają z nerwów.

– Rzuciła wszystko i pobiegła za psem! No, ja pierdolę! – Kręci głową z niedowierzaniem. – Po co to zrobiłaś skoro w ogóle nie masz kondycji, dziewczyno?! Myślałaś, że dogonisz psa? – Bierze głęboki oddech i kontynuuje swoją tyradę przeciwko mnie. – Jestem raczej spokojnym, opanowanym i cierpliwym człowiekiem, ale ty… ty potrafisz doprowadzić mnie do szału!

Karol zdążył już wydeptać ścieżkę na łące wokół mnie, kiedy w końcu staje przede mną i odzywa się zdenerwowany, ale już nieco spokojniejszy.

– Chodźmy już lepiej do domu, bo zaraz tu zemdlejesz.

Łatwo powiedzieć. Nie mam pojęcia, jak dam radę wrócić do domu. Kompletnie opadłam z sił. Zbieram się jednak w sobie, bo nie chcę dłużej się przed nim błaźnić i próbuję wstać. Powoli, podpierając się ziemi rękoma, przenoszę ciężar ciała na nogi. Jestem już prawie wyprostowana, kiedy przed oczami robi mi się zupełnie ciemno na ułamek sekundy. Zginam się w pół, czując nagły, ostry ból w skroniach, a Karol chyba myśli, że zaraz zemdleję, bo po chwili czuję, jak zamyka mnie w silnym uścisku, obejmując mnie swoimi ramionami tak, że przylegam całym ciałem do jego ciała, a moja lewa dłoń spoczywa na jego piersi.

Czuję jego ciepłe dłonie na swoich plecach. Ich dotyk mnie parzy. Otwieram oczy i widzę zaskoczenie, malujące się na jego twarzy kilka centymetrów od mojej. Jego szeroko otwarte oczy, wpatrują się we mnie z niedowierzaniem, a nasze oddechy mieszają się ze sobą, kiedy obydwoje ciężko oddychamy.

W jednej sekundzie odzyskuję siły na tyle, że odsuwam się od niego szybko. Odwracam się do niego bokiem, opieram dłonie na kolanach i próbuję się uspokoić, oddychając głęboko.

 

KAROL

 

Stoję obok niej jak słup soli, bo nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa, a tym bardziej zrobić kroku. Przed kilkoma sekundami dosłownie mnie zamurowało, kiedy złapałem ją w swoje ramiona. Patrzyłem w jej zielone oczy, na jej rozchylone pełne usta, piegi na nosie i policzkach i czułem jej piersi falujące pod wpływem ciężkiego oddechu na mojej klatce piersiowej. Odsunęła się szybko, jakby poraził ją prąd, ale ja wciąż nie odzyskałem władzy nad swoim ciałem, aby ruszyć się choć o krok.

Ta chwila, kiedy trzymałem ją w ramionach, była czymś tak niespodziewanym i poruszającym z wielu względów, że kompletnie nie wiem, co mam teraz zrobić i jak zareagować. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nic się nie wydarzyło. Ciekawe, czy ona też to poczuła…

– Chodźmy już. – Mówi po chwili i rusza pierwsza w stronę lasku na górce, a ja jakimś cudem stawiam krok, a potem kolejny i kolejny. Wracamy do domu. Rex spaceruje przed nami, a my nie odzywamy się do siebie ani słowem. Kątem oka widzę, że jest poruszona i zakłopotana jednocześnie. A ja? Choć nadal jestem na nią zły, to nie mogę przestać odtwarzać w myślach tej chwili, gdy trzymałem ją w ramionach.

Kurwa!

 

ILONA

 

Od dwóch godzin siedzę w swoim pokoju i analizuję wszystko, co wydarzyło się dzisiejszego dnia. Wciąż nie mogę zapomnieć o tym, jak Karol mnie podtrzymał, gdy nagle pociemniało mi przed oczami. Ciągle też rozpamiętuję to, jak wcześniej na mnie krzyczał, jak policzki drgały mu ze zdenerwowania i jak wymachiwał rękoma, kipiąc ze złości. Miał przy tym minę, jakby mną gardził, a jego oczy ciskały gromy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak mnie traktuje.

Czuję się przytłoczona tym wszystkim i jednocześnie zła na to, że przez Marcina musiałam tu uciekać i przeorganizować całe swoje życie, nad którym i tak straciłam kontrolę, a ono samo skomplikowało się tak bardzo jak nigdy. Przez niego nawet nie mam już kontaktu z żadnymi znajomymi oprócz Karoliny. Osaczył mnie i zabrał mi prawie wszystko. Żałuję, że poszłam na tamtego Sylwestra, na którym go poznałam. Przeklinam ten dzień, chciałabym cofnąć czas i po prostu tam nie pójść. Gdyby nie Marcin, nie byłoby mnie tutaj. Uciekłam od niego, ale teraz muszę znosić humory Karola. Spotkało mnie z jego strony tyle przykrości, a jestem tu przecież dopiero trzeci dzień!

Jestem coraz bardziej rozgoryczona i przerażona, bo zdaję sobie sprawę, że nie wiem, ile przyjdzie mi tkwić w tym miejscu i w tym stanie. Poza tym nie ma pewności, że moja nieobecność sprawi, że Marcin da sobie ze mną spokój. Cały czas do mnie pisze i dzwoni. Nawet przed chwilą wysłał mi dwanaście wiadomości pod rząd, w których błaga mnie, abym powiedziała mu, gdzie jestem. Co się stanie, kiedy skończy mi się urlop i będę musiała wrócić? Boję się tego, co może mi zrobić, a jego wiadomości autentycznie mnie przerażają.

Nic nie mogę poradzić na to, że zaczynam płakać, a po chwili płaczę jeszcze bardziej z tego powodu, że płaczę. Kiedyś nie byłam taka płaczliwa. Wszystko zmieniło się przez Marcina. Coraz trudniej mi oddychać, więc otwieram okno. Niestety w niczym mi to nie pomaga, bo na zewnątrz nadal panuje upał. Zaczynam się trząść z nerwów, ze strachu i z niepewności, co przyniesie jutro.

Marcin, Karol, niepewność, strach… To wszystko mnie przytłacza. Ściany zdają się kurczyć, a ja mam wrażenie, że w pokoju zaczyna brakować powietrza. Zaczynam chodzić po pokoju, próbując uspokoić oddech, ale to nic nie daje. Czuję, jak całe moje ciało drży, a nogi mam jak z waty. Nie mogę znaleźć sobie miejsca i jestem coraz bardziej rozedrgana. Znam doskonale to uczucie. Zaczynam mieć atak paniki.

– Nie, nie, tylko nie to! Uspokój się. Proszę cię, ogarnij się. Dasz radę! – Próbuję dodać sobie otuchy, ale nie mogę nic zrobić z tym, że panika zaczyna rozchodzić się po całym moim ciele. Czuję to oślizgłe uczucie od czubka głowy po palce u stóp i wiem, że już go nie powstrzymam.

Wszystko dzieje się według znanego mi już schematu. To niestety nie jest pierwszy raz, kiedy mam atak paniki. Zaczyna boleć mnie brzuch i robi mi się niedobrze. Postanawiam wyjść na zewnątrz do altanki, do cienia, gdzie panuje przyjemny przewiew, ale nie wiem, czy dam radę tam dojść. Trzęsą mi się nogi i opadam z sił. Wychodzę jednak jakoś chwiejnym krokiem z domu, a kiedy jestem na zewnątrz z przestrachem zauważam, że Karol kręci się po podwórku. Na szczęście altana jest porośnięta ze wszystkich stron winogronem. Siadam więc w środku tyłem do podwórza i próbuję zapanować nad atakiem paniki. Po chwili słyszę kroki…

 

KAROL

 

Po całej tej szalonej eskapadzie Ilony i tym, co stało się na łące za laskiem na górce, jestem tak wkurzony, że postanawiam zrobić porządek na podwórku, żeby zająć czymś ręce i głowę. Jak mogła być tak nieodpowiedzialna?! I po jaką cholerę zgodziłem się na to wszystko? Dlaczego pozwoliłem, żeby tu przyjechała? Chyba upadłem na głowę. Mam nadzieję, że wyjedzie stąd niedługo, bo nie zniosę jej widoku.

Kieruję się do swojego pokoju, gdzie usiłuję znaleźć luźne spodenki, w których będzie mi się wygodnie pracowało. Kiedy nigdzie nie mogę ich znaleźć, domyślam się, że Ilona musiała mi je uprać. Znowu się na nią wkurzam. Nawet to, że uprała mi spodnie doprowadza mnie do szału! Co dopiero wspólne mieszkanie przez dwa tygodnie! To dopiero trzeci dzień, a ja już mam tego serdecznie dość. Jest gorzej, niż myślałem...

Wychodzę na taras i wśród ubrań rozwieszonych na suszarce, szukam spodenek. Nagle w oczy wpada mi bordowy stanik Ilony w drobne, kremowe kwiatki. Unoszę go delikatnie ze „sznurka” i wpatruję się w niego tępo. Mimowolnie w mojej głowie pojawiają się obrazy tego stanika na niej i znowu czuję przypływ złości na samego siebie za takie myśli. Odwieszam stanik z powrotem nerwowym ruchem.

– No tak, małe cycki, to i stanik nieduży. – Mruczę do siebie złośliwie pod nosem i zabieram spodenki z suszarki. Przebieram się w robocze ubrania i wychodzę na dwór.

Kiedy po paru minutach wchodzę do altanki, żeby załatać dziurę w dachu, zamieram w bezruchu. W środku siedzi Ilona, która podnosi gwałtownie głowę, którą opierała na dłoniach na stole i patrzy na mnie z przestrachem. Nie wygląda dobrze. Nie widziałem jej, gdy tu szedłem, bo altanę ze wszystkich stron obrasta winogrono. Płacze, przez co ma opuchnięte i zaczerwienione oczy, włosy zupełnie potargane, a do tego jest cała blada. Oddycha ciężko, a po chwili spuszcza wzrok i próbuje doprowadzić się do porządku. Moja złość na nią nieco maleje, ale zamiast dać temu wyraz, reaguję zupełnie inaczej, niż by wypadało:

– Trzeba było zastanowić się nad tym, co robiłaś, a nie teraz beczysz. – Ze złością zaczynam przesuwać krzesła i stół pod ścianę, żeby zrobić sobie miejsce, aby móc swobodnie pracować.

Ilona nic nie odpowiada, ale kątem oka widzę, że łzy zaczynają lecieć jej ciurkiem po twarzy, choć walczy, aby się przed tym powstrzymać.

– Przepraszam. – Wydukuje w końcu po chwili, a głos jej się łamie.

– Wolałbym, żebyś postępowała tak, żebyś nie musiała mnie za nic przepraszać! A teraz przesuń się, bo mam tu robotę do zrobienia. – Chwytam krzesło obok niej, chcąc je podnieść, ale jej głos sprawia, że na nią spoglądam.

– Nie dam rady wstać. – Wysławia się z trudem, jakby nie mogła oddychać. Cholera, coś jej jest. Czy nadal nie ochłonęła po biegu?

– Co ci jest? – Pytam już nieco łagodniej choć i tak zbyt ostro, bo ona aż kuli się na swoim krześle.

– Mam atak paniki. – Zaczyna coraz bardziej płakać, a bezradność w jej głosie, sprawia, że zupełnie mięknę, choć staram się tego nie okazywać.

– Postaraj się uspokoić i przede wszystkim nie płacz. Oddychaj. Wdech przez nos, wydech przez usta, bo teraz się hiperwentylujesz i zaraz zrobi ci się słabo. – Staję przed nią i zastanawiam się, co robić. – Przyniosę ci coś do picia.

Kiedy po chwili wracam ze szklanką wody, Ilona nadal się trzęsie i oddycha z trudem. Mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej blada, a jej włosy wokół czoła kleją się od potu bardziej niż przed paroma minutami.

– Masz, napij się. – Podaję jej szklankę i patrzę, jak chwyta ją drżącymi dłońmi i upija kilka łyków wody. – Co jeszcze mógłbym zrobić?

– Nic. To samo minie. – Stara się oddychać głęboko, ale nie bardzo jej to wychodzi. Oddech ma płytki i urywany i wciąż nie przestaje się trząść.

– Miałaś już kiedyś atak paniki? – Próbuję rozmową odciągnąć jej uwagę od jej stanu, na co ona potakuje głową.

– Kilka razy. Zaczęło się kilka miesięcy temu, kiedy mnie napadł.

– Napadł cię? – Pytam zaskoczony, bo o tym nie wiedziałem.

Ilona znów kiwa głową, ale zaczyna przy tym oddychać coraz szybciej i płyciej. Cała się trzęsie, a jej czoło lśni od potu, więc nie kontynuuję tego tematu. Zresztą, nie obchodzi mnie to. Nie muszę wiedzieć o niej więcej, niż już wiem. Gdy przypominam sobie, co zrobiła kilka godzin temu, już nie jest mi jej ani trochę szkoda.

Podejrzewam, że teraz chce we mnie wzbudzić litość i wyrzuty sumienia po tym, jak ją traktuję. Nie dam się jednak już na to nabrać. Już nie. Nigdy. Żadna kobieta już nigdy nie zdobędzie mojego zaufania, a tym bardziej taka, którą znam od kilku dni.

– Chcę zostać sama. – Słyszę jej cichą prośbę i oddycham z ulgą. Mogę ją tu zostawić bez wyrzutów umienia, bo przecież sama tego chce. Dlaczego więc nadal nad nią stoję?

– Na pewno? – Pytam z niepewnością, która nagle się we mnie pojawiła, a Ilona kiwa tylko głową, nawet na mnie nie patrząc. Wychodzę więc i nie bez obaw wracam do swoich innych zajęć.

 

ILONA

 

Kiedy Karol zostawia mnie samą, jeszcze długo nie mogę się uspokoić. To jeden z gorszych ataków paniki, jaki miałam, jeśli nie najgorszy. To dlatego teraz jestem tak wykończona, że ledwo jestem w stanie usiedzieć na krześle. Ubranie mam całe mokre od potu, bolą mnie oczy, które zatarłam w trakcie płaczu, ale najgorszy jest ból w płucach i żebrach. W moich atakach paniki najtrudniejsze jest oddychanie. Zawsze mam wrażenie, jakbym tonęła i że zaraz będzie po mnie.

Resztkami sił wracam w końcu do pokoju, gdzie kładę się na łóżku i zamykam oczy. Coś jednak nie pozwala mi zasnąć. Jakaś złość i żal, które nakręcają moje myśli. Nagle pojawia się we mnie niezgoda na taki stan rzeczy w którym się znalazłam. Postanawiam, że Marcin nie odbierze mi tego wszystkiego, co mam i kim jestem. Ta sytuacja jest chwilowa. Kiedyś to się skończy. Dobrze lub źle, ale się skończy… Zanim w końcu odpływam w sen, obiecuję sobie, że nie dam się już więcej Marcinowi wyprowadzić z równowagi, a kiedy mój urlop się skończy, stawię mu czoła. Jakkolwiek miałoby się to skończyć.

Jeśli chodzi o Karola, to będę schodzić mu z drogi. Z jakiegoś powodu wyjątkowo mnie nie lubi, więc nie zamierzam narażać go na swój widok. To był zły pomysł, żeby tu przyjechać, bo on nie jest gotowy na to, aby przyjmować gości i to jeszcze takich, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. Widocznie to, co wydarzyło się dwa lata temu, sprawiło, że odciął się od wszystkiego i wszystkich. Chce być sam, bo nadal się z tym nie uporał. Z tego powodu jest mi go nawet trochę żal.

Być może powinnam wyjechać, najlepiej jeszcze dziś, ale mam przeczucie, że powinnam zostać. Może to naiwne, ale uważam, że mam szósty zmysł i skoro teraz intuicja podpowiada mi, żebym tu została, zostanę. Dom jest duży, więc jakoś dam radę go unikać i ograniczyć nasze kontakty do minimum. Poza tym Karol pracuje, więc nie ma go w domu przez większą część dnia.

Za niecałe dwa tygodnie okaże się, czy była to słuszna decyzja, a do tego czasu muszę być silna. Muszę trzymać emocje na wodzy i nie płakać już więcej, a już na pewno nie przed Karolem. Muszę znów być sobą. Wierzę, że moja wewnętrzna siła i upór wciąż są we mnie, muszę je tylko na nowo odnaleźć. Wiem, że mi się to uda. Już wiele razy w przeszłości odnajdywałam w sobie siłę, by walczyć z różnymi przeciwnościami, nawet takimi, które z początku wydawały się nie do przejścia, bo przecież to dzięki tak skrajnie trudnym sytuacjom dowiadujemy się, jak silni naprawdę jesteśmy. A bardzo często okazuje się przecież, że mamy w sobie więcej siły, niż nam się mogło wydawać.

Jeszcze dziś pozwolę sobie na słabość i płacz, ale od jutra zawalczę o siebie. Zacznę biegać, by poprawić swoją kondycję i przypomnę sobie chwyty z kursu samoobrony, oglądając tutoriale na Youtubie, a jeśli zajdzie taka potrzeba, będę je ćwiczyć „na sucho”.

Marcin osłabił mnie psychicznie, ale nie pozwolę, aby przez brak kondycji zrobił mi krzywdę. Muszę potrafić się obronić w razie czego, bo przecież w końcu stąd wyjadę, a wtedy będę zdana jedynie na siebie. Jutro zrobię sobie pierwszy trening i nie będzie już więcej w moim życiu miejsca na słabość.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania