Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Demon Odrodzenie - 15

Rozdział 4 – „Czerwony Las” – cz.3

Republika Finicka

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

27 Kwietnia

Region Geenret – Północne ziemie Finicji przy granicy z Carstwem Varsji

 

Dzień był piękny. Na niebie nawet jednej chmurki, niemalże brak wiatru. Idealny dzień na polowanie. Dziesiątki psów biegały wokół jeźdźców jadących ku puszczy. Każdy z nich był uzbrojony i gotowy do na wielkie polowanie. Dziecięca ekscytacja wypełniała powietrze. Wiara, że człowiek jest silniejszy od zwierzęcia, odbijała się od ściany drzew. Jedynie dwie osoby nie były tak entuzjastyczne.

Eagle i Everhauser.

Jechali oni lekko z tyłu, znacznie bardziej skupieni i lepiej uzbrojeni. Milczeli. Nie chcieli by ich własna rozmowa, mogła doprowadzić do stracenia skupienia. Trudno się dziwić takiej sytuacji.

Wyśmiali ich.

Kiedy powiedzieli, że w lesie może czaić się bestia, taka jak wilkołak, wszyscy wybuchli śmiechem. Okrzyknęli ich starcem i dzieciakiem wierzącym w bajki.

Na szczęście pozycja Everhausta jako byłego WIELOKROTNEGO ministra gospodarki, zapewniła, że szybko się uciszyli, a żadne uwagi nie zostały zwrócone do Eagle. Mimo wszystko podważanie opinii Eagle równało się z podważeniem opinii Everhausta, a na jego gniew nikt nie chciał się narazić.

Następny dzień był spokojny. Przeprowadzono wstępne rozpoznanie terenu i nawet upolowano trochę zajęcy i jedną łanię. Adler i Everhaust nie uczestniczyli jednak czynnie w polowaniu. Szukali śladów… i znaleźli ich wiele. Popękane kości, bardzo dużo popękanych kości. Szkielety obgryzione do czysta, z połamanymi i rozerwanymi kręgami. Inni łowcy mówili, że to niedźwiedzie, ale Adler i Everhaust wiedzieli z czym, się mierzą. Uszy nadczłowieka cały czas wyłapywały niepokojące dźwięki. Niczego nie zobaczył. Nawet cienia, ale był bardziej niż pewny, że żywy mit ich obserwował. Na szczęście nie był jedynym, który miał tego świadomość.

Po wczorajszym dniu Eagle polubił starego polityka. Był to człowiek grupo po sześćdziesiątce, ale daleko mu było do spowolnionego trybu życia. Lata walki politycznej i jego zafascynowanie naturą, zapewniły mu silne ciało, bystry umysł i żelazną wolę. Eagle zaczynał rozumieć, czemu zdobył przydomek „ministra ze stali”. To On i nie kto inny, rozwinął i zmodernizował gospodarkę Finicji, tak, że zaczęła się ona liczyć na scenie gospodarczej i politycznej kontynentu, bardziej, niż można by przypuszczać. Na domiar wszystkiego dowodził on na jego oczach swej siły i ostrożności. Podejrzewał, że dzięki doświadczeniu polityk widzi i słyszy więcej niż On, mimo oczywistej przepaści między ich możliwościami.

Adler siedzący w Eaglu zauważył już rewolucjonistów. W przeciwieństwie do wilkołaka, ich ślady były znacznie prostsze do odkrycia i zauważenia. Byli dużą grupą, może dwadzieścia osób, może więcej. Zupełnie tak jak bestia, pierwszy dzień poświęcili na obserwację. Oznaczać to mogło, że ich dowódca jest doświadczony i ma łeb na karku. Wszystko wskazywało, że to typowi partyzanci. Coś jednak nie dawało Adlerowi spokoju. Pojawienie się ich było zbyt dokładne. Miał kilka teorii, ale na razie postanowił czekać. Jeśli los pozwoli, wydobędzie odpowiednie informacje prosto z gardeł rewolucjonistów.

Coś mignęło w lesie. Stanął i pewniej chwycił kolbę karabinu. Obserwował.

- A ty nadal na baczności? – Odezwała się Ewelina, która właśnie podjechała do jadącej z boku dwójki. – Nie przesadzasz trochę?

Eagle poluźnił uchwyt i pokręcił głową.

- Obawiam się, że nie. Właśnie zobaczyłem ruch w lesie.

Ewelina już miała cos powiedzieć, kiedy odezwał się Everhaust.

- Ty też? – Eagle kiwnął głową. – To dobrze. Zaczynałem się martwić, że oczy mnie zwodzą.

Ewelina spojrzała na polityka zdezorientowana.

- Naprawdę wierzy Pan w wilkołaki? Ludzi-bestie?

Mężczyźni prychnęli rozbarwieni, a Ewelina spojrzała na nich jeszcze bardziej zdezorientowana. Everhaust zauważywszy jej ciekawość, odezwał się.

- Człowiek-bestia to mit. Wymyślona bajeczka stworzona przez chłopów i bardów w przeszłości… nie zmienia to faktu, że wilkołaki istnieją. Zwyczajnie nie są tak… - szukał odpowiedniego określenia. – „Magiczne” jak ludzie chcieliby wierzyć.

- Więc czym są?

- Trudno powiedzieć – oznajmił Eagle. – To osobniki, za każdym razem męskie, o niebywałej wielkości i inteligencji porównywalnej do 10-letniego dziecka. Niesamowicie rzadki widok w tych czasach.

- Tylko męskie osobniki? Więc jak się rozmnażają?

Eagle spojrzał na Everhausta, a ten przejął pałeczkę rozmowy i kontynuował wyjaśnianie.

- Nie rozmnażają się. Rodzą się ze zwyczajnych wilków – oznajmił. – Naukowcy do dziś nie wiedzą czemu ani jak dochodzi do narodzin wilkołaka, odkryli jednak… mutację w ich… Boże. Jak to się nazywało?

- Genotypie? – Podpowiedział Egle.

- Tak! Genotypie. Znaleźli w nim mutacje. Podobną do wielu innych, jakie zostały zaobserwowane wśród zwierząt i ludzi. Słyszałem, że określają to „Genem Katastrofy”.

- Katastrofy sprzed 500 lat? Od której liczy się Nową Erę? – Dopytała Ewelina.

- Dokładnie tej. Wiadomo jest, że zapiski i dokumenty sprzed Katastrofy mówią o wielu magicznych i dziwacznych zwierzętach i istotach. Jak smoki czy elfy. Mimo że wydają się one pomysłami z legend i bajek dla dzieci, cały czas odnajdujemy ślady, że istoty te faktycznie istniały.

- Słyszałam tę teorię, ale zbytnio nie dawałam jej wiary. Mówi się, że Shoragowie* należą do tego przypadku.

Everhaust pokiwał głową.

- Tak, mimo że ich nie lubię, niziołki faktycznie się do nich zaliczają – prychnął i splunął na ziemię. – Parszywe bękarty cywilizacji.

Eagle uniósł brew, ale nie skomentował. Do niziołków nic nie miał. W Imperium mieli pełne obywatelstwo, a kilku pracowało nawet dla Sekcji 10. Do tego wszystkiego żaden z nich nie był lekarzem, więc siedzący w Eaglu, Adler, również nie miał do nich zbyt wiele pretensji. Everhaust odkrząknął i kontynuował.

- Tak więc. Cokolwiek sprawia, że pojawiają się te… „byty”, nie wiemy jak to znaleźć, ani jak wyleczyć, ani jak zbadać. Przynajmniej Ja, o sukcesach w tych badaniach nie wiem zbyt wiele. Nie mniej, nie licząc wyjątku niziołków i kilku innych „stałych” bywalców, jeśli można tak powiedzieć, jest sporo bestii, które wyskakują jak królik z cylindra z nieznanych przyczyn. Dla przykładu: Smok Morski, Leszy, Wodnik, Feniks czy Wilkołak, z którym, Ja i szanowny Pan Eagle, sądzimy, że się tu mierzymy.

Ewelina pokiwała głową.

- Rozumiem Pana niepokój, ale nadal nie mogę zdobyć się na wiarę, że jest tu faktycznie wilkołak.

Adler coś usłyszał. Rozejrzał się sprawdzający otoczenie. Jechali teraz wzdłuż rzeki, niewielką doliną. Nie było tu tak wielu drzew, głównie potężne dęby o rozłożystych konarach, więc psy i jeźdźcy mogli jechać bez przeszkód. Położył dłoń na kaburze, wyczuwając niebezpieczeństwo.

- Obawiam się, że brak wiary nie wystarczy, by wilkołak zniknął, Moja Pani.

Kiedy skończył mówić, rozległo się szczekanie psów. Myśliwi unieśli broń i zatrzymali konie. Czekając, na zwierzynę. Eagle nie wyciągnął jednak broni. Obserwował otoczenie. Psy szczekały ze wszystkich kierunków. Oznaczało to, że wilkołak chce ich zdezorientować, kiedy przeprowadzi atak z zaskoczenia na którąś z grup myśliwych. Kiedy Everhaust spoglądał w las, on rozglądał się, szukając najbardziej odsłoniętego celu, jaki mógłby zostać zaatakowany przez wilki.

Po chwili go znalazł. Znana mu już kuzynka Eweliny, Gabriela, stała wraz ze swoim ukochanym w brodzie, w środku rzeki. Oddalona od wszystkich. Kiedy to zauważył pięć ciemnych kształtów, przeskakujących wzgórze zmierzając prosto na zdezorientowaną parę.

- Proszę strzec Panienki Eweliny! – Ryknął na Everhausta, ruszając z miejsca cwałem.

Ewelina spojrzała za nim, a Everhaust zauważając w końcu zbliżające się, do pary wilki wstał w strzemionach i przymierzając się, zaczął posyłać kule w stronę wilków. Miał nadzieję, że zwróci tym wystarczająco dużo uwagi, że inni się dołączą. Tamci byli jednak głupi i niedoświadczeni i nie zauważyli wystarczająco wcześnie zbliżającego się niebezpieczeństwa.

Eagle jechał na złamanie karku. Ogier, na którym jechał, był bardzo szybki, wątpił, jednak że prześcignie on wilki żelazne. Zdezorientowana Gabriela patrzyła w przeciwnym kierunku. Nadal nie zauważyła inkarnacji śmierci w postaci kilkudziesięciu kilogramów mięśni, futra i ostrych kłów. Zaczął krzyczeć.

- ZA TOBĄ GABRIELO! ZA TOBĄ! – Darł się w niebogłosy.

W końcu Gabriela go usłyszała i w ostatnim momencie dojrzała pędzące na nią wilki. Krzyknęła przerażona, zwracając uwagę swojego wybranka, który z pistoletem w dłoni odwrócił się, kiedy wilki były niebezpiecznie blisko.

Eagle przygryzł wargę. Był o kilka kroków za daleko. Teraz musiał wszystko powierzyć temu zwyczajnemu chłopakowi i w swej niewierze, modlić się do bogów, którzy go obserwują, o to by dłoń chłopaka nie pozwoliła mu spudłować.

Bogowie go wysłuchali.

Trzy celne strzały odezwały się, zanim jeden z wilków skoczył i dosłownie, wyrzucił go z siodła. Kon Gabrieli, spłoszony, ruszył cwałem w las, a za nim trzy wilki. Jeden leżał na ziemi, skamląc i krwawiąc z dziury po kuli, a ostatni wgryzał się w ramię chłopaka i szarpał głową na lewo i prawo. Chłopak wrzeszczał i uderzał bydlaka pistoletem między oczy, ale nic nie działało. Adler zwolnił, unosząc pistolet i wystrzelił pięć kul w bok zwierza, zabijając cholernika na miejscu. Bez słowa ruszył za uciekającą Gabrielą i ścigającymi ją wilkami, wiedząc, że chłopak, który był na tyle inteligentny, by poświęcić swoje lewe ramię, zamiast gardła, zostanie szybko opatrzony przez zbliżających się myśliwych.

Gnał cwałem za Gabrielą. Na szczęście, klacz, na której jechała, była śnieżnobiała, więc było ją łatwo wypatrzeć. Koń i pędzące za nim trzy cienie, przeskoczyły nad szczytem wzgórza, a on za nimi. Las gęstniał. Coraz więcej gałęzi, coraz więcej krzewów. Jednak zbliżał się szybko i za chwile powinien dogonić wilki, zanim te dogonią Gabrielę. Ściskał łydkami konia i wrzeszczał, poganiając go, naginając go do granic możliwości. Mimo tego wilki były o kilka sekund szybsze.

Jeden z nich skoczył i ugryzł klacz Gabrieli, ta stanęła dębem i zrzuciła swą Panią, prosto na ziemię, między wściekle wilki. Gabriela krzyknęła, kiedy drapieżniki szykowały się, by zakończyć jej życie. Na ich nieszczęście, Eagle był tuż za nimi.

Wyciągnął on nogi ze strzemion i pędząc cwałem, wyskoczył z siodła, kopiąc w locie najbliższego Ewelinie wilka. Rozpędzony ogier natomiast dosłownie potrącił drugiego, obrócił się i z pianą na ustach zaatakował zdezorientowanego wilka. Eagle w tym czasie przeturlał się, lądując na ziemi i wykorzystując, ostatnie trzy strzały zabił wilka którego powalił. Ostatni z trójki wilków żelaznych warknął i skoczył na Eagle. Na jego nieszczęście, stał przed nim już Adler. Szybkim ruchem wsunął się pod lecącego nad nim wilka i bezlitosnym ciosem noża, rozpruł mu brzuch. Trysnęła krew, brocząc ziemię. Adler obrócił się, gotując się do ataku drugiego wilka, ale ten został już zakopany na śmierć przez wściekłego ogiera, który nadal, w bitewnym szale, deptał jego truchło i miażdżył resztki popękanej czaszki.

Przeżyli. Gabriela leżała, cała, sparaliżowana na ziemi, ogier tupał i rżał wściekle, a klacz wierciła się kilka kroków dalej, jęcząc z powodu rany na zadzie.

Adler wiedział, że to jeszcze nie koniec. Niebezpieczeństwo jeszcze nie zniknęło. Wstał i uspokoił konie. Nożem rozciął pasy trzymające oporządzenie klaczy, sprawiając, że nic jej nie przeszkadzało. Następnie podszedł do Gabrieli i nią potrzasnął, ta pisnęła i chciała go przytulić, ale ją powstrzymał.

- Wskakuj na ogiera i jedź w tamtą stronę – wskazał na kierunek, z którego przyjechali. – Powiedz im, gdzie jestem.

- Nie jedziesz? – Zapytała zdezorientowana.

- Wilki się zbliżają, a ranna klacz nie powiezie cię wystarczająco szybko. Zatrzymam je, Ty, się ratuj – podniósł ją i bezprecedensowo posadził ją na siodle pełnego wigoru ogiera. – Musisz jechać jak najszybciej. Pędź jak wiat… - W pobliżu rozległo się donośne wycie. - … I nie oglądaj się w tył.

Nie czekając na odpowiedź, klepnął ogiera w zad i popędził go w odpowiednim kierunku. Gabriela pisnęła, ale trzymała się w siodle, co było najistotniejsze. Ranna klacz, trochę wolniej, ruszyła za swoim końskim wybawicielem, zostawiając Adlera sam na sam ze zbliżającym się wrogiem.

Szybko przeładował pistolet i rozejrzał się za czymś, co mogłoby osłonić mu plecy. Na jego szczęście, wilki dopadły Gabrielę na małej polance, gdzie kilka megalitów tworzyło swoistego rodzaju mini jaskinię, a z jego perspektywy ścianę – przez którą wilki nie będą mogły go zaatakować. Słyszał je wyraźnie. Zbliżały się i było ich naprawdę dużo. Domyślał się, że krew ich braci oraz niekończące się skamlenie osobnika z rozprutym brzuchem, co najmniej, przykuło ich uwagę. W lewej dłoni trzymał nóż, w prawej pistolet, obrzyn wisiał teraz u jego boku, a karabin stał oparty o kamienną ścianę. Wiedział, że karabin nie jest wystarczająco szybkostrzelny, by móc walczyć z prędkością wilków. Postawił go jednak w pobliżu, na wszelki wypadek, gdyby musiał go użyć jako pałki. Oddychał powoli i spokojnie. Ukryta dawka Specyfiku w rękawie była gotowa do użycia w każdym momencie. Miał jednak nadzieję, że nie będzie zmuszony jej używać. Słysząc odgłos pędzących łap przyjął pozycję obronną i skupił się całkowicie na czekającej go walce.

Wilki nie kazały mu czekać.

Pięć wilków wypadło z lasu. Pędząc na niego, z całą prędkością, z każdej możliwej strony. Adler skupił się na trzech z przodu. Wycelował i zaczął strzelać. Trzy kule znalazły swoją drogę do czaszek wilków, zabijając bestie na miejscu. Wiedząc, że dwa wilki po jego bokach już skoczyły, instynktownie obrócił się ku temu z lewej, mając zamiar zabić go nożem, strzelając przedtem do tyłu dwa strzały, tam, gdzie spodziewał się drugiego wilka. Po drugim wystrzale usłyszał pisk bólu. Co do wilka, który się na niego rzucił, postąpił on lekko do przodu i nabił zwierze na wystawiony nóż, rozcinając mu tchawicę. Po tym ruchu momentalnie obrócił się i przygotował do kontynuacji walki. Zostały mu tylko trzy kule w magazynku, a miał wątpliwości czy wilki pozwolą mu przeładować broń.

Te jednak czekały.

Stały na skraju polanki, wychylając się zza drzew i warcząc groźnie. Zrozumiały, że jest godnym przeciwnikiem i teraz prowokowały go, by wystrzelił ostatnie trzy kule, by mogły go rozerwać na strzępy. Adler słyszał silny pomruk, który kręcił się w okolicy. Wilkołak dowodził swoimi wojownikami, poza zasięgiem jego wzroku. Zagryzł wargę. Pociekła krew. Chęć użycia specyfiku była silna, ale nadal nie chciał wykorzystać piekielnej ambrozji.

To – był pojedynek między Człowiekiem a Zwierzęciem, nie Maszyną, a Zwierzyną. Zdradziecka myśl o wolności wzywała go do walki jako człowiek, a nie jako narzędzie, a on nie mógł się jej powstrzymać.

Wilki ryknęły i rzuciły się na niego. Teraz było ich chyba dwadzieścia, może więcej. Szybko uniósł pistolet i wystrzelił trzy ostatnie kule, zabijając trzy wilki. Odrzucił broń i kiedy drapieżniki już szykowały się do skoku, powitała je ściana śrutu. Obrzyn buchnął dwa razy, zabijając kilka wilków i raniąc wszystkie te, które znalazły się w polu rażenia. Wystrzały były na tyle głośne, że część z nich podkuliło ogony i zaczęło uciekać… ale tylko część.

Trzy nadal rzuciły się na Adlera. Jeden ucapił się nogi. Drugi Wgryzł się w prawe ramię, trzeci zakończył swój żywot z nożem wbitym w czaszkę. Adler ryknął z bólu, wyszarpując nóż z głowy pierwszego wilka i powtórzył wyczyn, wbijając nóż w czaszkę tego, który uczepił się jego ramienia. Ostrze noża jednak nie wytrzymało i pękło w momencie wyszarpywania. Pochłonięty jednak nienawiścią Adler, tego jednak nie zauważył i bestialsko zaczął uderzać złamanym ostrzem w wilka, który ucapił się nogi. W końcu, straciwszy ucho, wilk odskoczył, warcząc i szczekając wściekle. Adler odrzucił złamaną broń i widząc wilki, oczekujące na drugą szansę, chwycił karabin jak palkę. Wilk, który stracił ucho, warknął i skoczył na niego. Adler potraktował go potężnym ciosem z góry, sprawiając, że wilk uderzył boleśnie o ziemię. Następnie, pochłonięty zwierzęcą chęcią przetrwania zaczął uderzać, uderzać i uderzać wilka tak długo, jak ten próbował się podnieść. Inne wilki, przestraszone i widząc znaczące straty w ich sforze, cofnęły się i zaczęły piszczeć przestraszone.

Po chwili Adler odzyskał nad sobą panowanie. Przestał okładać jednouchego wilka. Leżał on teraz pod nim, ranny, dyszący z bólu. Najpewniej połamał mu kilka żeber. Mimo że powinien oszczędzać energię na dalszą walkę.

Zaczął się zastanawiać, gdzie jest reszta myśliwych. Powinni już się pojawić. Chyba że… chyba że wilkołak upewniał się, żeby reszta jego sfory trzymała ich zajętych, kiedy on… o nie.

Wilkołak pojawił się między drzewami.

Potężny drapieżnik, o ponad półtorametrowej wysokości w kłębie, o szerokich łapach, grubym futrze i czerwonych jak krew oczach, wystąpił z czeluści puszczy, jako jej jedyny Pan i Władca.

Był wściekły.

Piana ciekła z paszczy, a nienawistne powarkiwania odzywały się co chwilę. Adler nigdy wcześniej nie widział takiej nienawiści, w tak ludzkich oczach. Monstrum było inteligentne i to znacznie bardziej niż 10-letnie dziecko. Było potężne, inteligentne i… chciało zemsty.

Adler nie wiele myśląc, rzucił się w tył, celując w niewielką szparę między monolitami. Ze Specyfikiem czy bez nie miał szansy pokonać tej bestii. Nie Sam.

Wślizgnął się w szczelinę, a tuż za nim wyłoniła się potężna, łapa, która próbowała dosięgnąć znienawidzonego wroga. Adler nie usłyszał nawet rozbiegu, cholerstwo musiało wykonać po prostu skok i momentalnie zaatakować. Obrócił karabin w stronę otworu i wystrzelił.

Bestia ryknęła, ale się nie poddawała. Wystrzelił więc drugi i trzeci, co w końcu przekonało bestię, by odpuścić. Cieszył się, że u boku nadal wisi mu obrzyn, w najgorszym wypadku mógłby go użyć. Drapanie monolitu z zewnątrz go uspokoiło. Był bezpieczny. Przez tak małą szczelinę zmieścić się może najwyżej jeden wilk na raz, a on ma karabin i wystarczająco dużo amunicji… o ile posiłki w postaci myśliwych kiedykolwiek się pojawią. W najgorszym wypadku miał specyfik, z nim był w stanie zachować przytomność przez kolejne trzy doby, ale niewiele więcej, a był pewny, że Wilkołak był cierpliwy i mógłby poczekać i cztery doby.

Jakież było jego zaskoczenie, kiedy okazało się, że był w błędzie.

Po chwili monolit po prawej zaczął drżeć, wraz z odgłosem uderzania potężnych łap. Adler momentalnie zrozumiał, co chce uczynić bestia. Chce go zmiażdżyć, a przynajmniej go uwięzić. Przeklął pod nosem, zauważając jak kamienna ściana, zaczęła się do niego zbliżać. Zdesperowany postanowił raz jeszcze użyć karabinu w niekonwencjonalny sposób – jako podpory. Z całą siłą, jaką posiadał, wbił on karabin między dwa monolity które tworzyły boczne ściany. Raz jeszcze, przeładowując obrzyna, modlił się do wszystkich bogów, żeby broń wytrzymała nacisk wielkiego zwierza.

Raz jeszcze bogowie wysłuchali jego głosu.

Kolba miała kilka pęknięć, a lufa widocznie się wygięła, ale monolity stały nieruchome, mimo upartego wysiłku wilkołaka. Ten widząc, że jego strategia nie zadziałała, raz jeszcze zbliżył się do szczeliny, jednak jak tylko zaczął wsuwać łapę, raz jeszcze odezwał się obrzyn, informując dobitnie, że człowiek jeszcze żyje.

Adler oddychał powoli, ale niespokojnie.

Miał bardzo mało opcji.

Zostało mu pięć pocisków do obrzyna, a karabin był do niczego… nie mówiąc, że nie odważyłby się usunąć podpory, która najpewniej uratowała mu życie. Zaczął się zastanawiać, co może z tym wypracować. Jedyny logiczny planem było zabicie pojedynczego wilka, który może zostanie wysłany, by go zabić, i użyć jego ciała, jako swoistej bariery, przed kolejnymi ochotnikami.

Na szczęście w oddali dało się słyszeć poszczekiwanie psów i okrzyki myśliwych wzywających jego imię. Adler wiedział, że Wilkołak poważnie się teraz zastanawiał nad tym, co robić. Wiedział też, że życie jego sfory jest dla niego więcej warte niż kolejna potyczka.

Nie minęła chwila, a usłyszał, jak wilki uciekły. Odetchnął. Adrenalina zaczęła z niego uciekać, kiedy w szparze raz jeszcze widać było ruch. Już miał zamiar wystrzelić, kiedy ukazał mu się pysk myśliwskiego psa. Szczęśliwego myśliwskiego psa, który powąchawszy go, zaszczekał donośnie i wyczołgał się, z jamy zaczął szczekać naprowadzając myśliwych do celu. Z niemałym trudem, bo rany dały o sobie znać, Adler wyczołgał się ze szczeliny i oparł o kamienną ścianę. Duma nie pozwalała mu usiąść. Musiał stać, kiedy go znajdą. Po chwili z lasu wyłonili się myśliwi z Everhaustem na czele. Stary polityk stanął skamieniały, patrząc na pobojowisko. Dwanaście trucheł leżało na polance. Cztery, z czego były to wilki żelazne, wyjątkowo duże sztuki. A tuż obok stał Eagle. Sam. Ranny, jednak uśmiechający się zwycięsko.

- Nie spieszyło się wam… - oznajmił, starając się nie upaść.

- Chłopcze… - Everhaust nie wiedział co powiedzieć.

Ewelina pojawiła się tuz obok, zszokowana spojrzała na swego rycerza, który ledwo trzymał się na nogach. Za nią Adler dojrzał Gabrielę dosiadającą ogiera. Uśmiechnął się.

- Moja Pani…

- Eagle… - szepnęła przerażona.

Jej rycerz stał. Ranny, cały we krwi.

- Zwyciężyłem raz jeszcze… kurwa… - Upadł na ziemię bez siły.

- EAGLE! – Krzyknęła Ewelina, zeskakując z siodła i podbiegając do niego.

Reszta również poszła w jej ślady i podbiegła do Eagla. Ewelina usiadła tuż obok, obróciła go i pozwoliła, by jego głowa spoczęła na jej nogach. Eagle otworzył oczy.

- Jesteś cała, Ewelino?

- Tak jestem cała. Nie ruszaj się – nakazała, kiedy inni zaczęli bandażować jego rany.

Eagle prychnął. Ewelina, Jan Vaza, Everhaust, Ferdynand, Ganriela, stali tuż obok, patrząc na niego oniemiali. Spojrzał na Gabrielę.

- Czy wszystko w porządku?

- Tak… - odpowiedział dziewczyna. – Dzięki tobie.

- A chłopak? Twój ukochany?

- Mój syn został opatrzony, nic wielkiego, wyliże się – oznajmił Everhaust.

Eagle uniósł brwi. Faktycznie. Gabriela chodziła z synkiem Everhausta, wypadło mu to z głowy.

- Dobrze… co się stało, że tak długo was nie było?

- Wilki zaatakowały ze wszystkich stron. Mamy kilku rannych, trzy konie i wiele psów zarżniętych – oznajmił Jan. – Ale to mało istotne. Jak ci się udało przeżyć?

Ciała wilków musiały zrobić znaczące wrażenie.

- Celnie strzelałem… i celnie ciąłem – tu Eagle spojrzał na Everhausta. – Przy okazji… mieliśmy rację. Wilkołak. Bez dwóch zdań. Nie ma innej opcji.

- Co!? – Fryderyk nie dowierzał.

- Widziałem na własne oczy… zresztą… - tu wskazał na ścianę monolitu. – Tu macie dowód.

Dopiero teraz ludzie unieśli wzrok i zobaczyli ślady potężnych pazurów. Fryderyk cofnął się osłupiały. Nie wierzył, dopóki nie zobaczył. Eagle kontynuował.

- To nie był niedźwiedź i to nie był zwyczajny wilk. Prawdziwy wilkołak. Niesamowicie inteligentny. To on zorganizował ten atak. Wiedział jak nas rozproszyć i rozdzielić. Jest też niesamowicie silny. W jamie pozostał mój karabin, użyłem go jako podpory, kiedy bestia próbowała obalić na mnie jeden z monolitów – syknął, kiedy zaciśnięto bandaże. – To prawdziwe monstrum.

Everhast zajrzał do jamy i widząc, wykrzywioną lufę karabinu mruknął.

- Mieliśmy więc rację, Panie Eagle, lecz mimo tego, żałuję, że tym razem nie byłem w błędzie.

Eagle zachichotał.

- Z tym mogę się zgodzić… podnieście mnie.

- Ale… - zaczęła Ewelina.

- Muszę coś sprawdzić – oznajmił. – Proszę, Ewelino.

- Dobrze.

Na jej znak, myśliwi pomogli mu wstać. Mimo że ból był silny, zarówno pchał go ku nieprzytomności, jak i trzymał w świecie świadomości. Powoli przeszedł on między truchłami wilków. Po krótkim obchodzie zaklął. Wszystkie oczy raz jeszcze zwróciły się ku niemu.

- Co się stało Eagle? – Zapytał Jan Vaza.

- Brakuje ciał.

- Co?

- Były tu, co najmniej dwa ranne wilki. Jednemu z nich uciąłem ucho w walce. Nie ma go tu…

Everhaust spojrzał na niego przerażony.

- Nie chcesz powiedzieć, że…?

Eagle pokiwał głową.

- Zabrał ze sobą rannych – Spojrzał po wszystkich. – Jest tak samo inteligentny, jak My.

 

Gdzieś, w głębi puszczy, jednouchy wilk leżał w noże, tuż obok swego lidera, skomląc i powarkując na zmianę. Wypełniony nienawiścią do człowieka, z którym walczył. Jego lider milczał, patrząc w gąszcz. Nie był w najmniejszym stanie pojąć co myśli, ale nie kwestionował jego głosu. Był zaledwie wilkiem. Zaledwie częścią sfory. Zaledwie kłem w paszczy jego lidera.

 

*Shorag/ Niziołek – Określany również „mniejszym”, a nawet „pomniejszym” człowiekiem. Z zasady jest o połowę niższy od typowego człowieka. Charakteryzuje się odstającymi lekko szpiczastymi uszami, dużą głową i doskonałą pamięcią. Od niepamiętnych czasów Shoragowie byli znanymi bankierami, sklepikarzami i handlarzami. Według badań wychodzi na to, że są oni jedną z nielicznych bratnich ras do rasy ludzkiej. Przez znaczące różnice fizyczne oraz przywiązanie do swojej religii i kultury, opartej na antycznych, dziś postrzeganych za pogańskie, wierzenia, są dyskryminowani w większości państwach świata, a w niektórych państwach dostają status tzw. „pół-obywatela”.

 

(No... dość długi odcinek, chyba najdłuższy w serii. Mam nadzieję że wam się podobał. Dajcie znak w komentarzach. Pozdrawiam. Kapelusznik.)

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Nefer 7 miesięcy temu
    Istotnie, odcinek długi ale też dużo się dzieje i to dynamicznie. Ten dynamiczny opis polowania, a raczej walki ze sforą wilków, to jedna z dwóch głównych zalet obecnego rozdziału. Druga to przekazanie wielu informacji w sposób naturalny, w dialogu (pochodzenie wilkołaków oraz innych magicznych stworzeń). Za to wszystko duży plus. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zwrócił uwagi również na mankamenty. Kilka scen myśliwskich wydaje mi się wątpiliwych, zadziwił mnie ogier ruszający z miejsca cwałem oraz w tymże cwale zawracający o 180 stopni. Nie jestem jednak fachowcem i pozostawiam to lepiej zorientowanym. Inna kwestia to język. Chwaliłem poprzedni odcinek za wykonaną pracę i widoczny postęp w tej materii. Tutaj wraca trochę starych grzechów, czyli powtórzenia. W różnych akapitach króluje niepodzielnie czasownik "być", np. w pierwszym oraz oddającym rozważania bohatera na temat rewolucjonistów i ich przywódcy. Nadto w wielu miejscach powtarzają się w kolejnych zdaniach słowa: wilk, broń, polowanie, chłopak, jechał, bestia itp. Nie ukrywam, w rozdziale 14 było pod tym względem lepiej. Ogólnie wstawiam 4 gwiazdki.
  • Kapelusznik 7 miesięcy temu
    Spojrzę na to później
    Pozdrawiam
  • Pontàrú 7 miesięcy temu
    Daję cztery bo pojawia się dużo, co prawda małych, ale jednak błędów językowych. Zacznę od jednej ortografki. Wilk spoczywał w norze (nora) a nie w noże (nóż).
    "Trysnęła krew, brocząc ziemię." Tu broczyć jest użyte jako swego rodzaju "brudzić/znacząc ziemię". Według słownika broczyć odnosi się bezpośrednio do krwi i znaczy tyle co "ciec" lub po prostu wypływać (z rany). Może lepiej jakoś "brocząca się z rany krew pzostawiła na ziemi widoczny szafirowy ślad" czy coś takiego (ale mi wyobraźnia podskoczyła XD)
    Odcinek długi i fajny. Czekam na następne :)
  • Ozar 5 miesięcy temu
    Bardzo ciekawie opisałeś walkę Adlera z wilkami. A wilkołak rzeczywiście pokazuje, że jest inteligentny i potrafi myśleć logicznie. Trzeba przyznać, że gość jest asiorem, bo inaczej nie zabiłby aż tylu wilków sam. Jak mniemam to jeszcze nie koniec walki! 5 za ciekawy opis.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania