Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 18

Przez długi czas siedziałem bez ruchu, wpatrując się w wejście do jaskini, za którym noc powoli ustępowała porankowi. Miałem przed sobą problem, którego nie dało się rozwiązać przemianą w muchę, ucieczką przez najmniejszą szczelinę ani nawet wyjątkowo dobrze przemyślanym kłamstwem. Tym razem chodziło o coś znacznie gorszego. Musiałem podjąć decyzję. Mogłem wyjść z ukrycia i powiedzieć magom wszystko, co wiedziałem. Mogłem ostrzec ich, że człowiek, który prawdopodobnie rozpoczyna rozłam w świecie magów, zdobył artefakt, który mógł zapewnić mu życie liczone nie w dziesiątkach, lecz w setkach lat. Mogłem powiedzieć im również, że zna moje prawdziwe imię, że wie o mojej przemianie i że najwyraźniej wie o mnie znacznie więcej, niż powinien. Tyle tylko, że oznaczałoby to ujawnienie całego mojego dotychczasowego życia. Przez ponad osiemset lat bardzo starannie pilnowałem, aby nikt nie dowiedział się, kim jestem. Nagle miałbym pokazać się reszcie i oznajmić, że od kilku lat siedzę im nad głowami w postaci muchy, słucham ich rozmów i znam więcej ich sekretów, niż zapewne chcieliby przyznać. Nie byłem pewien, czy zostałbym uznany za sprzymierzeńca, czy raczej za niezwykle irytującego intruza, którego należy natychmiast zamknąć w jakiejś klatce.

Istniała też druga możliwość. Mogłem wrócić do Elorien i sprawdzić, czy to, co powiedział cień, było prawdą. Smocze jajo. Jeśli naprawdę zostało ono zabrane ze swojej skrytki, oznaczało to coś znacznie poważniejszego, niż początkowo sądziłem. Jeśli jednak tak nie było, cała informacja mogła być jedynie kolejnym elementem gry. Podstępem mającym zmusić mnie do opuszczenia kryjówki. Być może cień wiedział, że nie będę potrafił zignorować takiej wiadomości. Być może liczył właśnie na to, że polecę sprawdzić, czy mówił prawdę, a wtedy wystawię się na jego działanie. W końcu człowiek, który potrafił przedostać się do pilnowanej przez magów twierdzy, otworzyć Portal Demonów i później rozmawiać ze mną w środku górskiej jaskini, nie należał do ludzi, których rozsądnie było lekceważyć.

Mogłem też zrobić trzecią rzecz. Nic. Czekać. Obserwować. Była to opcja, której przez większość życia nauczyłem się najbardziej ufać. Czasem najlepszym ruchem jest brak ruchu. Szczególnie wtedy, kiedy przeciwnik wykonuje kolejne posunięcia i sam odsłania coraz więcej swoich kart. Cień chciał, żebym coś zrobił. Byłem tego niemal pewien. Nie wiedziałem jeszcze tylko, co dokładnie chciał osiągnąć. A jeśli czegoś nauczyło mnie osiemset lat życia, to tego, że kiedy ktoś bardzo stara się przekonać cię do wykonania konkretnego ruchu, warto najpierw zastanowić się, kto na tym ruchu najbardziej skorzysta.

Siedziałem więc dalej i myślałem, podczas gdy noc powoli znikała z gór. Niebo za wejściem do jaskini zaczęło jaśnieć, a pierwsze promienie słońca pojawiły się na skalistych szczytach. W końcu zrozumiałem, że nie mam jeszcze wystarczająco wielu informacji, aby działać. I chyba właśnie dlatego postanowiłem nie robić niczego pochopnego. Gdybym teraz się ujawnił, mógłbym ostrzec magów, ale jednocześnie zdradziłbym swoją największą tajemnicę. Gdybym wrócił do Elorien, być może wpadłbym dokładnie w pułapkę, którą cień na mnie zastawił. Gdybym natomiast został tutaj, nadal mogłem obserwować. A obserwacja była czymś, w czym byłem naprawdę dobry. Zresztą sprawa miała jeszcze jedną stronę. Skoro i tak trzeba było powstrzymać tego człowieka, to właściwie po co miałbym przejmować się tym, że zdobył smocze serce? Owszem, dzięki niemu nie będzie się starzał. Owszem, może żyć bardzo długo. Ale przecież nie planował chyba ukrywać się przez następne pięćset lat i dopiero wtedy wrócić do swoich planów. Gdyby rzeczywiście chciał przez całe stulecia pozostawać w cieniu, nie ujawniłby się teraz. Nie otworzyłby portalu. Nie wypuściłby demonów. Nie zostawiłby listów. Nie przemawiałby do młodych magów. Nie zdradziłby się przed tyloma osobami. Smocze serce nie było więc dla niego sposobem na wieczne ukrywanie się. Było zabezpieczeniem. Gwarancją, że jeśli jego plan się powiedzie, będzie mógł cieszyć się jego skutkami przez bardzo długi czas. A skoro naszym celem było powstrzymanie jego planu, długość jego życia nie zmieniała najważniejszej części zadania. Trzeba było go zatrzymać, zanim zdążył wykorzystać to, co zdobył.

Pogodziłem się więc z czymś, z czym wcześniej nie chciałem się pogodzić. Moje życie naprawdę mogło się kończyć. Przez setki lat traktowałem swoją długowieczność jak coś oczywistego. Była ze mną tak długo, że niemal zapomniałem, jak wygląda myśl o własnej śmierci. Teraz jednak ktoś znał sekret mojego serca. Wiedział, że moja niezwykła długość życia nie była naturalna. Wiedział, skąd się wzięła. I być może wiedział również, ile czasu mi zostało. Nie zamierzałem jednak spędzać ostatnich lat, miesięcy czy nawet dni życia, rozpaczliwie próbując odzyskać to, co już utraciłem. Skoro koniec kiedyś musiał nadejść, niech nadejdzie po coś. Miałem jeszcze jeden cel. Chciałem dowiedzieć się, kim naprawdę był cień. Skąd wiedział o mnie. Skąd znał moje imię. Jak dowiedział się o smoczym sercu. Skąd wiedział o mojej przemianie. Kim byli jego zwolennicy. Jak wiele wiedział o demonach i dlaczego właściwie to wszystko robił. A przede wszystkim chciałem zrozumieć, czy jego pojawienie się było przypadkiem, czy też od początku stanowiłem element jego planu.

Na te pytania nie mogłem odpowiedzieć, siedząc samotnie w jaskini i snując teorie. Potrzebowałem informacji. A żeby je zdobyć, potrzebowałem obserwować. Dlatego właśnie postanowiłem pozostać w ukryciu. Nie miałem jeszcze zamiaru wracać do Elorien. Nie miałem zamiaru przedstawiać się Zheronowi ani pozostałym magom. Nie miałem też zamiaru uciekać na drugi koniec kontynentu tylko dlatego, że pewien niezwykle niepokojący człowiek poznał moje imię. Skoro przez osiemset lat potrafiłem przetrwać, pozostając niezauważonym, mogłem chyba spróbować zrobić to jeszcze trochę dłużej. Tym razem jednak nie obserwowałem już młodych magów z czystej ciekawości. Nie obserwowałem ich również dlatego, że nudziło mi się w Obozie Magów. Teraz obserwowałem ich, ponieważ gdzieś wśród tych wydarzeń znajdowała się odpowiedź na pytanie, które mogło zdecydować o przyszłości całego kontynentu. A ja zamierzałem ją znaleźć. Nawet jeśli miałoby się okazać, że nie będę żył wystarczająco długo, aby zobaczyć jej wszystkie konsekwencje.

Przez dwa kolejne dni nic się nie wydarzyło. I muszę przyznać, że po wszystkim, co miało miejsce wcześniej, była to wiadomość zdecydowanie bardziej pocieszająca, niż mogłoby się wydawać. Smoczyca nie pojawiła się na horyzoncie, nie było żadnych nowych informacji od zwiadowców, a ostatni z demonów, który wciąż pozostawał gdzieś poza naszym zasięgiem, również nie uznał za stosowne przedstawić się osobiście. Z Twierdzą utrzymywano stałą łączność. Co jakiś czas przybywał jeździec z nowymi wiadomościami, a następnie po kilku godzinach kolejny wracał z odpowiedzią. Zwiadowcy regularnie wyruszali w góry i na okoliczne szlaki, sprawdzając wszelkie możliwe tropy czwartego demona. Jak dotąd bez większego powodzenia. Nie znaleziono śladów, które można byłoby jednoznacznie przypisać któremukolwiek stworzeniu. Smoczycy również nie udało się wypatrzyć. Jedynymi stworzeniami, które zdecydowanie dawały o sobie znać, były miejscowe kozice, które z jakiegoś powodu uznały nasz obóz za wyjątkowo interesujący. Jedna z nich przez pół dnia próbowała dobrać się do zapasów ziół Filiusa, a kiedy ten w końcu ją przegonił, zwierzę wspięło się na skałę i przez dłuższą chwilę patrzyło na niego z miną kogoś, kto właśnie został niesprawiedliwie pozbawiony obiadu.

Młodzi magowie mieli więc czas, którego wcześniej właściwie nigdy nie posiadali. Zheron pilnował, aby nie zmarnowali go całkowicie. Każdego ranka odbywały się treningi. Nie były już jednak zwykłymi ćwiczeniami z zaklęć. Doświadczeni magowie z Twierdzy przygotowywali ich do walki z czymś, czego nie dało się łatwo przewidzieć. Ćwiczono ustawienia, współpracę i reagowanie na niespodziewane ataki. Bram szczególnie upodobał sobie ćwiczenie polegające na tworzeniu kamiennych osłon w określonych miejscach. W teorii chodziło o szybkość i precyzję. W praktyce Bram bardzo szybko odkrył, że może stworzyć sobie znacznie większą osłonę, usiąść za nią i odpocząć. Pierwszy raz Zheron niczego nie zauważył. Za drugim razem zauważył. Za trzecim Bram przestał nawet udawać, że ćwiczy. Zheron stał nad nim przez kilka sekund w milczeniu, po czym kazał mu stworzyć trzydzieści osłon jedna po drugiej. Bram westchnął tak ciężko, jakby właśnie skazano go na śmierć, ale wykonał polecenie. Co ciekawe, zrobił to bezbłędnie. To był jeden z tych momentów, które przypominały wszystkim, dlaczego właściwie Bram znalazł się wśród najlepszych absolwentów swojej grupy, mimo że przez większość czasu zachowywał się tak, jakby największym osiągnięciem jego życia było znalezienie wygodnego miejsca do spania.

Lucien natomiast wykorzystał te dwa dni na trening ognia. Od czasu walki z cienistym bykiem jego pewność siebie wyraźnie wzrosła, a wraz z nią również apetyt na coraz potężniejsze zaklęcia. Kilka razy próbował odtworzyć swoje inferno, choć za każdym razem Zheron natychmiast przerywał ćwiczenie, gdy płomienie zaczynały obejmować zbyt dużą część placu. Lucien za każdym razem tłumaczył, że przecież „miał pełną kontrolę”, co było stwierdzeniem o tyle interesującym, że chwilę wcześniej jeden z doświadczonych magów musiał gasić płonącą skrzynię z wyposażeniem. Zhana, która wróciła już do treningów, przyglądała się temu wszystkiemu z coraz większym rozbawieniem. Jej stan poprawił się na tyle, że mogła normalnie chodzić i ćwiczyć, choć nadal nie pozwalano jej się przemęczać. To jednak nie przeszkadzało jej w poprawianiu Luciena, kiedy ten popełniał błędy. Robiła to spokojnie, rzeczowo i z dokładnością, która działała mu na nerwy znacznie bardziej niż jakakolwiek reprymenda Zherona. Kilka razy przypomniała mu również, że efektowne zaklęcie nie jest tym samym co dobre zaklęcie, co Lucien przyjmował z miną człowieka, który bardzo chciałby zaprotestować, ale nie miał żadnego sensownego argumentu.

Kadir z kolei spędzała znaczną część dnia na analizowaniu map. Rozłożyła na jednym ze stołów wszystkie dostępne informacje dotyczące okolicy, zaznaczając możliwe trasy przemieszczania się demonów. Interesowało ją wszystko: źródła wody, naturalne przejścia przez góry, jaskinie, wąwozy, miejsca, w których można było ukryć się przed obserwacją z powietrza. Kilku zwiadowców przynosiło jej swoje notatki, a ona porównywała je z wcześniejszymi raportami. W pewnym momencie stworzyła tak skomplikowaną mapę, że nawet ja, tak doświadczony w obserwowaniu ludzi, przestałem rozumieć, co właściwie przedstawiają niektóre z zaznaczonych symboli. Kadir podobno rozumiała je doskonale. I chyba właśnie dlatego przez pół dnia nikt nie odważył się jej zapytać, czy może po prostu wyjaśnić, gdzie właściwie powinni szukać.

Filius zajmował się przede wszystkim Demonkiem. Filius obserwował jego zachowanie, sposób poruszania się, reakcje na dźwięki i zapachy. Próbował również ustalić, co właściwie Demonek potrafi. Z pewnością potrafił jeść rzeczy, których normalne stworzenie nie powinno być w stanie zjeść, choć niekoniecznie oznaczało to, że wszystko mu smakowało. Nadal gardził sucharami. Gardził nimi z niezwykłą konsekwencją. Jednego z nich Filius próbował mu podać po raz kolejny. Demonek spojrzał na niego, powąchał suchar, odsunął się, a następnie kichnął tak gwałtownie, że Filius został opryskany czarną mazią. Przez chwilę obaj patrzyli na siebie w milczeniu. Filius w końcu westchnął, wytarł twarz rękawem i stwierdził, że chyba jednak nie będzie go więcej namawiał do zdrowego odżywiania. Demonek odpowiedział mu swoim charakterystycznym kwaknięciem i położył się na jego płaszczu, jakby cała sprawa została właśnie rozstrzygnięta.

Największą przemianę przechodziła jednak Laeria. Jej wcześniejsze problemy z lewitacją nie zniknęły całkowicie, ale po wydarzeniach w twierdzy zaczęła podchodzić do swojej magii inaczej. Nie próbowała już bezmyślnie wymusić na sobie czegoś, czego nie potrafiła. Zaczęła obserwować innych magów i szukać własnego sposobu korzystania z powietrza. Ćwiczyła też niewielkie podmuchy, zmianę kierunku ruchu, kontrolowanie drobnych przedmiotów i utrzymywanie ich w powietrzu. Raz kiedy spróbowała zrobić to z większym kamieniem. Kamień poleciał prosto w stronę Luciena. Na szczęście trafił go jedynie w ramię. Lucien przez chwilę patrzył na nią z niedowierzaniem, po czym uznał, że najwyraźniej znalazła nową metodę treningu. Laeria natomiast była tak przerażona własnym wyczynem, że przez następne pół godziny nie odważyła się podnieść nawet piórka.

Wieczorami cała szóstka spotykała się przy ognisku. Nie zawsze rozmawiali o misji. Czasami wracali do wydarzeń z wcześniejszych dni, czasami kłócili się o zupełnie nieistotne rzeczy, a czasami po prostu siedzieli w ciszy. Zhana i Kadir coraz częściej analizowały możliwe zachowanie smoczycy, podczas gdy Lucien próbował przekonać wszystkich, że jeśli smok rzeczywiście się pojawi, należy przede wszystkim zachować spokój. Było to o tyle zabawne, że właśnie Lucien był osobą, której należało najbardziej przypominać o zachowaniu spokoju. Bram zwykle milczał, oparty o skałę, ale od czasu do czasu rzucał komentarz, który skutecznie kończył kolejną zbyt poważną dyskusję. Filius większość czasu spędzał z Demonkiem, a Laeria coraz częściej po prostu słuchała pozostałych, choć czasami niespodziewanie dorzucała coś, co sprawiało, że cała rozmowa zaczynała zmierzać w zupełnie innym kierunku.

A nad tym wszystkim wisiała cisza. Ta dziwna, niepokojąca cisza, która wcale nie oznaczała bezpieczeństwa. Nie było smoczycy. Nie było czwartego demona. Nie było nowych wieści o zbuntowanych magach. Nic nie wskazywało również na to, aby cienista postać zamierzała pojawić się ponownie. Przez dwa dni świat zachowywał się tak, jakby wszystkie nasze problemy postanowiły zrobić sobie krótką przerwę. Ja natomiast, siedząc któregoś wieczoru wysoko na jednej ze skał w postaci muchy, patrzyłem na obóz i miałem bardzo nieprzyjemne przeczucie, że góry wkrótce przestaną być tak spokojne.

Następnego ranka w obozie wszystko zaczęło się jak zwykle. Strażnicy zmienili nocną wartę, zwiadowcy przygotowywali się do kolejnego wyjścia, a młodzi magowie powoli pojawiali się przy ognisku, jeszcze nie do końca przekonani, że pora już naprawdę wstać. Nikt nie spodziewał się jednak, że tego dnia na płaskowyżu pojawią się goście, a już szczególnie nie tacy. Pierwszy zwiadowca dostrzegł ich jeszcze na górskim szlaku. Z początku uznał, że to kolejny patrol wracający z okolicy, lecz po chwili zauważył charakterystyczne szaty magów i trzech jeźdźców zmierzających w stronę obozu. Wieść szybko rozeszła się po całym płaskowyżu i wkrótce przy bramie obozu zgromadzili się Zheron oraz kilku doświadczonych magów. Kiedy podróżnicy zbliżyli się na tyle, by można było rozpoznać ich twarze, Zheron od razu poznał człowieka jadącego na przedzie. Był to Venegas, dyrektor Elorien, a wraz z nim przybyli Luxera, doświadczona magini światła, oraz Flavius, mag wody. Nie była to więc zwykła delegacja. Venegas nie przyjechał tutaj po to, by przywitać się ze starym znajomym i wypić herbatę przy górskim ognisku. Przyjechał, ponieważ sytuacja stała się zbyt poważna, by pozostawać w obozie.

Powitanie było krótkie, choć serdeczne. Zheron podszedł do Venegasa, gdy ten zsiadł z konia, i przez chwilę obaj wymienili kilka słów, po czym natychmiast przeszli do sprawy, która sprowadziła dyrektora aż tutaj. Venegas wyjaśnił, że w Elorien otrzymali wiadomość dotyczącą wydarzeń w Krainie Demonów. Opowiedział o zbuntowanych magach, o uwolnionej cienistej smoczycy i o tajemniczym napisie pozostawionym przez zdrajców. Następnie przedstawił Zheronowi sytuację w samym obozie. Zwiększono tam zabezpieczenia, ograniczono wyprawy i postawiono część magów w stan gotowości. Niedługo później dotarł również posłaniec z Twierdzy, dzięki któremu Venegas poznał całą historię, która rozegrała się tutaj w ostatnich tygodniach. Wiedział o cienistej postaci, o otwarciu portalu, o demonach, o liście pozostawionym przy bramie, o wyprawach młodych magów i o cienistym byku. Wiedział również o ostatnim demonicznym stworzeniu, którego wciąż nie odnaleziono, oraz o planie oczekiwania na smoczycę. Zheron słuchał go w skupieniu, czasami tylko przytakując. Niektóre informacje nie były dla niego nowe, ale ich ponowne usłyszenie z ust Venegasa uświadamiało mu, jak szybko lokalny problem przestał być lokalny.

Potem obaj udali się nieco na bok, pozostawiając Luxerę i Flaviusa, którzy zajęli się końmi i przywitali z kilkoma znanymi im magami z twierdzy. Venegas i Zheron przez długi czas rozmawiali, a ich rozmowa z każdą kolejną minutą stawała się coraz poważniejsza. Mówili o smoczycy, przede wszystkim o tym, czego może właściwie szukać. Zheron przedstawił swoją teorię dotyczącą Demonka, a Venegas długo milczał, zanim przyznał, że również uważa ją za prawdopodobną. Niepokoiło go przede wszystkim to, że cienista postać najwyraźniej wiedziała o związku między stworzeniami. Jeżeli rzeczywiście celowo wypuściła Demona z portalu, a później kazała młodym magom go zabić, mogło to oznaczać, że od samego początku prowadziła ich w określonym kierunku. Rozważali również zbuntowanych magów. Ich liczba pozostawała nieznana, podobnie jak ich przywódcy, miejsca działania i rzeczywiste cele. Venegas nie chciał jeszcze nazywać ich częścią jednej organizacji, ale przyznał, że trudno było ignorować podobieństwa między ich hasłem a filozofią głoszoną przez tajemniczego maga cienia. Szczególnie niepokojące było to, że ktoś był w stanie skoordynować działania ludzi w tak odległych od siebie miejscach.

Rozmawiali również o Wielkim Magu Andoriusie i sytuacji w stolicy. Venegas przekazał Zheronowi, że Andorius prowadzi własne dochodzenie w sprawie znikających magów, a informacje napływające z innych części Elorii również zaczynają wyglądać niepokojąco. Nie było jeszcze dowodów na szeroko zakrojony bunt, ale coraz trudniej było uwierzyć, że wszystkie te wydarzenia były przypadkowe. Zheron natomiast opowiedział dokładniej o sytuacji w Twierdzy i o tym, co wydarzyło się podczas wypraw młodych magów. Wspomniał o walce z cienistym bykiem, o śmierci zwiadowcy, o rzekomym wyzwaniu pozostawionym przez cień i o jego kolejnych pojawieniach się. Venegas słuchał szczególnie uważnie, kiedy mowa była o samym przeciwniku. Zheron odniósł wrażenie, że dyrektor Elorien próbował stworzyć sobie w głowie obraz człowieka, z którym przyjdzie im się zmierzyć. Problem polegał na tym, że z każdym kolejnym szczegółem ten obraz stawał się coraz mniej wyraźny.

W końcu rozmowa zeszła na samą wyprawę. Venegas uznał, że dobrze zrobił, zabierając ze sobą właśnie Luxerę i Flaviusa. Oboje mieli doświadczenie w prawdziwych misjach, a w razie konieczności mogli wesprzeć Zherona zarówno podczas walki, jak i w prowadzeniu dalszych działań. Nie przyjechali jednak po to, by przejąć dowodzenie. Venegas jasno zaznaczył, że Twierdza nadal pozostaje pod rozkazami Zherona, a on sam zamierza przede wszystkim pomóc i zebrać informacje. Obaj zgodzili się również, że dalsze działania muszą być prowadzone ostrożnie. Nie wiedzieli, gdzie jest smoczyca, nie wiedzieli, gdzie znajduje się ostatni demon, nie wiedzieli, ilu jest zbuntowanych magów i przede wszystkim nie wiedzieli, jaki będzie następny ruch ich przeciwnika. Wiedzieli tylko jedno: ktoś od dawna przesuwał pionki po planszy, a oni dopiero zaczynali rozumieć, że sami również mogą być jednymi z nich.

Dopiero po zakończeniu tej długiej rozmowy Venegas pozwolił sobie na odrobinę mniej oficjalny ton. Wraz z Zheronem ruszył w stronę obozu, gdzie młodzi magowie zdążyli już zebrać się w jednym miejscu. Cała szóstka doskonale wiedziała, kim jest nadchodzący mężczyzna. Dla większości z nich Venegas był nie tylko dyrektorem Elorien, ale również człowiekiem, który jeszcze niedawno wręczał im medaliony podczas uroczystości ukończenia szkoły. Teraz spotykali go tutaj, w górach, w środku wydarzeń, które dawno przestały przypominać zwykłą misję absolwentów. Venegas przywitał się z każdym z osobna, zamieniając kilka słów z Lucienem, Zhaną, Bramem, Kadirem, Filiusem i Laerią. Zauważył również, że Zhana wygląda już znacznie lepiej, co najwyraźniej go ucieszyło. Kiedy spojrzał na Demonka kręcącego się przy nogach Filiusa, jego twarz na moment spoważniała, jakby przypomniał sobie wszystkie informacje, które otrzymał przed wyruszeniem z Elorien. Nie skomentował jednak stworzenia. Zamiast tego spojrzał na całą szóstkę i przez krótką chwilę po prostu im się przyglądał. Byli już inni niż wtedy, gdy opuszczali obóz. Mieli za sobą prawdziwe walki, rannych towarzyszy, śmierć zwiadowcy, spotkania z cienistym magiem i zadanie, którego nikt z nich nie spodziewał się otrzymać. Venegas chyba również to zauważył. I choć nie powiedział tego głośno, jego spojrzenie sugerowało, że dobrze wiedział, iż młodzi magowie, których wysłał w góry, nie są już tymi samymi uczniami, którzy kilka tygodni wcześniej z dumą odbierali swoje medaliony.

Następnego dnia rano, kiedy obóz dopiero zaczynał budzić się do życia, na szlaku prowadzącym od strony północnych przełęczy pojawił się kolejny jeździec. Tym razem strażnicy rozpoznali go niemal natychmiast jako posłańca, a sposób, w jaki koń wspinał się po stromym zboczu, sugerował, że człowiek nie przybył tutaj dla zwykłej wymiany raportów. Posłaniec był wyraźnie zmęczony, jego płaszcz nosił ślady długiej podróży, a kiedy w końcu zsiadł z konia, przez chwilę musiał oprzeć się o siodło, zanim odzyskał oddech. Zheron, Venegas i kilku najbardziej doświadczonych magów zebrali się wokół niego niemal natychmiast. Wieść, którą przywiózł, była dokładnie taka, jakiej wszyscy się obawiali. Cienista smoczyca zbliżała się do granic Elorii. Posłaniec przybył z północy, a jego informacje pochodziły przede wszystkim od zwiadowców z sąsiedniego Królestwa Azuris, którzy od kilku dni próbowali śledzić przemieszczające się stworzenie. Nie udało im się zobaczyć smoczycy bezpośrednio zbyt wiele razy, co zresztą nie było szczególnie zaskakujące. Była stworzeniem cienia, a noc, która dla większości istot oznaczała ograniczoną widoczność, dla niej była niemal idealnym środowiskiem. Zwiadowcy ustalili, że właśnie wtedy poruszała się najczęściej. Po zapadnięciu zmroku znikała z jednego miejsca, a następnego ranka odnajdywano ślady jej obecności wiele kilometrów dalej. Czasami ktoś dostrzegał jedynie niewyraźny ruch między drzewami, ogromną sylwetkę przesuwającą się na tle jeszcze ciemniejszego lasu albo krótkie, nienaturalne zniekształcenie cieni. Żaden ze zwiadowców nie odważył się jednak podejść bliżej. Wszyscy doskonale wiedzieli, z czym mieliby do czynienia, gdyby smoczyca poczuła się zagrożona.

Znacznie więcej informacji udało się zebrać za dnia. Cienista smoczyca najwyraźniej unikała światła i wtedy ukrywała się w gęstych lasach, szczególnie w miejscach, gdzie korony drzew tworzyły niemal jednolity dach. Zwiadowcy z Azuris zaczęli więc szukać nie samej bestii, lecz miejsc, w których mogła odpoczywać. Z czasem odkrywali kolejne takie punkty. Zazwyczaj wyglądały podobnie. Ziemia była mocno ubita, jakby przez wiele godzin leżało na niej coś ogromnego, a wśród korzeni i kamieni pozostawały ciemne, niemal czarne ślady. W niektórych miejscach była to gęsta maź, ciągnąca się po ziemi w długich smugach. W innych znajdowano pojedyncze krople albo plamy, których zwiadowcy nie potrafili przypisać żadnemu znanemu zwierzęciu. Niektóre drzewa nosiły również ślady pazurów, choć nie było ich wystarczająco dużo, aby określić, czy powstały podczas odpoczynku, czy przypadkowego przeciskania się przez gęstwinę. Z czasem z tych wszystkich drobnych informacji udało się odtworzyć przybliżoną trasę przemieszczania się smoczycy.

Trasa ta była jednak niezwykle chaotyczna. Smoczyca nie poruszała się po żadnej wyraźnej linii, nie kierowała się prostą drogą ani nie wybierała najłatwiejszych przejść przez góry. Potrafiła przez jedną noc przemieścić się daleko na północ, by następnej zawrócić i skierować się na wschód. Innym razem przez kilka dni pozostawała w jednym rejonie, po czym nagle ruszała dalej. Zwiadowcy uznali, że zachowanie to najlepiej wyjaśnia jedna możliwość: smoczyca wciąż czegoś szukała. Nie znała dokładnego miejsca, do którego zmierzała, albo znała je jedynie w bardzo ogólny sposób. Krążyła, sprawdzała kolejne obszary i zmieniała kierunek, gdy nie znajdowała tego, czego potrzebowała. Dla magów zgromadzonych na płaskowyżu był to niezwykle ważny szczegół. Oznaczał bowiem, że smoczyca jeszcze nie wiedziała, gdzie znajduje się jej cel. Nie zmierzała prosto do nich. Jeszcze.

Na szczęście w całym tym raporcie znajdowała się również wiadomość, którą można było uznać za dobrą. Jak dotąd nie odnotowano żadnego ataku na osady. Nie zniszczono gospodarstw, nie zaatakowano podróżnych ani nie znaleziono ludzi zabitych przez smoczycę. Wszystko wskazywało na to, że żywiła się głównie dzikimi stworzeniami. W kilku miejscach odnaleziono pozostałości po dużych zwierzętach, a ślady wskazywały na to, że właśnie polowanie było głównym powodem jej nocnych wędrówek. To również tłumaczyło, dlaczego dotąd pozostawała poza ludzkimi osadami. Nie musiała do nich zaglądać. Las zapewniał jej wystarczająco dużo pożywienia. Problem polegał na tym, że jej szlak coraz wyraźniej prowadził w stronę Elorii. Granica królestwa nie była już odległym punktem na mapie. Z każdym kolejnym dniem znajdowała się coraz bliżej.

Posłaniec zakończył raport, a w obozie przez chwilę panowała cisza. Wszyscy patrzyli na mapę rozłożoną przed Zheronem. Zaznaczone na niej punkty tworzyły osobliwą, poszarpaną linię prowadzącą od ziem Azuris w kierunku Elorii. Nie była jeszcze drogą, którą można było przewidzieć z pewnością, ale wystarczyło jedno spojrzenie, aby dostrzec najważniejszy szczegół. Ogólny kierunek pozostawał niepokojąco wyraźny. Smoczyca zbliżała się do Elorii, a oni nadal nie wiedzieli, czy w którymś momencie odnajdzie to, czego szuka, czy też przypadkiem natrafi na ludzi. I przede wszystkim nadal nie wiedzieli, ile czasu pozostało, zanim jej chaotyczna wędrówka przestanie być chaotyczna.

Wiadomość od posłańca była oczywiście cenna, lecz w praktyce nie zmieniała zbyt wiele na płaskowyżu. Smoczyca znajdowała się nieco bliżej, to prawda, ale nadal nie było wiadomo, kiedy dotrze do Elorii ani czy w ogóle skieruje się dokładnie w stronę naszego obozu. Co więcej, skoro przez cały czas swojej wędrówki nie zaatakowała żadnej osady, można było przynajmniej mieć nadzieję, że jej pojawienie się tutaj również nie zakończy się natychmiastową rzezią. Nadzieja, jak wiadomo, jest bardzo wygodnym narzędziem, szczególnie wtedy, gdy brakuje lepszych informacji. W związku z tym dzień minął spokojniej. Na płaskowyżu zaczęła nawet tworzyć się pewna rutyna, co w obecnych okolicznościach było niemal luksusem. Zwiadowcy wychodzili na kolejne trasy, magowie trenowali, ktoś zajmował się zapasami, ktoś końmi, ktoś naprawiał wyposażenie, a młodzi magowie z coraz większą wprawą przyzwyczajali się do życia w górskim obozie. Nawet oczekiwanie na smoczycę zaczęło przypominać pracę, którą wykonuje się według ustalonego harmonogramu. Ja natomiast znalazłem sobie inne zajęcie. Coraz częściej zaglądałem do namiotu dowódców, w którym Zheron i Venegas niemal całkowicie się zamknęli. Obaj pracowali nad raportem przeznaczonym dla Wielkiego Maga Andoriusa i najwyraźniej postanowili opisać absolutnie wszystko, co wydarzyło się od otwarcia portalu. W przypadku takiej ilości informacji było to rozsądne, choć z perspektywy muchy siedzącej na belce namiotu mogę przyznać, że czytanie kolejnych stron miało w sobie coś z obserwowania człowieka, który próbuje zapisać całą historię świata na odwrocie rachunku za zakupy. Raport był jednak bardzo szczegółowy. Zheron i Venegas opisali otwarcie Portalu Demonów i atak tajemniczej postaci, zaznaczając wyraźnie, że używana przez nią magia przypominała magię cienia, lecz nie była czarną magią w klasycznym rozumieniu. Następnie przedstawili wszystkie cztery demony, które miały wydostać się z portalu, przy czym szczególnie dużo miejsca poświęcili temu, co udało się ustalić o pierwszych trzech. Opisali spotkanie z demonem w Dalewood, odnalezienie Demonka, walkę z cienistym bykiem oraz śmierć tego ostatniego. Nie pominęli również listu pozostawionego przez maga cienia i jego filozofii dotyczącej upadku współczesnej magii. Dalej znalazły się informacje o kolejnych pojawieniach się tajemniczego głosu, o jego znajomości wydarzeń i o tym, że najwyraźniej obserwował działania młodych magów. Szczególnie interesujące było to, że Venegas nalegał, aby zaznaczyć w raporcie nie tylko słowa maga cienia, lecz także jego zachowanie. Podkreślał, że przeciwnik nie działa chaotycznie. Wręcz przeciwnie, jego kolejne działania sugerują przygotowany plan, którego jedynie fragmenty udało się dotąd dostrzec. Zheron dodał do tego informacje o zbuntowanych magach z Krainy Demonów, uwolnionej cienistej smoczycy i możliwym związku pomiędzy buntem a filozofią tajemniczego przeciwnika. Pojawiła się również hipoteza, że Demonek może być potomkiem smoczycy i że właśnie dlatego znalazł się w centrum całego wyzwania. Znalazła się tam także propozycja, aby w przypadku pojawienia się smoczycy nie prowokować jej niepotrzebnie, lecz spróbować wykorzystać naturalne warunki płaskowyżu do ograniczenia ewentualnych strat. W raporcie opisano położenie obozu, jaskinie w zboczu, formacje skalne i możliwe kierunki podejścia. Była tam nawet wzmianka o tym, że w razie konieczności Demonek może zostać wykorzystany jako element próby pokojowego rozwiązania sytuacji, choć Zheron zaznaczył wyraźnie, że jest to jedynie hipoteza i nikt nie może zagwarantować, że smoczyca zareaguje na niego w sposób przewidywalny. Na końcu znajdowała się lista pytań, na które obaj chcieli uzyskać odpowiedzi od Andoriusa. Czy wiadomo coś o znikających magach w stolicy? Czy inne królestwa odnotowały podobne przypadki? Czy znane są jakiekolwiek informacje o organizacji mogącej współpracować z cienistym magiem? Czy zbuntowani magowie z Krainy Demonów mogli mieć kontakt z kimś spoza niej? I wreszcie, czy istnieje możliwość, że portal w Twierdzy był jedynie jednym z elementów znacznie większego planu? To był całkiem przyzwoity raport. Oczywiście, gdybym był człowiekiem, pewnie doceniłbym również jego styl. Jako mucha bardziej interesowałem się tym, czy na stole znajduje się coś jadalnego, ale muszę przyznać, że po ośmiuset latach nawet owad może nabrać pewnego zamiłowania do cudzych tajemnic. Niestety moje zamiłowanie do tajemnic miało tego dnia pewną wadę. Mianowicie skrzydła. A raczej dźwięk, jaki wydawały. Przez dłuższy czas krążyłem nad stołem, próbując zerknąć na kolejną stronę raportu. Zheron początkowo ignorował moje brzęczenie. Potem zaczął zerkać w górę. Później marszczyć brwi. W końcu odłożył pióro, spojrzał na mnie z wyraźnym niezadowoleniem i machnął ręką, próbując mnie odgonić. Oczywiście odleciałem kawałek, po czym wróciłem. Zawsze wracałem. Taka już moja natura. Zheron westchnął, potarł skronie i mruknął, że zaczyna mieć wrażenie, iż jak na góry jest tu zdecydowanie za dużo much. Muszę przyznać, że przez chwilę poczułem się niemal urażony. Ostatecznie jednak uznałem, że człowiek, który właśnie od kilku godzin pisze raport o demonach, smokach, zdradzie magów i tajemniczym wrogu, ma prawo być nieco przewrażliwiony na punkcie owadów. Nie miałem zamiaru informować go, jak bardzo powinien być zaniepokojony tym konkretnym egzemplarzem. W końcu odleciałem na jedną z belek namiotu i pozwoliłem im pracować dalej. Raport był coraz dłuższy, atrament powoli zapełniał kolejne strony, a nad płaskowyżem powoli zapadał wieczór. Wszystko wskazywało na to, że kolejny dzień również zakończy się bez większych wydarzeń.

Następny dzień rozpoczął się od wiadomości, która w jednej chwili zakończyła całą poranną rutynę. Jeden z magów z Twierdzy, Gilheim, młody mag ognia, który jeszcze niedawno regularnie trenował z Lucienem na dziedzińcu, wrócił ze swojej nocnej warty zgodnie z planem, lecz zamiast udać się na odpoczynek, położył się i przestał reagować. Początkowo nikt nie podejrzewał niczego szczególnego. Mógł być przemęczony, mógł zasnąć po wyjątkowo długiej warcie, a przecież ostatnie tygodnie nie oszczędzały nikogo. Problem pojawił się wtedy, gdy próby obudzenia go nie przyniosły żadnego rezultatu. Nie reagował na głos, dotyk ani nawet silniejsze potrząśnięcia. Jego twarz zaczęła przybierać sinawy odcień, oddech stał się płytki i nierówny, a magowie, którzy zgromadzili się wokół niego, coraz wyraźniej tracili przekonanie, że mają do czynienia ze zwykłym zmęczeniem. Kiedy wreszcie Gilheim otworzył oczy, w namiocie medycznym zapadła cisza. Jego tęczówki nie miały już naturalnego koloru. Były intensywnie fioletowe, niemal świecące w przygaszonym świetle. Młody mag próbował coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobył się jedynie słaby, urywany dźwięk. Nie był również w stanie normalnie się poruszać. Jego ręce drżały, mięśnie jakby odmawiały mu posłuszeństwa, a po kilku chwilach całe ciało nagle wygięło się w gwałtownych konwulsjach. Kilku magów próbowało go przytrzymać, ktoś zaczął przygotowywać eliksir uspokajający, ktoś inny próbował wykryć zaklęciem rodzaj energii, która znajdowała się w jego ciele, lecz wszystkie próby dawały chaotyczne rezultaty. Nie było żadnej rany. Nie było śladu trucizny. Nie było nawet oczywistego zaklęcia, które można byłoby zdjąć. Gilheim po prostu gasł, jakby coś niewidzialnego wysysało z niego siły.

Właśnie wtedy do namiotu wszedł Venegas. Przez chwilę obserwował chorego maga bez słowa, po czym poprosił wszystkich o odsunięcie się. Sam również nie próbował od razu rzucać zaklęć. Przyglądał się oczom Gilheima, jego drżącym dłoniom i energii magicznej, która niespokojnie pulsowała wokół jego ciała. W końcu jego twarz wyraźnie spoważniała. Stwierdził, że być może właśnie znaleźli odpowiedź na pytanie, gdzie znajduje się czwarty demon. Nie był to demon, którego można było znaleźć, podążając za śladami na ziemi. Nie był to również przeciwnik, którego można było po prostu zobaczyć. Venegas podejrzewał, że mają do czynienia z Demonem Duszy. Dla większości młodych magów była to nazwa znana przede wszystkim z podręczników, ponieważ spotkanie z takim stworzeniem należało do rzeczy, których rozsądny mag zdecydowanie nie życzył sobie przeżyć. Demony Duszy powstawały w sposób tak ponury, że nawet stare kroniki opisywały ich narodziny z wyraźną niechęcią. Kiedy magiczne stworzenie umierało, jego ciało nie było jedyną rzeczą, która pozostawała po śmierci. W otoczeniu pozostawały resztki energii magicznej, czasami bardzo silne. Sama w sobie nie była niebezpieczna. Problem pojawiał się wtedy, gdy zetknęła się z czarną magią. Mogło dojść do tego podczas eksperymentu, celowego działania albo, znacznie częściej, gdy magiczne stworzenie zostało zabite przez istotę posługującą się czarną magią. W takim przypadku pozostała energia mogła zostać skażona, połączyć się z mroczną mocą i zacząć tworzyć coś nowego. Coś, co nie miało już ciała, lecz mimo to posiadało świadomość. Demona Duszy.

Takie stworzenie było właściwie cieniem uformowanym z wymieszanej energii magicznej i czarnej magii. Nie miało kości, mięśni ani żadnej fizycznej postaci, którą można było zranić mieczem. Nie można było go normalnie schwytać, a próba przebicia go włócznią byłaby mniej więcej tak skuteczna, jak próba ugodzenia mgły. Co gorsza, Demon Duszy zachowywał własny umysł. Nie był bezmyślnym skupiskiem energii. Potrafił obserwować, rozumować, wybierać cel i szukać sposobu na jego wykorzystanie. Żerował na energii. Początkowo mogła wystarczyć mu energia pozostająca w otoczeniu, lecz jeśli znalazł żywą istotę, której magia była wystarczająco silna, mógł zacząć pobierać ją bezpośrednio z niej. Wtedy pojawiała się tak zwana choroba cienia. Ofiara stopniowo traciła siły, jej ciało przestawało prawidłowo reagować, a energia magiczna zaczynała zachowywać się w sposób całkowicie nienaturalny. W zaawansowanych przypadkach pojawiały się właśnie takie objawy, jakie obserwowano teraz u Gilheima.

Najgorsze było to, że przeciwko takiemu przeciwnikowi większość zwykłych metod walki była bezużyteczna. Broń fizyczna nie mogła zranić czegoś, co nie posiadało prawdziwego ciała. Zaklęcia żywiołów również mogły okazać się nieskuteczne albo wręcz dostarczyć demonowi kolejnej porcji energii, którą mógłby wykorzystać. Potrzebna była magia zdolna rozproszyć skażoną energię, a najlepszym narzędziem do tego była magia światła. Nie chodziło nawet o zwykłe oślepienie przeciwnika czy stworzenie jasnego płomienia. Potrzebne były zaklęcia, które mogły wniknąć w magiczną strukturę demona i rozbić ją, oddzielając od siebie pozostałości energii magicznej oraz czarną magię. Była to praca dla doświadczonych magów, a nie dla grupy ludzi wyposażonych w miecze i stalowe pancerze. Nagle więc okazało się, że czwarty demon, którego od tak dawna szukali, mógł znajdować się znacznie bliżej, niż ktokolwiek przypuszczał. Być może przez cały ten czas krążył wokół obozu niewidoczny, czekając na odpowiednią okazję. Być może znalazł Gilheima podczas nocnej warty. A być może Gilheim nie był nawet jego pierwszym celem.

Ta myśl sprawiła, że atmosfera w obozie zmieniła się natychmiast. Jeszcze poprzedniego dnia wszyscy wypatrywali na horyzoncie ogromnej sylwetki cienistej smoczycy. Teraz zaczęli patrzeć również na własne cienie. Każdy mag stojący samotnie przy namiocie, każdy strażnik odbywający wartę, każdy człowiek wracający po zmroku z krótkiej wyprawy mógł być potencjalnym celem niewidzialnego przeciwnika. A gdzieś pośród nich leżał Gilheim, którego oczy wciąż miały ten nienaturalny, fioletowy kolor.

Wtedy po raz pierwszy dotarło do wszystkich coś, czego wcześniej chyba nie chcieli przyjąć do wiadomości. Cztery demony, które wydostały się przez portal, nie zostały stworzone po to, aby po prostu stanowić cztery kolejne potwory do pokonania. Każdy z nich był innym rodzajem zagrożenia. I wszystkie cztery zostały wypuszczone na świat przez tego samego człowieka. To zaś oznaczało, że jeśli cień rzeczywiście od początku wiedział, co robi, to być może właśnie teraz zaczynali rozumieć, jak starannie przygotował swoje wyzwanie. Pojawiło się też pytanie – jak to się stało, że przez Portal przedostały się dokładnie te demony? Tak jakby ktoś w samej Krainie Demonów specjalnie zatroszczył się o to, żeby były to one.

Zheron nie pozwolił, aby po wydarzeniach z Gilheimem ktokolwiek wrócił do swoich wcześniejszych obowiązków, jak gdyby nic się nie stało. Rozkazał natychmiast, aby nikt nie poruszał się po obozie samotnie, niezależnie od pory dnia, a szczególnie po zmroku. Warty miały być pełnione co najmniej parami, a każda osoba opuszczająca obóz musiała poinformować pozostałych o swoim celu i przewidywanym czasie powrotu. Jednocześnie Luxera otrzymała polecenie pozostawania w stałej gotowości. Jej magia światła mogła okazać się najskuteczniejszą bronią przeciwko Demonowi Duszy, dlatego od tej chwili miała być traktowana niemal jak żywa tarcza całego obozu. Zheron zdecydował również, że nie będzie czekać, aż demon zaatakuje ponownie. Gdy tylko stan Gilheima zostanie ustabilizowany, Luxera miała wyruszyć razem z całą szóstką młodych magów na poszukiwania. Był to pierwszy raz, kiedy do ich dotychczasowej grupy dołączał ktoś spoza ich własnego grona, ale tym razem nie chodziło już o wykonanie zadania zleconego przez tajemniczego maga. Chodziło o odnalezienie stworzenia, które właśnie zaatakowało jednego z ich towarzyszy, zanim zdąży znaleźć kolejną ofiarę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania