Poprzednie częściSklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 12c/c

Do Veld dotarli pod wieczór. Droga weszła między pierwsze zabudowania, a siedem świateł, które widzieli wcześniej z góry, rozproszyło się między ciemnymi domami. Domy po obu stronach stały puste. Okiennice były pozamykane, a podwórza zarastały trawą.

W dwóch najbliższych nie było drzwi. Nie wyłamanych — zdjętych. Zawiasy wykręcono razem z gwoździami, a w progu została po nich jasna, niezarośnięta blizna w drewnie. Eveline patrzyła na nią chwilę. Ktoś zabrał nawet żelazo.

Dalej zobaczyli światło sączące się przez okno niewielkiego domu. Drzwi wisiały na zawiasach, a okiennice ktoś odsunął i podparł, chociaż wiał wiatr. Przed wejściem siedział stary mężczyzna. Miał na kolanach koc i długi nóż do strugania drewna. Kiedy zobaczył Grijsa, przestał pracować.

— Myślałem, że nie wrócisz.

Grijs zsiadł z konia.

— Ja też.

Mężczyzna spojrzał na powóz, potem na Vaelena i Eveline. Nie zapytał, kim są.

— Zostało nas siedem domów — powiedział tylko.

— Wiem.

— Wczoraj wyjechali Harenowie.

Grijs zerknął w stronę ciemnych zabudowań dalej przy drodze.

— Wszyscy?

— Wszyscy.

Mężczyzna odłożył nóż.

— Możecie przenocować w stodole. Konie też się zmieszczą.

Eveline zsunęła się z kozła i przez chwilę stała, patrząc na ciemne okna po drugiej stronie drogi.

— A wy? — zapytała.

Stary podniósł na nią wzrok.

— Dlaczego nie wyjechaliście?

Nie odpowiedział od razu. Eveline uznała, że wie dlaczego, i zrobiło jej się go trochę żal.

— Rozumiem — powiedziała. — Nie każdy ma dokąd.

Gospodarz patrzył na nią jeszcze chwilę, potem sięgnął po nóż i wrócił do strugania.

— Harenowie mieli dokąd. Jego brat ma młyn pod Kadenem. Czekali na nich od dwóch tygodni.

Eveline milczała.

— Ja mam siostrę w Renne. — Nóż zszedł po drewnie długim, równym ruchem. — Wszyscy mamy dokąd, panienko.

— Więc dlaczego?

Stary nie podniósł głowy.

— Bo mojego syna nie ma od jedenastu dni.

Nikt się nie odezwał. Stary dalej strugał.

— Wyszedł rano. Nie wziął kożucha. — Wiór spadł na ziemię. — Jak wróci, to nie będzie wiedział, gdzie nas szukać.

Zdmuchnął pył z krawędzi.

— Dlatego się pali światło.

***

Stodoła była zimna i pachniała starym sianem. Grijs rozłożył się przy wrotach, tak jak wcześniej w stajni, plecami do ściany. Vaelen usiadł pod przeciwległą belką, a Eveline ułożyła się między nimi, na sianie, z płaszczem podciągniętym pod brodę. Długo nikt się nie odzywał.

— Grijs.

— Tak?

Eveline patrzyła w sufit.

— Na trakcie przystawił mi pan nóż do gardła.

Vaelen nie poruszył się, ale Eveline usłyszała, że jego oddech na moment się zmienił.

— Tak — powiedział Grijs.

— Chcę wiedzieć, co sprawia, że człowiek, którego kraj słynie z honoru, przystawia komuś nóż do gardła.

Cisza trwała tak długo, że zaczęła żałować pytania.

— Pierwsze było Beken — powiedział wreszcie Grijs. — Mała wieś na przełęczy. Przyszła wiadomość, że nocami coś zabija bydło. Pojechaliśmy tam w dziewiętnastu.

Eveline czekała.

— Kiedy dotarliśmy, było już po wszystkim. Na środku drogi stał wóz załadowany workami zboża. Koń nadal był przywiązany do płotu. Przy młynie rozsypała się mąka i nikt jej nie zebrał.

Poruszył ramieniem, tym uszkodzonym, i skrzywił się lekko.

— Bydło zniknęło. Ludzie też.

— Nikogo?

— Pierwszych znaleźliśmy za stodołą. Potem następnych. Szukaliśmy ich przez tydzień. Znaleźliśmy jedenaście osób.

— A reszta?

— Nie znaleźliśmy ich.

Przez chwilę słychać było tylko szelest siana.

— Potem trafiliśmy na ślady prowadzące w góry.

Eveline odwróciła głowę w jego stronę.

— Poszliście za nimi?

— Tak.

Grijs umilkł na chwilę.

— Przez trzy dni szliśmy coraz wyżej. Widzieliśmy ślady. Połamane gałęzie. Martwe zwierzęta. Raz znaleźliśmy konia, którego straciliśmy poprzedniej nocy. Ale ani jednej bestii.

— A potem?

— Potem przestały się przed nami chować.

Eveline uniosła się na łokciu.

— Ile ich było?

— Nie wiem.

— Jak można nie wiedzieć?

Grijs spojrzał w jej stronę.

— Bo zanim zobaczyłem pierwszą, dwa konie już leżały. Potem coś uderzyło od tyłu. Ludzie zaczęli krzyczeć, a każdy widział tylko to, co miał przed sobą.

Eveline zamilkła.

— Wróciło sześciu — powiedział.

— Z dziewiętnastu?

— Tak.

— Ilu z was miało taką zbroję jak pan?

Grijs nie odpowiedział od razu.

— Trzech.

— Reszta?

— Dobre pancerze. Nie takie.

— Czym się różnią?

Nie odpowiedział. Eveline odczekała chwilę.

— A pana zbroja pomogła?

— Przeciw zębom tak. — Dotknął łokcia, tam gdzie segment nadal odstawał. — Przeciw czemuś, co waży tyle co koń i przygniata człowieka do ziemi, mniej.

Przewrócił się na plecy.

— Potem było Weyden. Później Veld przestało wysyłać zboże. A potem zaczęły znikać patrole.

Eveline wpatrywała się w jego sylwetkę.

— I nikt nic z tym nie zrobił?

— Robili.

— Co?

— To samo, co zwykle robią ludzie, kiedy nie wiedzą, z czym mają do czynienia. Wysyłali kolejnych ludzi.

— Król?

Grijs przez chwilę milczał.

— Król od zimy choruje.

Eveline uniosła głowę.

— A osoba, dla której pan pracuje?

Grijs nie odpowiedział od razu.

— To stamtąd dostał pan rozkaz, żeby znaleźć medalion?

Nie odpowiedział. To wystarczyło.

— I wysłano pana samego?

— Miałem nie zwracać na siebie uwagi.

— Dlaczego?

— Tego pani nie powiem.

Eveline opadła z powrotem na siano. Przez chwilę słyszała tylko konia przestępującego z nogi na nogę.

— Przystawiłem pani nóż do gardła, bo miałem wrócić z medalionem — powiedział Grijs. — Najpierw próbowałem go kupić. Pani pracodawca odmówił tysiąca koron.

Vaelen poruszył lekko głową.

— Nadal uważam, że była to znakomita decyzja.

Grijs zignorował go.

— Potem zostało mi coraz mniej czasu i coraz mniej rozsądnych możliwości.

— Więc wybrał pan nierozsądną.

— Tak.

Odwrócił się twarzą do ściany.

— To nie jest usprawiedliwienie. Pytała pani, co sprawia, że człowiek robi coś takiego. Właśnie to.

***

Eveline nie zasnęła. Po jakimś czasie oddech Grijsa się wyrównał i w stodole zrobiło się zupełnie cicho. Vaelen nadal siedział pod belką. Podniosła się na łokciu.

— Nie śpi pan.

— Nie.

— Czy pan w ogóle śpi?

Vaelen przez chwilę nic nie mówił.

— Rzadziej niż wypada.

Eveline usiadła i objęła kolana.

— Byłam dzisiaj niemiła dla tego człowieka — powiedziała.

— Była pani w błędzie. To co innego.

— Powiedziałam mu, że nie ma dokąd pójść.

— A on pani odpowiedział.

— To ma być pocieszenie?

Vaelen przechylił głowę.

— Gdyby nie chciał, żeby pani wiedziała, dlaczego został, nie powiedziałby pani o synu.

Eveline spojrzała przez szparę w deskach.

— Może.

— Na pewno nie wyglądał na obrażonego.

— Pan zawsze musi mieć ostatnie słowo?

— Nie. Zwykle po prostu je mam.

Prychnęła cicho. Zrobiło się chłodniej. Przyciągnęła płaszcz mocniej, ale nie zdołała powstrzymać dreszczu. Vaelen wstał, zdjął swój płaszcz i położył go na sianie obok niej, nie mówiąc ani słowa. Potem wrócił pod belkę i usiadł tak samo jak wcześniej.

Eveline przez chwilę na niego patrzyła. Nie odwrócił się, żeby sprawdzić, czy sięgnęła po płaszcz. Dopiero wtedy zarzuciła go sobie na ramiona. Pachniał drewnem, skórą i czymś ostrym, czego nadal nie potrafiła nazwać.

— Dziękuję.

— Proszę spać, panno Vale.

***

Nad ranem dym szedł już tylko z sześciu kominów. Ruszyli, zanim mieszkańcy zdążyli wyjść z domów. Eveline obejrzała się tylko raz. Przed domem przy drodze nikogo nie było. Okiennic nikt nie zamknął na noc, a w oknie nadal stała lampa.

Za Veld droga zmieniła się niemal od razu. Była szersza, miejscami utwardzona kamieniem. Pojawiły się pierwsze przydrożne słupy, a kilka mil dalej zobaczyli patrol. Czterech jeźdźców.

Grijs zwolnił. Eveline rozpoznała kadeńskie pancerze, zanim zdołała przyjrzeć się twarzom. Ciemne, grafitowe płyty zachodziły na siebie ciasno i mimo ich grubości żaden z jeźdźców nie poruszał się ciężko. Były dobre. Lepsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziała w gablocie. I zupełnie inne od zbroi Grijsa.

Jego zbroja miała przygaszony, złotawy odcień. Nie błyszczała jak pozłacany pancerz paradny; kolor należał do samego metalu. Płyty były węższe, bardziej ruchome i przesuwały się jedna po drugiej przy każdym ruchu.

Kiedy się mijali, jeden z jeźdźców zwolnił. Jego wzrok zatrzymał się na rozdartym rękawie Grijsa i segmencie pancerza odstającym przy łokciu. Grijs nie odwrócił głowy. Po chwili jeździec przyspieszył i dołączył do pozostałych, nie zadając żadnego pytania.

Dopiero kiedy patrol zniknął za zakrętem, Eveline spojrzała na Grijsa.

— Tym razem się pan nie ukrywał.

— Nie.

— Ci byli po pańskiej stronie?

Grijs przez chwilę patrzył przed siebie.

— Ci podlegają dowódcy pogranicza.

Nie powiedział nic więcej.

W południe minęli pierwszą rogatkę. Strażnik obejrzał papiery Grijsa, potem podszedł do powozu.

— Nazwiska?

Vaelen odpowiedział pierwszy. Eveline podała to samo nazwisko, które w jej ustach wciąż brzmiało obco.

Strażnik spuścił wzrok na dokumenty i przez chwilę przesuwał palcem po zapisanych liniach. Eveline poczuła, jak napinają jej się ramiona. Kiedy w końcu podniósł głowę, spojrzał najpierw na Vaelena, potem na nią.

— Cel podróży?

— Kaden — odpowiedział Grijs.

Strażnik spojrzał jeszcze raz na dokumenty, po czym oddał je i odsunął zaporę. Ruszyli dalej.

Im dalej jechali, tym częściej spotykali ludzi: wozy z mąką, konie prowadzone pod uzdę, rycerzy, robotników naprawiających kamienną nawierzchnię. Po dwóch dniach pustych dróg ruch wydawał się Eveline niemal nienaturalny.

***

Kaden zobaczyli późnym popołudniem.

Najpierw pojawił się mur. Ciągnął się w poprzek doliny od jednego zbocza do drugiego, wysoki i jasny, z wieżami rozmieszczonymi w równych odstępach. Za nim, wyżej na wzgórzu, wznosiły się dachy miasta.

Eveline nie odezwała się przez dłuższą chwilę. Widziała ten mur na sześciu mapach. Na czterech był kreską, na dwóch pozostałych — kreską i nazwą. Nikt nigdy nie napisał, że zamyka całą dolinę. Że nie da się go objechać. Że ludzie mieszkają na nim i pod nim, a pranie suszy się w oknach wież.

— Panno Vale.

— Tak?

Vaelen patrzył przed siebie.

— Zaraz pani spadnie.

Eveline cofnęła się z krawędzi kozła, ale nie przestała patrzeć.

***

Grijs zatrzymał konia kilkaset kroków przed bramą.

— Kaden.

Vaelen spojrzał na mur, potem na niego.

— Zgodnie z umową.

— Tak.

Vaelen sięgnął po wodze. Od strony bramy wyjechało pięciu konnych. Nie mieli jednakowych płaszczy ani widocznych oznaczeń. Dwóch odłączyło się od grupy i rozjechało na boki, trzeci skierował konia prosto ku nim, a pozostali zatrzymali się przy bramie.

Eveline spojrzała na Grijsa. Nie wyglądał na zaskoczonego. Jeździec zatrzymał się przy nim i powiedział coś cicho. Grijs odpowiedział równie krótko. Mężczyzna przeniósł wzrok z Eveline na Vaelena. Po chwili zawrócił konia w stronę bramy. Pozostali nie ruszyli się z miejsca, a Vaelen przez moment patrzył za odjeżdżającym jeźdźcem.

— Spodziewał się ich pan?

— Wiedziałem, że mogą tu być.

— Stacja?

Grijs skinął głową.

— Tak.

Eveline poczuła pod płaszczem ciężar medalionu. Grijs podjechał bliżej powozu.

— Osoba, dla której pracuję, chce z wami porozmawiać.

— Z nami obojgiem? — zapytał Vaelen.

— Tak.

Eveline zerknęła na Vaelena.

— Chcę wiedzieć.

Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, potem przeniósł wzrok na Grijsa.

— Do kogo nas pan prowadzi?

— Tego dowie się pan na miejscu.

Vaelen rzucił okiem na czekających jeźdźców.

— Dobrze. Zobaczmy.

Jeden z nich ruszył w stronę bramy. Vaelen poruszył wodzami i powóz ruszył. Grijs pojechał obok nich, a pozostali zaczekali, aż ich miną, po czym ruszyli za nimi. Przejechali pod bramą w milczeniu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • karcian godzinę temu

    Mój komentarz: uff... końcówka była trudna. Mianowicie, nie bardzo wiedziałam, jak to rozegrać. Czy powinni pójść sami czy w asyście. Obie opcje jakoś mi nie pasowały.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania