Moja Rachela, pomiędzy jednym a drugim Wszechświatem...

19.05.2020r.

Jaki ród twój jest, jaki gen twój jest, kto nauczył twą duszę tajnego rzemiosła ?...

 

Nawet kamień pozbawiony czułej opieki może umrzeć...

 

------------------------------------------------------------------------

Gdy urodziła się moja Rachela stał się cud.Odezwała się do mnie pewna moja przyjaciółka z lat dziecinnych, Marta Grenkowa. Myślałam ,że dawno nie żyje lecz okazało się ,że ona nie tylko żyje ale i ma się całkiem dobrze.Została matką trójki dzieci.Czyli kobieta z przerażającą kifozą może nie tylko być żoną ale i rodzić zdrowe córki....Gdy Bóg improwizuje to nawet martwy ptak zaśpiewa swoją najpiękniejszą arie. Bo tylko On potrafi odebrać swobodę potężnym i przywrócić wolność maluczkim.

Marta Grenkowa to niepełnosprawna dziewczyna z mieszkania na przeciwko w mojej dalekiej ojczyźnie.Garbata wychudzona blondynka o szarych oczach która poślubiła pięknego niebieskookiego pastora.Pamiętam dzień jej ślubu i całe stosy pluszowych narcyzów i żywych chryzantem.Lśniąca biel sukni rozrywana przez łukowate ogromne wygięcie kręgosłupa,zbyt chude i zbyt długie ręce z połamanymi paznokciami i to metaliczne dziwne światło w źrenicach.Pamiętam jak pastor podobny do cherubina niósł ją ostrożnie na rękach stąpając po szerokich kamienicznych schodach.Patologiczna kifoza niczym wzgórze tajemnej góry wrzynała się w jego ramię. Lecz on patrzył na Martę oczyma pełnymi miłości i zachwytu. Dla niego była najpiękniejsza na świecie.Napotkawszy jej wzrok rumienił się jak dzieciak i uśmiechał się całym sobą.Zdeformowana sylwetka jasnowłosej narzeczonej wzbudzała w nim tylko czułość.Wzbierająca w nim fala namiętności przeradzała się w złotą eksplozję zrozumienia i radości. Bo zakochany to ten kto potrafi być nawet wrażliwy na „wdzięk” wygiętego kręgosłupa ukochanej istoty. Pamiętam ten dzień, dygotałam wtedy z zachwytu i wzruszenia. Wtedy na zawsze uwierzyłam w to że można kochać nawet szelest nadpalonych kłosów i oszczędne współczucie jesiennego nieba.Miłość wszystko wybaczy,scementuje trzon krzywego kręgosłupa,przeniknie nawet skałę gorącym oddechem.Bo tylko miłość przemieni każdą tragedię w zwycięstwo.

 

Więc czym jest człowiek,który duchowo przerasta śmierć i który boi się czasami własnego cienia.Czym jest informacja genetyczna zapisana za sprawą sekwencji nukleotydów,czym jest wybór partnera wbrew wszystkim postanowieniom ewolucji.Dlaczego niebieskooki pastor podobny do cherubina wybrał garbata Martę ?Czy miłość jest silniejsza od przypadkowych fragmentów DNA.Czy ślepy instynkt życia może uszanować czyjś ból i pokochać czyjąś ułomność...

 

Jestem matką chorego dziecka, niepełnosprawnej dziewczynki i nigdy nie przestanę myśleć o jej przyszłości.Czy w dorosłości odnajdzie się jako kobieta, wytrzyma lodowaty świat który będzie ją obserwował i określał.Czy odnajdzie miłość i nie zastygnie w bolesnej katalepsji .Czy będzie mogła stanąć pod baldachimem ślubnym i nawet urodzić kiedyś dziecko.

 

Dręczący gorzki niepokój w każdym dzbanku i w każdej szklance iskrzącej się za szkłem serwantki. Siostra mojej babci, mała Maria umiera na zapalenie płuc.Pogłębiona lordoza lędźwiowa dodatkowo utrudnia jej oddychanie.Skamieniałe rysy malutkiej twarzyczki stapiają się z półmrokiem. Maria ma zaledwie pięć lat i nawet nie nauczyła się jeszcze czytać.Zawsze skarżyła się na ból w klatce piersiowej i płakała gdy moja babcia wyjadała jej cukierki.A teraz leży i wpatruje się półmartwym wzrokiem w oschłą fizjonomię życia.

 

-Mariuszka , wszystko będzie dobrze-szepcze moja babcia do siostry-musisz po prostu pić więcej ciepłego mleka.Deszcz padał całą noc, brzemienna kotka Lela urodziła śliczne kotki. Jeśli posłuchasz mnie i nie umrzesz, jutro ci je pokażę...

 

Trzeszczą niebiosa i jakiś dziwny nieznany mi przodek modli się w ciemnościach.

 

-Od wschodu do zachodu słońca cierpiałem-szeleszczą dawno wyschnięte usta-Znalazłem się oko w oko z Bogiem i nawet go nie poznałem.Przez osiemnaście miesięcy żyłem na oblężonym przez wroga cmentarzu w wilgotnej ziemiance a moja żona Towa rodził mi kolejne dzieci.Pod wodzą króla wszystkich zmarłych nieczyste dusze zburzyły Świątynię.Po krwawej ziemi stąpali dwugłowi aniołowie i łupili ziemianki żebraków.A moja żona Towa nadal rodziła dzieci na złość sobie i głodnym córką.Nawet świec szabasowych nie mieliśmy a zamiast chał jedliśmy podpłomyki.Bóg trzymał w uścisku wszystkich zagłodzonych i milczał a ja się modliłem...Ludzkie głowy niczym rozłupane kawony leżały między korzeniami drzew a ja się modliłem.Przestrzegając tchum szabat nigdy nie oddalałem się poza obręb cmentarza.Zdobyłem sławę jako mąż najbardziej płodnej mieszkanki piekieł.Bo wojna była piekłem.A był to rok 1921 i dużo żywych zrzuciło z siebie jarzmo ziemskiego istnienia.

 

Przez całą noc padał śnieg,chmury rozbijały swe szare łby o wysokie mury cmentarne.Jednooki dziad chodził z czerwoną katarynką i zawzięcie kręcił zardzewiałą korbką. Żywi nie mogli zasnąć a zmarli nie mogli wybaczyć żywym swoją wieczną bezsenność.Zbuntowany księżyc tropił przygasłe gwiazdy i preparował z ich dawno wystygłych promieni żałobne wieńce. Lecz życie trzymało wciąż Ziemię za rękę uśmiechając się nieśmiało.Krusząc ponure maszkarony i masywne nagrobki życie znów zalewało światłem siwe otchłanie.Przez całą noc padał śnieg, Towa rodził kolejne dzieci a ja próbowałam śpiewać swojej Rachelce kołysanki. Lecz głos łamał mi się i nie potrafiłam uświęcić czasu, nie potrafiłam do końca zrozumieć czym jest godność w czasach duchowej zagłady.Za bardzo pragnęłam odnaleźć w ciemnościach cichego anioła o subtelnych rysach i jego garbatą wybrankę w brokatowej sukni...Za bardzo pragnęłam w pochylonym kamiennym posągu zobaczyć moją małą rumianą Lee.

 

Gdy Mesjasz niczym poczciwy mahatma przyjdzie wszyscy ludzie małej wiary zaczną obchodzić szabat.Połączeni w jednej radości i w jednym bólu przestaną się bać blasku Olam ha-Ba...Bo złe wspomnienia dręczą tylko tych którzy nie panują nad własnym wymyślonym naprędce rajem.Bo tylko bezwiednie zakochani odpoczywają na dnie zastygłej obojętności...Przecież można kochać pokonując lodowate tchnienie zbyt długiej nocy.Przecież można żyć nawet na bezkresnym cmentarzu starej Ziemi...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania