Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA. ROZDZIAŁ II
ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA.
ROZDZIAŁ II
Całun diabelskiej nocy, postanowiwszy sprzeciwić się mechanizmom zegarów, zatrzymał się w najdoskonalszym jej biegu. Wiedziała o tym od dawna, jak obecnie: czując mimowolne łomotanie serca na myśl, że tykanie paraboli biegu wskazówek, może zaanonsować jej obecność w świadomości tych... no właściwie: czego? Bestii? Dziwactw? A może zbiorowej choroby psychicznej, której przejawianie objawiało się mordowaniem z gracją buldożera, spychającego sterty gruzu w dół uchylni skarpy, wszystkiego, co miało nieszczęście się napatoczyć? Postanowiła nie marnować czasu, aby znowu się nad tym zastanawiać. Ukryta za wrakiem rozbitego na ścianie budynku samochodu, postanowiła nawet nie krzyczeć, zamykając we własnych ustach wrzask szaleńczego sprzeciwu, wobec tego, co ją dotknęło. Biorąc kilka kolejnych, smakujących strumieniami przelanej krwi, wdechów, usiłowała uwierzyć własnym oczom. Na ulicy, jak i chodniku przed nią, leżało trzy, nie mniej zmasakrowane od poprzednio przez nią widzianych ciała. Chcąc moment odpocząć, mimowolnie zaczęła o nich myśleć. Możliwe nawet, że uprzednio stanowili rodzinę, a ponadto ukryła się za należącym do nich samochodem, jednak: inaczej, niż po objętości zszarganego mięsa, najeżonego sterczącymi kośćmi w coraz bardziej brązowiejących kałużach, jakby pod wpływem ekspresji łączonych siecią rozbryźniętych ścieżek: nie była w stanie tego jednoznacznie stwierdzić, ponieważ: największa sterta kaźni, zdawała się być zdeptaną: możliwe, że nawet kołem samochodu, które wraz z przykręconym do niego kawałkiem układu kierowniczego, tkwiło obecnie wbite, jakoś na wysokości, gdzie powinna być przecież głowa, co dziwne: na zastępującym ją, zamiast szyi, grubym, brązowym pręcie, utrzymującym ową ogumioną całość, jakby kpiną z procesów myślowych. Zaledwie kilka metrów dalej, siedziała nieco skromniejsza sterta takowości. Sądząc z obcisłych jeansów, gdyby nie wgniecenie na klatce piersiowej, umieszczające jej serce na cegłach muru, o który była wsparta, zapewne: mogłaby być uroczą panią domu... najbardziej zszokowała ją natomiast najniklejsza z nich. Zaledwie kilkuletnia dziewczynka, powtarzająca szlochem, kim są dla niej zwłoki wsparte o ścianę... poszarpująca usilnie to, co mogło być kiedyś, zanim przesiąkło krwią, twardniejąc w dotyku, wizytową bluzką jej mamy: zupełnie, jakby chciała ją obudzić, z bardzo ważnego w jej dziecięcym umyśle powodu. Przyglądając się przez łzy, rozmywające jej wzrok, upadła plecami na drzwi od strony pasażera, usiłując nie krzyknąć. Mętnobłękitne oczka dziewczynki, uroczo kontrastowały z jej groteskowym uśmiechem, gdy tnąc odłamkiem szklanej butelki zgniecioną klatkę piersiową jej mamy, sięgała po strzępy jej uczuciowego serca, krwistymi pasmami zasysając je w swoje niewielkie, dziecięce usteczka. Nie to było jednak najgorszym. Ponieważ, siorbliwie mlaszcząc, co przywodziło na myśl płacz: kpiła ze zwłok, nazywając je mamą, jakby napawało ją to radością, miło kontrastującą z posiłkiem.
Jedynym, na co się zdobyła, był stłumiony jęk, mimowolnie wbrew niej samej, wyrywający się podświadomie z wysuszonego gardła. Przyspieszony oddech spowodował, iż odczuwała mdłe zawroty głowy, napawające ją paskudnym uczuciem lekkości. Czując, iż za moment opróżni zawartość żołądka, zwiesiła bezradnie głowę. Chociaż tkwiła tu od dobrych kilku minut, dopiero teraz natrafiła wzrokiem na solidny odłam półosi napędowej, jednego z kół samochodu. Nie mając innej możliwości, niepewnie sięgnęła po niego drżącą przerażeniem dłonią. Półmetrowy kawał litego chłodem żelastwa, gruby na ponad jej dwa palce, jakby darząc ją całym mogącym ją spotkać szczęściem: złamał się, najprawdopodobniej siłą kolizji, jakby imitując przeciętną igłę do wykonywania medycznych zabiegów. Zważywszy go w dłoniach, uznała, iż ściskając oburącz, będzie w stanie się nim posłużyć. Tylko dlatego podniosła się, nie spuszczając wzroku z pochłoniętej spożywaniem wnętrzności własnej mamy, dziewczynki. Uważnie kierując ku niej kroki swoich czarnych baletek, zaczęła wykonywać możliwie jak najszerszy zamach. Nie miała szczęścia. Zaledwie krok za plecami poplamionej rozmazaną krwią, dziewczęcej sukienki, czując przenikliwy ból od wewnątrz stopy, przeklęła moment, gdy wydał on krystaliczne chrupnięcie: kierujące na nią wyraz obłędu mordu w pozbawionych źrenic, błękitnych, ogromnych oczkach.
Siarczysta parabola ciosu, wyrwała z buzi dziecka dolną szczęke, z szyderczym grymasem wijącego się pośmiertnie języka, posyłając w ramiona matki, jakby dla zaznania wiecznego spokoju ich wszystkich. Bliska katatonii Edyta, łapiąc się na tym, że o mało nie wyrzuciła pod własne nogi broniącego ją kawału stali, jakby chcąc wyzbyć się wraz z nim poczucia winy, posłała jej ostatnie, smutne spojrzenie, nie mogąc przestać przepraszać, w myślach własnego, skołatanego umysłu. A jedynym, co mogła zrobić, było szybkie kuśtykanie, pozbawioną życia ulicą.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania