Demon III Powstanie - 2

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

25 Października

Valentia – dzielnica przemysłowa

 

Trzy postacie kroczyły pewnym krokiem boczną ulicą. Ubrani byli szarobure stroje, jakże typowe dla tej części miasta. Wokół otaczał ich brud oraz zapach maszyn poruszających się w stałym rytmie wewnątrz ceglanych olbrzymów. Mimo wielu starań każde z uważniejszych oczu mogło dojrzeć, że nie byli oni typowymi mieszkańcami dzielnicy. Chodzili zbyt pewnie, mieli zbyt proste plecy, a skóra, mimo że pobrudzona popiołem, nie miała typowego, ciemniejszego odcienia.

Adler nie mógł powiedzieć, że był zachwycony pomysłem Arnolda, ale smok zdołał przekonać księcia, więc nie miał za bardzo wyboru.

Ostatni tydzień minął, jak z bicza strzelił. Cały czas podążał i strzegł niekorowanego króla na każdym kroku. Spotkań z licznymi ambasadorami, politykami, przedstawicielami przedsiębiorców, armii, nacjonalistów itd. Nie wspominając nawet o dość natarczywych wizytach Veii. Demon musiał przyznać, że nie brakowało jej determinacji. Książę miał pełne ręce roboty, a ta i tak cały czas pojawiała się w każdym z możliwych momentów, kiedy tylko zamknięte drzwi, nie blokowały jej drogi. Z trudem krył ból, widząc zazdrość i rosnącą aktywność Eweliny wokół Hadriana. Pomiędzy dwoma kobietami trwała ewidentna rywalizacja, której burza odstraszała wszystkich. Nie zdziwił się więc, że w momencie, kiedy Arnold dał Hadrianowi tę szaloną propozycję, książę z całą ochotą się zgodził.

– Nieźle nas prowadzisz – postanowił skomentować ciągłe wirowanie Arnolda pomiędzy budynkami. – Często tu bywasz?

Smok Valentii zachichotał.

– To jest moje miasto – odpowiedział. – Nie ma miejsca, w którym nie byłem, czy którego nie znam. Szczególnie odkąd jestem z Hardym.

Książę prychnął zirytowany.

– Bardzo mi się nie podoba to przezwisko, ale jest to na rzecz naszej wycieczki, więc ci wybaczę. „Smoku” – tutaj spojrzał na Franciszka. – Czemu zaproponowałeś mu taki przydomek?

– Bo jest smokiem – Francisowi podobało się to, że nie musiał kłamać. – Wszyscy widzieliśmy, jak odbijał piłeczki dyplomatów, polityków i ambasadorów. Ten gad potrafi ziać ogniem.

– Fakt – książę zachichotał. – Ambasador Tahganu prawie stracił głos.

Arnold wyszczerzył się szeroko.

– A dziękuję, dziękuję. Staram się, jak mogę, walczyć w imię sprawy.

Adler westchnął.

– Tak czy inaczej, nadal nie podoba mi się cały pomysł. Mogą nas przyłapać.

– Mogą, ale wątpię, by im się udało – odpowiedział Arnold, zbliżając się do wysokiej hali. – Nie będziemy tu sami.

Faktycznie, wnętrze hali było prawie pełne. Masa robotnicza krążyła wokół umieszczonej na samym środku platformy. Mało znane miejsce pośród wysoko urodzonych i elit rządzących. Hala Wieców, jak nazywają ją miejscowi. Miejsce, gdzie przemawiają robotnicy i ci, którzy do robotników mieli zamiar dotrzeć. Arnold dowiedział się, dzięki swoim kontaktom w tajemniczym „Domu Operowym”, że na dzisiejszym wiecu pojawi się znany mówca-socjalista. Tadeusz Halicki, młody, energetyczny mówca i organizator strajków. Kilkukrotnie więziony, znany krytyk monarchii oraz działacz rewolucyjny. Adler momentalnie chciał zorganizować siły policyjne, by go złapać, smok przekonał jednak księcia, by pod przykrywką pójść na więc i go wysłuchać. Argumenty smoka były bardzo proste, ale i przekonujące.

„Powiedziałeś mi, że chcesz zasłużyć na koronę Walencji, nie ją zdobyć. Powiedziałeś, że chcesz być królem, za którym pójdzie naród. Musisz więc ten naród poznać, od najwspanialszych lordów, do najbiedniejszego robotnika”.

Francis nie wiedział, czy bardziej w imię idei, czy ciekawości Hadrian zgodził się na ten szalony pomysł. Z drugiej strony rozumiał jego podejście. O „Czerwonych” krążyło sporo opowieści, głównie monarchistycznej propagandy. Komuniści, syndykaliści i socjaliści, byli w większości miejsc uznawani za sługi mocy piekielnych, mimo że same idee socjalizmu, zaczęły przenikać do programów politycznych wielu republik. Sama Walencja, będąc monarchią parlamentarną, gdzie Cesarz za bardzo nie interesował się byciem królem, działała jak republika. Nic więc dziwnego, że ta progresywna „republika” tylko z nazwy, teraz stojąca przed jarzmem powrotu korony, trochę się zagotowała. Kocioł ten, gotującej się niepewności, był idealny dla wielu fanatyków i idealistów wszelkiej maści. Dzisiaj, przedstawiciele rewolucji, zabiorą głos na wiecu.

Dookoła tłumy robotników, brudnych, zmęczonych, zgarbionych i ich trójka: przyszły król, super żołnierz i najprawdziwszy smok.

… tak, każdy bardziej uważny zauważyłby, jak bardzo się od reszty różnią.

Na ich szczęście, cała uwaga była skupiona na scenie, na którą to wstąpił Tadeusz Halicki. Momentalnie rozległy się radosne okrzyki i brawa. Mówca był lekko po trzydziestce, średniego wzrostu, o bladej, chorowitej cerze, czarnych gęstych włosach i brodzie, płonących oczach, ale i worami pod oczami. Tak wyglądał człowiek całkowicie poświęcony sprawie rewolucji, mający za sobą liczne zamknięcia i jeszcze liczniejsze ucieczki. Tadeusz uniósł dłonie i odezwał się zaskakująco silnym głosem.

– Witam was, witam was towarzysze – radosne okrzyki wypełniły ciemną przestrzeń. – Cieszę się, że przybyło was tak wiele – kolejne okrzyki. – Wy, wykorzystani i ciemiężeni przez burżuazję, jesteście krwią i olejem, którą używają, by napędzać swe maszyny wojny! Jesteście zmuszani do ciężkiej pracy, po dziesięć godzin dziennie, dostając zaledwie grosze jako wynagrodzenie. Głodując, kiedy oni tyją.

Robotnicy mruczą groźnie i drgają niczym morze przed burzą. Hadrian rozgląda się ewidentnie zakłopotany.

– Wy, Robotnicy, jesteście najpotężniejszą z klas, częścią społeczności większej niż jakikolwiek naród tej ziemi. Najbardziej cierpiącą, ale i najszlachetniejszą ze wszystkich. Tylko poprzez zjednoczony ruch robotniczy, możemy osiągnąć sprawiedliwość. Puryści będą wskazywać na inne rasy, jakby to one były źródłem wszelkiego zła! – Zakrzyknął. – A spójrzcie tu! Tu w pierwszym rzędzie stoi kilku, których oni by nazwali „mutantami” – wskazał na trzy postaci, lecz żaden z naszych bohaterów nie mógł ich dojrzeć. – Wiecie, kogo ja widzę? Robotników! Robotników, tak samo wykorzystywanych i równie mocno, jeśli nie bardziej cierpiących, ponieważ na nich to burżuje i puryści zrzucają wszelkie swoje winy – tu umilkł na chwilę. – I niestety, wielu naszych współtowarzyszy, robotników, wierzy w te przeklęte kłamstwa. Krzyczę do was, bracia i siostry! Nie wierzcie w te klątwy! Podejdźcie do nich i spójrzcie im na ręce! Spójrzcie! Ja widzę na nich blizny od ciężkiej pracy, a nie gładką skórę, która przelicza pieniądze! Puryści i burżuje to kłamcy!

Tu groźny okrzyk przyznający mu rację, zatrząsł całą halą. Hadrian rozglądał się oniemiały, kiedy Arnold przyglądał się wszystkiemu uważnie. Francis bardziej skupiał się na sprawdzaniu, czy aby nikt ich nie rozpoznał, domyślał się jednak, że Arnold Cezarion widzi coś więcej, dzięki swoim smoczym oczom. Będzie musiał go potem zapytać. Tomasz Halicki kontynuował.

– Niedawno, dowiedzieliśmy się, że młody książę Hadrian, ma zamiar zasiąść na tronie Walencji!

Groźny pomruk przeszedł przez salę.

– Nie możemy na to pozwolić! Imperialni burżuje wejdą na tę ziemię i wycisną z niej wszystkie soki. Rząd regencyjny był słaby i uległ pod waszymi wymaganiami! – teraz okrzyki radości rozniosły się po budynku. – To jednak się zmieni. Wszyscy znamy historię o cesarzu Imperium. Straszliwy to człowiek, kochający wojnę i zniszczenie. Prowadził już wojny z naszymi towarzyszami z południa, którzy wspierają ruch robotniczy całego świata. Kiedy jego nasienie zasiądzie na tronie, cały gniew Imperium, spadnie na Walencję. Na robotników i rolników! – Zakrzyknął na cały głos. – Ten młodzik, jest nikim więcej niż pionkiem, zarówno dla swego ojca, jak i dla licznych elit tego państwa. Mówię wam więc: szykujcie się! Szykujcie się do strajków, buntów i rewolucji! W imię dobra ruchu robotniczego całego świata nie możemy pozwolić, by cała praca, jaką włożyliśmy, by wymusić ustępstwa na rządzie, przepadły w jednej chwili!

Wszyscy wiwatowali.

A książę Hadrian spuścił głowę i zacisnął dłonie w pięści.

– Czyli… – szepnął, nie wiedząc, że zarówno Smok, jak i Demon, doskonale go słyszą. – Czyli tak, mnie widzą…

Tomasz Halicki opuścił dłonie.

– To będzie wszystko z mojej mowy towarzysze. Rozdajemy Manifesty Robotnika i Czerwoną Książeczkę Związków Robotniczych, wszystkim zainteresowanym. Osoby mające problemy prawne, niech podejdą do towarzysza Romualda Jarowa – tutaj siwobrody mężczyzna wszedł na platformę. – Był prawnikiem, zanim dołączył do ruchu robotniczego i może pomóc we wszystkich sprawach prawnych. Ja sam, będę tutaj, tłumaczył wszystkie ruchy, idee i polityki ruchu robotniczego. Książki rozdaje towarzyszka Lilia Uler – rudowłosa kobieta pomachała ręką. – Dziękuję wszystkim za przybycie.

Po tych słowach część robotników ruszyła do wyjścia, ale wielu pozostało, siadając kręgiem wokół platformy, na której Halicki, szykował się do odpowiadania na wszystkie zapytania.

– Krótka mowa – odezwał się książę.

– Robotnicy nie lubią długich kwiecistych mów – odpowiedział Arnold. – Lubią krótkie, szybkie, zwięzłe komunikaty. Halicki wie jak do nich mówić – smok westchnął. – Tak czy inaczej, powinniśmy już iść.

– Nie – słowo Hadriana zaskoczyło ich obu. – Chcę wiedzieć więcej.

– Z całym szacunkiem – tym razem to Adler zabrał głos. – Im dłużej tu jesteśmy, tym większa szansa, że zostaniesz rozpoznany.

Książę był jednak uparty.

– Chcę wiedzieć więcej – odezwał się pewnie. – Jak mam osiągnąć swój cel, nie wiedząc jak zdobyć zaufanie ludzi? – Postąpił krok naprzód. – Muszę go wysłuchać.

– O nie, nie, nie – Arnold bezceremonialnie złapał go za kołnierzyk i pociągnął do tyłu. – To zbyt niebezpieczne – od razu pomyślał o alternatywie. – Czy książki wystarczą?

Książę milczał przez chwilę. Następnie kiwnął głową i ruszył, w stronę miejsca gdzie rozdawano książki, lecz i tym razem Arnold go powstrzymał.

– Czemu mnie powstrzymujesz?

– Bo cię rozpoznają. Jeśli nie po twarzy, to po gładkich rączkach – odparł smok spokojnie i spojrzał na Franciszka. – No, Franek, idź i weź obie książki.

W tym momencie: 001, Demon Imperium, Francis Adler, skamieniał.

– Co?

Smok uśmiechnął się szeroko.

– Co jest, Franku? Zapomniałeś, jak masz na imię?

Książę spoglądał na te dwie, jakże różne, ale bardzo silne jednostki, mierzące się wzrokiem.

– Ty cwany skurczybyku – Adler pokręcił głową. – Ja cię nazywam „smok”, a ty mnie „Franek”?

– Lepsze to niż „wilczek” – Arnold zachichotał. – I lepiej się pospiesz, bo już się kończą.

Adler chciał coś odpowiedzieć, ale widząc zakłopotanie księcia, zamknął usta i ruszył by zdobyć książki. Ten przeklęty gad miał niesamowicie cięty język. Straszliwie irytujące. Stanął naprzeciw Lilii i wskazał na książki.

– Oba egzemplarze, można wziąć?

Lilia uśmiechnęła się szeroko.

– Tak oczywiście – wyciągnęła dłoń z książką, ale zamiast ją podać, chwyciła jego nadgarstek i spojrzała na wnętrze jego dłoni. – Sporo blizn na takiego młodzika – stwierdziła, unosząc wzrok. – I że czytać umiesz?

Kilka podejrzliwych spojrzeń stanęło na jego osobie. Adler jednak miał przygotowaną odpowiedź.

– Jestem myśliwym – odpowiedział. – Razem z rodziną mieszkamy w głębi lasu. Dziadek weteran, w wojsku czytać się nauczył, kuzyn z miasta powiedział, że tutaj wiece i dziadek posłał, żebym się czego ciekawego dowiedzieć. A że książki dajecie, to i dziadkowi coś przyniosę – uśmiechnął się szeroko.

Lilia przyglądała mu się przez ułamek sekundy, po czym podała obie książki.

– Jesteś dobrym wnukiem.

– Staram się – Adler podrapał się po głowie.

– Gdzie dziadek służył?

– Raz w koloniach i raz przeciw socjalistom, choć nie na własne życzenie – odpowiedział. – Bardzo teraz żałuje i stara się naprawić błędy młodości.

Lilia pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Przekaż dziadkowi, żeby się nie martwił. W mojej rodzinie też wielu stało przeciwko rewolucji, a ja staram się naprawić błędy przeszłości – westchnęła. – Pozdrów go i życz szczęścia.

– Dziękuję – Adler skłonił się lekko i odszedł.

Jak najspokojniejszym krokiem, by nie zbudzić, zbyt wielu podejrzeń podszedł do czekającej przy wyjściu dwójki i szepnął.

– Udawajcie, że zabieracie mnie do swojego domu na przenocowanie.

Smok nie potrzebował drugiego hasła.

– I co? Masz te książki dla dziadka?

„Słuch prawdziwego potwora!” – Adler pomyślał, lekko się pocąc. – „Byłem dwadzieścia metrów od nich, mówiłem cicho, a tuż obok mówca nadal gada”.

– Tak. Możemy wracać.

– Dobrze – Smok spojrzał na księcia. – No! Chodź Hardy. Wracajmy do domu!

Hadrian wywrócił oczami i westchnął.

– Tak. Wracajmy.

Wyszli z hali i ruszyli w drogę powrotną. Szli w milczeniu, przemykając uliczkami w głąb miasta. Nie minął kwadrans, a Arnold westchnął.

– Nie odpuszczają.

– Co? – Hadrian spojrzał na niego pytająco. – Kto nie odpuszcza?

– Śledzą nas książę, proszę się nie odwracać – Adler sprawdził, czy pistolet jest nadal dobrze ukryty. – Trzech. Nie wystarczająco by rzucić nam wyzwanie, ale jeśli ich zabijemy, może zrobić się głośno.

Arnold uśmiechnął się rozbawiony.

– To nie będzie potrzebne. Jesteśmy niedaleko jednej z placówek „Domu Operowego” – stwierdził, skręcając w lewo. – A tam, nie będą nas już śledzić.

Adler rozglądał się, zastanawiając się, które to miejsce, może być jedną z baz. Nie musiał czekać długo by ujrzeć odpowiedź. Po wejściu w następny zakręt zauważył dość duży budynek z napisem „Teatr” – do którego to Arnold ewidentnie zmierzał. Stojący przed wejściem strażnik jedynie uśmiechnął się i kiwnął głową na przywitanie, nie powiedziawszy słowa. Cała grupa natomiast zniknęła za szerokimi drzwiami.

Podążający za nimi czerwoni, przyśpieszyli. Stojący przed drzwiami strażnik zastąpił im jednak drogę i nonszalancko położył dłoń na potężnym rewolwerze.

– Przepraszamy, ale Dom Operowy jest zamknięty – odezwał się uprzejmie.

Piątka socjalistów spojrzała po sobie zakłopotana. W końcu pierwszy postąpił krok naprzód.

– A co z tamtą trójką?

– Jaką trójką? – Strażnik zapytał. – Ja nikogo nie wpuszczałem.

Wraz z tymi słowami z okien domu wysunęły się lufy karabinów… bardzo dużo luf karabinów. Czerwoni cofnęli się o kilka kroków, przestraszeni.

– Jak już powiedziałem – oznajmił strażnik. – Dom Operowy jest zamknięty. Proponuję wam natychmiast zawrócić. W innym wypadku Dom Operowy może dostarczyć wszystkie informacje o waszych skrytkach i bazach do sił porządkowych i miejskich gangów w wielkiej promocji – uśmiechnął się szeroko i powtórzył. – Dom Operowy jest zamknięty.

Wraz z taką argumentacją, czerwoni obrócili się i uciekli, nie mając zamiaru ryzykować.

 

W tym samym czasie, wewnątrz, Arnold skłonił się przed siedzącą za biurkiem, na którym leżały bardzo starannie poukładane papiery. Sam mężczyzna, lekko po czterdziestce, całkowicie łysy, uśmiechnął się na widok Arnolda i jego towarzyszy.

– Witaj Cezarionie.

– Dzień dobry Dyrygencie Tulis – smok westchnął. – Przeprasza za zamieszanie. Musiałem ich zgubić.

– Ależ nie ma problemu – tu Dyrygent spojrzał na pozostałą dwójkę. – Witam was w Teatrze Niewielkim, książę Anois, panie Eagle.

Książę zamrugał zakłopotany. Adler jedynie kiwnął głową. Dyrygent wstał i podszedł do księcia Hadriana.

– Bardzo mi miło poznać – wyciągnął dłoń.

– Mi również – Hadrian uścisnął ją i rozejrzał się dookoła. – Czyli to placówka „Domu Operowego”? Dużo o was słyszałem, ale obawiam się, że krąży wokół was wiele legend i przekłamań.

Tulis uśmiechnął się rozbawiony.

– O tak, z pewnością, Wasza Wysokość. Staliśmy się niemalże miejską legendą – odwrócił się i wrócił za swoje biurko. – Nie będę zdradzał wszystkiego, ale w wielkim skrócie, jesteśmy handlarzami informacji, kontrolerami wielu tras, negocjatorami, linią kontaktową, oraz bankiem. Oczywiście… nieoficjalnym – uśmiechnął się szeroko. – Dom Operowy służy wszystkim, którzy są gotowi zapłacić – tutaj spojrzał na Arnolda. – A wasza ucieczka też będzie coś kosztować.

– Zgaduję, że informacje o wiecu nie są za wiele warte? – Smok zapytał dla upewnienia.

– Nie – odpowiedział. – Tu spojrzał na księcia – Jestem jednak pewny, że możemy dowiedzieć się czegoś ciekawego, co będzie miało… odpowiednią wartość.

Hadrian westchnął.

– Chcesz informacji w zamian za ochronę?

– Tak – potwierdził. – Jeśli książę odmówi, zwyczajnie sprzedamy informację, że byłeś na wiecu, jako rekompensatę.

– Nie boisz się, że mogę użyć sił porządkowych, by was zlikwidować?

Dyrygent zachichotał.

– Nie. Mamy znaczące kontakty i długą listę przysług. Wypowiedzenie nam wojny, równe jest z samobójstwem. Jeśli nas zaatakujesz, jesteśmy w stanie obrócić zarówno proletariat, jak i elity, przeciwko tobie – mężczyzna mówił pewnie. – Jestem jednak pewny, że Wasza Wysokość, nie jest na tyle naiwny, by podjąć tak wielkie ryzyko.

Książę zamyślił się przez chwilę. Posiadał wiele cennych informacji, ale większość z nich była tajemnicą stanu. Zdradzenie ich mogłoby zagrozić jego pozycji. Zaczął szukać w głowie wystarczająco cennej informacji, ale nie na tyle niebezpiecznej, by mógł ponieść jakieś straty. Kiedy jednak to robił, Eagle, niespodziewanie postąpił krok naprzód.

– Czy ja mogę zapłacić? – Zapytał.

Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. Dyrygent jednak kiwnął głową.

– O ile informacja będzie miała odpowiednią wartość – odpowiedział.

Eagle zbliżył się do biurka i pochylił nad siedzącym handlarzem informacji. Stojący dookoła strażnicy wyglądali na ewidentnie mocno zaniepokojonych, nie wykonywali jednak pochopnych ruchów. Oczy Adlera zabłysły zielonym ogniem, kiedy to Demon odezwał się z pomocą jego strun głosowych.

– Ja i tamta dwójka… – zaczął. – Jesteśmy połączeni.

Tulis momentalnie zesztywniał i zacisnął dłonie. Rozszerzył oczy w szoku i zacisnął szczękę. Książę nie miał pojęcia, o co mu chodzi. Adler domyślał się, że Dom Operowy zauważył niezgodności w egzystencji Franciszka Eagle, Adrianny Xarter i Beniamina Farocha, nie pokrywały się z dostępnymi danymi. Był pewny, że Dyrektor Opery, był nimi bardzo zainteresowany i już rozpoczął swoje śledztwo. Tak więc, słowa Demona Imperium, miały równie wielką wartość, ale były również przerażające, dla każdego w takim biznesie. Smok Valentii widział, jak serce Dyrygenta z trudem zwalnia, kiedy próbował się uspokoić. Eagle nie odpuszczał.

– Staruszek lubiący Foltze też jest z nami.

W tym momencie Dyrygent wstał.

– Wystarczy! – Krzyknął na cały głos. – To aż nadto! To nieuczciwe. Dokonywać ataku poprzez dawanie takich informacji!

Dyrygent miał pojęcie jak wielką wagę, ale i jak wielkie niebezpieczeństwo niosły te informacje. Pewność, że przyszły król nie może im zagrozić, przepadła wraz ze świadomością, jakie zagrożenie może nieść jego gwardzista.

– Wiem – Adler odpowiedział. – Ale dałem małe ekstra, ponieważ mam dla was zadanie.

Dyrygent zamrugał. Tego się nie spodziewał.

– Zadanie?

– Tak – przytaknął. – Ewelina Vaza była celem ataku partyzantów, kiedy byliśmy w Finicji – oznajmił, szokując księcia, który oczywiście, nic o tym nie wiedział. – Mam przeczucie, że ten, który chciał osiągnąć ten cel, jest w pobliżu. Chcę, byście go znaleźli.

Dyrygent zamrugał.

– Imię, adres…?

– Nie. Oczekuję zaledwie potwierdzenia – Demon odpowiedział pewnie. – Czy działa w tym mieście i czy to ta sama osoba, której plany już raz powstrzymałem.

Dyrygent popukał palcami w biurko, lekko poddenerwowany.

– To wymagające zadanie – stwierdził.

– Jeśli aktualna płaca ci się nie podoba, mogę powiedzieć coś jeszcze…

– NIE! – Dyrygent uniósł dłoń. – Nie trzeba… – westchnął i pomasował skronie. – Zapłata w gotówce lub złocie, wystarczy.

Adler uśmiechnął się i wyciągnął dłoń.

– Zgoda.

Dyrygent przyjrzał się dłoni 001, przełknął ślinę, a następnie ją uścisnął.

– Dobrze. Poinformujemy cię, jeśli będziemy mieć jakiekolwiek postępy, albo jeśli z jakiegoś powodu zadecydujemy się przerwać poszukiwania – oznajmił. – Oczywiście, przekażemy wtedy, odpowiednią rekompensatę.

Adler kiwnął głową zadowolony.

– Niech i tak będzie – spojrzał na Arnolda. – Możemy już iść?

Smok spojrzał na pocącego się ze stresu dyrygenta.

– Użyjemy tylnego wyjścia.

– Oczywiście. Moi ludzie upewnią się, że nikt nie będzie was śledził – odpowiedział. – Szerokiej drogi.

 

Kilka minut później, kiedy trójka naszych bohaterów opuściła budynek, Dyrygent Tulis sięgnął po telefon i zadzwonił na dobrze znany sobie numer. Po dłuższej chwili głęboki głos odezwał się ze słuchawki.

– Co się stało Tulis?

– Dyrektorze – mężczyzna przełknął głośno ślinę. – Obawiam się… obawiam się, że dowiedziałem się dzisiaj więcej, niż powinienem.

W słuchawce nastała długa cisza. Następnie westchnięcie.

– Przyjdź do „Uczciwości” jeszcze dziś. Porozmawiamy przy kolacji.

– Dobrze. Dziękuję Dyrektorze.

Tulis odłożył słuchawkę i wypuścił powietrze z płuc. Przetarł oczy i jęknął.

– Na litość wszystkich świętych… w co ja się wpakowałem?

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KuroKurama miesiąc temu
    Rozdział był dobry, motyw handlarza informacjami który dowiedział się za dużo był zabawny, zwłaszcza jego reakcje.
    Błędów rzucających się w oczy nie widziałem.
    Ocena o de mnie 5
    Pozdrawiam :)
  • Kapelusznik miesiąc temu
    A dzięki wielkie.
    Zacząłem się bać bo wrzuciłem, ktoś dał 1 i ciza, że to totalny gniot, ale jak się podobało - to dobrze.
    Pozdrawiam
  • slawko00 miesiąc temu
    Masz 5 . Nie czytałem wcześniejszych części, dlatego ten rozdział oceniam jako oddzielne opowiadanie. Kiedy Komisar? I zapraszam Cb do przeczytania Bajarza go już dawno dodałem, ale nie wiem czy widziałeś. Pozdrawiam :D
  • Kapelusznik miesiąc temu
    Dzięki wielkie
    Bajarza nie miałem jeszcze okazji
    Ostatnio sporo na głowie i lekko się wypaliłem
    Co do Komisara? Nie jestem pewien, pewnie w tym tygodniu coś się pojawi.
    Pozdrawiam
  • slawko00 miesiąc temu
    Kapelusznik Mam taką nadzieję :D Ja może w tym tygodniu wrzucę Diabły oparte już na nowym koncepcie fabuły. Co do wypalenia jak coś to zrób sobie najwyżej dłuższą przerwę od pisania.
  • Nefer miesiąc temu
    Rozdział wprowadza nowy element, trochę na zasadzie "królika z kapelusza". O tej sieci "Domów Operowych" bohaterowie (a i my, czytelnicy) coś powinniśmy usłyszeć już wcześniej, skoro odgrywają taką rolę. Zobaczymy, jak wykorzystasz ten wątek (dla przypomnienia, w poprzedniej części eksplatowałeś kwestię mafii, która trochę jakby zniknęła z pola widzenia, nie wydając, jak dotąd, fabularnych owoców). Małe niezgodności logiczne: naszych bohaterów śledzi trójka czy piątka "czerwonych" (bo pojawiają się obydwie wersje), Dyrygent obdarzony zostaje w pierwszym zdaniu z jego udziałem żeńską końcówką imiesłowu :-). Trochę zbyt wiele "być" i "mieć", np. w pierwszych dwóch akapitach. To słowa, których w prozie (zwłaszcza w narracji), należy unikać. Tym niemniej, miło, że nie zaniedbujesz "Demona".
    Pozdrawiam
  • Kapelusznik miesiąc temu
    No trzeba o niego dbać
    A o Domu Operowym już wspominałem wcześniej, na boku, ale Cezarion wspominał że to z nim współpracuje.
    Zobaczymy jak dalej potoczy się akcja, sam Dom Operowy ma swoją rolę do zagrania w przyszłości.
    Staram się pokazywać kontrasty w Valentii - z jednej strony elitarna szkoła i progresywna wyspa wiary, symbolizująca postęp itp. a z drugiej burdele z mutantami, puryści, mafia i rewolucjoniści.
    To wszystko powinieneś odbierać razem jako obraz nie tylko miasta, ale i państwa, co odniesie się do przyszłych opowiadań.
    Pozdrawiam :)
  • Pontàrú 3 tygodnie temu
    Jestem w końcu i łapię oddech.

    "Kilka minut później, kiedy trójka naszych bohaterów opuściła budynek," Jakoś słowo "naszych" mi tu nie pasuje. Co, moich bohaterów? Bo jak naszych to i moich. Nie wiem, takie moje zdanie.

    Nie do końca rozumiem co Adler przekazał za informację. Możesz to jakoś sprostować bo nie wiem czy coś mi nie umknęło a jeśli to miało trzymać czytelnika w napięciu i niepewności to ok, rozumiem.
    Podobała mi się przemowa. Mogłaby trafiać do prostego ludu. Aż sam trochę się na rewolucję nakręciłem.
    Odnoszę też wrażenie,że do Demona się nazwijmy to "bardziej przykładasz". Rozdziały sprawiają wrażenie bardziej przemyślanych a i stylistycznie i językowo są bardziej zadbane. Może to mylne wrażenie. Ten odcinek dobry. Ode mnie 5 i chyba ktoś cię strolował, nie? 6 opinii, 4,2 gwiazdki to cztery piątki, czwórka i jedynka.
  • Kapelusznik 3 tygodnie temu
    Dzięki wielkie za przybycie.
    Powolutku, ale Demon od czasu do czasu się pojawia
    :)

    A Adam sprzedał informacje o ich kolegach z sekcji 10
    Nikt o nich nie wie, ale dom operowy zaczął już węszyć - i z pewnością zauważył trzy osoby które nie się nie zgadzają z opisami.
    Adam powiedział że są połączeni - a na domiar wszystkiego tajemniczy dziadek - jego mentor - również.
    Dyrygent od razu załapał że ma do czynienia z jakąś wielką operacją, instytucji nieporównywalnie silniejszej od jego - i dlatego się przestraszył.

    Pozdrawiam
  • Pontàrú 3 tygodnie temu
    Ok, dobra, dzięki za wyjaśnienie

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania