Demon Odrodzenie - 11

Rozdział 3 – „Uderzenie serca” – cz.4

Republika Finicka

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

19/20 Kwietnia

Region Cristalis – wybrzeże morza Kryształowego

 

Adler stał naprzeciw Kreusa z uśmiechem. Wiatr wył, zapowiadając pojedynek. Tłum stał w milczeniu, zdjęty strachem i powagą sytuacji. Jedynie jedna postać w fioletowym fraku chichotała cichutko, obserwując wszystko z boku.

- „Do momentu aż któryś z nas, nie będzie już w stanie walczyć?"

Harris patrzył na przeciwnika, nie rozumiejąc co może mieć na myśli. Francis kiwnął głową.

- Zgadza się. Innymi słowy, walczymy aż do momentu kiedy, ból, krew, strach… albo śmierć, nie pozwoli nam unieść broni na przeciwnika.

Harris przełknął ślinę. Nigdy jeszcze nie walczył na takich zasadach. Nie miał zamiaru się jednak wycofać. Kiwnął głową i dał znak jednemu ze sług, by przyniósł szpady. Z zasady powinni im towarzyszyć sekundanci, ale pojedynek odbywał się „tu i teraz” więc nikt nie miał czasu, by ich oficjalnie ustalać. W domyśle Vazowie byli po stronie Franciszka Eagla, a Harrisa Kreusa broniła jego rodzina, to oni również zajmą się ranami, lub pochowaniem poległego. Franciszek powoli rozpiął wierzchnią część ubioru, pozostając w czarnych spodniach i białej koszuli. Harris pozostał w swym pełnym mundurze. Poruszał już jednak palcami, rozgrzewając je tuż przed walką. Obudzony w Eagleu Adler, wiedział, co to oznacza. Jego rywal zna się na walce, ale boi się zranień, dlatego pozostawił na sobie dodatkową warstwę ubrań, jako zabezpieczenie przed ciosami. Adler nie przejmował się defensywą. Znał ból i był w stanie go znieść. Zależało mu na prędkości i zwinności. Nawet z jego umiejętnościami, miał zamiar wykorzystać każdą przewagę. Nie mógł dodatkowo użyć Specyfiku, nie w takiej sytuacji, jeśli by faktycznie zużył niewielką awaryjną dawkę na jakiś pojedynek, dowództwo ugotowałoby go żywcem i kazało podać jako świeżą wołowinę. Znając ich zamiłowanie do ironii – najpewniej podaliby go nie komu innemu, a rodzinie Vazów. Stali naprzeciw siebie, kiedy powrócił sługa i podał im szpady.

Harris wziął swoją i zakręcił nią w powietrzu, kilka próbnych cięć i groźny świst spotkał się z oklaskami jego zwolenników i piskiem kilku podekscytowanych dziewczyn. Adler uśmiechnął się i wziął szpadę w dłoń. Kiedy to zrobił wszyscy zamilkli. Nawet Harris spojrzał na niego zaskoczony i zapytał.

- Co ty wyprawiasz?

Adler trzymał broń w lewej ręce. Oczy zapłonęły krwiożerczo. Adler odpowiedział z kpiącym uśmiechem.

- Miałeś czelność nie brać mojej Pani ani Mnie na poważnie… odpowiednim krokiem jest to, że również nie okażę ci należytego szacunku.

Tłum zaszumiał, słysząc te słowa. Harris wykrzywił twarz w grymasie nienawiści.

- Śmiesz kpić ze mnie? Jestem uznanym szermierzem, nawet między mistrzami ostrza!

Adler prychnął, spoglądając na ostrze szpady. Milczał chwilę, specjalnie oczywiście, wywoływał napięcie, stres i niepewność, a jak wiadomo, nie ma lepszej broni, niż sprawić, że twój rywal nie będzie pewny swych umiejętności. Zamiast, odpowiedzieć Adler zapytał.

- Powiedz mi książę… Ilu ludzi zabiłeś w swojej karierze?

Tłum jakby cofnął się o krok, a sam Harris jakby zadrżał.

- Ani jednego – odpowiedział szczerze.

- Rozumiem – Adler pokiwał głową. – Trudno się dziwić, żyjesz w pałacu, bezpieczny, otoczony przez straże, w kraju który cię wspiera, z rodziną która cię kocha – zamilknął na chwilę i powoli zwrócił oczy na Harrisa. – Ja… nie miałem takich luksusów.

Dusza Harrisa cofnęła się w głąb jego ciała. Serce zaczęło bić szybciej, a zwierzęcy instynkt skamleć niczym ranny kundel. W oczach Eagle nie znalazł pychy, nie znalazł kpiny, nie znalazł szaleństwa, a jedynie zimną prawdę. Jego niewielki rywal zabijał już ludzi. Jego umysł zaprzeczał, wzywał do użycia jego zasobów rozsądku, ale ciało i zakuty w nim instynkt wiedział. Harris Krezus od zawsze wierzył, że symbolizuje godło swego państwa, czarnego dumnego orła, a jego rywale to niewielkie zające i gołębie. Tym jednak razem wzrok i pewność siebie go zgubiły. On, orzeł uderzył na lisa. Mimo że lis jest mały, nadal jest drapieżnikiem. Drapieżnikiem o ostrych zębach oraz umyśle znacznie bystrzejszym niż tym należącym do orła. Przełknął ślinę i ustawił się w pozycji bojowej. Eagle stał spokojnie wyprostowany. Prawa noga i bok wystawione, bez obrony, a szpada w lewej dłoni opuszczona nisko do ziemi. Jego twarz była skupiona. Sędzia spojrzał na obu i widząc, że pojedynku już się nie uniknie, oznajmił.

- Pojedynkować się będą Franciszek Eagle oraz Harris Kreus. Walka będzie się toczyła do momentu, aż jeden z przeciwników nie będzie mógł dalej walczyć – widocznie nauczony doświadczeniem spojrzał po obu szermierzach. – Panowie gotowi? – oboje kiwnęli głową. – Dobrze więc… - zrobił dramatyczną, pauzę unosząc dłoń. – Zaczynajcie!

Wielu chciałoby teraz usłyszeć świst wiatru, brzęk stali i odgłos odskoków. Kilka chwil i pojedynek powinien zakończyć się w mgnieniu oka. Lecz nie tym razem. Obaj byli doświadczeni. Dobrze wiedzieli, że ten, który zaatakuje pierwszy, wpadnie w pułapkę drugiego. Stali tak więc mierząc się wzrokiem. Harris z szablą gotową do głębokiego pchnięcia w pozycji bojowej i Eagle, stojąc odsłonięty. Widownia milczała zszokowana. Wielu miało już okazję widzieć umiejętności Harrisa, a był faktycznie genialnym szermierzem. Znany był ze swych agresywnych technik i bardzo szybkiego pokonywania przeciwnika. Tym razem jednak Harris nie był tak pewny swoich umiejętności. Eagle uśmiechnął się lekko. Tahgański księżulek zyskał w jego oczach. Brał go na poważnie, co było miłą odmianą po latach śmiechu i kpin ze strony jego przeciwników. Choć oczywiście żaden z nich nie dożył końca swojego dowcipu o jego wzroście.

Harris zaczął powoli przesuwać się w lewo, byle by wydłużyć czas zamachu Eagla. Eagle uśmiechnął się szerzej. Harris był znacznie lepszy niż zakładał. Wiedział co zamierza zrobić. Zmusić go do kręcenia się w kółko, aż straci skupienie, a on wtedy uderzy, ale nie będzie celował w odsłonięte plecy, a biodro. Harris wiedział, że jest prowokowany do ataku na odsłonięte części ciała, właśnie dlatego ma zamiar celować w bardziej „zabezpieczone” miejsce, tak by jego rywal źle zareagował na jego atak. Niestety dla niego, siedzący w Eagleu Adler, przeczytał te ruchy dokładnie. Eagle, zamiast obracać się i utrzymywać dystans, postąpił krok naprzód, nadal trzymając odsłonięte prawe ramię z przodu.

Nacisk, niepewność, stres, strach, dominacja i łaknienie krwi. Właśnie taka wybuchowa mieszanka wypełniła powietrze. Wielu wstrzymywało oddech, próbując nie zostać skorumpowanym przez jej przeklęta moc, inni… cóż. Inni wchłaniali ją całą powierzchnią ciała.

Harris zaatakował nagle, celując w gardło Eagla. Widać instynkt przetrwania stanął nad umysłem, a instynkt wrzeszczał: ZABIJ! ZABIJ! ZABIJ!

Ostrze szpady zbliżało się szybko, Ewelina wstrzymała oddech. Przed oczami pojawił jej się obraz leżącego Eagla z rozprutym gardłem leżącego u jej stóp. Nie chciała tego zobaczyć. Już miała postąpić naprzód, ale jakaś niewidzialna siła ją zatrzymała. Cóż… przynajmniej niewidzialna dla NIEJ. Niewidoczna postać w cylindrze trzymała ją za ramię, obserwując pojedynek. Stał tam i trzymał ją, choć nikt go nie widział. Prawa tego świata i nie pozwalały nikomu go ujrzeć. Na szczęście nadal mogli obserwować pojedynek.

Kiedy ostrze niebezpiecznie się zbliżyło, Eagle uderzył w nie z boku, wierzchem dłoni, sprawiając ze ostrze, weszło w pustkę. Harris stracił równowagę i koncentracje, a kiedy zastanawiał się, co właśnie się stało, obracający się Eagle uderzył go osłoną na dłoń szpady, niczym bokserską rękawicą, prosto w twarz.

Harris upadł na ziemię, widownia krzyknęła zaskoczona. Nikt nie spodziewał się takiego ciosu. Leżał on chwilę na ziemi, zanim zaczął powoli się podnosić, krew ciekła mu z ust, najpewniej kilka zębów zmieniło trochę swoje położenie. Spojrzał na Eagla który stał wyprostowany nad nim, nadal kpiąco trzymając szpadę w lewej dłoni. Prychnął wściekły, urażona duma dała o sobie znać.

- Walczysz jak bękart… - syknął.

Eagle uśmiechnął się rozbrajająco.

- Nigdy nie twierdziłem, że nim NIE jestem.

Harris doskoczył do niego i wykonał serię uderzeń, Eagle, cofał się, blokując każdy z nadchodzących ciosów. Było to oczywiście o tyle imponujące, że robił to lewą ręką. Harris jednak go spychał. Zwierzęca furia oraz doświadczenie wypełniało każdy jego cios. Sam Adler kryjący się w Eaglu musiał przyznać, że jest naprawdę dobry. Zaczynał nawet żałować, że postanowił używać lewej ręki. Ciosy Harrisa zapędziły go aż do klifu. Nogi Eagla, które dotąd się cofały, zatrzymały się, dotykając murku. Harris uśmiechnął się zwycięsko i potężnym ciosem wybił szpadę z dłoni Eagla. Widząc brak możliwości obrony przeciwnika, pchnął, celując w pierś Eagla.

Ostrze jednak do niej nie dotarło.

Prawa dłoń zaciskała się na ostrzu szpady. Krew pociekła strużkami. Harris stał przerażony, patrząc w oczy Eagla… nie. Nie Eagla. Adlera. Zimne oczy idealnego żołnierza. Maszyny do zabijania, w których nie było nic ludzkiego. Zatrząsł się. Strach sparaliżował go do szpiku. Coś takiego nie powinno być możliwe. Ten chłopiec zatrzymał ostrze szpady gołą dłonią. Mimo że pchał całym ciałem, on, zaledwie jedną ręką, powstrzymywał jego morderczy cios.

- Demon… - wyszeptał.

Alder wyszczerzył się w uśmiechu.

- Nawet nie wiesz jak bardzo…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Nefer rok temu
    Powtórzę to, co napisałem w komentarzu do poprzedniego odcinka. Opis wydarzeń na balu stanowi fabularną całość (pojedynek i towarzyszące mu okoliczności), która lepiej prezentowałaby się podana w całości. Tutaj dzielisz tę całość na, moim zdaniem, zbyt drobne odcinki. Oczywiście, to prawo Autora, by pobudzać w ten sposób ciekawość czytelnika, ale rozbija to jednak ciąg fabularny. Czyta się dobrze i wspomniany wyżej, zamierzony zapewne cel, został osiągnięty. Trzy małe uwagi. W kilku fragmentach powtarza się czasownik „być” (np. opis wrażeń Harrisa na początku pojedynku). Nastąpiła (omyłkowa zapewne) zmiana nazwiska bohatera, obecnie nie brzmi już ono „Kreus” ale „Krezus” (to imię starożytnego, słynącego z legendarnych bogactw króla Lidii). Zamiast używać opisowego i niezbyt zręcznego zwrotu „osłona na dłoń szpady” lepiej napisać po prostu „garda”. W obecnej chwili jestem na bieżąco i mam zamiar dotrzymywać Ci kroku.
  • Kapelusznik rok temu
    Super - choć nie wiem jak mi pójdzie z nowymi odcinkami
    Pomyślę o wydaniu dłuższego tym razem
  • Pontàrú rok temu
    Ładny opis pojedynku. Przydatne zwroty mogą to być np:
    parada/zasłona - czyli obronienie się przed klingą przeciwnika własną klingą
    wyminięcie - obejście klingi przeciwnika dołem
    wrzucenie - obejście klingi przeciwnika górą
    okolenie - obejście klingi przeciwnika dołem i górą (takie kręcenie kółek XD)
    A zasłony możesz mieć półokrężne, okrężne, ukośne i proste
    To tak tylko wydaje mi się, że może być przydatne do urozmaicenia pojedynków.
    Tu daję piątkę i cieszę się, że nie muszę czekać na następną część :) Lecę dalej
  • Ozar 9 miesięcy temu
    Ciekawy obraz pojedynku, choć patrząc tak chłodno z boku raczej łatwego do przewidzenia. Z jednej strony urażony gówniarz, szlachcic który walczył do tej pory tylko w pojedynkach treningowych, a z drugiej strony zimny zabójca, zawodowiec wyszkolony do zabijania. Pytanie nie kiedy, ale jak. Podejrzewam , że Adler będzie chciał najpierw upokorzyć pyszałka a dopiero później zakończyć walkę 5 i lecę dalej.
  • Kapelusznik 9 miesięcy temu
    Harris jest pyszny, ale to profesjonalny szermierz. Adler po prostu walczy używając niepopularnych lub nieznanych stylów walki
    Pozdrawiam
  • Ozar 8 miesięcy temu
    Kapelusznik Każdy szermierz choćby najlepszy ale walczący amatorsko nie ma szans z takim , który jest perfekcyjnie wyszkolony do zabijania. To jak porównanie zwykłego samuraja do nindży. Ten pierwszy ma sie wykazać, a ten drugi zabić.
  • Kapelusznik 8 miesięcy temu
    Ozar
    Polenizowałbym, ale widzę twój punkt - jest on logiczny
  • Ozar 8 miesięcy temu
    Kapelusznik Hahahhaah z punktu widzenia teoretycznego masz rację, ale inaczej walczy się (tak skrótowo dla szpanu i pochlebstw dam), a inaczej tylko po to, żeby zabić. To jak porównanie powiedzmy mistrza karate z komandosem. Ten pierwszy walczy dobrze, zna techniki uzyskuje poklask tłumu, a ten drugi walczy tak żeby każdy cios był zabójczy. Czym innym jest mata czy ring, a czym innym pole walki, bo na polu walki liczy się tylko kto kogo zabije. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z gościem który był w komandosach. On twierdził, że walki na matach to zabawa. Jego szkolono żeby zabić jak najszybciej i np. nie czekać aż przeciwnik sie podniesie po ciosie, tylko dopaść go i złamać mu kark jak jeszcze leży na ziemi. To połączenie szybkości ze skutecznością, czyli jak najszybciej i jak najlepiej wykorzystać każdą przewagę, bez żadnych tam wzniosłych czynów.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania