Moja Rachela,gdy marzenia krzyczą na całe gardło zagłuszając ból...

14.05.2020r.

 

Kto ma klucze od ludzkiego bólu ten ma klucze do wszystkich komnat wszechświata.Bo ból duchowy czy fizyczny uniemożliwia nie tylko spokojne oddychanie ale też i zapamiętywanie pięknych chwil radości na tej ziemi.

 

Odnaleźć się w ciemnościach choroby mogą tylko te dusze które zawsze widzą przez ścianę słońce i nigdy nie przestają wierzyć w monotonię boskiej dobroci.

 

----------------------

Cisza rozdziera serce,cisza śledzi każdy niespokojny oddech.Nic nie ujdzie uwadze wszechwładnej ciszy.Jakimi bezdennie pięknymi oczyma spogląda noc na moje świeżo rozdziobane rany. Nasze mieszkanie niczym potężny okręt podwodny zanurza się w falach bólu.Utrzymujemy coraz większą głębokość,skupieni na znalezieniu rozwiązania mrocznej zagadki. Co stało się z naszą Rachelką?Czemu wciąż milczy,nie chce się bawić,nie chce jeść,pić,nie zauważa nas...Z chorobliwą egzageracją przyciska foczki do twarzy i kurczowo zlepia powieki.Przepełniona gorzką wrogością do świata który zawiódł,boi się nawet na chwilę oderwać się od przepoconych pożółkłych zwierzaków.Obrośnięta foczymi futerkami zapomina nawet o toalecie i myciu ząbków.Rwąca rzeka macierzyńskich łez zatapia sypialnie...W rejestrze ciemnych regresów jeszcze jeden wpis. Tym razem o kolejnych aktach bolesnej autoagresji naszej Rachelki.

Pluszowe foczki tysiącem dodatkowych niewidocznych oczu kontrolują pokój.Czuję,że one też już nikomu nie zaufają.Są zbyt przerażone milczeniem swojej foczej mamusi...To milczenie zawsze osiągnie swój mroczny cel poprzez zgniecenie krzyku.Ma być cicho jak w podwodnej łodzi która opadła na same dno nocy.To milczenie niczym malarz przykucnięty w niewygodnej pozycji maluje swój szkaradny obraz zwany bólem .Ten ból jest zasklepiony w pozornym spokoju.Ten ból to szamoczący się motyl w kamiennej pięści czasu.

Despotyczny zmierzch błądzi po dużej sypialni i pożera każdą jasną plamkę.Ażurowe neurony unoszą się w powietrzu stwarzając ośrodkowy układ nerwowy wszechświata. Byle by tylko Rachela wyszła z tego, byle by tylko nie miała uszkodzeń neurologicznych i udało się znaleźć nam właściwą drogę leczenia.

Znów pada deszcz i widzę ludzi mijających wózek z pewną młodą kobietą cierpiącą na stwardnienie rozsiane.To Anna z ulicy Wielkomiejskiej. Z przesadną obojętnością przechodzą obok niej wysokie matrony w kolorowych sukniach,spłoszone nieco dzieci,mężczyźni o pustych oczach. Cherlawe uliczne drzewa cierpią w milczeniu oburzone rozdzierającą ciszą. Młoda kobieta siedzi i próbuje zapiąć guzik na bluzce lecz jej się to nie udaje.Uszkodzone otoczki mielinowe wokół wypustek komórek nerwowych uniemożliwiają poprawność ruchów.Dłonie opadają bezwładnie na płótnianą spódnicę i zamierają w bezruchu niczym dwa martwe ptaki.Smugi srebrnego dymu wpijają się w zbyt gładką twarz szarego nieba.Rozbrzmiewa głośno dzwon na wierzy kościelnej zagłuszając szept kobiety. Lecz ja słyszę, przez mgłę własnego bólu ten odurzający szept duszy.

 

-Tak bardzo pragnę miłości-szepcze kobieta-Mam problem z utrzymaniem równowagi,moje nogi już dawno mnie nie słuchają, widzę coraz słabiej.Lecz jestem młoda, po prostu choruję na przewlekłą niewydolność duchową. Tak bardzo pragnę miłości...Napotkawszy wzrok przechodnia boję się zranić go swoją niemocą.Lecz gdy widzę przerażenie i wstręt w oczach mijającego mnie mężczyzny chce uciec z tego przeklętego ciała.Nie mogę być taka jak zakonnica z Schiedam.W nagłym porywie oskarżam Boga pragnąc aresztować i skazać całe niebo. Po co mi niebo gdy nienawidzę niezdarność własnych rąk, drętwienie całego ciała i ten nieszczęsny pęcherz moczowy który odbiera mi resztki kobiecości.Bo rzeczą najtrudniejszą jest stopniowe odzyskiwanie panowania nad własnym bólem.Ból i pragnienie miłości to mieszanka zaiste wybuchowa.Gdy konstelacja losowa nam nie sprzyja musimy nauczyć się kochać niezdarność własnych rąk i opętańczą czerwień poranionych skrzydeł.Musimy zrozumieć że dusza może chodzić pewnym krokiem nawet wtedy gdy nogi ciała są zupełnie bezwładne...

 

Młoda kobieta ze stwardnieniem rozsianym rozpływa się we mgle.Cieniutki strumyk światła sączy się przez firankę. Widzę swojego prapradziadka też Aleksandra Kagan-Kainowicza, siedzi na niskim stołku i rozdzierającym głosem recytuje Lamentacje, znane do bólu kinot. Słowa przeplatane nagłymi wybuchami płaczu i histerycznego śmiechu giną w półmroku.Tałes i filakterie leżą obok na stole przykryte białym prześcieradłem.Falujące światło czerwonego księżyca pokrywa wszystko purpurową poświatą.Ślady jaskiniowych stalagmitów tworzą się na meblach i na barwnych kilimach.Na zapadniętych bladych policzkach licznych przodków powstają ropiejące rany i nacieki. Wszyscy opłakują kogoś, wszyscy wykłócają się z Bogiem.Jest nieprzerwany Tiszebow.

 

-Wypuść mojego syna-krzyczy z goryczą Aleksander grożąc Bogu pożółkłą pięścią-On nie popełnił żadnej zbrodni, on nikogo nie zabił.On tylko zasiadł do jednego stołu z tymi którzy cię nienawidzą. Ale w rocznicę zburzenia Pierwszej świątyni wyznał swe winy i poślubił córkę sojfera. A ta urodziła mu syna Melecha i on zmarł nad ranem trzy dni po porodzie.W Rosz Chodesz jego żona Hana utopiła się w stawie.Boże, przestań prześladować mnie i moich dzieci.Gdyż koncentracja twej boskiej mocy jest w radości twoich stworzeń a nie w cierpieniach tak wielkich że nawet modlitwa staje się ciężarem nie do zniesienia.El Szadaj, Ribon szel Olam,czy jesteś wymysłem schizofrenicznych romantyków czy moją ostoją?Moja krwawa skała, moja rozgrzana do czerwoności Opoka,daj mi żyć!

 

Prapradziadek Aleksander zsuwa się z niskiego stołka i tarza się po podłodze. Ciało dotknięte bolesną psychotyczną sublimacją staje się szare i wiotkie. Przyczajone w ciemnościach łzy atakują swym blaskiem szklaną czerwoność księżyca.

 

-Przecież jesteś Nieskończony i Rachum, Litościwy, przecież jesteś Jocer Ha-Kol, Stwórcą wszystkiego-jęczy mój nieszczęsny przodek- To czemu stworzyłeś śmierć?Czemu zabrałeś trzech moich synów do szeolu?A może śmierć to żelazna zbroja pod którą chroni się życie przed złym kosmicznym okiem demonów.Nie można zachować wieczną mądrość w głupim i radosnym uniesieniu.Trzeba cierpieć,bezpowrotnie tracąc wiarę w miłość i ukojenie.Trzeba nieustannie szamotać się w kamiennym skafandrze własnych lęków by zrozumieć czym jest wolność.By zrozumieć czym jest tarcza Abrachama bez wiary w Abrachama i bez zacieśniania więzi z Tym kto tę tarczę stworzył.Boże, niezrównany i wieczny, wyciągnij do mnie swe niewidzialne ramiona...By mnie przytulić a nie udusić, by mnie unieść nad przepaścią a nie by zatopić moje serce w krwawej otchłani!

 

Trzeszczą ściany domostwa, wzdrygają się wysokie okna w drewnianych ramach. Przodek mój wciąż kłóci się z Bogiem tworząc z własnych łez tajemnicze segulot.I nie widzi on własnej żony Idy która stoi nad nim z rozerwanym brzuchem gdyż nie przeżyła ona ostatniego porodu. Zbyt duża była córką Lila przychodząca na świat w tamtą daleką bezksiężycową noc, w miesiącu tewet.

 

-Już cicho, nie płacz Aleksandrze-szepcze Ida do swojego męża-Śmierć to tylko stępione ostrze w rękach martwego szaleńca. Nie ma śmierci,nie ma błazeńskich spróchniałych czaszek i pustych oczodołów.A nasze dzieci wszystkie są żywe.Spójrz, dybuk został wygnany z ciała naszego syna.A jego dusza już więcej nie przemawia ustami głupców.W rozdartych ranach zgaszonego słońca rodzi się nowy wieczny blask.Najbliższy uczeń Lurii studiuje księgi życia razem z naszym synem.Nie trać cierpliwości mój drogi mężu...Gdy płoną puste jesziwy i puste serca Bóg stwarza nową Jerozolimę pełną radosnych uczniów. Bo śmierć obrzuca kamieniami tylko tych którzy odwracają się ze złością od własnej duszy i plują w niebo.Śmierć nie istnieje, Aleksandrze. Śmierć to tylko chwilowa lekkomyślność niezniszczalnej duszy...Śmierć to mała kropelka złej krwi w niezniszczalnych żyłach wszechświata. Lecz my pokonaliśmy tą małą kropelkę by stać się wielkim oceanem wieczności!

 

Gdy płaczę tak nad swoją córką Rachelą,opętaną przez dziwną chorobę, przestaję nagle się bać. Bo jeśli jest Bóg który dał mi możliwość kochać tak bardzo że pochylam się nad każdym westchnieniem własnego dziecka i potrafię ukoić je bezgraniczną czułością i żarliwą modlitwą, to znaczy że jest ocalenie...To znaczy ,że i ja,słaby człowiek posiadam moc przepędzania dybuków jeśli tylko odnajdę w Bogu swój prawdziwy i nieśmiertelny początek...Jeśli tylko pozwolę by nowy doskonalszy świat mógł powstać na ruinach spróchniałego bytu.Jeśli tylko nie będę bać się rozbicia kosmicznych naczyń i wezwania do jednej prawdziwej i mocnej Modlitwy przekraczając przez ból i ograniczenia rozbitej Malchut,najniższej sefiry niegdyś doskonałego świata.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania