Demon Odrodzenie II - 25

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

3-4 Października

Valentia – Getto

 

Pusta szklanka wydawała się drgać, tak jakby jakiś złośliwy duch przejeżdżał palcem po jej krawędzi. Nie widział go, ale tam był… a może nie było go tam, ale szklanki dotykał mimo braku cielesności. Trudno odgadnąć. Adler przełknął ślinę… miał wiele pytań i w końcu miał szansę dostać jakieś odpowiedzi.

 

– Kim on jest?

– Raczej „to” nie „on”. To jeden z Treh’a. Jeden z trzynastu najwyższych bytów naszego świata.

– Masz na myśli… – tutaj Adler zamrugał, nie chcąc wierzyć, w to co słyszy. – Że jest bogiem?

Arnold pokręcił głową.

– Nie. Oni nie są Bogami… są PONAD nimi – Arnold mówił spokojnie. – Kiedy bogowie, to byty zrodzone z ludzkich wierzeń i przekonań, które potrzebują wyznawców i świątyń, by trwać i mieć władzę, Treh’a to manifestacje trzynastu najwyższych prawd świata. Nie potrzebują świątyń ani wierzących. Ich istnienie, wiąże nasz świat z Wearti, są pętlą, która łączy świat fizyczny i metafizyczny…

Adler odetchnął i nalał sobie kolejną szklankę. Zaczynał rozumieć, czemu Arnold przyniósł ze sobą alkohol. Bez niego, trudno choćby przełknąć te informacje. Widząc jego zakłopotanie, Arnold zachichotał.

– Zgaduję, że trzeba zwilżyć gardło, by to przełknąć, co?

– Fakt – przyznał Adler. – Mówiłeś, że jest ich trzynastu. Oprócz Paradoksu, kto do nich należy?

– Życie i Śmierć; Porządek i Chaos; Miłość i Nienawiść; Kreacja i Zniszczenie; Dusza i Ciało; Czas i Przeznaczenie oraz – tutaj Arnold spojrzał na szklankę – Paradoks... Każde z nich, manifestacją Prawdy i fundamentem naszego świata. Liną, czy Kręgiem, który łączy nasz świat z drugim.

– Kręgiem? Jak w wierze Kręgu?

– Cenne spostrzeżenie. Treh’a byli inspiracją dla pra-religii, z której dzisiejsza wiara kręgu się wywodzi – potwierdził Arnold. - Choć tam masz tylko sześciu bogów, a ci są zaledwie cieniem Treh’a.

Adlera zaczynała boleć głowa. Dopiero zaczęli, a wszystko przestawało mieć sens. Dwa światy? Bogowie i coś ponad nimi? Co? Miał mętlik w głowie.

– Skąd to wszystko wiesz? Nie wyssałeś tego sobie z palca?

– Nie. Moja rodzina przekazuję tę wiedzę z pokolenia na pokolenie, utrzymując tradycje naszej krwi. Ponadto me oczy widzą wszystko, również ICH, kiedy przebywają w naszym świecie – oznajmił. - A oni widzą mnie i mieli okazję się już przedstawić – tu wskazał na trzecią szklankę. - Nalałem mu nie bez powodu.

Adler nie wiedział, czy Arnold kłamał, nie mógł w stanie odgadnąć. Na razie nie miał lepszej możliwości, niż zaakceptować to, co mu podawano i przeanalizować wszystko później.

– Dobrze… niech ci będzie – odetchnął. – Zwolnijmy. Wyjaśnij mi te… dwa światy, o co z nimi chodzi, gdzie jest miejsce Treh’a, gdzie bogowie i gdzie my?

Arnold kiwnął głową i po chwili zastanowienia, wyciągnął pojedynczą monetę z kieszeni. Z jednej strony widniała podobizna dawnego króla, z drugiej, symbol słońca – dawnego Imperium Światła.

– Oryginalnie. Nasza rzeczywistość była podobna do tej monety. Awers to nasz świat, „Veral” świat fizyczny. To tutaj żyjemy i czas ma stałą wartość. Rewers, to świat metafizyczny, „Wearti”, świat bogów, aniołów, demonów i duchów. Odbicie naszego świata, gdzie zbiera się każda myśl, uczucie, przekonanie i marzenie. Wszystko, co jest myślą w Veral’u, staje się prawdą w „Wearti”, energią i mocą, którą żywią się bogowie i z której się zrodzili.

– A gdzie jest miejsce Treh’a?

Arnold uśmiechnął się i palcem przejechał po „trzeciej stronie” monety. Tej cienkiej granicy.

– Tutaj. Na kręgu, który łączy jedną stronę z drugą.

Adler pokiwał głową. Takie zobrazowanie, wydawało się bardziej logiczne. Najwyższe byty scalały obie połowy i nie pozwalały im się rozpaść.

– Powiedziałeś „oryginalnie” – stwierdził Adler. – Coś się zmieniło?

– I to sporo. Jak mówiłem, każda myśl stawała się prawdą i mocą w Wearti. Połączenie między światami, nie było jednak jednostronne. Dziwaczne stworzenia, mutacje oraz umiejętności, mogły zostać zamanifestowane, przez tych, którzy mieli dobre połączenie z drugim światem.

Adler domyślił się, o co mu przez to chodzi.

– Magia?

Smocze oczy wydawały się wyskoczyć na moment, spod ludzkich, by zalśnić inteligentnie.

– Tak. Czary, zaklęcia, klątwy i siły łamiące zasady fizyki – potwierdził z uśmiechem. – Jak najbardziej istniały i były nieodłączną częścią naszego świata. Były podstawą dawnego społeczeństwa, zarówno bronią, narzędziem, środkiem transportu jak i komunikacji. Niestety, czas, kiedy magia była w tym świecie, zakończyła się wraz z jednym, tragicznym wydarzeniem…

– ... Katastrofą – Adler zrozumiał. – Katastrofa sprzed pół tysiąca lat. Wtedy magia zniknęła z tego świata.

– Dokładnie – Arnold pokiwał głową. – Pół tysiąca lat temu, Dan de Re, Stalowy Kruk, zdegustowany tysiącami lat niekończących się wojen między wyższymi bytami zarówno świata fizycznego, jak i spirytualnego, postanowił zakończyć wszystko, przerywając połączenie między Veralem, a Weatri – tu wyciągnął drugą monetę i położył je obok siebie. – Nieznanym mi sposobem, rozerwał bezpośrednie połączenie między Veralem i Weatri – tu wskazał na miejsc,e gdzie leżące monety się dotykały. – Pozostało jednak cienkie połączenie. Dziś, tylko i wyłącznie Treh’a, trzymają te światy razem i dają cienkie połączenie z Wearti, tym, którzy najbliżej są ich mocy – tu wskazał na siebie. – Jestem jednym z tych nielicznych, który nadal ma połączenie z Wearti i może używać magii, choć, nieporównywalnie słabszej, niż przed Katastrofą… a przynajmniej taka wiedza została mi przekazana.

Teraz wszystko nabierało głębszego sensu. Światowy upadek cywilizacji, okres „odrodzenia” i odbudowy, niewyjaśnione mity, legendy i dokumenty. Liczne religie i wierzenia, które wydają się nie mieć sensu, bez istnienia magicznej mocy, by je podeprzeć. Nawet istnienie mutantów, teraz miało sens. Były zaledwie pozostałościami porządku sprzed wieków. Ironicznym przypomnieniem dawnej chwały i potencjału, który skończył w burdelach.

- Czemu ty możesz używać mocy? - zapytał.

- Jestem tym którego zwie się Drascant „dzieckiem smoka”, w mych żyłach płynie wyjątkowo dużo błogosławionej krwi moich boskich przodków.

Adler zmarszczył brwi.

- Boskich?

Arnold upił ze szklanki, chrząknął i kontynuował.

- Do bytów wyższych nie zaliczają się tylko bogowie i Treh’a. Oni należą głównie do świata metafizycznego, świat fizyczny należał do dwóch innych bytów: Dascun’e → Smoków i Kogtianów → tytanów. Smoki były manifestacjami elementów przyrody, a tytany, umiejętności i rzemiosł, pchających naprzód cywilizację. Smoki były opiekunami świata, a tytany, ludzkości.

„Nie dość, że bogowie metafizyczni, to do tego jeszcze fizyczni… ciekawie” – Adler nie był w stanie zaprzeczyć. - „Obraz antycznych dziejów robił się coraz bardziej kolorowy”.

- I ty masz w sobie krew smoków?

- Tak, dwóch najwyższych i jednej wyższej. Nie znam ich wszystkich, wiem jednak, że istniało sześcioro najwyższych smoków, tych, od których pochodzą wszystkie inne smoki: Światło → Lixia, Ciemność → Nebrit, Ogień → Ignat, Woda → Kwejdon, Powietrze → Ilea, Ziemia → Perror. W mych żyłach płynie krew Lixi, Ignata, oraz Ilacii, smoczycy lodu, dziecka Ilei i Kwejdona. Dzięki tej krwi mam połączenie z Weartii, oraz mogę używać umiejętności, które są poza zrozumieniem zwykłych ludzi. W momencie, kiedy walczyliśmy i kiedy zaatakowałem purystów, połączyłem się z mocą Weartii i użyłem jej, by znacząco wzmocnić me ciało… a raczej zamanifestować moją prawdziwą naturę.

001 spoglądał na Arnolda zdezorientowany.

- Czyli jesteś… smokiem? - zapytał niepewnie.

- Człowiekiem ze smoczą krwią.

- W jaki sposób krew smoków wymieszała się z ludzką?

- Smoki nauczyły się od tytanów zmieniać formę, w tym, przyjąć formę człowieka. Poprzez wieki, smoki miały ludzkich partnerów, poprzez krew przekazując swą moc i błogosławieństwo. Jestem następcą trzech takich linii, które fortunnie spotkały się na drodze dziejów i wydały potomstwo z silną krwią.

Adler pokiwał głową, nalewając sobie kolejną szklankę i wypijając całą. Dobrze. To były cenne informacje. Warte więcej, niż mógł podejrzewać. Teraz wiedział, że rodzina Arnolda może mieć podobny potencjał jak on… nie był jednak pewny, czy przekaże te informacje komukolwiek ze swojej sekcji. Znając Herr Doktorka, nie byłby w stanie powstrzymać swojej ciekawości.

- Co z tytanami?

- Niestety, nie wiem o nich więcej, niż to, co ci powiedziałem – odpowiedział. – Smoki i Tytany… nie lubiły się, jeśli można tak powiedzieć. Rywalizowały między sobą o wpływy i podległych ludzi. Ponadto, wszystkie zginęły znacznie wcześniej niż Smoki i przez to ich imiona i możliwości są zapomniane… a przynajmniej ja, żadnych pewnych informacji nie posiadam.

Nie była to satysfakcjonująca odpowiedź, ale lepszej nie dostanie. Musiał działać z tym, co miał przy sobie. Nie pierwszy raz i nie ostatni.

- Dobrze… powiedz mi. Magia, jak działa? - Spojrzał mu w oczy. - Dawniej, przed Katastrofą, jak jej używano? Czy pozostał jakiś tom, opisujący jej możliwości?

Arnold upił ze swojej szklanki i pokiwał głową.

- Jest ich pełno. Prawie w każdej księdze religijnej, im starszej, tym lepiej, znajdziesz opisy rytuałów, gestów, śpiewów i modlitw… część z nich, było zwyczajnym rzucaniem zaklęć.

– Czyli magia była powszechna? Jak więc o niej zapomniano?

– Oj, nie była powszechna – Arnold zaprzeczył. – Ci, którzy mieli potencjał posługiwać się magią, pojawiali się rzadko, a nawet to niczego nie gwarantowało. Trzeba było spełnić główne trzy kryteria i przejść lata treningów, by móc nazwać się magiem.

- O jakich kryteriach mówimy?

– Ważne były trzy elementy: twa wiara w boga, twe źródło i mocne ciało. Wiara była potrzebna, by przekierować moc Weartii do ciebie w kontrolowany sposób, co było niezbędne dla tych, którzy nie mieli w żyłach błogosławionej krwi, jak Ja. Bez tego wsparcia, nie można było otworzyć Źródła, ani kontrolować jego rozwoju. Były oczywiście jednostki takie jak Ja, o wystarczającej ilości boskiej krwi, by mieć naturalnie otwarte źródło i bezpośrednie połączenie z Weartii, przy narodzinach. Inni musieli przejść rytuał, by je dopiero aktywować.

- Rytuał Oczyszczenia* - Adler szepnął.

- Celne spostrzeżenie – Arnold pokiwał głową. - Tak, w większości religii, dzieci przechodzą rytuał, który ma ich dać pod opiekę boga, w dawnych czasach był to rytuał, gdzie poszukiwano tych, którzy zostali wybrani przez Boga. Tych, których źródło otworzyło się, w czasie rytuału.

– Czym jest więc źródło?

– Źródło, jest to… swoistego rodzaju okno do Weartii, twa dusza, można by rzec. To przez nią przepływa moc z Weartii do twego ciała. Przybiera postać metafizycznego klejnotu, znajdującego się na samym środku piersi, na prawo od serca. W zależności jak duży jest twój klejnot, więcej mocy jesteś w stanie przyjąć z Weartii w krótszym czasie… - tu Arnold odetchnął i wstał.

Wydawało się, że chciał rozruszać mięśnie albo że dojrzał coś, co przykuło jego uwagę. - A klejnoty mogły być każdej wielkości, od ziarenka piasku, po wielkość serca, a nawet… całego ciała. Nawet w magii były osoby dosłownie „obdarzone”…

Arnold zamilkł na chwilę, spoglądając w ciszy na miasto. Adler nie musiał zgadywać, wiedział, że oczy jego rozmówcy błyszczą teraz złotym światłem.

- A ciało? - Spojrzał za nim. – To ostatnie kryterium, o którym wspominałeś.

- Przez ciało, przepływa moc Weartii. Musi być ono silne, wytrzymałe, by moc, której używasz, nie zniszczyła cię od środka. Większość zaklęć w swej podstawie posiada jeden z sześciu żywiołów. Jeśli część ciała, która reprezentuje dany żywioł, jest słaba, zaklęcie będzie nieskuteczne, a w najgorszym wypadku, zniszczy tego, który używa mocy od wewnątrz – tu odwrócił się do niego przodem, wskazując każdy z elementów. – Żołądek, to ogień, źródło energii dla twego ciała. Płuca, to powietrze, podstawa ducha i równowagi. Krew to woda, źródło życia i rzeka, przez którą płynie moc. Ziemia to ciało, fundament twego istnienia i wytrzymałości. Umysł to światło, źródło zrozumienia i kontroli. A serce, to ciemność, źródło pasji i intensywności mocy.

Adler pokiwał głową i spojrzał na szkło szklanki.

– Jakie możliwości miały zaklęcia? - zapytał cicho. - Jak działały?

– Tutaj ci zbytnio nie pomogę. Sam znam zaledwie garść, a bez połączenia z Weartii nie jestem w stanie używać większości zaklęć. Wiem jednak, że miała prawie nieograniczone możliwości, od zapalania świeczek, po zmienianie pogody. Uniwersalna siła, która definiowała siłę.

– Czyli to ludzkość straciła w czasie katastrofy… – Adler zamruczał pod nosem.

– Spójrz jednak, co zyskała.

Adler spojrzał w smocze oczy zaskoczony.

– O czym teraz mówisz?

Arnold odwrócił się z tajemniczym uśmiechem w stronę miasta. Milczał chwilę, spoglądając na pokryte czerwoną dachówką dachy i wznoszący się ku niebu dym z kominów.

– Powiedz mi, Francisie Adlerze, czy uważasz, że ludzie są równi na tym świecie?

- Co?

- Powiedz mi, czy ludzie są równi? Czy traktują siebie, jakby każdy był tyle samo warty?

Nie było to trudne pytanie.

- Nie – odpowiedział. - Ludzie nie są równi. Rasą, statusem, majątkiem… cholera, nawet śmiercią.

- Niektórzy srają pod siebie w ostatnich momentach, a inni z brodą uniesioną do góry?

- Dokładnie – Adler przytaknął, stając obok Arnolda.

- A te różnice wywołują zazdrość, nienawiść, furię…

- Zgadza się – przytaknął. - Do czego zmierzasz?

Smok Valentii zachichotał.

- Znając dysproporcje w naszym świecie… wyobraź sobie zawiść małego chłopca, kiedy jego przyjaciel okazuje się mieć aktywne źródło. Wybrany przez boga, kiedy on sam zostaje zapomniany. Ten staje się magiem, kiedy on sam jest zaledwie rzemieślnikiem. Na dokładkę, dziewczyna, w której oboje się zakochali, oddaje się magowi, kiedy on pozostaje sam – Smocze oczy lśniły smutkiem. - Wyobraź sobie jaką nienawiść by to stworzyło.

- Wielką… ale co z tego? Nadal nie rozumiem, do czego zmierzasz.

- W naszym świecie, ta zawiść pozostaje w sercu, gotuje się i bulgocze, pod powierzchnią… tylko ciało i ludzka wola, mogą pchnąć ją do czynu – następne słowa, jakie wypowiedział smok, sprawiły, że jego serce skamieniało. - A teraz wyobraź sobie, co by się stało, gdyby ktoś… albo COŚ odpowiedziało na ryk ciemności, który zebrał się w sercu.

Skamieniał. Zaklął w duszy… opowieść byłą zbyt piękna. Zawsze, cholera, zawsze musi być jakiś haczyk. Odetchnął i spojrzał w złote oczy Arnolda.

- Co masz na myśli?

- Pamiętasz, kiedy powiedziałem, że bogowie zrodzili się z uczuć ludzi?

- Tak, ale… - Adler zrozumiał. - Niemożliwe. Nie chcesz powiedzieć, że…

- Tak. Ta zawiść, zbierająca się przez wieki, dała tysiąclecia temu narodziny złemu bogu, przyczynowi niekończącej się wojny w niebiosach. Zerghotowi „Spełnieniu Furii”, jak go nazwano – Arnold napiął mięśnie, jakby w nienawiści do samego imienia. - Ludzie, których źródło milczało, którzy nie zostali błogosławieni przez bogów, byli zazdrośni, pragnęli mocy… i nie jestem w stanie ich winić. Kto by nie chciał silniejszego ciała, wspaniałych mocy, długiego życia? - Tutaj spojrzał na swoją dłoń. - Takie jak moje? - Zacisnął ją i wypuścił głośno powietrze z płuc. - Zerghot spełniał ich wolę. Wykorzystywał cały mrok zebrany w sercu i sprawiał, że klejnot źródła pękał, a niepowstrzymana moc Weartii, stawała się częścią ich istnienia – tutaj Arnold uniósł szklankę z trunkiem, obrócił ją w palcach i naraz roztrzaskał o ziemię. - Wszystko ma jednak swoją cenę. Klejnot określa i kontroluje przepływ mocy, bez niego, człowieka wypełniał najczystszy chaos, napędzany mocą organu, który był najbliżej źródła.

- Serca.

- Dokładnie. W zamian za moc, ludzie zostali spaczeni mrokiem, a wraz z nim przyszły przekleństwa, mutacja, furia, zezwierzęcenie – złote oczy lśniły nienawistnie. – Wyobraź sobie tego chłopaka, rzemieślnika, pochłoniętego przez moc i furię, przemienionego w bestię… przełykającego fragmenty tego, co było dawniej jego ukochaną i przyjacielem. Skorumpowanego do tego stopnia, że nie zna niczego innego niż głód i żądza mordu – tu Arnold zamilkł na chwilę, unosząc wzrok na miasto. - A Ja… ja widzę te źródła, Francisie Adlerze. Widzę je wszystkie i znam ból i znam nienawiść tysięcy serc bijących w tych mieście – spojrzał mu w oczy. – Gdyby nie Katastrofa, ci ludzie byliby potworami. Magia mogłaby przynieść wiele dobrego w tym świecie, prawda… ale wszystko ma swoją cenę, Francisie Adlerze, pamiętaj o tym zawsze.

Adler stał, tak, pokonany. Przychodząc tu, miał nadzieję na odkrycie drogi do wolności, do zostania człowiekiem. Ledwie postawił jeden krok, a już był nad przepaścią. Grymas wściekłości przemknął po jego twarzy. Odetchnął i spojrzał prosto w smocze oczy.

- Czemu? Czemu mi to wszystko powiedziałeś? Czy to nie sekret? Tajemnica?

Cezarion pokiwał głową.

- Jak najbardziej. Jest to tajemnica, której nikt nie powinien poznać – potwierdził Arnold. – Szczególnie sługa Imperium. Jeśli ta wiedza trafiłaby do twoich przełożonych, z pewnością zaakceptowaliby koszta i zechcieliby przywrócić magię temu światu.

- Więc czemu ją zdradziłeś? Życie ci niemiłe? Chcesz przywrócić magię? Czemu mi to wszystko zdradziłeś? Dlaczego ja?

Arnold zachichotał rozbawiony i puknął go w środek piersi.

- To jest powodem. Twe źródło. Twój klejnot Adlerze. Twój klejnot jest szczelnie zamknięty, a mimo to… błyszczy zielonym światłem.

- Co? Moje źródło?

- Tak. Ty, twoi bracia i siostry. Wasze źródła są zamknięte, ale otacza je zielony blask… coś takiego nie powinno być możliwe, a mimo to, widzę to na własne oczy. Wygląda to tak, jakbyś miał w sobie moc Weartii, nie mając z nią żadnego połączenia – Arnold uśmiechnął się szerzej. - Ty i twoje rodzeństwo jesteście wyjątkowi, macie potencjał, o jakim nie śniłem, do momentu, kiedy nie ujrzałem tego na własne oczy. Ponadto, twój klejnot jest największym, jaki kiedykolwiek widziałem wśród tych, którzy nie mieli w sobie boskiej krwi, a twe ciało, jest w stanie równowagi, której sam nie zdołałem osiągnąć – smok Valentii zachichotał. - I ponad wszystko WIDZĘ, że mnie nie zdradzisz. Wyczuwam twą pogardę do tych, którzy zamknęli cię w kajdany. Wiem, że poszukujesz wolności… i właśnie dlatego mówię ci: tutaj jej nie znajdziesz.

Zimne ostrze realizacji przeszyło jego serce na wskroś, faktycznie przybył tu, mając nadzieję znaleźć nową ścieżkę do wolności, kiedy ostatnie prowadziły go donikąd. Arnold wiedział, że te poszukiwania mogą go zepchnąć na tę ścieżkę i właśnie dlatego zdradził mu sekret, by nie doprowadził do tragedii w przyszłości. Westchnął i pokiwał głową. Arnold miał rację, nie zdradzi go, widział jego możliwości i teraz wie, skąd pochodzą. Nie miał zamiaru ryzykować walki z kimś o tyle silniejszym od niego.

- Moje słowo to jednak za mało – stwierdził. - Jesteśmy obserwowani, Ja jestem obserwowany.

- Wiem.

- Inni mogą przekazać wiedzę o twoich możliwościach.

- Mogą, ale nie przekażą – Arnold mówił pewnie. - Nie, kiedy zrozumieją przepaść, która nas dzieli.

Adler miał zamiar zapytać, co Cezarion miał na myśli, lecz nagle padł na ziemię i doszło go echo wystrzału. Odskoczył w tył i spojrzał w kierunku, skąd wystrzelono. W oddali stała wieża starego kościoła. Bezbłędnie domyślił się, kto był strzelcem.

- 102 – szepnął. – Tylko ty mogłabyś trafić kogoś z takiej odległości – pokręcił głową. - Głupia.

***

- Trafiony w głowę – głos 45 brzmiał dumnie. - Piękny strzał 102. Cel zlikwidowany.

102 uśmiechnęła się do swojego obserwatora**, przeładowując karabin. Złota łuska zaśpiewała radośnie, odbijając się od drewnianej podłogi.

– Nie spodziewałam się, że wybiorą go jako cel, ale nie narzekam – stwierdziła zadowolona. - Cieszę się, że nie wypadłam z normy.

- No, to było dobre osiemset metrów, strzał był naprawdę… - 45 naraz skamieniał, spoglądając przez lornetkę.

- Co? Dalej, kontynuuj – 102 zachęciła. - Nie przerywaj komplementów.

Cisza, nie odpowiedział. Spoglądał w ciszy.

- Co się stało? - Zachichotała, przykładając oko do lunety. - Zobaczyłeś ducha…?

Stał.

Jej Cel. Arnold Cezarion – stał wyprostowany. Jego złote oczy, przeszywały ją na wskroś. Czuła, stalowe szpony, które powoli zaciskały się na jej sercu. Widział ją.

- Niemożliwe – wyszeptała. - Trafiłam. Zabiłam cię… zabiłam cię, jestem tego pewna.

[Trzeba czegoś więcej niż kuli, by mnie zabić] – głos Arnolda odbił się potężnym echem w jej głowie.

Drżała. Drżała, pochłonięta przez przerażenie. Złoty płomień smoczych oczu pochłaniał ją kompletnie. Nie była w stanie wykrztusić słowa. Jej serce pompowało krew z dwojoną siłą, oddech stał się nierówny, a ręce nie były w stanie utrzymać broni w jednym miejscu.

[Nie jesteś w stanie wygrać] – głos odezwał się ponownie. - [Poddaj się]

- NIE! - Krzyknęła naraz, zbierając się w sobie i poprawiając pozycję. - Ja nie przegrywam!

Z całą furią, nacisnęła za spust. Odrzut kopnął ją w ramię, kiedy posłała ołowianego posłańca prosto na Arnolda. Jednak i tym razem, było to za mało. Arnold nawet nie drgnął, trafiony prosto w pierś. 102 nie wierzyła w to, co widzi. Nikt by nie przeżył takiego trafienia.

[Alou’ras] – nieznane słowo uderzyło jej umysł niczym spadający na głowę młot.

102 jęknęła, wypuściła karabin i schowała się za ścianą wieży. Byle umknąć przed złotymi oczami. Jęczała, skronie pękały z bólu. Będący obok 45, siedział teraz skulony w rogu, trzymając się za głowę.

- Bujda, bujda, bujda – powtarzał pod nosem.

102 spoglądała na swoje dłonie, które teraz niekontrolowanie drżały. Jej serce biło nieregularnie, a oddech miała nierówny. Po raz pierwszy, od bardzo, ale to bardzo długiego czasu – była przerażona.

Przegrała.

***

Adler patrzył na Arnolda, którego smocze oczy, lśniły złowrogo. Dwa strzały, które nie spudłowały, a ten nadal dychał. Powinno być to niemożliwe, a mimo to nie zginął. Stał on tak przez chwilę, patrząc prosto na wieżę kościoła, by odwrócić się do niego przodem i wypluć coś co miał w ustach do dłoni. Pot spływał mu z czoła, kiedy łuski i oczy znikały pod ludzką formą. Już z normalnymi oczami i zwyczajnym uśmiechem, otworzył dłoń, ukazując dwie snajperskie kule. Pierwszą pochwyconą zębami, a drugą, dłonią.

- To powinno wystarczyć – oznajmił słabym głosem i padł na kolana.

Dyszał ciężko, pocił się i drżał. Zdezorientowany, Adler podszedł do niego i pomógł mu wstać.

- Co się stało?

– Uświadomiłem twojemu rodzeństwu, różnicę mocy między nami – oznajmił z lekkim uśmiechem. – Choć muszę przyznać… dawno nie wykorzystywałem moich mocy w takiej skali… cholera… teoria i praktyka, różnią się znacząco – zakaszlał.

Adler pomógł mu usiąść i nalał mu trunku, który on z radością przyjął.

– Co to było?

– Magia i smocza krew w akcji – odpowiedział, pijąc do dna. – Powinno zrobić to na nich wystarczające wrażenie. Teraz wystarczy, że porozmawiasz ze swoim mentorem i rodzeństwem, a zarówno ja, jak i mój sekret będą bezpieczne – zachichotał. – Mogliby oprzeć się twojemu słowu, ale nie temu, co zobaczyli na własne oczy.

Adler zrozumiał.

– Zaraz… to dlatego wybrałeś dach, jako miejsce naszej rozmowy? By zobaczyło to moje rodzeństwo, ale nie mieszkańcy?

Cezarion pokiwał głową, wyrównując powoli oddech.

– Mówiłem prawda? Ty i twoje rodzeństwo jesteście wyjątkowi. Teraz zobaczywszy na własne oczy różnicę i z twoim słowem, nie zdradzą mojego sekretu… zatrzymacie go dla siebie.

– Podjąłeś wielkie ryzyko – stwierdził Adler. - Dlaczego? Mogłeś zatrzymać tę tajemnicę dla siebie.

– Ale nie musiałem – odpowiedział. – Nie jestem wszechmocny ani nieśmiertelny, Francisie Adlerze – oznajmił. – Są na tym świecie ludzie, którzy wiedzą o magii… i są gotowi zapłacić cenę. Nie chcę być jedynym, który będzie powstrzymywał powrót starych czasów.

Był zaskoczony. Nie spodziewał się, że ktoś o tyle silnu, może stać przed takim samym wyzwaniem jak on. Potrząsnął głową.

– Nie jestem tak silny, jak ty – stwierdził Adler. – Czemu pokładasz nadzieję w kim, kto jest od ciebie słabszy?

Arnold spojrzał na dno szklanki.

– Są różne rodzaje siły, Francisie Adlerze – oznajmił. – Masz w sobie wielki potencjał. Potencjał nieporównywalnie większy od mojego, a wraz z nim, potencjał zdobycia wielkiej siły.

– Przesadzasz – Stwierdził Adler. – Odrzuciłem tytuł rycerza i uderzyłem księcia Imperium – podrapał się po głowie. – Obawiam się, że to dla mnie już koniec.

– Ha! Nie bądź tak złej myśli – Arnold pocieszył go. – Udało ci się zrobić wrażenie na młodym księciu, a nie jest to małe osiągnięcie.

– Poprzez uderzenie go w twarz? Zraniłem jego dumę.

– Fakt, książę Hadrian jest dumny, ale prawdą jest też to, że złamał zasady pojedynku – smok uśmiechnął się rozbawiony. – Jeśli jest coś, co Hadrian ceni bardziej od swej dumy, jest to opinia jego ojca, a jego ojciec jest tradycjonalistą. Łamiąc zasady pojedynku, naruszył tradycję i tym samym naraził się na gniew cesarza. Cesarz Aleksander IX to inteligentny władca i wymagający ojciec. Nie bez powodu wysłał swojego młodszego syna, samego, do Walencji. Imperium ma jakiś plan, a skoro jesteś tu również ty oraz twe rodzeństwo oznacza to, że jesteście częścią tego planu.

 

Adler westchnął.

– Imperium zawsze ma jakiś plan…

 

***

 

Cezary Domski siedział zamyślony w swoim fotelu. Duch stał w ciemnym kącie, już z chowaną bronią.

– Czyli taki jest twój plan? – Zapytał ponownie.

– Tak.

– Chciałbym cię wyśmiać – zaczął pułkownik. – Ale to może się udać.

– Uda się – zapewnił Duch. – Walencja zostanie zjednoczona pod dyrektoriatem armii, Imperium straci nad wami wpływy, a Varsjanie, bezmyślnie dadzą wsparcie, nie wiedząc, że wchodzą w naszą pułapkę.

Domski pokiwał głową, spoglądając w czarne oczodoły maski Ducha.

– Wywołamy wojnę domową i usuniemy obu pretendentów do tronu za jednym zamachem, zapewniając sobie pełnię władzy. Walencja będzie w końcu niepodległa – wojskowy był bardzo zadowolony. – A kiedy pył opadnie, staniesz się szefem wywiadu.

– Taka jest cena za moją pomoc – przytaknął Duch.

– Co obiecali ci Varsjanie, za wsparcie w ich planie?

– Władzę nad półświatkiem.

Cezary uniósł brwi i wybuchnął śmiechem.

– Typowi Varsjanie. Planują przejąć władzę, ale nie zlikwidować zarazy, która dławi nasz kraj – pokiwał głową. – Wykorzystamy ich głupotę, by zdobyć niepodległość, a kiedy przyjdzie odpowiedni moment, wbijemy im nóż w plecy… i nawet wtedy nie będą w stanie nic zrobić.

– Nie, kiedy nowy rząd zostanie uznany… przez Diarchię – potwierdził Duch zadowolony. - Ani Varsja, ani Imperium nie zaryzykują otwartego konfliktu z Diarchią, a tym bardziej, między sobą.

– A niepodległa Walencja dołączy do Paktu Równowagi, jako równoprawny sojusznik, w zamian za poparcie Diarchii i gwarancję niepodległości.

– Dokładnie – potwierdził Duch. – Czy mam twoje poparcie?

– Masz – potwierdził Domski. – Przekaż ambasadorowi, że Nowa Walencja dotrzyma umowy.

Duch kiwnął głową i tylko sobie znanym sposobem opuścił pokój.

„Wszystko idzie zgodnie z planem” – Pomyślał Duch.

 

*Chrzest w Religii Światła.

**Z zasady drużyny snajperskie są parami: jeden jest snajperem, a drugi obserwatorem. Zadanie obserwatora to znajdowanie celów, określanie odległości, wpływu wiatru i ochrony snajpera, jeśli wróg za bardzo się zbliży.

Następne częściDemon Odrodzenie - 26  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Jej - 5 - Czy mógłbym dowiedzieć się, czym zasłużyłem sobie na tak pozytywną ocenę?
  • Pontàrú 2 miesiące temu
    Jak dla mnie to jest chyba mój ulubiony odcinek. Naprawdę ładnie napisany a opis świata bardzo ładnie płynie. Nie jest wciskany na chama a wplata się w opowieść i ładnie się wpasowuje. Może jedynie akcję ze strzelaniem możnaby wyrzucić do kolejnego odcinka ale tu w sumie też jest ok. Nie dziwię się, że ktoś dał piątkę bo praca naprawdę na nią zasługuje. Ode mnie 5, 5 i 5 bo opis świata w zupełności do mnie przemówił a ja lubię gdy w pracy zawiera się takie metafizyczne i budujące opowieść elementy :)
  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    No! To się bardzo cieszę - jak pewnie zauważyłaś - bardzo, ale to bardzo się starałem by dobrze wyszedł :)
    A to NIE WSZYSTKO! Specjalnie wybrałem Arnolda, wtajemniczonego, ale nie wiedzącego wszystkiego, by przekazał zaledwie fragment wiedzy tajemnej - hi hi!
    Teraz, panie i panowie - szykuje się wielki rozpęd i FINAŁ!
  • Pontàrú 2 miesiące temu
    Widzę, że ci to jednak dużo frajdy sprawia XD. Znów mam wrażenie, że ten finał tak znikąd ale no dobrze ;)
  • Nefer 2 miesiące temu
    Rozdział ten składa się jak gdyby z dwóch części i odniosę się do każdej z nich osobno. Częsć pierwsza poświecona została przedstawieniu filozofii świata, podstawom funkcjonowania magii, porządkowi oraz hierarchii bytów nadprzyrodzonych itp.Ukazałeś je konsekwentnie, szczegółowo i zakładam, że logicznie (nawiązując przy tym zapewne do innych serii, które piszesz). Wiem, że przywiązujesz dużą wagę do tego rodzaju kwestii. Ja natomiast, znacznie mniejszą. Przyznam szczerze, że ten wywód z tuzinami imion i szeregiem światów odrobinę mnie znużył i końcówkę przebiegałem już tylko wzrokiem, wychwytując kluczowe punkty. Za najciekawszy i najbardziej udany fragment tej kosmologii uznałem natomiast opis zrodzenia się mrocznej siły, opartej na zazdrości, zawiści, a w końcu nienawiści tych, którzy magii nie posiedli, wobec tych, którzy mogli nią dysponować. Taki mechanizm wrogości wobec lepszych od siebie wydaje się bardzo prawdopodobny, bo jest typowo ludzki. Podobne sytuacje obserwujemy bardzo często, niekoniecznie w sferze magii. Także w naszej obecnej, rodzimej rzeczywistości. Za ten pomysł gratulacje.
    Cześć druga to opis nieudanego zamachu oraz próba sił pomiędzy specjalnymi agentami Imperium, a władającym potęgą magii i smoczej krwi Cezarionem. Wypadało to dynamicznie i przekonująco. Tę część uważam za ciekawszą.
    Ogólnie dodam jeszcze, że systematycznie poprawiasz język swoich opowieśći. Bywa, że przydałaby się staranniejsza korekta, ale widać różnicę in plus w stosunku do tekstów, które zamieszczałeś przed kilku laty.
    Pozdrawiam
  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Dzięki za przybycie
    Tylko poprzez trening można rozwinąć warsztat

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania