Pieśń pokoju cz.20
INTERLUDIUM
Dzień zapowiadał zaskakująco dobrą pogodę jak na tę górzystą część Chin. Słońce hojnie obdarowywało ciepłem, a powietrze wysycała świeża wilgoć z zawieszonych nisko chmur ocierających się o zbocza. Przyjechałem do tego miasteczka w poszukiwaniu prawdziwych Chin: nie tych zatłoczonych, wielkomiejskich, a tych prowincjonalnych, położonych z dala od pędu współczesnego świata. Bez narzuconych przez współczesność schematów ciągłego, niezaspokojonego pragnienia posiadania wszystkiego, wszędzie i natychmiast.
Chciałem poznać talenty i rytuały przesycone folklorem i mistycyzmem zakorzenionym w wielowiekowej tradycji. Misja od Somy stanowiła tylko pretekst. Tym razem to nie było tylko zadanie, kolejna rzecz do zrobienia dla dobra organizacji i ludzkości. Tym razem miałem swój osobisty powód. Chiny nie należały do Porozumienia, wręcz nim gardziły, przez co miejscowe sabaty, czy fahui, jak je tu nazywano, stanowiły intrygującą zagadkę. Świat stopniowo się kurczył, a wraz z nim ilość niezbadanego. Mnie ciągnęło do tych białych plam na kartach wiedzy.
Dopiłem kawę i ruszyłem malowniczą uliczką, która prowadziła w dół zabudowanego wzgórza. Diaojiaolou, czyli domki na palach, przyciągały wzrok kolorowo zdobionymi fasadami. W miasteczku panowała sielankowa atmosfera, a ludzie byli bardzo otwarci. W szczególności starsi obywatele, witający mnie uśmiechami i dobrym słowem – przynajmniej brzmiało jak dobre: nie rozumiałem jeszcze za dużo po chińsku. Na dodatek w górach zawsze mówiono innym dialektem niż w dużych miastach. Nawet translator miał problemy, a Soma dysponowała najlepszym dostępnym sprzętem.
Całe szczęście moja przewodniczka, młoda Chinka Hen Ciao wykształcona w zachodniej Europie, dotarła na miejsce dzień po mnie. Znała tu każdy kamień. Wróciła w rodzinne strony zaraz po stażu w tybetańskiej ambasadzie Porozumienia. Smukła dziewczyna o promiennym uśmiechu ubrana w różowy top i wytarte na kolanach dżinsy. Czekała na mnie na skrzyżowaniu niedaleko rodzinnego hoteliku. Razem mieliśmy zjeść śniadanie w towarzystwie starszej wuxi regionalnego she. Znałem panującą tu strukturę w ramach mistycznych zgromadzeń; przed każdą podróżą w nowe rejony świata odrabiałem pracę domową. Szamanki nazywane wuxi czerpały swoje moce z she – zbiorowej nazwy na duchy ziemi i gleby. Jakie to były moce? Nie miałem pojęcia, ale mogłem się domyślać.
Gdy wraz Hen dotarliśmy na miejsce, kawiarnia tętniła leniwym małomiasteczkowym życiem: starsi panowie czytali gazety, kilku gości dyskutowało na temat wczorajszego meczu piłki siatkowej, a niewysoka kobieta ubrana w tradycyjne qipao z gracją popijała herbatę. Hen dała mi znać, że to właśnie najwyższa wuxi, Mao Bianhi.
Poprawiłem kołnierz, sprawdziłem świeżość oddechu i ruszyłem za swoją przewodniczką. Denerwowałem się jak diabli. Wschodnie sztuki mistyczne różniły się od europejskich czy amerykańskich. Tu talenty wiązano stricte z duchami i rytuałami ich wiązania. Moc stanowiła coś wyjątkowego dla każdego, stanowiła odrębny byt, który można obłaskawić czy też rozgniewać. Aż świerzbił mnie język, żeby zalać tą kobietę potokiem pytań. W tej nieokiełznanej mistyce było coś, co mnie pociągało… Ta niesklasyfikowana wolność, nieprzewidywalność.
Skup się, Maks!
Bądź co bądź byłem na misji, chociaż rola dziennikarza, którą tu grałem nie wykluczała wścibskości, prawda?
Podeszliśmy na tyle blisko, żeby starsza kobieta zwróciła na nas uwagę. Odstawiła filiżankę i wstała, żeby się przywitać. Hen już znała. Zamieniły kilka zdań po chińsku, po czym Bianhi przekierowała uwagę na mnie.
– Maksym Sarnecki, program „Z mistyką przez świat” – przedstawiłem się, prezentując wyćwiczone zuoyi.
Ukłon spotkał się z aprobatą w formie delikatnego uśmiechu.
– Zǎoshang hǎo, fǎlā dé xiānshēng; nǐ hǎo ma? – spytała w tradycyjnym chińskim. Spojrzałem błagalnym wzrokiem na Hen, która stłumiła perlisty śmiech i przetłumaczyła. Chiński stał jako kolejny na mojej długiej liście języków do nauczenia.
– Pani Bianhi pyta jak się miewasz.
Jak się miewasz, Maks? – wybrzmiało mi w głowie.
Uśmiechnąłem się i przesłałem odpowiednią myśl. Nie byłem aż tak biegły w sine verbis, żeby składać skomplikowane zdania, ale prosty mentalny komunikat nie stanowił większego problemu.
– Usiądźcie, proszę. W towarzystwie powinno się rozmawiać tak, żeby wszyscy rozumieli – oświadczyła płynnym angielskim.
Brawo, Maksym: udało ci się wyjść na chama przy pierwszym zdaniu. Zapomniałem, że Hen nie ma żadnych talentów prócz tego do języków tradycyjnych.
Nie tylko my słuchamy – usłyszałem ponownie w myślach. Głos był taki czysty. Niebywałe zdolności.
Zachowuj się normalnie. – Słowa znowu przypłynęły łagodną delikatną falą. Spojrzałem na wuxi Bianchi. Zamawiała dla nas herbatę jak gdyby nigdy nic.
– Proszę powiedzieć, panie Sanecki, co pana sprowadza do naszej urokliwej mieściny? – spytała normalnie.
Teraz pomyślałem, że mogłem wybrać łatwiejsze nazwisko na tą wycieczkę. Po plecach przeszedł mi dreszcz.
Tylko tego nie spal, Maks. To zamknięta społeczność – drugiej szansy nie będzie.
– Mao Bianhi, dziękuję za spotkanie. Domyślam się, że czas tak poważnej wuxi jest na wagę złota. Sporo czytałem o tutejszym zgromadzeniu i poprosiłem lokalne władze o zgodę na nakręcenie reportażu. Wiem, że nie jestem pierwszym dziennikarzem, który o to prosił, dlatego jeszcze raz dziękuję za tę możliwość.
Moja towarzyszka cały czas tłumaczyła.
Nie jesteś tu bez powodu, ale możemy poudawać. Dziewczyna o niczym nie wie. – Nawet nie mrugnęła, wysyłając przekaz. Dreszcz przeszedł mi po plecach.
– Nie ma, za co drogi chłopcze. Nam też przyda się trochę nowej wiedzy.
Z jej miny ciężko było cokolwiek wyczytać. Ciągły lekki uśmiech i ciepłe spojrzenie budowały fasadę fizyczną, a silny umysł… Tego nawet nie próbowałem sondować.
Kelnerka dostarczyła napar dla mnie i Hen. Zapach doskonałej camellia sinensis mieszał się z kojącym aromatem jaśminu.
– Porozmawiamy jeszcze trochę i musimy jechać: obserwują nas.
– Wyborny napar. Opowie mi pani o waszym zgromadzeniu? Kim są członkowie? Jakie talenty pielęgnujecie? Czy Soma to zaaranżowała?
Zaśmiała się.
Nie. Porozumienie wysłało cię na zwykłe przeszpiegi. Postaram się podzielić tym, czym mogę. Musi pan zrozumieć, że cenimy sobie prywatność.
Do świątyni: tam czeka powód naszego spotkania.
***
Jechaliśmy na wschód. W górę zbocza prowadziła długa, kręta droga. Bianhi siedziała cicho: zarówno werbalnie jak i w sine verbis. Hen, która poza hotelem nie odstępowała mnie na krok, teraz przysypiała na tylnym siedzeniu. Po kilku kilometrach usłyszałem głośne chrapanie. Spojrzałem z niedowierzaniem na to wątłe ciało, które wydawało głośne dudniące dźwięki. Poziomem wykreowanych decybeli Hen zagłuszała nawet warkot mikrobusa Mao Bianchi.
Po kolejnym głośnym wydechu połączonym z przyksztuszeniem, starsza wuxi zerknęła w środkowe lusterko.
– W końcu – westchnęła. – Ta dziewczyna to jakiś cyborg: tyle hóng zǎo powaliłby bizona. Czym oni ich karmią w tej Szenizie?
– Hóng zǎo? – spytałem. Jakoś nie zwróciłem uwagi na drugą część wypowiedzi.
– Czerwony daktyl, nie wiem, jak to się nazywa po angielsku. Miała to w herbacie i, tak, dziewczyna działa w służbie szenistów Komunistycznej Partii Chin. Nie powinno cię to dziwić – kontynuowała Bianhi, nie tracąc swojego przyklejonego, serdecznego uśmiechu. – Powinieneś wiedzieć, że tutaj jest inaczej niż w Europie. Tutaj nikt nie jest pozostawiony samemu sobie, a już na pewno nie żywa broń, za którą partia postrzega każdego ze znacznym talentem, w tym mnie.
Skręciłem gwałtownie, by uniknąć zjazdu z urwiska.
– Patrz na drogę. Wszystko wyjaśnię, kiedy dojedziemy na miejsce. Skręć w lewo. Musimy zgubić ogon.
– Ogon?
– Dwa czarne auta, około trzydzieści metrów za nami.
Spojrzałem w lusterko. Droga świeciła pustką.
– Maskują się, ale przed drzewami nic się nie ukryje.
Oczy Mao Bianhi zrobiły się mętne, usta szeptały bezdźwięcznie. Spojrzałem w boczne lusterko. Droga za nami rozwidliła się w kilka odnóg spowitych mgłą.
– To da nam kilka godzin. Nie ma tu innej, tradycyjnej drogi – oznajmiła Bianhi i wyciszyła aurę.
Skinąłem porozumiewawczo. Nie takie rzeczy już widziałem, nie takie omamy czy uroki przyszło mi identyfikować, jednak coś w tej starszej kobiecie wywoływało we mnie niepokój. Może ten ciągły uśmiech na twarzy poznaczonej bruzdami. Wyglądał jak maska, a wyobraźnia podsuwała scenariusze, co może leżeć pod nią.
– Dlaczego nas śledzą? – spytałem.
– Koledzy śpiącej królewny – prychnęła z wyczuwalną pogardą. – Bardzo chcą wiedzieć, po co jedziesz do świątyni.
– Ja też bym chciał.
– Ty się dowiesz, oni nie.
***
Architektura świątyni miejscowego zgromadzenia przypominała tradycyjne, taoistyczne kompleksy sakralne; strzeliste, zawinięte kafelkowe dachy wsparte na wykonanych z przepychem dougong wyrastały z przestrzennego placu niczym kapelusze fantazyjnych grzybów.
Minąwszy kilka ozdobnych bram w kształcie łuków skierowaliśmy się wprost do kilkupiętrowej pagody. Moc pieczętująca jej mury drażniła zmysły nawet z dystansu. Bianhi chwyciła mnie za rękę i poprowadziła w górę krętymi schodami. Każdy pokonany stopień zwiększał ciężar mojego ciała, a wysycone pieczęcią powietrze parzyło coraz bardziej.
Przed wejściem stała niewysoka blada kobieta w nowoczesnym kimonie. Ukłoniła się z wyćwiczoną lekkością.
Czy Mejlin nie śpi? – zapytała Mao Bianhi.
Dlaczego używała mowy bez słów? Tego nie wiedziałem, ale w kawiarni starsza wuxi ostrzegła, że nie tylko my słuchamy.
Nie śpi. Czy to on? Ten Europejczyk? – Młoda kobieta otaksowała mnie wzrokiem.
Chyba tak – odpowiedziałem za Mao Bianhi, wysyłając astralny przekaz okraszony fizycznym uśmiechem.
Kobieta skrzywiła się, jakby moje słowa smakowały goryczą. Nie chciała mnie w głowie, wręcz wyczułem obrzydzenie.
Nie mamy czasu, śledzili nas – oznajmiła Bianhi. – To, on. Wejdźmy.
Pociłem się jak w saunie i dzwoniło mi w uszach.
– Nie mogę.
Resztą doznań podzieliłem się bardziej obrazowo, rozsyłając na ślepo w przestrzeń. Nie mogłem się skupić.
Mao Bianhi otaksowała mnie wzrokim.
Mejlin cię nie zna. Jej schronienie cię bada.
– Strach pomyśleć, co by zrobiła tym ludziom w samochodach.
Przysiadłem na podłodze. Kręciło mi się w głowie.
Biegnij, Lian. Powiedz jej, że to przyjaciel!
***
Pomieszczenie w górnej części świątyni przypominało pokój zabaw małego dziecka: stos pluszaków, porozrzucane zabawki, bazgroły na kartkach, nic szczególnego – nic oprócz ogromnych run wymalowanych kredkami na każdym kawałku ściany. Przełknąłem ślinę. Niektóre wyglądały na przypalone.
– Guāiguāi, Língling, bié cáng le – zawołała młodsza z kobieta.
Mao Bianchi szybko wyłapała moje zdenerwowanie i podesłała tłumaczenie: „Cukiereczku, Lingling, przestań się chować.”.
Spod łózka wyczołgała się mała dziewczynka. Stanęła przy drewnianej ramie posłania, jakby ta była jej oddanym strażnikiem. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Poczułem mrowienie na karku i suchość w ustach. Powietrze w pokoju zgęstniało od szeptów.
Złapałem Mao Bianchi za ramię.
– Znowu mnie atakuje – wyszeptałem i podświadomie oceniłem twardość podłogi pod kątem nadchodzącego omdlenia.
Mao Bianhi kucnęła naprzeciw dziewczynki i rozłożyła ręce, zapraszając dziecko do przytulasa.
Ten pan jest z nami, kochanie: nic ci nie grozi.
Kłębiąca się moc poluzowała uścisk.
Musimy tak rozmawiać, bo on nie rozumie w naszym języku.
Nie lubię cię! – Przekaz wdarł mi się w umysł jak kwas wstrzyknięty przez ucho.
W niczym nie przypominał precyzyjnie utkanych słów, przesyłanych przez starszą wuxi. Młodsza z kobiet przyglądała się wszystkiemu w milczeniu.
Wyczułem słono-gorzkie nuty na języku i lekki zapach amoniaku. Zmysły rozkładały nadnaturalne bodźce na dobrze znane doznania. Czułem strach podszyty zdenerwowaniem.
No chodź!
Pobudzona moc osłabła. Dziewczynka wpadła w ramiona starszej kobiety. Młodsza wuxi objęła obie i pocałowała małą w głowę.
Nadal nie rozumiałem, co tu się działo i liczyłem na to, że nadszedł moment, kiedy się dowiem, ale bałem się naciskać. Zdolności mentalne tego dziecka wykraczały poza moje możliwości obronne. Reto zacierałby ręce na myśl o werbunku. Ja miałem teraz inne rzeczy na głowie. Byłem zdany na łaskę dwóch szamanek i dziecka, które bez większego wysiłku mogło zrobić mi z mózgu papkę.
Mao Bianchi wstała, nie puszczając małej rączki wczepionej kurczowo w chude palce kobiety.
– To jest moja wnuczka. Przywitaj się Lingling.
Dziewczynka ukłoniła się grzecznie.
– Jak już zapewne się pan domyślił, Lingling nie jest zwykłym dzieckiem. Jej moc znacznie przekracza zdolności przeciętnej wuxi. Oczywiście z czasem zdolności mogą osłabnąć, dać się stłumić dojrzalszemu umysłowi. Ale wszystko może też iść w przeciwnym kierunku.
– Ona jest… – spojrzałem na dziwczynkę. – Niezwykła.
– Dokładnie, i tu pojawia się problem, panie Maksymie. Szeniza jest na jej tropie. Chcą z niej zrobić użytek ku chwale KPC. Mówiąc użytek, mam na myśli broń. Po roku w ich łapach Linling będzie jak odmóżdżony pies szczuty przez swojego pana. Nikt tego nie chce: Porozumienie, nasze fahui, a w szczególności jej matka i babka.
Stało się oczywistym, co łączy te kobiety z tym nadzwyczajnym dzieckiem.
– Nie możecie jej stąd wywieźć? – zapytałem naiwnie.
– Poza tymi murami aura Lingling, jest jak latarnia w ciemnościach: przyciąga natrętne robactwo. Nie mamy takich środków, żeby zrobić to po cichu. Ale…
– Ale my mamy – dokończyłem za nią.
– Do tego potrzeba pieniędzy i układów.
Żachnąłem się. To było szaleństwo. Szeniści monitorowali każdy ruch Somy w regionie. Mao Bianchi odczytała moje myśli, bo złapała mnie za rękę i spojrzała głęboko w oczy.
– Lingling nam pomoże. Zagłuszy Szenistów, zadusi ich śniączki. Pan musi tylko przekonać swoich.
Młodsza z kobiet zadarła podbródek i rzuciła mi wyzywające spojrzenie. Duma i pogarda. Tak bym nazwał ten wzrok. Widziała we mnie zarówno wybawcę, jak i tego, który odbierze jej dziecko.
Padła przede mną na kolana, dociskając czoło do podłogi.
– Jiù jiù wǒ de háizǐ, qiú nǐmen.
Mao Bianhi nie musiała tłumaczyć. Wiedziałem, że kobieta błaga o pomoc. Musiałem chociaż spróbować.
Starsza wuxi złapała mnie za koszulę. Trzęsły się jej ręce.
– No i? Pomożesz nam?
– Muszę zadzwonić.
***
I tak oto moja droga Europo oraz wy, zacni panowie z Societas Occultae Mentis Adeptorum, jesteśmy tutaj razem z Mejling, żeby opowiedzieć wam historię. – wziąłem wystraszoną dziewczynkę na ręce. Nienawidziłem tych aktów empatii na pokaz. – Niech to dziecko będzie dla nas impulsem do zmian. Nie zamykajmy się wewnątrz naszego dobrobytu. Nie zamykajmy się na tych, którzy potrzebują pomocy. To my powinniśmy nieść oświecenie tam, gdzie ludzie żyją w mroku i strachu, tak jak ta dziewczynka i jej rodzina.
Za swoją patetyczną przemowę dostałem owacje na stojąco. Rola guru zmiany zupełnie mi nie leżała, ale jeśli miało to komuś pomóc…
Mejlin przyglądała się klaszczącemu tłumowi i zaciskała rączki na mojej marynarce.
– Nie bój się. Już kończymy, zaraz pójdziemy na lody – szepnąłem jej do ucha.
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało. Marszałek rady Porozumienia podszedł do nas z mikrofonem.
– Czy chciałabyś nam coś powiedzieć? – spytał dziewczynkę. – Usłyszałem szept tłumacza ze słuchawki dokanałowej Mej.
Mała nieśmiało kiwnęła głową na tak. Byłem zdziwiony, ale postawiłem ją na ziemi. Marszałek podsunął jej mikrofon, nie zdejmując dobrotliwego uśmiechu z nalanej twarzy.
Wizja uderzyła z siłą pocisku armatniego.
Ogień. Moc. Śmiech tysiąca głosów. Nienawiść jak wulkan. Magma pod stopami. Śmierć, ogień. Palić i czyścić.
Ocknąłem się z pierwszego szoku. Szepty rozlewały się po auli jak lawa z przepełnionego krateru. Pochwyciłem Mej. Fala rozgrzanej gniewnej mocy cisnęła mną jak kukiełką. Walnąłem plecami o mównicę. Marszałek upadł na podłogę. Podniosłem głowę. Mejlin lewitowała otoczona łuną światła. Ochrona zwolniła salwę pocisków obezwładniających. Mejlin wchłonęła je swoją aurą.
Kolejna fala mocy. Szepty przeszły w krzyki. Gorąco w spiekotę. Na auli wybuchła panika.
Jesteście słabi – demoniczny warkot rozdarł się na frakcje. Tysiące głosów rozmytych w fazie.
Moc, jaką uwolniło to dziecko była niewyobrażalna. Spojrzałem w jej stronę. Światło wżarło się w moją twarz. Zagotowało krew pod skórą.
Wrzasnałem z bólu.
Broń masowego rażenia. Broń ostateczna, pomyślałem.
– Będziesz miał tu dużo roboty, Mose.
Głos nieopodal mnie. Kobieta.
– U większości nie ma po co wyciągać kości. Wszystko już przesądzone.
Straciłem przytomność.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania