Demon Odrodzenie - 5

Rozdział 2 – „Krok ku zrozumieniu” – cz.1

Republika Finicka

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

8 Kwietnia

Stolica Finicji – Hertur

 

Śniegi już stopniały, a kwiaty zaczęły wyrastać z niedawno zmarzniętej ziemi. Drzewa szumiały spokojnie, trącane przez łagodny poranny wiatr. Nieliczne ptaki ćwikały za oknem, zapowiadając zbliżający się koncert. Młoda dziewczyna patrzyła znudzona przez okno. Nic nie chciało jej się robić. Romansidło polecone przez koleżankę, w najmniejszym stopniu do niej nie przemawiało. Wszystkie miłosne sceny, westchnięcia i przyrzeczenia wierności wydawały się jej śmieszne. Bardzo nie lubiła chłopców, tych małp co trenują szermierkę i strzelanie z pistoletu, nie potrafiąc z nią o czymkolwiek porozmawiać. Jej nastawienie bardzo martwiło jej rodziców oraz nauczycieli, lecz trudno dziwić się jej postawie, od najmłodszych lat próbowano jej znaleźć „męża” – nieskutecznie.

Ewelina Vaza, takie imię nosiła ta piętnastoletnia dziewczyna. Miała typowy wygląd dziewczyny z północy kontynentu: błękitne oczy, blond włosy i jasna cera. Trzeba jednak wskazać, że była z pewnością najpiękniejszą odmianą klejnotu północy. Jej oczy doprawdy lśniły inteligencją i przenikliwością, różowe usta sprawiały że serca drżały, a gracja z jaką się poruszała była godna królowej. Jej charakter odbiegał jednak znacznie od jej wyglądu. Była złośliwa, często zazdrosna oraz bardzo wymagająca – od innych oczywiście. Podejmowano wiele prób by złagodzić jej charakter, ale zupełnie jak z poszukiwaniem wybranka, dla młodej dziewczyny, wszystkie próby okazały się nieskuteczne. Dla niej bełkot, o „rodzie Vazów” ojca, nie miał najmniejszego sensu. Nie byli już władcami Finicji.

W 1848 doszło na świecie do tak zwanego „Pęknięcia”. Wiele lat ciągłej rywalizacji o kolonie i wojny między państwami całego świata, sprowadziły kryzys i wyczerpanie najniższych warstw społecznych. Niedawno opublikowane idee socjalistyczne i rewolucyjne zdobyły popularność i dawny porządek „Pękł”. Pierwsze upadło południe kontynentu Zatrolii. Dawniej dumna Unia Godhent, królestwo Trzech Mieczy oraz królestwo Nacarii, pogrążyły się w chaosie. Chordy „czerwonych”, nazywanych zarówno przez ideę rewolucyjną, jak i kolor skóry, ruszyły na północ. Imperium Feniksa stanęło ramię w ramię z Diarchią i ruszyły bronić reszty kontynentu na linii Gór Ognia. Na północy natomiast, idee rewolucyjne i wizja „wolności” pchnęły lud pracujący do broni. Doszło do masowych wojen domowych. Tahgan, Walencja, Finicja, a nawet Carstwo Varsji, pogrążyły się w konfrontacji między „Białymi” i „Czerwonymi”. W historiografii cały ten konflikt zdobył tytuł I Wojny Socjalistycznej, lub I Wojny Z Socjalistami, jak konserwatyści lubią ją określać. Na początku, zjednoczeni robotnicy spychali lojalistów na wszystkich frontach. Na innych kontynentach też doszło do rewolucji i to nie na mniejszą skalę. Również kolonie, o które tyle lat walczyły mocarstwa, zostały utracone, gdy i tam tubylcy unieśli broń i czerwone sztandary. Państwa lojalistów zaczęły upadać jedno po drugim: Walencja, Hestana i Leos w Zatrolii, księstwa Holderskie i królestwo Bergarskie na ziemiach Tyrylii, ostatnie forty lojalistów w koloniach płonęły, albo były okrążone. Wszystko wskazywało na to że bestia rewolucji połknie stary świat. Jednak, po czterech latach ciągłej wojny, doszło do nagłej zmiany w prowadzonym konflikcie. Między rewolucjonistami doszło do rozłamu. Dwie partie, Komunistów i Syndykalistów zaczęły ze sobą rywalizować i podkładać sobie kłody pod nogi. Sam duch ludu pracującego, po tylu latach wojny, prześladowań i wyrzeczeń, zaczął pękać. „Biali” tylko na to czekali. W ciągu pół roku, Varsja pokonała zbuntowane wyspy północy, Imperium Feniksa skutecznie zepchnęło Czerwonych za góry ognia i współpracując z Varsją, doprowadzili do rozbioru terenów dawnej Walencji. Tahgan przywrócił władzę monarchii, a Święte Cesarstwo Detronii z pomocą posiłków z Imperium dokonało udanej inwazji ze swojej wyspy na rewolucyjne terytoria księstw Holderskich i królestwa Bergarskiego, podwajając kontrolowane terytoria. Ostatecznie w roku 1854 wojna się zakończyła. Nie było prawdziwego zwycięzcy. Stary ład i porządek utrzymał się w większości państw, dawne tereny kolonii nadal były w anarchii, a południe Tyrylii natomiast, wpadło w łapy nowopowstałego Związku Socjalistycznych Republik Zatrolii, pod przewodnictwem komunistów. Ilość strat do dziś nie jest pewna, badacze wskazują na około 18-20 milionów żołnierzy i około 27-30 milionów cywili, na całym świecie, choć czasem liczy się też straty tuż po wojnie w czasie epidemii „białej krwi”*, gdzie na świecie uznaje się straty kolejnych 25-30 milionów. Razem zginęło około 70-80 milionów ludzi na całym znanym świecie.

W Finicji natomiast, po długotrwałej wojnie domowej, „Biali” zwyciężyli. Jednakże nie mieli zamiaru przywrócić monarchii. Król Gustaw Adolf IV Vaza, został zmuszony do porzucenia królewskiej korony i tytułu władcy. Nastał okres Republiki. Patrie „Białych”, „Czarnych”, „Niebieskich” i „Żółtych”, sięgnęły po władzę, zostawiając ród królewski w imię którego walczyły, za plecami. Minęło prawie pół wieku od tych wydarzeń. Zakończył się już okres „reakcji” oraz „reformacji”. Republiki stały się modne. Nawet największe potęgi, jak Imperium Feniksa, czy Varsja, zostały zmuszone wprowadzić konstytucję. Monarchia traciła na znaczeniu, wkrótce odejdzie w cień, zamieniając się jedynie w symbol minionej przeszłości, marionetkę bez władzy. Tego była pewna.

Możliwe że to był powód, czemu Ewelina była cały czas niezadowolona. Straciła wiarę. Patrzyła na swego ojca, który poświęcał wszystko by zwiększyć wpływy monarchistycznej partii „Białych” nie widząc, jak ci jedynie wykorzystują go jako trampolinę, by wybić się jak najwyżej i uczepić się czubka drabiny społecznej. Ten dorosły mężczyzna zachowywał się, jej zdaniem, jak chłopiec, otoczony przez starszych kolegów, pomagając im przeskoczyć przez mór za którym kryje się jabłkowy gaj, nie wiedząc że zostanie pozostawiony z tyłu. Możliwe że był to kolejny powód czemu nie lubiła mężczyzn. Otaczała ją ignorancja, naiwność i brak profesjonalizmu. Trudno znaleźć radość, kiedy patrzy się w otchłań nadciągającej przyszłości. Jednakże tego dnia była trochę inaczej. Nagle książka ją przyciągnęła. Zaskakująco, akcja nabrała tempa. Możliwe że wzięcie tego romansidła do dłoni, nie było tak wielką stratą czasu. Przeczytała pierwszą, drugą, piątą i ósmą stronę. Opowieść o romansie między zwykłym lokajem, a księżniczką, bardzo ją wciągnęła. Już, już miała przeczytać najistotniejszy akapit w całej powieści, gdy chłopcy raz jeszcze, wzbudzili jej złość. Banda chłopaków zaczęła hałasować na podwórzu, zupełnie wytrącając ją z rytmu. Piękne słowa do niej nie przemówiły. Przez bandę „małp”, straciły całą ukrytą w sobie magię. Spojrzała zrezygnowana za okno, by spojrzeć gardzącym wzrokiem na rówieśników przeciwnej płci. Szli dumnie, niczym lordowie (bez tytułów), za nauczycielami szermierki i strzelania z broni palnej. Na przedzie szedł jej brat – Ferdynand, lustrzane odbicie ojca: wysoki, blond włosy, potężnie zbudowany, za nim kroczyli natomiast jej kuzyni oraz synowie największych polityków Republiki Finicji. Kukiełki w dłoniach rodziców - schodki by móc łatwiej dostać się na trampolinę. Już miała wrócić do swojej lektury, gdy zobaczyła nową twarz. Niewielkiego chłopca, nie mógł mieć piętnastu lat. Miał kruczoczarne, krótkie włosy, jasną cerę i twarz anioła, która nie zdradzała emocji. Nosił zupełnie nietypowy dla dworu, czarny płaszcz. Nie miała pojęcia kim jest ten nowy przedstawiciel „chłopieckiego” gatunku.

„Czyżby któryś z polityków ma syna którego nie znam?” - Zastanowiła się. – „Nie wygląda na osobę z północy, inna postura oraz ubiór. Krok też nie pasuje do osoby z dworu.” – Pomyślała.

„Dworem” określała najbliższe otoczenie rodu Vazów, rodzinę, przyjaciół, sojuszników, zdrajców i szpiegów – śmietankę politycznego świata jej ojczyzny. Zaintrygowana postanowiła, wyjątkowo, obejrzeć dzisiejsze ćwiczenia młodzieńców. Była pewna że jej kuzynki już czekają w pobliskiej altance, by powzdychać do „słodkich mężczyzn”. Sama myśl o tym niemalże ją zatrzymała. Ciekawość wzięła jednak górę, nad przyzwyczajeniami i ubrawszy ciepły biały płaszcz, wyszła na zewnątrz. Na moment spojrzała na niebiesko-białą rezydencję w stylu późnego renesansu. Trzy piętrowy budynek tlił się płomieniem dawnej chwały. Nad głównym wejściem nadal wisiał herb Vazów. Wilk z łodygami pszenicy w paszczy. Można by tu wspomnieć, jak powstał ten herb, ale jest to historia na inną okazję. Ewelina obróciła się w stronę ogrodu i ruszyła zadbanymi ścieżkami, prosto do altanki stojącej tuż obok strzelnicy. Cóż, a przynajmniej tak ją nazywano. Było to bardziej zadaszenie, pod którym stały stoły z idealnym widokiem na długą część ogrodu, gdzie postawiono niewielki murek i ustawiono cele. Można strzelać z broni, oddychać świeżym powietrzem i na domiar wszystkiego – nie zmoknąć. Idealne środowisko dla grubawych polityków i zarozumiałych hrabiów gnijącej republiki. Kiedy się zbliżyła usłyszała pierwsze strzały oraz poczuła zapach owocowej herbaty. Jej dwie kuzynki, wraz z innymi dziewczynami dworu, (które wszystkie znała z imienia, ale z żadną nie miała bliższej relacji) siedziały już, zadowolone, obserwując chłopców, którzy za wszelką cenę chcieli się popisać. Kiedy była już naprawdę blisko, jej kuzynka Gabriela uniosła wysoko brwi i wstała.

- Droga kuzynko! Co cię sprowadza? – Zapytała szczerze zaskoczona.

Wszystkie oczy się na nią zwróciły. Uśmiechnęła się lekko – lubiła uwagę. Miała zamiar odpowiedzieć od razu, ale z zaskoczeniem stwierdziła że interesujący ja chłopiec, jedynie przelotnie na nią spojrzał i niemalże momentalnie powrócił do oglądania broni. Leciutko zbita z tropu odpowiedziała po zbyt długiej pauzie.

- Postanowiłam dzisiaj do was dołączyć – oznajmiła. – Odetchnąć pierwszym powiewem wiosny.

- Pięknie powiedziane - odpowiedziała kuzynka. – Dołącz do nas.

Ewelina usiadła na podstawionym pośpiesznie krześle i upiła z równie szybko podanej herbaty. Zaczęła wymieniać uprzejmości i prowadzić typową altanową dyskusję, nie spuszczając wzroku ze strzelających. Szło im nieźle. Jej brat oczywiście wysunął się na prowadzenie, a reszta, nieskutecznie próbowała mu dorównać. Młody chłopiec odstąpił swojej pierwszej rundy. Opierał się o jeden z filarów i w milczeniu obserwował. Zachowywał się strasznie nietypowo jak na chłopca w tym wieku. Zazwyczaj każdy chłopiec chciałby strzelić z karabinu. Na nim jednak, widocznie, nie robiło to wrażenia. Patrzył krytycznie na każdego kolejnego strzelca. Ewelina obserwowała go zafascynowana. Miał coś w sobie tak obcego i innego, że aż przyciągał swoją aurą. Na moment ich spojrzenia się spotkały. Patrzyli na siebie jakieś trzy sekundy, ale to Ewelina uciekła na bok wzrokiem. Było coś w tych oczach, tak zimnego i tak bezdusznego, że bała się czyżby nie ujrzała bliźniaczych wrót do otchłani. Kiedy spojrzała na niego raz jeszcze, już na nią nie patrzył, a jego oczy znów były ciepłe. Jej druga kuzynka, Izolda, zauważyła jej zainteresowanie nowoprzybyłym.

- Ciekawi cię nowoprzybyły, prawda? – Zapytała znikąd.

Wszystkie oczy dziewczyn raz jeszcze spoczęły na Ewelinie. Ta westchnęła i przytaknęła.

- Prawda. Kto to jest? Nigdy go nie widziałam.

Jedna z dziewczyn pochyliła się i oznajmiła.

- To Franciszek Eagle, syn Hadriana Eagle.

- Tego Eagle? – Dopytała się Ewelina.

Gabriela zachichotała.

- Tak, to syn największego inżyniera Imperium Feniksa!

Ewelina uniosła brwi zaskoczona. Nowy nabytek z pewnością był intrygujący.

- Chłopak jest z Imperium? Czemu tu przybył?

- Ma niepewne pochodzenie, niektórzy sądzą że to bękart. Dlatego ojciec wysłał go tutaj, by zniknął z ziem Imperium i zdobył kontakty u twego ojca.

Ewelina pokręciła głową. Kolejna gierka polityczna w którą dał się wplątać jej tatuś, tym jednak razem nie chodziło o regionalnego polityka, chodziło o obywatela Imperium. Było ich już kilku, ale niewielu z tak wysokich kręgów i tak bliskich samemu Imperatorowi. Hadrian Eagle był znany z swych wielkich projektów. Do jednego największych należał port sterowców niedaleko stolicy Imperium. Rozmowa więc, dość szybko przeszła na ojca nowoprzybyłego. Ewelina wiedziała o nim niewiele, więc słuchała uważnie. Możliwe że to dlatego nie zwróciły uwagi na to co się dzieje, aż nagle na strzelnicy zaczęto krzyczeć. Syn byłego premiera, Filip Garden wytykał placem na Eagle, który nie poruszył się ze swojego miejsca i jedynie patrzył na niego krytycznie. Oczywiście, zaciekawione, dziewczyny zbliżyły się do krawędzi altanki, by wszystko lepiej słyszeć i widzieć. Ewelina przedostała się na przód kiedy Filip kończył zdanie.

- …ciak, jedynie patrzy z boku, niczym lis na kurę, co próbuje latać, a sam prochu nigdy pewnie nie wąchał. Parszywy tchórz!

Jej brat Ferdynand już miał zamiar go uspokoić kiedy Franciszek Eagle zachichotał rozbawiony, odstąpił od słupa i odpowiedział spokojnie.

- Lepszego porównania bym nie znalazł. Zacznij pisać wiersze. Rymy wychodzą ci lepiej niż strzelanie – stwierdził z kpiącym uśmieszkiem.

Filip aż zaczerwienił się po uszy. Ten imperialny bękart zaczął go naprawdę denerwować.

- Taki mądry? To czemu sam nie weźmiesz broni i nie pokażesz jaki jesteś dobry?

Dziewczyny patrzyły zaintrygowane, były bardzo ciekawe jak to się dalej potoczy. Eagle kiwnął głową i spojrzał na dostępną broń. Podniósł jeden z karabinów i pokręcił krytycznie głową. Obejrzał go, zważył w dłoni, otworzył i zamknął zamek. Syknął niezadowolony.

- Co za parszywe wykonanie – stwierdził i spojrzał na „nauczyciela strzelania”. – Czy mogę poprosić o zwyczajny karabin gwardzisty?

Nauczyciel, uniósł brwi zaskoczony. Ferdynand spojrzał na Eagla oburzony i oznajmił dumnie.

- To broń z pałacu, jest najwyższej jakości.

Eagle prychnął i uniósł broń pod słonce. Kolba i lufa były pięknie zdobione. Wygrawerowane kształty lśniły w słońcu. Niedoświadczone oko uznałoby to za dzieło sztuki, ale nie Eagle.

- To nie broń. To eksponat sztuki, nic więcej. To zabawka która powinna wisieć na ścianie i nigdy nie zostać użyta. Zamek już nie jest w najlepszym stanie. Jakieś sto wystrzałów i zacznie się zacinać, po tysiącu stanie i nie wystrzeli już ani razu – przykładając kolbę do barku i zachowując idealną strzelecką postawę dodał. – Elementy zdobione zmieniają też wyważenie broni. Strzelanie jest niewygodne. Grawerowania na lufie są też za głębokie, powodują zbędne drgania kuli i cała broń staje się mniej celna.

Zakończył biorąc kilka kul i obrócił je w dłoni.

- Kule przynajmniej porządne – stwierdził z lekko ironicznym uśmiechem.

Ewelina nie miała pojęcia czy mówi prawdę, czy zwyczajnie zmyśla każde słowo, ale widząc twarz Ferdynanda, była w stanie rozpoznać, że już raz słyszał te argumenty. Nauczyciel strzelectwa spoglądał na niego wyczekująco z nieukrytą satysfakcją w oczach. Jej brat odkrząknął. Był następcą wielkiego rodu, nie mógł stracić zimnej krwi.

- Znasz się na broni. Kto cię tego nauczył?

Eagle spojrzał na niego spokojnie. Położył karabin na stole i zaczął go rozkładać na części. Jego ręce pracowały automatycznie, wyglądało to niemalże tak, jakby on tylko ruszał dłońmi, a karabin rozkładał się sam. Wszyscy patrzyli, ale nie dowierzali własnym oczom. Precyzja jego ruchów była nie z tej ziemi. Kiedy skończył, momentalnie zaczął go składać.

- Spędziłem większość życia z dziadkiem, weteranem II Wojny z Socjalistami. Był Snajperem. Nauczył mnie wszystkiego o broni, jak się strzela, jak się o nią dba. W domu żartuje się nawet, że nauczyłem się składać broń szybciej, niż nauczyłem się chodzić.

Kiedy skończył zdanie, karabin leżał przed nim złożony. Wszyscy patrzyli na niego z wielkim O, zamiast ust. Czasami nawet nie patrzył na to co robi, patrzył na rozmówcę i pracował dłońmi równocześnie. Dało się odnieść wrażenie, że mógłby zrobić to równie dobrze z zamkniętymi oczami. Uniósł karabin i przyłożył go do ramienia. Uśmiechnął się lekko.

- Lepiej.

- Co masz namyśli? Co „lepiej”? – Zapytał zdezorientowany Filip.

- Lekko skalibrowałem karabin, teraz mogę ustrzelić z niego zająca trzystu metrów.

Chłopcy spojrzeli na niego zaskoczeni, a następnie zaczęli się śmiać. Filip był pierwszy by skomentować jego wypowiedź.

- Ten karabin strzela na maksymalnie dwieście metrów! Kłamiesz, głupi dzieciaku!

Eagle uśmiechnął się rozbrajająco. Wziął jedną kulę i stanął na stanowisku strzeleckim. Uklęknął i załadował kulę. Spojrzał w dal. Analizował to co widzi. Nie miał lunety, by pomogła mu w ocenie, ale jego oczy były aż nadto wystarczające.

- Cele są w odległości 30, 50, 75, 100, 150 i 200 metrów, prawda? – Zapytał kierując słowa do nauczyciela.

- Zgadza się.

- W jakiej odległości jest murek? – Tu Eagle miał na myśli murek nie pozwalający zbłąkanym kulom polecieć dalej.

- Około dwustu dwudziestu metrów.

Franciszek kiwnął głową i obserwował okolicę szukając godnego celu. Po chwili go znalazł.

- Czy widzicie kruka siedzącego na murku?

Nauczyciel spojrzał w dal, by następnie unieść do oczu lornetkę i kiwnąć głową.

- Tak, teraz widzę. Choć to chyba nie kruk, do gawron.

Służba, jakby na niewypowiedziane życzenie rozdała wszystkim lornetki. Ewelina uniosła swoją do oczu i po chwili, faktycznie, ujrzała szanowne ptaszysko, które zadowolone ostrzyło dziób, na kamiennym murku. Franciszek kiwnął głową.

- Możliwe – przyznał Franciszek. – W jakiej może być odległości?

- 250… - zamruczał nauczyciel. – Nie. 270 metrów.

- Dobrze. Tyle wystarczy - Eagle uśmiechnął się zadowolony. - Filipie Garden. Proszę wziąć drugi karabin, przeładować i strzelić w stronę murku.

Filip spojrzał na niego nie rozumiejąc.

- Czemu miałbym to zrobić?

- Spłoszysz go, a Ja zestrzelę go w locie – odpowiedział Eagle. – Mówię poważnie – momentalnie zatrzymując wszelką myśl o śmiechu. – Jesteś pewny że nie trafię, Ja jestem pewny że trafię. Strzelaj i udowodnij mi, że żaden ze mnie strzelec.

Garden zazgrzytał zębami, wziął drugi karabin, przeładował i ustawił się obok Eagle. Wymierzył i wystrzelił. Oczywiście wystrzelił bez ostrzeżenia, ale nie wiele to zmieniło. Sam huk nie spłoszył ptaka, ale kula uderzająca w murek już tak. Ptaszysko skrzeknęło wzbijając się w powietrze, byle wyżej. Eagle lekko uniósł lufę karabinu, wstrzymał oddech i pociągnął za spust.

Huk doszedł do uszu Eweliny. Nie minęła sekunda, a wznoszące się w niebo ptaszysko eksplodowało fontanną krwi i martwe ciało spadło bez życia na ziemie, nie mając już nigdy wznieść się ku niebu. Wszyscy milczeli. Nikt nie wierzył w to co właśnie zobaczyli. Eagle powoli wstał, odciągnął zamek i złapał samotną łuskę po kuli. Odłożył karabin i podszedł do altanki. Stanął przed Eweliną. Ta patrzyła na niego z mieszanką fascynacji i przerażenia. Uśmiechnął się lekko i postawił pustą łuskę tuż przed nią, na poręczy. Jego oczy lśniły w słońcu, były ciepłe, piękne, dobre.

- Tobie, Panienko, dedykuję ten strzał – oznajmił z lekkim uśmiechem by następnie obrócić się i ruszył w stronę pobliskiego lasu. - Jeśli ktoś będzie mnie szukał, będę spacerował po lesie.

Oznajmiwszy to, nie powiedział już ani słowa i nie odwrócił się do nadal zszokowanych zgromadzonych. Niewielki chłopiec z Imperium zrobił na nich piorunujące wrażenie. Ewelina podniosła nadal ciepłą łuskę i obróciła ją w dłoniach. Następnie spojrzała na oddalającego się chłopca. Pewna, że ten osobnik zmieni dawną, nudną rutynę dnia. Nie wiedziała jednak, jak bardzo miała rację.

 

Kiedy Franciszek Eagle zagłębił się w las, zboczył z wytyczonych ścieżek i wszedł w głąb kniei. Widział że nikt go nie śledzi. Ześlizgnął się po wzgórzu i przeskoczył przez niewielki strumień. Następnie szedł wzdłuż niego, aż nie dotarł do niewielkiej jaskini. Wszedł do niej ostrożnie i przeszedł powoli, aż pod najdalszą ścianę. Odwrócił się w prawo i odsunął zakamuflowane przejście. Za nim znajdowała się niewielka jama z drewnianą podłogą, legowiskiem, skrzynką i lampą naftową. Zapalił wspomnianą lampę i zabrał się do pracy. Otworzył niewielką skrzynkę i kilkoma ruchami uruchomił schowane wewnątrz radio. Widząc że wszystko działa jak należy wystukał komunikat.

„Wilk w skórze owcy” – i czekał.

Po chwili maszyna odezwała się, a on zapisał nadchodzący komunikat.

„Ptak Ognia słyszy, wyj w każdą pełnię” – odpowiedział eter.

Francis Adler, noszący teraz imię Franciszka Eagla, uśmiechnął się zadowolony. Wszystko było na swoim miejscu. Jego misja właśnie się zaczęła. Wystukał pojedyncze słowo.

„Zawyję” – i wyłączył radio.

 

***

 

*”Biała Krew” – zaskakująca, ale i bardzo zabójcza choroba. Wirus atakuje szpik kostny gdzie produkowane są krwinki. Doprowadza on do zmniejszenia produkcji czerwonych krwinek i zwiększa produkcję białych. Pierwsze objawy często są mylone z anemią, więc kiedy orientuje się że coś jest nie tak, jest już zwykle za późno. Wirus zwiększając produkcję białych krwinek doprowadza do oszukania organizmu, który sądząc że sam podjął taką decyzję, wysyła białe krwinki by zwalczyły wszelkie bakterie – problem w tym że ogłupiony system zaczyna atakować swój własny organizm i zaczyna go niszczyć od środka. W 1856 roku doktor z Imperium Feniksa – Hans von Mengele, wynalazł lek, który zakłóca działanie wirusa i przywraca naturalną produkcję krwinek. Po pierwotnej epidemii uznaje się że wirus ten zabił do 3 milionów ludzi w późniejszych latach.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shootass 10 miesięcy temu
    Nic tylko czytać.
  • Kapelusznik 10 miesięcy temu
    Dzięki za przybycie
  • Pontàrú 9 miesięcy temu
    " Wszystko wskazywało na to że bestia rewolucji połknie stary świat. "
    Przed "że" praktycznie zawsze jest przecinek. W paru zdaniach go brakuje.
    Daję 5
  • Kapelusznik 9 miesięcy temu
    dzięki za przybycie
    Ostatnio rzadko się pojawiam bo jestem po szyje w podręcznikach - ale taki już los :D
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • Ozar 8 miesięcy temu
    Kolejny ciekawy odcinek, a szczególnie opis broni czy raczej fachowca próbującego poprawić kiepską broń - tu wyczułem Adlera na kilometr. "Hans von Mengele" hahahahaah dobre ten gość raczej niszczył niż coś wynalazł. Zapowiada się ciakawie dalszy ciąg. 5 dal mnie.
  • Kapelusznik 8 miesięcy temu
    Cóż - Mengele będzie dość istotną postacią w dalszej części opowieści - i zapewniam cię - mimo że jest w moim świecie, nadal zasługuje na tytuł: "Anioła Śmierci"
  • Nefer 8 miesięcy temu
    Przeczytałem i zacznę od plusów. Ciekawe nawiązania do różnych postaci i wydarzeń historycznych, pozwalające oddawać się zabawie wyszukiwania analogii, podobieństw i różnic. Odrobina romantyzmu, bo młoda księżniczka już zainteresowała się bohaterem, a to z pewnością nie koniec. Zręcznie poprowadzona fabuła, z żywymi dialogami oraz scenkami obyczajowymi. Płynność lektury. Ale wskażę też na kilka minusów. Powtarza się w tym rozdziale wykład wszechwiedzącego narartora na temat minionych wydarzeń historycznych. Rozbija to akcję, nie ma bezpośredniego z nią związku, lepiej byłoby podawać te informacje stopniowo, w dialogach albo poprzez działania bohaterów Oczywiście, Autor powinien mieć to wszystko w głowie, żeby zachować konsekwencję i nie tracić orientacji, ale te wszystkie szczegóły nie są w tej chwili czytelnikowi potrzebne. To przecież powieść, a nie wykład. Rozumiem jednak, że kwestia ta może być sprawą gustu i nie każdy musi podzielać moje zdanie w tej sprawie. Natomiast zwróć, proszę, uwagę na język. Mamy sporo niezręcznych powtórzeń. Przykładowo, w zdaniu kończącym pierwszy akapit (traktującym o młodej Ewelinie) czterokrotnie powtarza się zaimek "jej". W innych miejscach też występuje on bardzo często. W różnych fragmentach trafiają się raz za razem słowa "dziewczyna", "broń", "kula". Nad takimi szczegółami warto popracować.
    Pozdrawiam i ruszam dalej z lekturą.
  • Kapelusznik 8 miesięcy temu
    Dzięki
    Trochę prscowałem nad klimatem
    A nad językiem jeszcze się pomęcze
    W końcu koniec sesji
    Będzie można pisać
  • aldanari 5 miesięcy temu
    Poznajemy ofiarę Adlera. I to szpiega. Ciekawa jestem, jak to się potoczy.
    Ewelina wydaje się być bardzo inteligentna. Nie mogę powiedzieć o niej zbyt wiele, ale wygląda również na znudzoną życiem, którym jej przyszło żyć. Tak mi się wydaje, może ten Eagel będzie chciał ją uprowadzic? Mam takie wrażenie. Ale idę dalej, całe szczęście mam zapas rozdziałów :)
    Fajnie, że zawarłeś tu wiele historycznych wydarzeń, dzięki temu to jest takie realistyczne.
    Pozdrawiam!
  • JamCi 2 miesiące temu
    Super. Dla mnie za długi opis historyczny, wyłaczałam sie chwilami, chociaż zdaję sobie sprawę, że konieczny. Ta część jest jeszcze lepsza. Rzobestwiasz mnie. Rozwydrzę sie i zacznę oczekiwać, że z każdą kolejną tak będzie. Hasło i odzew: bajka.
    Błędy popraw. Nie godzi się, zeby taki dobry tekst tak miał :-)
  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Aktualnie walczę z długimi opisami. Tu tego na siłę nie poprawię.
    Ale błędy innego typu poprawię

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania