Pokaż listęUkryj listę

Demon - Rozdział 6 - (SW)

(STARA WERSJA - NOWA WERSJA TO "DEMON ODRODZENIE")

"Itus"

Terytoria Varsji

Rok 551 nowej ery – 1912 rok imperialny

17 lutego, zima

Dolina Orłów – Miasto Kursk

 

Było zimno. Zima w Varsji nie należała do najprzyjemniejszych. Wszyscy to wiedzieli. Śnieg hamował transport, lód pokrywał szyny, na szybach obrazy tworzyła gołoledź. Mimo to Kursk, wielkie miasto i główna stacja linii kolejowej północ-południe w tej części kraju trzymało się dobrze. Ludzie nie żałowali drewna i ze wszystkich kominów unosił się dym. Wojna jeszcze ich nie dotknęła. Nie trzeba było racjonować jedzenia, ani prądu. Straty na froncie nikogo nie obchodziły. Większość z nich było przestępcami z zakładów karnych, lub ludźmi z dalekich części imperium. Tu, w Kursku było spokojnie. Pewność że za niedługo rozpocznie się ofensywa, która ostatecznie zmiażdży Republikę Finicką była pewna. Stacjonujące jednostki w mieście i na jego granicach, w zbudowanych obozach, tylko utwierdzały społeczeństwo w tym przeświadczeniu.

Jednak nie wszyscy mieli tego dnia tak dobry humor.

Głównodowodzący siłami Armii Carskiej pod Kurskiem – generał-pułkownik Nikołaj Łochwicki miał bardzo złe przeczucia. Od wczoraj nie można było się połączyć z większością bratnich jednostek. Wysłanie posłańców też nic nie dało. Panował chaos. Część podkomendnych tłumaczyła to ostatnim przymrozkiem poza skalą, który mógł przerwać część linii komunikacyjnych. Łochwicki jednak nie mógł być spokojny. Miał pod sobą prawie sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Z czego około setki w samym Kursku, i ponad czterdzieści w niedalekiej bazie wojskowej Bór-3. To on został wyznaczony do przygotowania nowych jednostek do ataku przez Dolinę Rzek. Miał wykorzystać do osiągnięcia tego celu pociąg pancerny – Groźny, ponad dziesięć tysięcy kawalerzystów, oraz najnowszą artylerię Carstwa – haubice 107 i 152mm – wzór 1911. Nie mówiąc też o samochodach pancernych typu Izhorsky, Austin i Pakard. Te arcydzieła carskiej techniki spoczywały na jego barkach. To one miały odwrócić losy tej wojny. Cieszył się że udało się chociaż połowę z nich schować w hangarach na kolei. Trzeba było dbać o te maszyny. To od nich zależało czy wygrają tą wojnę.

Zirytowany raportem że udało się przywrócić kontakt tylko z północą wyszedł na balkon pałacu carskiego gdzie znajdowało się teraz centrum dowodzenia. Budynek wzniesiony stulecie temu, górował nad pobliskim rynkiem, ratuszem oraz cerkwią. Choć, budynek nawet tak imponujących rozmiarów nikł przy wielkich fabrykach na obrzeżach miasta, z których potężnych kominów wciąż buchał dym postępu. Zawiało. Generał, ochłonąwszy, poprawił swój biały płaszcz i wrócił do środka.

Dwójka podlegających mu pułkowników nie ruszyła się z miejsca.

Pierwszy z nich był Piotr Krasnow, dowódca kawalerii. Wysoki, potężnie zbudowany blondyn, o zadbanej krótko przyciętej brodzie i pilnych, złośliwych oczach. Weteran. Brał udział w kilku wojnach kolonialnych na dalekiej północy uciszając wrogów cara. Był dobrym dowódcą, ale paskudnym człowiekiem. Lata zduszania buntów przeciw władzy wytworzyły w nim straszliwe zwyczaje. Był jak pies na łańcuchu carskiej korony. Kiedy chciano wprowadzić terror w przeciwniku, spuszczało się go ze smyczy. Miał wielu przeciwników, jednak nikt nie mógł mu zarzucić braku skuteczności.

Drugim był Dimitrij Kuruta, ten był ewenementem na skalę światową. Był wyższym oficerem, bez pochodzenia Varsjiańskiego. Pochodził z Detronii, kraju na innym kontynencie – Tyrylii. W rzeczywistości nazywał się Daniel Carter. Przeciwnik monarchii parlamentarnej, tradycyjnej dla swojego kraju, przez swoje dość kontrowersyjne poglądy zaczął być ścigany przez republikanów i konserwatystów, jako wróg ojczyzny i systemu. Car udzielił mu schronienia, a w zamian wykorzystał jego umiejętności, których używał, jak dotąd, aż w pięciu wojnach w służbie Detronii. Znany był ze swoich nacjonalistyczno – absolutystycznych poglądów. Wierzył że dyktatura jednostki, jest lepsza niż dyktatura większości. Wyglądem odchodził od typowego mieszkańca północy. Miał ciemne jak noc włosy oraz równie ciemne oczy. Był dokładnie ogolony i uczesany. Zawsze nosił ten sam, mundur Detroński w starym wzorze – ciemnoniebieski, wraz z lekkim płaszczem, gdzie na prawej piersi nadal spoczywał Order Smoka – najwyższe odznaczenie w Detrońskiej armii.

Oboje w tym samym wieku, a jak bardzo się różnią.

Łochwicki spojrzał na obu wyczekująco.

Pierwszy odezwał się Kuruta.

- Nadal brak raportów z południa – oznajmił. – Gońcy jeszcze nie wrócili. Udało się jednak nawiązać komunikację z bazą lotniczą Hillmark na wschodzie. Przekazali nam że na niebie pojawiły się maszyny nowego typu.

- Jakie? – Zapytał zaciekawiony generał.

- Myśliwce. Jeszcze nie wiemy czyje. Możliwe że Diarchia, Tahgan, albo samo Imperium wysyła sprzęt wojskowy do Finicji. Na froncie dochodzi do ciężkich walk, nie mamy jednak dokładnych raportów co się dzieje. Sytuacja jest niejasna, nawet to, czy to My, czy Oni przeprowadzają ofensywę.

- A jak komunikacja z głównym sztabem? Czy udało się połączyć z feldmarszałkiem Tkaczowem?

Tym razem odezwał się Krasnow.

- Tylko na moment, ale kazali nam utrzymać pozycję. Nic więcej. Widocznie mają tam niezły bajzel. Wygląda na to że na całym froncie są takie problemy z komunikacją. – Tu pułkownik zamilkł na chwilę. Minę miał strapioną. Spojrzał na generała i oznajmił. - Nie żebym po jednym dniu się miał czegoś wystraszyć, generale, ale powinniśmy postawić wszystkie jednostki w stan gotowości.

Na te słowa zarówno generał jak drugi pułkownik spojrzeli na niego zaskoczeni. Krwawy Kawalerzysta nie wydawał się osobą która mogła powiedzieć takie słowa. Był przecież przez niektórych uznawany za diabła w ludzkiej skórze. Bezrozumną bestię. Teraz jednak, niechlujny pułkownik wydawał się aż nadto poważny. Widząc ich miny zachichotał.

- Sam używam tej strategii. Wysyłam małe grupy by podciąć linie telefoniczne. Mam specjalne grupy które robią zamieszanie na wszystkich falach radiowych. Od błędnych raportów po fałszywe stacje radiowe. Już to ćwiczyłem. A kiedy wróg jest zdezorientowany i nie wie skąd nadejdzie cios, atakuje moją kawalerią i rozbijam ich w pył – uśmiechnął się rozmarzony, jakby wspominając szarże na zbuntowane wsie i miasta, gdzie szablą rozcinał uciekających w popłochu wrogów Varsji, bez podziału na płeć, wiek, czy wyszkolenie wojskowe. – Tu mamy jednak przewagę. Wróg może zaatakować tylko z kierunku doliny Orłów. Mamy przewagę terenową. Dolina kończy się niziną, a Kursk jest na wyżynie. Mamy przewagę w wysokości, oraz pozycji. Jeśli ustawimy linię obrony w typowym półksiężycu… wróg wpadnie w ogień krzyżowy. Jedyny minus będzie taki że ponowne zgrupowanie wojsk chwilę zajmie. Jeśli wyjdzie rozkaz natychmiastowego ataku z dowództwa… możemy mieć opóźnienie kilku godzin, albo i kilkunastu jeśli rozkaz przyjdzie w nocy, czy będzie gołoledź.

Generał podrapał się po wąsie i zamyślił się przez chwilę. Spojrzał na Kuruta który tylko kiwnął głową zgadzając się z podejściem kolegi. Generał pokiwał więc głową i oznajmił.

- Zróbmy więc tak. Bracie pułkowniku Kuruta, proszę o natychmiastowe wydanie rozkazu postawienia wszystkich jednostek w stan gotowości. Mają być gotowi do zmiany pozycji w ciągu godziny.

- Tak jest panie generale – Kuruta strzelił obcasami i ruszył szybkim krokiem do centrum łączności.

- Wy natomiast Krasnow, proszę mi pomóc w wybraniu nowych pozycji dla naszych jednostek.

- Oczywiście Bracie Generale-Pułkowniku – Krasnow uśmiechnął się i bez zbędnych ceregieli zaczął wykładać, według niego, najlepsze rozstawienie jednostek.

Generał słuchał kiwając głową, raz po raz wtrącał słowo lub dwa widząc lepsze ustawienie danej jednostki. Jednak zgadzał się z większością zaproponowanych przez podkomendnego pozycji. Doświadczenie podpowiadało mu że Krwawy Kawalarzysta ma już umiejętności godne generała, więc jedyne co trzeba zrobić to przekonać Sztab Główny, że zasłużył na awans. Już kończyli kiedy drzwi otworzyły się i do środka wparował Kuruta. Widać że był mocno zaniepokojony. Bez salutowania oznajmił.

- Generale! Z Orła nadjeżdża pociąg z cywilami. Podobno uciekają przed bombardowaniem wroga!

- Co? – Generał również porzucił ustalone formy komunikacji – Przecież żaden kraj na tym kontynencie nie ma bombowców o tak dalekim zasięgu!

- Widocznie to się zmieniło. Mają zamiar wjechać na główną stację i tam dostać pomoc medyczną.

Generał pokiwał głową.

- Wyślijcie medyków oraz żandarmerię. Nie pozwólcie im rozsiać paniki. Uspokójcie i zapewnijcie opiekę. Przywódcę grupy natychmiast sprowadźcie do mnie bracie pułkowniku – spojrzał na Krasnowa. – Ty Krasnow natychmiast połącz się z naszymi jednostkami i nakaż zajęcie ustalonych pozycji. Wszystkie siły w stan pełnej gotowości. Oczekuję drugiego szwadronu kawalerii gotowego do zwiadu w kierunku Orła. Ja spróbuję się skontaktować z Głównym Sztabem. Wykonać!

- Tak jest Bracie Generale! – Strzelili obcasami i pobiegli wykonać rozkazy.

Generał pokręcił głową. W taką pogodę żaden samolot nie powinien dolecieć aż nad Orzeł. Nawet jeśli skłamał że nie ma samolotów o tak dalekim zasięgu, bo były… tylko w Varsji, ale nawet one, przepiękne czterosilnikowe molochy nie były w stanie polecieć tak daleko. Idąc w stronę osobistego centrum łączności zastanawiał się co mogło zbombardować Orzeł. Kiedy wszedł do pokoju jedyny pojazd jaki mógł tego dokonać był sterowiec. Jednak one były używane dotychczas tylko do celów cywilnych, a nie wojskowych…

Widocznie ta ciągnąca się wojna z Republiką Finicji nabrała właśnie zupełnie nowego wymiaru, którego nikt się nie spodziewał. Myślał generał wydając również rozkaz natychmiastowego połączenia ze Sztabem Głównym. Minęła zaledwie chwila gdy radiotelegrafista oznajmił.

- Mamy połączenie. Feldmarszałek Tkaczow na lini.

Łochwicki przyjął telefon.

- Zgłasza się generał-pułkownik Nikołaj Łochwicki.

W słuchawce odezwał się zmęczony głoś feldmarszałka.

- Słucham bracie generale Łochwicki.

- Panie Feldmarszałku. Do Kurska przyjechał pociąg cywilny z Orła. Według zdobytych informacji Orzeł został zbombardowany. Ustawiam siły by chroniły przełęcz. Przygotowuje również jednostkę kawalerii by zbadała sytuację w mieście. Czy mamy jakieś informacje o linii frontu w regionie Doliny rzek?

Telefon nie odpowiadał przez dłuższą chwilę. Łochwicki się denerwował. Uznanie jego decyzji za słuszne, albo nawet i obelga i skarcenie, byłyby lepsze niż ta irytująca cisza. Słuchawka jednak odpowiedziała.

- Generale-pułkowniku Łochwicki. Nie posiadamy kontaktu z doliną rzek. Sztab Główny zakłada że została ona stracona na rzecz sił wroga. Proszę okopać swoje oddziały i nie dopuścić by Kursk wpadł w ręce wroga. Nasze siły przegrupowują się w głębi kraju i w ciągu kilku dni zostaną wysłane na front.

Łochwicki nic z tego nie rozumiał. Oczywiście przygotowania do obrony jakie wykonał zakładały ewentualny atak wroga, ale głos feldmarszałka wskazywał że to nie żołnierzami Finicji powinien się martwić. Odważył się więc zapytać.

- Feldmarszałku… Finicja nie miała sił by przeprowadzić taką ofensywę. Kto im pomaga?

Znów cisza. Następnie westchnięcie i druzgocąca odpowiedź.

- Imperium Feniksa.

Tym razem to Łochwicki umilkł. Słuchawka natomiast kontynuowała.

- Wywiad potwierdził obecność tak zwanego Pierwszego Korpusu Ekspedycyjnego w regionie doliny rzek. Podejrzewamy że to właśnie siły Imperium prowadzą tą ofensywę. Nasza dyplomacja już działa, ale obawiam się że czeka nas wojna z Imperium na pełną skalę.

Co oznaczało największą wojnę na kontynencie od II Wojny z Socjalistami z 1888 roku.

- Dobry Boże… - wyszeptał zszokowany generał.

- Niech się nad nami zlituje bracie generale. Rozkazuję wam za wszelką cenę nie dopuścić do wtargnięcia sił wroga głębiej w nasze terytorium. Jeśli dotrą do Cytadeli Wielkogradzkiej, Varsja przegra tę wojnę zanim naprawdę się zacznie. Nie pozwólcie na to za wszelką cenę.

- Zrozumiałem Bracie Feldmarszałku!

Łochwicki aż strzelił obcasami. Głos w słuchawce uspokoił się i nabrał pewnego tonu.

- Niech Bóg uchowa Cara.

- I nas wszystkich. Łochwicki, bez odbioru.

Odłożył słuchawkę i odetchnął.

Imperium… pomyślał – To zmienia postać rzeczy…

Radiotelegrafista zerknął na swojego dowódcę.

- Dali nam połączenie z dwoma lotniskami. Samoloty już startują. Zapewnią zwiad i kontrolę powietrzną. Osiemnasta brygada piechoty i Drugi samodzielny batalion kawalerii rusza ze swoich stanowisk by się z nami połączyć. Będą tu za dwanaście godzin, osiem jeśli pogoda się poprawi.

Generał kiwnął głową i poklepał podkomendnego po ramieniu.

- Dobra robota. Kontynuujcie.

- Rozkaz panie generale.

Łochwicki wyszedł z pokoju znów zmierzając do pokoju dowodzenia. Kroczył powoli. Jakby brzemię obrony tego miasta dodało mu kilka kilogramów na plecy. Zza ściany, od strony dworca głównego, usłyszał wesoły gwizd lokomotywy. Miał nadzieję że widok pociągu pancernego na sąsiednim, dworcu wojskowym, podbuduje morale uciekinierów. Za chwilę dowie się jak wyglądał atak, a w niedalekiej przyszłości będzie musiał najpewniej powstrzymać wrogą armię u wrót swej ojczyzny.

Właśnie w tamtym memencie… rozpętało się piekło.

Niespodziewana kanonada wystrzałów rozgrzmiała niczym szalejąca burza. Po nich nastąpiły eksplozje i krzyki. Generał stał przez sekundę jak wryty, a następnie popędził do głównego pokoju komunikacyjnego. W środku żołnierze byli równie zdezorientowani co on. Nie pozwolił im jednak na nieuwagę.

- Raport! – Ryknął że nawet wystrzały nie mogły go zagłuszyć.

- Pociąg był tylko przykrywką! W środku byli ŻOŁNIERZE WROGA! – Krzyknął któryś.

- Jaki status?

- Wzięli nas z zaskoczenia. Mają broni jak lodu, ciężkie karabiny i duży kaliber. Kierują się TUTAJ!

Generał warknął. To wszystko było ukartowane. Przeprowadzili atak w idealnym momencie, kiedy jednostki szykowały się do wymarszu. Zamieszanie nie pozwoli na wystarczająco szybką reakcję.

- Wysłać komunikat do wszystkich jednostek! Kursk jest atakowany przez siły wroga. Część jego sił jest wewnątrz miasta. Wszystkie jednostki mają za wszelką cenę utrzymać linię obrony. Kiedy przekażecie tą informację, pakować wszystko co możecie unieść. Niszczyć to czego nie możecie. Ewakuujemy się do Prochorowki – rozkazywał szybko i dokładnie. – Pułkownik Krasnow i Kuruta mają objąć ewakuacją was i jak najwięcej jednostek ciężkiego sprzętu. Moi gwardziści mają stawić się pod sztabem. Osobiście poprowadzę atak na przeciwników.

Stary weteran nie miał zamiaru uciec z pola bitwy jak tchórz. Nie po tylu kampaniach w imię cara.

- Rozkaz bracie generale!

Jednak obok dobrej informacji odezwał się jeszcze jeden głos.

- Mam raport! Siły wroga atakują! Uderzają na flanki i centrum miasta. Mają wozy pancerne!

- To nic. Nasze siły mają utrzymać pozycję! Niech cywile ewakuują się razem ze sprzętem. Do zakończenia walk nie chce ani jednego cywila w mieście! Dopilnujcie tego!

Warknął generał chwytając jeden z karabinów stojący oparty o ścianę. Przeładował go i ruszył w stronę wyjścia. Odwrócił się jeszcze by spojrzeć na swoich podkomendnych.

- To był zaszczyt z wami służyć Panowie. Niech Bóg trzyma nad wami pieczę.

- I nad tobą Ojcze Generale! – Odkrzyknęli chórem nie przerywając pracy.

Łochwicki zbiegając po schodach uśmiechnął się pod nosem.

Ojcze Generale… ha! Tak zwraca się tylko do Pierwszego Marszałka Carstwa!

Pomyślał dołączając do swoich gwardzistów przed wejściem. Byli gotowi i uzbrojeni po zęby. Weterani. Uzbrojeni w lekkie karabiny maszynowe i wyposażeni w stalowe napierśniki. Wszyscy w białym kamuflażu. Zasalutowali. Generał przeszedł na szpicę i oznajmił.

- Wróg jest na dworcu. Nie możemy pozwolić by zajął ten kluczowy punkt miasta. Za mną! W IMIĘ CARA! – Zakrzyknął unosząc karabin.

- URA! – Odkrzyknęli gwardziści.

Ruszyli biegiem w stronę stacji na której już toczyła się pełnoprawna bitwa.

Budynek stacji kolejowej już był zajęty przez wroga. W wybitych oknach co chwile połyskiwały ognie karabinów. Trzy perony również były już pod ich kontrolą. Żołnierze wroga, odziani w biel, chowali się za betonowymi blokami peronów, oraz za nasypami torów. Sam pociąg którym przyjechali trząsł się od nieustannego ognia karabinów. Żołnierze Varsji już się opamiętali i zaczęli odpowiadać zmasowanym ogniem. Budynki dookoła peronu stały się ścianami ognia z których sypał się deszcz ołowiu. Łociwicki zadowolony zauważył że trzy pociągi transportowe i jeden cywilny, ruszają z gwizdem, jadąc na północ, jak najdalej od miasta. Niby tylko trzy pociągi, ale to i tak kilkadziesiąt ton amunicji, broni, mundurów i racji żywnościowych. Nie wspominając już o bandzie cywili którzy, łapiąc to co mieli pod ręką, wskoczyli do pociągu by uniknąć śmierci. Niestety pociąg pancerny Groźny nadal milczał, załoga nie mogła się pewnie przebić na peron by za pomocą dział, karabinów i miotaczy ognia zakończyć tą bitwę, zanim zamieni się w batalię w której Varsja poniesie zbyt duże straty.

Łochwicki wraz z gwardią pojawili się w idealnym momencie. Żołnierze Varsji, mimo przewagi, byli spychani. Jednak widok dowódcy na pierwszej linii, natychmiast odbudował morale.

Przestali się cofać... Zatrzymali się…

I zaczęli spychać wroga, cały czas pokrzykując – URA!

Generał strzelał celnie, osiem bezimiennych wrogów dołączyło do tabelki w linijce – Zabity w boju.

Jednak amunicja się skończyła. Generał odrzucił więc karabin i widząc że siły wroga cofają się coraz bardziej, wyciągnął swoją szablę i pistolet, wstał i krzyknął na cały głos.

- ZA MNĄ! W IMIĘ BOŻE!

- URAAAA!!! – Odpowiedziała mu ponad setka gardeł.

Ruszyli. Fala żołnierzy zaczęła biec gotując się do morderczego starcia na bagnety. Łochwicki był pewny że widok szturmujących żołnierzy ostatecznie złamie morale wroga.

Mylił się.

Pojawili się nowi przeciwnicy. Olbrzymi żołnierze zakuci w ciężkie pancerze z maskami na twarzach, w których połyskiwały czerwone szkła – niczym oczy diabłów. Jakby nigdy nic wstawali, niosąc samodzielnie ciężkie karabiny maszynowe, karabiny, noże i toporki. Bez strachu, jakby kule i ponad setka bagnetów nie robiły na nich wrażenia, ruszyli na wroga. Łochwicki natychmiast zauważył ich dowódcę. Niski, wyprostowany, w lewej dłoni trzymał karabin, a prawą wskazywał kierunki natarcia. Miał również inną maskę. Inni mieli rury połączone z plecakiem, ten nie miał. Wiedział że jeśli go zabije, szanse na zwycięstwo wzrosną wielokrotnie.

Ruszył więc biegiem, tylko po to by dorwać się do wrogiego dowódcy.

Jakież było jego zaskoczenie, kiedy przeciwnik go zauważył i zamiast, jak podpowiada logika, wycofać się. Ten odrzucił karabin, dobył pistoletu i ruszył na niego.

Stary weteran uśmiechnął się pod wąsem.

W końcu ktoś godny mojej szabli! Ucieszył się w myślach, tak jakby to była dziecięca rywalizacja, a nie pole krwawej bitwy.

Dookoła niego już rozgorzała walka wręcz. Pięć bagnetów właśnie przebijało się przez skórę jednego z wielkoludów, kiedy ten jedną ręką łamał kark jakiemuś nieszczęśnikowi, a drugiemu miażdżył w pancernym uścisku głowę. Gdzieś indziej przy terkocie karabinu kilku jego gwardzistów zamieniało się w krwawą papkę. Jeszcze indziej któryś z gwardzistów wbijał saperkę w głowę wrogiego żołnierza. Obok niego trzech wrogów dźgało jednego gwardzistę który dusił innego. Dalej ktoś dobijał wroga kolbą, łamał nos mocnym uderzeniem głowy, podrzynał gardło, czy tłukł się po prostu, aż siła mięśni nie zabije broniącego się wroga.

Widok jak z piekieł, ale generał tego nie widział. Był tylko On i jego przeciwnik.

Równocześnie unieśli pistolety i zaczęli strzelać. Kula za kulą leciała w stronę przeciwnika, mijając go na szerokość paznokcia. Kula przeciwnika musnęła jego ramię, jednak jego kula widocznie trafiła w pierś rywala. Ten jednak szedł dalej, również trafiając, w udo generała. Rana była powierzchowna, więc generał strzelał dalej. Ostatnia kula z magazynka trafiła w bark przeciwnika, on już nie trafił. Oba pistolety szczęknęły i obaj przeciwnicy równocześnie je odrzucili. W dłoni generała spoczywała szabla, w dłoni jego wroga nóż.

Skoczyli na siebie.

Mimo że generał był ranny i już w sile wieku przeszedł do szybkiego natarcia. Ostrze dwa razy zazgrzytało odbijane zręcznymi kontrami, jednak trzeci i najsilniejszy cios trafił przeciwnika w bok potylicy. Szkła pękły, a rywal odskoczył w tył. Obrót głowy przeciwnika i wzmocnienia maski uratowały mu życie. Gdyby trzymał głowę prosto, zginąłby. Szybkim ruchem zerwał maskę.

Był to chłopiec. Najwyżej szesnaście-siedemnaście lat. Miał czarne oczy, głębokie jak noc, oraz włosy w kolorze kruczych piór. Odłamki czerwonego szkła wbiły się w jego twarz, z której spływały teraz stróżki krwi. Nadal stał prosto. Nóż pewnie trzymał w dłoni… i uśmiechał się.

Generała nie zdziwił fakt że jego przeciwnik jest dzieckiem. Zdziwił go fakt że tak szybko zareagował na jego cios. Chciałby dowiedzieć się o nim więcej, ale nie było takiej możliwości. Teraz musiał go zabić.

Znów skoczył do przodu zamachując się szablą. Cios przeleciał tuż przy nosie przeciwnika, który wyprowadził kontrę w postaci serii pchnięć. Kilka z nich dosięgły Łochwickiego, jednak nie zadały znaczących ran. Zamachnął się i zadał cios z góry. Przeciwnik zatrzymał jego cios nożem. Dłoń lekko się zatrzęsła, ale chłopak, nadal uśmiechał się szeroko. Powstrzymywał siłę mięśni generała.

Nie podejrzewał jednak że walczy z doświadczonym szermierzem.

Starym ruchem walki z szablą, generał obrócił szybko ostrze, by ostrze było zwrócone ku górze. Wykorzystał zaskoczenie przeciwnika i wykorzystując płaską powierzchnie drugiej strony szabli pchnął, tak że po łuku, czubek szabli wbił się pierś przeciwnika.

Ten syknął i momentalnie chwycił lewą ręką za ostrze szabli.

Głupcze! Kiedy ją z ciebie wyszarpnę utnę ci palce!

Pociągnął i… szabla się nie poruszyła.

Dłoń przeciwnika krwawiła, ale chwyt był wystarczająco mocny by zatrzymać szablę w bezruchu.

Generał zrozumiał… że już nie żyje.

Przeciwnik pchnął go nożem prosto w pierś. Następnie jeszcze raz i drugi.

Generał stracił siły i osunął się na śnieg.

Oddychał ciężko. Czół smak krwi w ustach. Został pokonany. Po tylu latach.

Rozejrzał się. Jego gwardziści byli martwi, a żołnierze wycofywali się w popłochu, widząc upadek lidera. Generał pokręcił głową. Na odległym peronie rozległa się eksplozja. To pociąg pancerny eksplodował w fontannie ognia. Od strony doliny słychać było tętent koni i harmonie wystrzałów.

Kursk upadnie… ale nie uda im się pchnąć dalej… nie mają już sił… myślał generał nie zważając na uciekające z niego życie.

Spojrzał w górę. Na stojącego nad nim wroga. Oddychał ciężko i krwawił z wielu ran. Uśmiech miał kwaśny. Widocznie nie podobało mu się jak bardzo kosztowne jest to zwycięstwo.

- Kim jesteś…? – Zapytał generał.

Chłopak spojrzał na niego. Oczy miał skupione i pełne powagi.

- Demonem.

Generał uniósł brew. Odetchnął mocno i zaczął się trząść… tylko po to by wydobyć z siebie chichot.

- Nie… nie mój chłopcze... Nie jesteś demonem… jesteś człowiekiem.

Oczy jego przeciwnika rozszerzyły się zaskoczone. Patrzył na niego z niedowierzaniem. Generał kontynuował.

- Spójrz na siebie… spójrz… krwawisz… pocisz się… męczysz… myślisz… i czujesz… masz wolę życia i wolę walki… a co najważniejsze… twoja wolna jest wola. Demon… demon to pies… na smyczy… wykonuje rozkazy… ale nie Ty… kto by ci kazał walczyć ze mną tak jak walczyłeś? Nikt… to była twoja samolubna decyzja… TYLKO TWOJA… nikogo innego… - złapał oddech. – Nie wiem czemu nazywasz siebie Demonem… ale nim nie jesteś… żyłem wystarczająco długo by rozpoznać kto jest człowiekiem… a kto się za niego… podaje…

Przeciwnik słuchał go spokojnie. Rysy jego twarzy się wygładziły. Schował nóż i ukląkł przy nim.

- Jak się nazywasz?

- Nikołaj… Łochwicki… generał… a Ty?

- Francis Adler… porucznik… to zaszczyt Pana poznać… Bracie Generale.

Uścisnęli sobie dłonie. Generał trochę wykorzystał Adlera i się podciągnął do pozycji siedzącej. Oddychał coraz ciężej. Czół jak mało czasu mu zostało. Chwycił swoją szablę i z trudem podał ją wrogowi.

- Weź ją… będzie ci dobrze służyć. – Zakaszlał krwią. – Zdobyłem ją za młodu… zabijając atamana kozackiego… On, tak jak Ja teraz… przekazał mi ją… ta szabla przechodzi z rąk do rąk... zawsze do rąk tego który zabił poprzedniego właściciela. Obyś był jej właścicielem dłużej niż Ja.

Adler przyjął szablę i pochwę do niej. Milcząc skłonił tylko głową. Słowa nie były potrzebne. Było to dziwne uczucie. Wydawać się mogło że jego wróg… ten który zakończył jego życie, jest mu bliższy niż cała rodzina. Generał uśmiechnął się do niego.

- Weź jeszcze mój płaszcz – zdjął go i podał z przyjacielskim uśmiechem. – Mi już nie jest zimno.

Świat pociemniał. Oczy zaszły mgłą. Poczuł jeszcze jak dłoń Francisa Adlera nie pozwala mu bezwładnie opaść i przeciwnik powoli układa go na śniegu. Czół jak ściska jego dłoń.

- Nikołaju Łochwicki… dobrze się Pan spisał… pozwalam panu odejść… Ojcze Generale.

Generał uśmiechnął się w ostatnich chwilach swego życia i odpowiedział.

- Do zobaczenia… syneczku…

 

Dookoła bitwa już cichła. Do klęczącego Adlera podbiegł Rommel. Był lekko ranny w lewą nogę, ale nadal stał. Zasalutował i oznajmił.

- Nasz siły się przebiły. Wróg się wycofuje. Kursk będzie nasz w przeciągu godziny.

Adler pokiwał głową i wstał. Szablę przypiął do boku, a płaszcz zarzucił na siebie jak pelerynę.

- Dobrze… okopcie się i sporządźcie raport o stratach.

- Tak jest! – Rommel już miał zamiar odejść, ale Adler go zatrzymał.

- Dopilnujcie również by Ten dostał swoją własną trumnę. Przy okazji oddam go stronie przeciwnej.

Rommel spojrzał na niego nie rozumiejąc.

- Ale czemu poruczniku? Przecież to nasz wróg.

Adler uśmiechnął się smutno i pokręcił głową.

- Nie, Erwinie Rommlu. To był mój przyjaciel.

Odwrócił się i odszedł w stronę resztek Varsjańskiego sztabu, zostawiając nic nie rozumiejącego Rommla za sobą.

 

Nigdy wcześniej Demon Imperium nie wyglądał na tak zamyślonego jak w tamtej chwili.

Bo dopiero w oczach wroga… został uznany za człowieka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Ozar dwa lata temu
    Bardzo ciekawy opis pojedynku generała z demonem. A do tego Prochorowka kolejny epizod z Cytadeli. A że generał uznał go za człowieka to pewnie był dla niego lekki szok. Kolejny dobry odcinek. Powiem szczerze nie oceniam pod względem literackim ale naprawde podoba mi sie jak ciągniesz akcję. 5 za pojedynek i zakończenie.
  • Kapelusznik dwa lata temu
    Dzięki za ten i poprzednie komentarze.
    Trochę minęło odkąd tu zaglądałem
    Cieszy mnie fakt że ci się podoba.
    Akcja będzie się jeszcze rozkręcać - nie martw się :D
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • krajew34 dwa lata temu
    Walka szabla w epoce broni maszynowej... Cóż póki zaskoczenie będzie po stronie władającego, nie powinno być problemu. W starciu z taki zwykłym wozem bojowym z kawalerii zostanie sito

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania