Poprzednie częściDemon - Prolog - STARA WERSJA  

Demon - SB-1 (SW)

(wersja poprawiona v.1)

Królestwo Tahganu

563 rok nowej ery – 1924 rok imperialny

19 sierpnia, lato.

Region Fateland

658 dzień wojny

 

Okopy ciągną się i wiją niczym węże między wewnętrznym morzem Sathaskim, a ruinami Diopolis. Na samym środku frontu wznosi się wzgórze 632.98 na którym zbudowano Fort Wielkiej Czwórki. Beton i stal. Karabiny, działa przeciwpancerne, przeciwlotnicze, artyleria, moździerze. Istne monstrum które nie pozwala by potężna armia imperialna zdobyła królestwo. Sto dni i jak front stał tak stoi. Po ponad dwóch miesiącach ciężkich walk wyższe dowództwo zaprzestało prowadzić samobójcze szturmy na nieprzebytą linię. Miesiąc już minął odkąd prowadzono poważniejsze ataki, lub ostrzały artylerii. Obie strony ucichły. Zamiast ryku karabinów i dział wszędzie bzyczały pszczoły i grały koniki polne. Z jednej strony jasnobrązowe mundury Imperium, z drugiej zielone Tahganu. Większość w nieładzie, z rozpiętymi kołnierzykami i mankietami. Żołnierze gawędzili, palili, pili. Widać nawet na froncie można mieć wakacje.

Dawid Gosberg, czarnowłosy szeregowy Imperialnej amii, spojrzał przez wizjer obserwując wrogą linię obrony. Widział dym z ognisk i zapach parzonej kawy. Wściekle uderzył w ścianę okopu, co zwróciło uwagę jego towarzysza Witka. Wielkiego człeka ze wsi, co z zakresu myślenia był na poziomie nastolatka, a umiejętność liczenia używał tylko jeśli chodziło o to ile amunicji czy jedzenia ma dostać. Potężny blondyn uniósł wzrok znad swojego CKMu.

- Co jest, Dejwi?

- Sam wiesz! Przegrywamy. Mówi się że nasza marynarka dostała w dupę od Tahgańskich barbarzyńców. Zatopili nam drednota i dwa niszczyciele. Jak tak dalej pójdzie, to ich flota podpłynie sobie jakby nigdy nic i ostrzela od strony morza.

Inny z jego ekipy, Hans, śliczny brunet, strzelec wyborowy, dawny uczeń ornitologii na uniwersytecie i porządny żołnierz, jako jeden z nielicznych, z czystym i zapiętym pod szyję mundurem, uniósł się i zerknął przez swoją lornetkę w stronę morza.

- Eeee… przesadzasz. Pancernik „Ritenberg” nadal stoi w porcie Xasteru. Widzę go aż stąd. Zresztą mamy dominację w powietrzu. Niech przypływają. Na Xasterskim lotnisku stacjonuje 12 Dywizjon Lotnictwa Morskiego. Mówi się że za niedługo dołączy do nich 8 armia bombowa z południa.

Witek przytaknął i wykazując się zaskakującą dla niego pamięcią oznajmił.

- To ponad dwieście samolotów. Mamy tam też te nowe TS-66. Z nimi rozwalimy „Czwórkę”.

- A zapomniałeś że Czwórka ma te przeklęte p.lotki? – Zapytał Dawid. – Zapomnieliście co stało się z 67 dywizjonem bombowym… albo 44?

Umilkli spoglądając na ziemię niczyją. Jakieś sto metrów od nich spoczywał wrak bombowca. Pamiętali dokładnie jak czterosilnikowe bydle grzmotnęło o ziemię. Pamiętali ogień i dym… oraz wrzaski załogi o pomoc, a co ważniejsze, kategoryczny zakaz wychodzenia z okopów. Mimo to jeden idiota chciał być bohaterem. Widok jak jego głowa pęka, jak balonik po przebiegnięciu trzydziestu metrów powstrzymała każdego od bohaterskich czynów. Co nie znaczy, że załoga przestała krzyczeć. Po dwunastu godzinach ktoś się zlitował i wezwał snajpera.

Cisza, jaka nastała po oddaniu trzech strzałów wyryła w ich umysłach szeroką szramę.

No wszystkim z wyjątkiem Witka. Ten to jakby nic się nie stało. Pisał ledwo co. Z trudem posługiwał się tabliczką mnożenia, ale nie bał się właściwie niczego. Może był za głupi, albo zbyt beztroski na wojenne otoczenie. Co bardziej? Nikt nie wiedział. Jednak Witek służył od pierwszego dnia wojny i jeszcze żył…

Dowód na to, że Bóg kocha idiotów…

Dawid ponownie uderzył o ścianę okopu.

- Co robi dowództwo?!

- Pije dobre whisky, pali jeszcze lepsze cygara i je dziczyznę, gdy my mamy mięso z puszki, skręty oraz paskudną kawę… - Odparł Hans zabierając się do codziennego przeglądu broni, jak zawsze o dwunastej – Nie mówiąc o tym, że pewnie zastanawia się w jaki najbardziej strategiczny sposób posłać nas na śmierć…

Witek mruknął potwierdzająco sprawdzając czy taśma amunicji dobrze wchodzi do zamka.

- Ale przynajmniej nie rzucają nas na razie do szturmu… i nic nie wskazuje na to by się cokolwiek miało zmienić w tym temacie.

Hans westchnął spoglądając w niebo za kluczem gęsi. Trudno się pozbyć starych przyzwyczajeń.

- I co jeszcze ważniejsze, walczymy na ziemi wroga, nie naszej…

- Stoimy, nie walczymy! – Przerwał mu Dawid. – Mówili że wojna potrwa najwyżej pół roku, a za moment pyknie drugi rok! – Mówił wściekły – Nie po to rzuciłem pracę subiekta, by teraz zdechnąć w niekończącej się wojnie!

Jego wybuch momentalnie zgasiły głośne rozmyślania Witka, który chyba zupełnie nie przejmował się dłużącą się kampanią.

- Ciekawe co w domu… - zamyślił się – Za niedługo zbiory…

Hans zachichotał widząc jak Dawid czerwienieje na twarzy. Już wciągnął powietrze i już miał zamiar zarzucić Witka jak największą słów nienawiści, z których on i tak zrozumie tylko połowę. Jednak powstrzymał ich silny odgłos kroków.

Zbliżał się do nich oficer. Dziwnie ubrany, bo zamiast typowego jasnobrązowego munduru Imperium, miał czarny. Miał też biały płaszcz zawieszony na plecach jak pelerynę. Przy lewym boku wisiała szabla, przy prawym kabura z pistoletem. Tajemniczy gość nie był zbyt wysoki, miał też jasną cerę, oraz twarz anioła, nie licząc ciemnych głębokich oczu oraz szramy przechodzącej od lewej skroni do samego dołu policzka. Za nim szli żołnierze ubrani w czerń. Nosili czarne mundury, ale i pancerze. Wszyscy bez oficjalnych oznaczeń. Na głowach mieli stalowe hełmy, a twarz zasłaniały maski gazowe, a przynajmniej tak wyglądające na pierwszy rzut oka. Z ust ciągnęła się rura połączona z mechanizmem filtrującym umieszczonym na wysokości pasa, na plecach. Wizjery natomiast błyszczały czerwienią. Hans z zaskoczeniem ujrzał głównie półautomatyczne uzbrojenie, ale co ważniejsze, kilku żołnierzy było uzbrojonych w Lekkie Karabiny Maszynowe (LKM). Jeśli ktoś z taką obstawą nie jest wyższym oficerem, to nie wiedzieli kto mógłby być.

Tak więc momentalnie stanęli na baczność, zresztą jak cała ich kompania. Witek pokazał prawdziwy refleks, który najpewniej dotąd trzymał go przy życiu, zapinając od razu mankiety i wszystkie inne guziki. Za jego przykładem poszli wszyscy. Oficer w tym czasie stał kilka kroków przed nimi, z uśmiechem przyglądając się ich szybkim ruchom i panicznym wręcz wygładzaniem pogniecionego munduru. Jakby na zawołanie pojawił się dowódca ich kompani. Lekko grubawy sierżant o długim wąsie i dobrych, uczciwych oczach. Kulał z lekka na lewą nogę, ranę z początku wojny. Był on zawodowym żołnierzem i wiernym sprawie człowiekiem. Stanął na baczność i zasalutował.

- Sierżant Grzegorz Finc! 4 kompania, 3 batalionu, 2 pułku, 4 brygady, 57 dywizji piechoty. Ku chwale imperium!

Oficer pozdrowił go niezbyt energicznym uniesieniem dłoni.

- Francis Adler. SB-1. Miło poznać.

Kapitan ściągnął brwi, zastanawiając się jaką rangę ma młody oficer.

- SB…? – Zapytał nie mogąc rozpoznać skrótu.

- Specjalny Batalion.

- Nie słyszałem o was.

- I nie powinniście… sierżancie.

Oznajmił z uśmiechem i poklepał go po prawym ramieniu. Gęsia skórka przebiegła po plecach oficera. Oficer w czerni minął go i zerknął przez wizjer. Milczał chwilę obserwując przedpole. Chwila ta wydawała się trwać wieczność. Nikt nie wiedział co robić, wiec po prostu stali, czekając. Francis Adler w końcu odsunął się od wizjera i mruknął zadowolony.

- Wspaniały Fort… sto dni.. a nadal stoi… trudno to sobie wyobrazić, a jednak jest, niemal nietknięty. Cała potęga i przewaga technologiczna imperium rozbiła się o niego jak fala o skały…

Finc aż drgnął zaskoczony.

- Straciliśmy przez niego ponad sto tysięcy żołnierzy! –

Oficer w czerni skinął mu z uśmiechem.

- Co tylko umacnia mnie przy moim zdaniu… ale dziś mam zamiar osobiście to zmienić. Szykować się! Idziemy do szturmu.

Dawid, jako kapral aż wyrwał się z szeregu.

- W samo południe!? Bez przygotowania artyleryjskiego? – Nie wierzył.

Kapitan momentalnie zgromił go wzrokiem.

- KAPRALU GOSBERG!

Oficer jednak powstrzymał go ruchem dłoni. Kapitan umilkł. On natomiast stanął przed Dawidem i przeszywając go spokojnym wzrokiem, cały czas się uśmiechając, zapytał.

- Przedstaw się, żołnierzu.

Dawid przełknął ślinę. To nie były oczy człowieka. To były oczy demona. Czół jakby sam wzrok tego oficera rozrywał jego duszę.

- Kapral Dawid Gosberg. 3 pluton, 4 kompanii, , 3 batalionu, 2 pułku, 4 brygady, 57 dywizji piechoty!

Oficer uśmiechnął się szerzej, a w jego oczach coś zabłyszczało.

- Ile masz lat?

- Dwadzieścia dwa.

- Skąd pochodzisz?

- Z Walencji.

Wzrok demona jakby zelżał.

- Piękne miasto, miałem okazję odwiedzić… macie piękną katedrę.

- Zgadza się.

Oficer umilkł uśmiechając się spokojnie. Kiwnął głową i zerknął na zegarek.

- Już prawie czas… - Spojrzał na swoich podkomendnych. – Radiostacja!

Bez słowa podbiegł do niego żołnierz z radiostacją. Ukląkł i przygotował maszynę.

- Gotowe. Jaki wysłać komunikat?

Oficer odkrząknął.

- Start. Wiadomość do dowództwa. Kod wywoławczy: stalowy kruk. Hasło 66-piorón-34. SB potwierdza zajęcie pozycji i pełną gotowość. Wysłać Te-12 i Te-13 na pozycję 68.4.90. Jednostki Y-122 mają rozpocząć działanie od 1210 do 1230. Około 1235 czekać na mój bezpośredni komunikat lub sygnał BN88. Rozpocząć Operację: Lanca. Potwierdzenie: EW-33-FY-790-SB1. Ku chwale imperium STOP. – Zakończył komunikat.

Radiotelegrafista wszystko miarowo przesyłał szyfrem, a kiedy skończył, kiwnął głową. Oficer znów spojrzał na zegarek. Sierżant natomiast ponownie zadał sobie pytanie kim jest ten oficer co wydaje rozkazy dla całej armii.

- Jeszcze chwilka… - mruknął.

Telegrafista wsłuchał się i zakomunikował.

- Dowództwo potwierdza i rozpoczyna operację.

Nim ostatnie słowa rozwiały się na wietrze dało się słyszeć charakterystyczny świst i pomruk pędzących pocisków artyleryjskich. Hans spojrzał w niebo i krzyknął.

- To nasza!

W tym momencie odezwały się eksplozje i wybuchy. Żołnierze całej kompani… nie całej armii przypadli do ścian okopów i obserwowali. Po drugiej stronie frontu rozgorzało piekło. W piękny, letni dzień, w samo południe, na pozycje Tahgańskich okopów spadł deszcz pocisków. Potężne ładunki rozrywały swą stalową skorupę, by nieść śmierć i zniszczenie. Po prawej pojawiła się wielki wybuch, to Imperialna Artyleria Kolejowa dała o sobie znać, ciągnąc na szynach potężne działa 450 mm. Witek uniósł karabin i zaczął krzyczeć i śmiać się w niebogłosy. Za jego przykładem poszedł cały front. Żołnierze wiwatowali. Widzieli jak potężne pociski wbijają się w wzgórze i szarpią znienawidzoną przez nich Czwórkę.

Jednak nie na tym się skończyło. Z wyższych chmur wysunęły się sylwetki bombowców, które wraz z charakterystycznym gwizdem, który brzmiał dla wielu jak śpiew niebios, spuszczał niezliczoną ilość bomb, które uderzając w linie obrony wybuchały w obłokach płomieni. Wywołując niezliczone pożary, ciągnąc się w głąb linii obrony przeciwnika. Dawid patrzył wstrząśnięty tym co widział, a widział zadowolony uśmiech oficera w czerni.

- Bomby zapalające… - Oznajmił zadowolony. – Najnowsza zabawka Imperium.

Wśród tej całej radości, całego triumfu, Dawid zapytał.

- Kiedy… kiedy wam się udało to przygotować…?

Ten uśmiechnął się serdecznie.

- Zaledwie dwa miesiące temu zaczęliśmy przygotowania… Dawidzie Gosberg… albo Agencie Tahgańskiego wywiadu, Stanisławie Ostrok.

Tu zanim zdążył zareagować, dwóch żołnierzy w czerni pochwyciło go za ręce wyrywając broń i zepchnęło do pozycji klęczącej, wykręcając ręce i wiążąc je w kilka sekund. Dopiero po fakcie ten krzyknął.

- Co wy robicie?! Zostawcie mnie! Sierżancie! Ratuj!

Ten faktycznie zareagował.

- Oficerze, czemu go aresztujecie?! To mój żołnierz! Jest pod moim dowództwem! Znam go, to prosty żołdak, nie szpieg!

Francis Adler zaśmiał się znów mając wzrok demona.

- Och… Ależ on jest szpiegiem. Walencja jest miastem na wschodnim wybrzeżu. A miasto ma specjalny nakaz brania rekrutów tylko do dywizji wschodnich, a 57 do nich nie należy. Dodatkowo wspomniana przeze mnie katedra nie istnieje… to Świątynia. Tamten region ma w sobie wpływy Kościoła, ale nadal świątynia należy do wyznawców Trasgana, w zamian za służbę w armii. To szpieg, kapitanie, i to kiepski… dlatego wpadł w nasze sidła… Zresztą jak wszyscy z jego komórki…

Tu momentalnie wyciągnął pistolet i przestrzelił kapitanowi prawe biodro. Ten padł na kolana chwytając się za krwawiącą ranę. Spojrzał w górę, na uśmiechniętą twarz demona.

- Nikt by się nie spodziewał osobistego posłańca kapitana o przesyłanie kopii meldunków… Prawda? Grzegorzu Frunk…?

Kapitan otworzył usta, jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale szybka dłoń oficera znalazła się w jego buzi i bezceremonialnie wyrwała coś z trzonowca. Kapitan jęknął i splunął krwią.

W otwartej dłoni oficera w białych rękawiczkach leżała mała tabletka. Demon obrócił kapsułkę w palcach.

- „Ostatni Obowiązek”… Profesjonalna trucizna. Cicha i bezbolesna. Część ekwipunku wyższych warstw Tahgańskiego wywiadu… - uśmiechnął się chowając ją zza pazuchę – Mam nadzieję że podobają się wam wakacje w naszym wspaniałym IMPERIUM!

Zaśmiał się przerażająco. Kapitan patrzył na niego nienawistnie.

- Skąd wiedziałeś…?

- O tym że jesteście z wywiadu…? Dawaliśmy lekko różniące się komunikaty do określonych jednostek, czekając, aż nasz wywiad potwierdzi kiedy i skąd przybył błędny raport do wrogiego dowództwa… - mówił spokojnie z uśmiechem – a co do trucizny… Widzisz… każdy z naszych oficerów ma obowiązek raz na trzy miesiące, lub pół roku w stanie wojny stawić się u dentysty… jakież to szczęście że są oni tak spostrzegawczy.

Kapitan ryknął jak bestia, ale rana, oraz dwóch trzymających go żołnierzy, nie pozwalało na jakikolwiek ruch. Szarpał się, ale bezskutecznie.

- Imperialny psie! Nigdy nas nie pokonacie! Fort Wielkiej Czwórki nie upadnie pod tak żałosnym atakiem!

Demon skinął głową zwracając wzrok na fort. Bestia nadal stała, ale teraz odpowiadała ogniem. Artyleria, moździerze, działa przeciwlotnicze. Wybuchy zaczęły rozdzierać linię obrony Imperium. Długie warkocze dymu i ognia spadały z nieba by gruchnąć o ziemię, nie mogąc już nigdy więcej wznieść się ku słońcu. Zachichotał.

- Masz całkowitą rację. Ten atak nie pokona Czwórki chyba że coś na to poradzę…

Tu kilku żołnierzy w czerni podciągnęło pod same jego nogi kable, a jeden z nich miał detonator. Radiotelegrafista skinął głową.

- Mamy potwierdzenie… Kable w porządku.

- Wyśmienicie…

Spojrzał na detonator i przyjął go niczym świętą relikwię. Położył dłoń na rączce. Spojrzał na fort niemal z żalem w oczach.

- Co za szkoda… a to był taki ładny fort.

I nacisnął wajchę.

 

Huk rozdarł niebiosa. Wszystkie okrzyki ucichły. Fala uderzeniowa wstrząsnęła ziemią.

Fort Wielkiej Czwórki eksplodował. Beton, stal i całe wzgórze uniosło się niczym rosnący bąbel, by następnie zapaść się w obłokach dymu i ognia. Szpiedzy patrzyli na to wstrząśnięci.

- Tunele… tunele i ładunki wybuchowe – uśmiechnął się demon. – Zaskakujące jak są potężne… Prawda?

Po tych słowach wyszedł z okopu, nie zważając na możliwe niebezpieczeństwo, a za nim jego ubrani w czerń żołnierze. Zza jego plecami zawarczały silniki i tuż przed okopami ustawiła się linia czołgów i opancerzonych wozów bojowych. Żołnierze w czerni byli wszędzie dookoła. Demon uniósł dłoń, a jego psy czekały na rozkaz.

- Nie przynoszę zbawienia… i nie błogosławię… Niosę tylko… okrutną prawdę…

I opuścił dłoń spuszczając z łańcucha swoje psy. Silniki zawarczały i zagrzmiały działa, żołnierze zaczęli biec, wszyscy w formacji klina. Za nimi z okopów wypadła jasnobrązowa masa żołnierzy imperium, którzy wrzeszcząc w niebogłosy dołączyli do szturmu, który miał zwiastować koniec tej niekończącej się wojny. Wszyscy wrzeszczeli jak jeden mąż: „ZA IMPERIUM”. Resztki tego co było niedawno Tahgańską linią obrony odpowiedziało pojedynczymi wystrzałami…

Ale jak deszcz ma się równać z huraganem?

 

Na miejscu pozostali jedynie: Francis Adler, Grzegorz Frunk, Stanisław Ostrok, Hans, Witek oraz kilku żołnierzy w czerni. Demon z satysfakcją patrzył na pogrążonych w rozpaczy szpiegów. Rozłożył ramiona jakby był na wielkiej scenie, a to co zrobił, było częścią przedstawienia.

- Patrzcie uważnie… Miejcie świadomość swojej porażki… - Tu wyciągnął skręta i zapalił go zaciągając się powoli. – Bo to ostatni widok jaki zobaczycie w życiu.

Momentalnie odezwał się CKM. Kule rozszarpały dwóch nieszczęśników, zamieniając dwójkę osób, w bliżej nieokreśloną mieszankę tkanin, mięsa i krwi. Witek stał na dawnymi towarzyszami. Po policzkach spływały mu łzy nienawiści… widocznie nawet jego poruszyła zdrada. Zamek klikał jeszcze długo po tym jak ostatnia kula opuściła taśmę.

Coś jakby cień przeszedł po twarzy demona, jednak szybko zniknął zastąpiony uśmiechem. Demon podszedł do Witka i poklepał po ramieniu.

- Wiktor Jagr?

- Zgadza się!

- Dobra robota.

Tu uniósł broń i wystrzelał cały magazynek pistoletu w jego pierś. Każda kula wbijała się w miękkie ciało, rozszarpując narządy, jak stado dzikich psów rozszarpuje pechowego kota.

Wiktor padł martwy na ziemię, po raz pierwszy w życiu, mając przerażenie w oczach. Demon zaśmiał się i spojrzał na Hansa, który nadal stał na baczność, teraz jednak mocno ściskając karabin i z niepokojem patrząc na wymierzone w niego lufy żołnierzy w czerni. Demon jednak spokojnie podszedł do niego i strzepnął popiół ze skręta na jego buty. Odezwał sie lekko rozbawionym tonem.

- Nigdy mnie nie widziałeś… Prawda?

Hans strzelił obcasami za wszelką cenę unikając wzroku demona.

- Prawda!

- Świetnie!

Demon zaśmiał się, zaciągnął i wypuścił dym z ust. Wyglądało to tak, jakby z szerokiego uśmiechu wydobywały się opary piekieł. Spojrzał na trupa, a potem na Hansa.

- Rozumiesz. Armia Imperium nie potrzebuje głupców, co nie potrafią poczekać na rozkaz…

Hans nie ważył się spojrzeć w martwe oczy przyjaciela. Teraz liczyło się tylko jego życie.

- Rozumiem!

- Świetnie! – Powtórzył i poklepał go po ramieniu ruszając za szturmującą armią. – Gratuluję awansu… Sierżancie Hansie Kettler. Zaopiekujcie się 4 kompanią…

Jedyna odpowiedź jaka wydobył z siebie Hans, było:

- KU CHWALE IMPERIUM!

 

I tak nowo upieczony oficer przetrwał spotkanie z demonem… W przeciwieństwie do królestwa Tahganu, które miało upaść na początku następnego roku…

(Ponownie dziękuję Enchanteuse za komentarz z aspektami poprawiania. Zachęcam do dalszego czytania i komentarzy.)

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Enchanteuse dwa lata temu
    - Co jest Dejwi?

    Jak tak dalej pójdzie to ich flota podpłynie sobie jakby nigdy nic i ostrzela od strony morza.

    Inny z jego ekipy, Hans, śliczny brunet, strzelec wyborowy, dawny uczeń ornitologii na uniwersytecie i porządny żołnierz, jako jeden z nielicznych, z czystym i zapiętym pod szyję mundurem. Uniósł się i zerknął przez swoją lornetkę, którą zwykle obserwował ptaki, w stronę morza.

    Jakieś sto metrów od nich, spoczywał wrak bombowca

    Widok jak jego głowa pęka jak balonik po przebiegnięciu trzydziestu metrów powstrzymała każdego od bohaterskich czynów.

    Cisza jaka nastała po oddaniu trzech strzałów wyryła w ich umysłach szeroką szramę.

    Co nie znaczy że załoga przestała krzyczeć.

    Dowód na to że Bóg kocha idiotów

    Nie mówiąc o tym że pewnie zastanawia się w jaki najbardziej strategiczny sposób posłać nas na śmierć…

    i nic nie wskazuje na to by miałoby się cokolwiek zmienić w tym temacie…

    Nie po to rzuciłem pracę subiekta, by szybko się dorobić, by teraz zdechnąć w niekończącej się wojnie!

    Hans z zaskoczeniem ujrzał głównie półautomatyczne uzbrojenie, ale co ważniejsze kilku żołnierzy było uzbrojonych w Lekkie Karabiny Maszynowe (LKM)

    Witek pokazał prawdziwy refleks, który najpewniej dotąd trzymał go przy życiu, zapinając od razu mankiety i wszystkie inne guziki.

    Lekko grubawy sierżant, o długim wąsie i dobrych, uczciwych oczach.

    - Przedstaw się żołnierzu

    Czół jakby sam wzrok tego oficera rozrywał jego duszę
  • Enchanteuse dwa lata temu
    Ajć. Ucięło mi. Sorry :)
  • Enchanteuse dwa lata temu
    Na początek może zacznę od wyliczajki.

    "- Co jest Dejwi?" - przecinek po słowie " jest".

    "Jak tak dalej pójdzie to ich flota podpłynie sobie jakby nigdy nic i ostrzela od strony morza."

    Przecinek przed "to".

    "Inny z jego ekipy, Hans, śliczny brunet, strzelec wyborowy, dawny uczeń ornitologii na uniwersytecie i porządny żołnierz, jako jeden z nielicznych, z czystym i zapiętym pod szyję mundurem. Uniósł się i zerknął przez swoją lornetkę, którą zwykle obserwował ptaki, w stronę morza."

    To pierwsze zdanie nie ma sensu. Chyba żebyś połączył go z następnym. Albo zmienił formę.

    Wariant I:

    Inny z jego ekipy, Hans, śliczny brunet, strzelec wyborowy, dawny uczeń ornitologii na uniwersytecie i porządny żołnierz, jako jeden z nielicznych, z czystym i zapiętym pod szyję mundurem, uniósł się i zerknął przez swoją lornetkę, którą zwykle obserwował ptaki, w stronę morza."

    Wariant II:


    "Inny z jego ekipy, Hans, śliczny brunet, strzelec wyborowy, dawny uczeń ornitologii na uniwersytecie i porządny żołnierz, jako jeden z nielicznych miał czysty i zapięty pod szyję mundur. Chłopak uniósł się i zerknął przez swoją lornetkę, którą zwykle obserwował ptaki, w stronę morza."

    "Jakieś sto metrów od nich, spoczywał wrak bombowca"
    Bez przecinka.

    "Widok jak jego głowa pęka jak balonik po przebiegnięciu trzydziestu metrów powstrzymała każdego od bohaterskich czynów. "

    Przecinek przed "jak".

    "Cisza jaka nastała po oddaniu trzech strzałów wyryła w ich umysłach szeroką szramę."

    Przecinek przed "jaka".

    "Co nie znaczy że załoga przestała krzyczeć."

    Przecinek przed "że".

    "Dowód na to że Bóg kocha idiotów"

    Jak wyżej.

    "Nie mówiąc o tym że pewnie zastanawia się w jaki najbardziej strategiczny sposób posłać nas na śmierć…"

    Znów.

    "(...) nic nie wskazuje na to by miałoby się cokolwiek zmienić w tym temacie…"

    Przecinek przed "by". Poza tym zdanie trochę kulawo sformułowane. Moja sugestia:


    "(...) nic nie wskazuje na to by cokolwiek miało się zmienić w tym temacie…"

    "Nie po to rzuciłem pracę subiekta, by szybko się dorobić, by teraz zdechnąć w niekończącej się wojnie!"

    Znów dziwnie sformułowane. Powtórzenie "by" w bliskim sąsiedztwie. Może po prostu zrezygnuj z środkowego członu?

    "Hans z zaskoczeniem ujrzał głównie półautomatyczne uzbrojenie, ale co ważniejsze kilku żołnierzy było uzbrojonych w Lekkie Karabiny Maszynowe (LKM)"

    Wtrącenie "co ważniejsze" należałoby oddzielić przecinkami, albo myślnikami.

    "Witek pokazał prawdziwy refleks, który najpewniej dotąd trzymał go przy życiu, zapinając od razu mankiety i wszystkie inne guziki. "

    Zgrzytnęło mi. Wygląda na to, że refleks zapina mu te mankiety. To niby jest dopuszczalne, ale taka personifikacja gryzie się z resztą tekstu.

    "Lekko grubawy sierżant, o długim wąsie i dobrych, uczciwych oczach. "

    Bez pierwszego przecinka.

    "- Przedstaw się żołnierzu"

    Przecinek po "się".

    "Czół jakby sam wzrok tego oficera rozrywał jego duszę"

    Przecinek przed "jakby". I czuł, a nie czół.

    "Żołnierze całej kompani… nie całej armii przypadli do ścian okopów i obserwowali."

    Przecinek po "nie" i "armii". Kompanii, nie kompani.

    "Jednak nie na tym się skończyło."

    Również zdanie dziwnie zbudowane. Sugeruję:

    Jednak na tym się nie skończyło.

    "Wywołując niezliczone pożary ciągnąc się w głąb linii obrony przeciwnika"

    Przecinek przed "ciągnąc". Przy takich wyliczeniach przed każdym elementem stawiamy przecinek. Oprócz pierwszego, oczywiście.

    "I nacisnął wajchę" - zjadłeś kropkę.

    Ogólnie nie jest źle, choć masz problem z przecinkami i czasami z ortografią. Także jakiś szczególny pociąg do wielokropka. To nadużywane wprowadza nastrój takiej ckliwości, by nie rzec - śmieszności. Niektórzy, w tym ja, mają podobne ciągoty do jakichś tam innych różności; grunt,, by sobie to uświadomić i powyrzucać stamtąd, gdzie to absolutnie nie jest konieczne.
    Jeśli natomiast chodzi o fabułę, to trochę jest zagmatwana.
    Zagmatwana, akcja trochę za szybko przeprowadzona, ale w ogólnym zarysie dobra.
    Pytanie ode mnie: czy to jest kontynuacja Balu?

    Bo jeśli tak, to z chęcią przeczytam więcej.

    Pozdrawiam i pokładów weny życzę!
  • Kapelusznik dwa lata temu
    Interpunkcja to moja pięta achillesowa - wiem i z nią walczę, ale nie jest łatwo. Będę starał się zwracać na to więcej uwagi.
    Opowiadania z serii "Demon" mam zamiar zamienić kiedyś w książkę. Więc Tak, "SB-1" jest kontynuacją "Balu", a właściwie - jeśli spojrzysz na daty, wydarzeniem przed nim. Po opowiadaniu "Amator" pojawi się kilka opowiadań rozwijających kwestię wojny Finicko-Varsjańskiej by przypominać co jakiś czas wydarzenia z innych momentów życia mojego bohatera - jest to zamierzone - daje wycinki fabuły by przedstawić klimat mojego uniwersum, a nie zdradzić całej historii.
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • Enchanteuse dwa lata temu
    Kapeluszniku, wystarczy, że będziesz na bieżąco poprawiał opowiadania. To daje wiele, uwierz.
    Cóż, wojenne klimaty nieszczególnie mnie kręcą. Ale jeśli będziesz miał coś we innym stylu - zajrzę.
  • Kapelusznik dwa lata temu
    Enchanteuse
    Zobaczymy. Na razie chcę rozwijać tą serię. Nie wszystko będzie stricte wojenne, ale mam nadzieję zainteresować przynajmniej część czytelników.
  • Kapelusznik dwa lata temu
    Enchanteuse
    Właściwie to spełnię twoją prośbę od razu!
    Wiersze w drodze
    miłego czytania!
  • Nefer rok temu
    Zauważalna zmiana scenerii, klimat okopowy zarysowany wyraziście, później fabuła "szpiegowska" poprowadzona w dość karkołomnym tempie. Pytanie, dlaczego wysokiej (jak można sądzić) rangi oficer miałby tłumaczyć tajniki swoich sukcesów kontrwywiadowczych świeżo pojmanym szpiegom? Ale rozumiem, że było to potrzebne dla fabuły, a nasz bohater mógł odczuć potrzebę pochwalenia się, jak każdy człowiek (tylko czy jest człowiekiem?). Mamy też niekonsekwencje w stopniach oficerskich. Sierżant nazywany jest "kapitanem" (może "kapitan" to zwyczajowa nazwa stanowiska dowódcy kompanii, ale po co to zamieszanie?) oraz "oficerem" (to już niezgodne z rangą stopni, sierżant to w końcu podoficer). Przymiotniki typu "tahgański" piszemy jednak z małej litery (podobnie jak np. "polski"), ewentualnie z dużej przy nazwie własnej instytucji (np. Wywiad Tahgański"). Ale zauważyłem, że właściwie zawsze piszesz to z dużej litery. Opisy postaci (tutaj tajemniczego oficera oraz jego podwładnych) podobnie jak w poprzedniej cześci zbyt często opierają się na czasownikach "być" i "mieć". Utrzymałeś jednak moje zainteresowanie, więc do zobaczenia.
  • Kapelusznik rok temu
    SB-1 - było moim pierwszym konceptem "Demona"
    Myślą o tym jak mój bohater będzie wyglądał pod koniec opowieści
    Od tego wszystko się zaczęło
    Resztę wyjaśnień masz pod twoim komentarzem w "Prologu"
    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania