Poprzednie częściCuiavia

Cuiavia.032. Krąg

Krąg

Stanimir z synem stanęli w obejściu. Przywieźli koło dla Mściwoja. Ustawili je w gumnie. Przymocowali podstawę długimi kołkami.

— Tyleśmy się nastrugali, a wszystko chodziło na boki. Teraz patrzcie. — Stanimir pchnął stopą dolną tarczę. Górna zawirowała.

— Ojciec do ciemnej nocy toczył wałki i koła — zaśmiał się Radomir. — Gdyby matka chciała mu łuczywo potrzymać, pewnie do świtu by toczył.

— Boś ty spać poszedł. Na co mi taki darmozjad, co ojcu nawet łuczywa nie potrzyma?

Mściwój usiadł przy kole i je rozkręcił. Gdy obroty słabły, rozpędzał je znowu. Nie odrywał wzroku od wirującego blatu.

— Chodź, przywieziemy glinę — powiedział Robert. — Od wczoraj odpoczęła. Spróbujesz coś utoczyć.

Mściwój jeszcze raz pchnął tarczę, po czym wstał i sięgnął po taczkę.

Zdjęli liście łopianu przykrywające glinę. Uginała się pod palcami, lepka i wilgotna. Wybierali ją kawałkami i układali na taczce.

— Pamiętasz, jak się ze mnie śmiali, kiedy pierwszy raz deptałem glinę? — zapytał Robert.

— Sam się śmiałem — przyznał Mściwój. Cisnął kolejną porcję na taczkę. — A wczoraj… ze mnie też się śmiali.

* * *

Mściwój usiadł przy kole. Robert rzucił wilgotną bryłę na środek blatu. Glina klasnęła o drewno.

— Oprzyj łokcie o uda. Nie pozwól, żeby glina wodziła ci rękami.

Mściwój pchnął stopą dolną tarczę. Koło zawirowało. Objął bryłę dłońmi. Biła na boki, szarpała mu ręce.

— Spokojnie. Ściskaj z boków — podpowiedział Robert.

Mściwój napiął mięśnie. Wcisnął kciuki w środek. Wokół zagłębienia wyrósł gruby, nierówny brzeg. Spróbował go rozciągnąć, lecz jedna strona rozdarła się pod palcami i opadła na blat.

— Nie tak mocno. Czulej. — Robert objął żonę w talii. — Jakbyś brał dziewkę w objęcia.

Oparła dłoń na jego ręce i odwróciła ku niemu głowę.

— Dziewkę?

Mściwój opuścił głowę. Na policzki wystąpił mu rumieniec.

Zebrał rozlazłą masę drewienkiem, odłożył ją na bok i sięgnął po nową porcję. Przy kole rosła sterta zgniecionej gliny. Bolały go uda i ramiona.

Kiedy skupiał się na dłoniach, zapominał popychać tarczę. Gdy rozpędzał ją na nowo, szarpał glinę. Pod palcami wyrastała ścianka, lecz zbyt mocne pociągnięcie odrywało brzeg. W dłoni zostawał mu pasek gliny.

Oddychał coraz szybciej, klął pod nosem. Wyciągnął ściankę wyżej niż wcześniej, brzeg przechylił się na bok. Spróbował go podtrzymać. Cienka glina złożyła się pod palcami.

— Spokojnie... — zaczął Robert, kładąc mu rękę na ramieniu.

Mściwój szarpnął ramieniem. Wsunął palce pod zagięty brzeg i pociągnął. Oderwał cały płat.

Nikt się nie odezwał. Koło obracało się coraz wolniej. Mściwój patrzył na swoje dłonie — drżały. Piekły go policzki. Widział kątem oka Agnieszkę.

Zerwał się z zydla i kopnął słup podtrzymujący dach. — Do biesów z tym wszystkim! — ryknął.

Wytarł dłonie o spodnie, zostawiając na nich szerokie smugi gliny.

— To nie dla mnie. To… to robota dla bab! Niech garnki lepią ci, co siły nie mają siekierę utrzymać!

Wyszedł.

Agnieszka podwinęła rękawy i podeszła do koła.

— Skoro to robota dla bab, to daj mi spróbować — powiedziała głośno.

Machnął ręką, nie odwracając głowy, i wyszedł.

Gniewko przykucnął przy odrzuconej glinie. Z bryły uformował szyję i cztery nogi. Jedna uginała się pod ciężarem tułowia, oblepił ją dodatkową warstwą.

Robert kucnął obok.

— Tura lepisz?

— Widziałeś ty kiedy tura? — parsknął śmiechem.

— A ty?

— Nie. Ojciec opowiadał. Wielkie są. — Dolepił łeb. — To nasz wół.

— Bez rogów?

— Dopiero zrobię. Będzie ciągnął radło, żeby z nas się nie śmiali, że krową orzemy.

Koło zwolniło. Agnieszka zgarnęła z blatu kolejną nieudaną miskę.

Docisnęła nową porcję do blatu i rozpędziła koło. Gdy zaczęła rozciągać brzeg, masa przywarła do palców. Odsunęła dłonie i rozerwała ściankę.

Mściwój wrócił i stanął w drzwiach.

— Chyba mam za suche ręce. Ciągnę glinę razem z palcami.

Zanurzyła dłonie w wodzie.

Wzięła nową porcję i rozpędziła tarczę. Tym razem glina biła na boki.

— Za szybko — mruknęła do siebie.

Przestała popychać tarczę. Obroty osłabły, lecz bryła nadal wodziła jej dłońmi. Oparła łokcie mocniej o uda.

Po południu przy jej stopach leżało już kilka zgniecionych naczyń. Mściwój przykucnął obok. Agnieszka przesunęła palcem po załamaniu.

— Tutaj za cienko.

Zgniotła nieudane naczynie i sięgnęła po mniejszy kawałek. Ugniotła go w dłoniach.

— Wyrabianie ciasta jednak się przydaje — rzuciła. — Przynajmniej do odzyskania tego, co nie wyszło.

Cienie wydłużyły się na klepisku. Pod jej palcami rosła niska ścianka. Tym razem nie zapadała się do środka.

— Teraz czuję — szepnęła. — Za mocno wypychałam. Z zewnątrz trzeba podtrzymać.

Uformowała niewielką miskę o grubym, nierównym brzegu. Odsunęła dłonie. Glina zachowała kształt. Odetchnęła głęboko, wycierając czoło brudną ręką.

Rozejrzała się po gumnie. Wstała i rozwiązała worek z ziarnem. Rozplotła końcówkę sznurka, oddzieliła cienkie pasmo i przeciągnęła je pod dnem miski. Ostrożnie przeniosła naczynie na deskę.

— Spróbujesz jeszcze raz?

Mściwój usiadł przy kole i docisnął świeżą bryłę do blatu. Zmoczył dłonie, objął glinę i przymknął oczy.

— Mokoszo… — szepnął. — Niech ciało twoje ulegnie moim dłoniom. Niech mnie nie odrzuca, niech się nie wyrywa. Pozwól ulepić naczynie, które przyjmie naszą strawę.

Nabrał tchu.

Otworzył oczy, oparł łokcie o uda. Rozpędził tarczę. Pod naciskiem dłoni glina coraz słabiej biła na boki.

— Tak. Nie przyspieszaj — powiedziała Agnieszka.

Uśmiechnął się pod nosem.

Spróbował wyciągnąć ściankę wyżej, lecz szarpnął za mocno. Oderwany kawałek wyleciał mu z dłoni i plasnął o pierś Roberta.

Robert spojrzał na glinę przyklejoną do koszuli. Mściwój parsknął i zacisnął usta. Agnieszka roześmiała się na głos.

— Celność masz wyborną! — wykrztusiła. — Ale to mają być garnki, a nie amunicja do procy!

— Wybacz — wydusił przez śmiech.

Robert tylko machnął ręką. Mściwój zgarnął resztki z blatu i sięgnął po świeżą glinę.

— Ciągnij wolniej — podpowiedziała Agnieszka.

Unosił dłonie powoli, wyciągając niską ściankę. Zatrzymał koło. Miska miała grube dno i nierówny brzeg.

— Wygląda jak… czapa błotnika — mruknął Mściwój.

— Byle polewka nie ciekła — odparła.

Przeciągnął pasmo pod dnem i ostrożnie odstawił naczynie obok zrobionego wcześniej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania