Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA. ROZDZIAŁ III
ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA.
ROZDZIAŁ III
Nie był im przychylny. Chociaż nie mógł okazywać nienawiści, zwawszy ich pomiotami diabła, ignorował własną modlitwą dobiegające zza okiennej szyby, nie tyle odgłosy uporczywej rzezi, co śmiech Piekła: prosto w twarz, wobec niego: będącemu Najwyższym. Własną oparł o złożone dłonie, jakby chciał go wesprzeć słowami pobożnej otuchy, podczas ponoszenia bolesnej męki. Odmawiawszy właśnie w Starołacińskim: Inskrypcję Odesłania Zła, złapał się na tym, iż jego wiara w działanie akurat obecnej z wszystkich znanych mu modlitw, jest wystawiona na próbę. Nie dlatego, że się ich bał. Doskonale przecież wiedział, iż nawet wzrok Diabelski, upadłością swą: łaski Pana nie dostąpi... a im bardziej usiłował uznać te słowa za fundamentalne, tym bardziej tracił wiarę. Był pewny, że nie są w stanie nawet zbliżyć się do świętości. Mimo wszystko, podświadomie oczekiwał Diabelnego łomotu kołatką, przykręconą do drzwi jego gabinetu. Nie chciał wieść spokoju, znosząc tacę wypełnioną monetami na plebanię. Chyba tylko dlatego: zostawszy Egzorcystą, postanowił trzymać zło w ryzach. Możliwe, iż to spowodowało, że obecnie, podczas nieprzerwanej nocy, liczonej w dniach jedynie posuwem wskazówek zegara po tarczy, aby być oznajmionymi kolejnymi echami wybijanych kurantów: czuł się, coraz bardziej: zwyczajnie niepotrzebny. Uczyniwszy wobec siebie znak krzyża, poprawił w kołnierzyku koszuli koloratkę, jakby sama modlitwa, dusząc w nim nadzieję, odbierała mu oddech. Zawiesiwszy bezuczuciowe spojrzenie w firance, schludnie przesłaniającej okno, nie miał wątpliwości. Niestety: po raz kolejny. Nie chciał przyjąć do świadomości, że już przywykł do znajomości wybrzmiewających pod oknem jego gabinetu, odgłosów czarciej działalności, dobiegających z ulicy, a jedynym, co mógł zrobić, było trwanie w Słowie Pana. Dlatego zapłakał.
Ponury, czarny kot, przyglądał się im uważnie. Uczony latami własnego życia: ucieczek przed zdziczałymi psami, wdrapał się z gracją na jeden z już nielicznych, drewniany słup, dzierżący ponad ulicą elektrycznie poszumiewające przewody. Wygiąwszy w puszysty pałąk zwinny grzbiet, zamachując ogonem, ułożył się na powierzchni jednego ze spękanych ramion. Przymykając przenikliwie zielone ślepka, otworzył pyszczek krótkim ziewnięciem, układawszy łepek na równie puszystych, jak on sam, łapkach. Przysypiając, utkwił matowe źrenice w rozgrywającej się pod jego brzuszkiem scenie.
Odziane w wysuszone, ludzkie skóry postacie, wyłoniwszy się z ukrycia, jakby od niechcenia lazły w kierunku wymachującej jakimś kawałkiem złomu, młodej kobiety. Była dla niego zbyt głupia, aby zrozumieć, iż ból jednej z kończyn, czyni ją jedynie zdolną do wylegiwania się na spieczonym słońcem chodniku. Ponadto: dała się zagonić przez jednego z piekielnych ogarów, w oczekujące wyżerki stado rzężącej głodem swory. Znał to doskonale, pamiętając, że z tego powodu: uroczy piesek z figlarnie fikuśną bródką, o mało brakujące: niemal odgryzł mu ogon. Jak na ironię, nie rozumiał, dlaczego zamiast syknąć i zjeżyć sierść na grzbiecie, groźnie okazując pazurki, zaczęła hałaśliwie tłuc w najbliższe jej drzwi, łomocząc panicznie: tym kawałkiem złomu, czymś złotym na nich samych, a następnie: jakkolwiek pozwalała jej na to panika. Poczekał jeszcze kilka sekund, uznając moment za odpowiedni, po czym zbiegł po drewnie wprost na chodnik, z łatwością, jakby było dla niego okiennym parapetem.
Szaleńczy zew serii uderzeń, skłonił Edwarda do wezwania imienia Pana. Zawahał się, jednak postanowiwszy, że skoro nie dane mu jest cokolwiek ponadto: przypieczętuje to własnym życiem. Nie przestając pokładać w tym myśli, dotknął kutego w zdobne wzory, żelaznego klucza, przekręcając go zgrzytem wieku tej czynności, po czym nacisnął mosiężną klamkę.
Impet trafiających w jego klatkę piersiową drzwi, cofnął go o kilka kroków. Przez bolesny szok, jego umysł zarejestrował jedynie postać, za którą szybkimi susami wbiegło coś znacznie od niej mniejszego. Otrząsając spojrzenie, odepchnął ją w głąb gabinetu, przekręcając we właściwą stronę szaleńczo oklepywany jej dłońmi klucz. Jedynym, o czym pomyślał, było okazanie jej kurczowo zaciśniętego w dłoni, srebrnego krzyża, który nosił na szyi, otrzymawszy uprzednio od samego Świętego, będącego jego Rodakiem. W ferworze doczesnym, szczerze zdziwił się, nie słysząc wyrażonego sykliwie strachu zła, przed Insygnium Pańskim. Także mniejsza z postaci, jakby zupełnie mu obojętna, skierowała swe bezgłośnie kroki przed płonący kominek, gdzie wydała z siebie miłe, krótkie miałknięcie.
Usiłując odnaleźć się w obecnej sytuacji, sędziwy Klecha postanowił stawić jej czoła, bez względu na oblicze, jakim drwi. Zdziwił się, gdy w przerażonych, szarych oczach, zamiast złowieszczego triumfu nad Sługą Bożym, zobaczył tylko i wyłącznie łzy. Dodało mu to otuchy. Ponieważ, nad losami Wiary, łzami Jezusowymi: płakał lamentem Maryjnym, nie tylko on sam.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania